Primal Fear-Apocalypse(2018)

Naprawdę nie wiem, jak to możliwe, ale tak znany zespół, jak niemiecki Primal Fear poznałem dość niespodziewanie, dopiero w tym roku. Do rzeczy, 10 sierpnia dzięki włoskiej Frontiers Records dwunasty album tejże grupy, Apocalypse, został wydany. Tak gwoli ścisłości za ten krążek odpowiadają: Ralf Scheepers za mikrofonem, Mat Sinner na gitarze basowej oraz panowie Tom Naumann, Magnus Karlsson oraz Alex Beyrodt na gitarach. Za perkusją zaś zasiada Francesco Jovino. Jeśli jesteście ciekawi, jaką ja mam opinię na temat tej płyty, zapraszam serdecznie do lektury.

Paradoksalnie zwykle jest tak, że, jak piszę o jakimś zespole, to znam go na tyle dobrze, żeby być pewnym osądu. Wiadomo, że wyjątkiem są debiuty. W tym wypadku jednak jest inaczej. Szczerze się do tego przyznaję — także, żeby nie było, że nie uprzedzałem.

Samo intro jest w porządku, pompatyczność i epickość sama w sobie. Potem od samego „New Rise”, kiedy to Ralf Scheepers zaczyna odpowiednio mocno, trzy gitary dobrze ze sobą współgrają, ale jeśli o dublowanie wokalu chodzi, mam co do tego zabiegu mieszane uczucia. W samej kompozycji jest słyszalny pewnego rodzaju chaos.

The Ritual” też jest konkretny. Zarówno muzycznie, jak i wokalnie, a do tego niezła solówka. Spokojnie rozpoczyna się „King of Madness”. Wokal w tle, wraz z marszówką, gitary są już lepsze, choć nie wiem czemu, z grupą Accept mi się kojarzą. Tak samo dobry wokal, ale to nadal jakoś dla mnie za mało.

Na szczęście „Blood, Sweat & Fear” pozamiatał, jak trzeba, szybszy riff, a Ralf tu nie tylko daje radę, ale wręcz błyszczy, dzięki niezwykłym górkom Scheepersa wraz z doskonałą wymianą zdań gitar. Bardzo dobry wstęp otwiera kolejną kompozycję o tytule „Supernova”. W tym utworze pojawia się też bardzo dobra solówka – jakby sam DIO ją komponował. Kolejny mój ulubieniec. „Hail to the Fear” to też jest to, czego oczekiwałem, bardzo proste riffy, idealny wyważony dublet wokali. Czemu tak nie zaczęliście? No cóż, szkoda.

Singlowy „Hounds of Justice” też jest dobry, choć przez niecałą połowę utworu to przytłumiona gitara jest jego środkiem napędowym. Przynajmniej ja tak to odebrałem. Kolejna dobra solówka, nieprzekombinowana. „The Beast” to znowu inna sprawa, znowu wstęp i niby chaos, ale mnie ten kawałek przeciwieństwie do „The Ritual”, mniej przekonał. Zdecydował o tym drugi wokalista w refrenie, przy uwypukleniu słowa ,,Beast”.

Przedostatni „Eye of the Storm” to nie moja bajka, tu już słychać chaos i przekombinowanie w jednym. Pojadę skojarzeniami z Black Sabbath, wstawkami znanymi już z Epiki, Nightwisha, no i klawisze (skrzypce) z jednego z ostatnich singli Dimmu Borgir. Lepiej by jednak było, gdyby się nie ukazał na albumie. Ostatnia kompozycja jest dobra ale jako kompozycja zamykająca – niekoniecznie.

Podsumowując: dobrze, że recenzji nie pisałem na gorąco, tylko rozsądnie po opadnięciu ze mnie emocji i zapoznaniem się z, chociaż dwoma ostatnimi albumami Primal Fear. Nasunęły mi się po tym pewne wnioski. Najnowsze dzieło tego zespołu nie jest tak zwanym Painkillerem dla fanów Judas Priest. Nawet co do spójności muzycznej albumu mam mocne wątpliwości. Wokal Ralfa jest dobry, ale moim zdaniem nie pokazał swoich pełnych możliwości. Co do kwestii instrumentalnej, cóż … tak jak średnio przepadam za zespołami, które mają trzy gitary elektryczne, basową, perkusję i klawisze, ten mi się podoba. Jednak ten chaos, a zwłaszcza bubel w postaci „Eye of the Storm”, lekko narusza pierwsze odniesione przeze mnie wrażenie. Co do kwestii ulubionych kawałków, które mi zapadną w pamięć na dłuższy czas to w sumie teraz mam w głowie „Blood, Sweat & Fear” , ale czy w niej zostanie-czas pokaże. Dla osoby, która wchodzi, w świat heavy metalu na poważnie nie będzie to tak złe, jak w moim przypadku, ale dla osoby obytej — już niekoniecznie. Mogło być znacznie lepiej. Jestem też ciekaw waszych opinii na temat tego albumu. Moja jest jednoznaczna.

7,5/10

Norden-Z popiołów i krwi (2018)

Norden, gdyński zespół założony w 1993 roku, po nagraniu debiutanckiego albumu w 1997 roku zawiesił działalność. Powrócił jednak w 2018 roku z wydawnictwem ,,Z popiołów i krwi”. 
Już sam fakt, że nie wiem, czy to projekt, czy zespół, jest ciekawy. Mniejsza z tym, czas przejść do recenzji. Postanowiłem o tym napisać, gdyż paru moich znajomych z owym krążkiem się zapoznało, a kilku nawet polecało, w tym Sylwia. Stwierdziłem więc, że może warto. Czy popełniłem błąd, słuchając tej płyty? Jeśli jesteście ich ciekawi, jakie odczucia towarzyszyły mi podczas przesłuchiwania krążka, zapraszam serdecznie.

W utworze otwierającym , …I zaszczeka Garm” następuje dobre wejście gitary akustycznej. Wokalista tajemniczo szepcze (po polsku, jak można się domyślić po tytule utworu), później następuje gwałtowna zmiana wraz z surowymi riffami, perkusją i dopełniającym wszystkiego screamem. Utwór sprawia wrażenie prostego, jest jednak klimatyczny i mroczny. 
Puszczając wodze fantazji, to słuchając tego, znajduję się albo w naszych polskich lasach, albo w Skandynawii. W „Jam twym orłem” doszły kolejne elementy, w tym bardziej blackowy breakdown. Ponadto w utworze zaprezentowano dwie solówki, akustyczną i elektryczną.

Momentami do wokalisty dołączały również głosy w tle. Natomiast w ,,Powiedz Ojcze” pojawia się interesująca pół-deklamacja, pół-scream. Oprócz tego zarówno blasty, jak i solo są naprawdę dobre. Ostania kompozycja ,,To twój bóg” te partie akustyczne były dla mnie najbardziej chwytliwe, nie brakuje znowu dobrych breakdownów. Cover „The Land” legendarnego Bathory jest niesamowity, na swój sposób trochę inny, ale to akurat bardzo dobrze.

Podsumowując, ten album zabrał mnie w podróż wstecz. Głównie dlatego, że to ze Szwecji pochodzi zespół–legenda Bathory, którego wspomniany cover znajduje się na płycie. To nie wszystko, gdyż ten klimat, powiedziałbym nawet „mistycyzm”, połączony z duchem północy właśnie, te gitary akustyczne oraz wokal przywiodły mi na myśl właśnie twórczość Quorthona
Jak dla mnie „Z popiołów i krwi” to bardzo dobry album, jednak nie na każdą okazję. Tym, którzy jakimś cudem nie mieli styczności z Bathory, również płytę polecam, gdyż zapewne po jej przesłuchaniu porównacie twórczość Norden do tej legendarnej formacji. 
Ta płyta to również dobry przykład, że można stworzyć bardzo dobry materiał, inspirując się innym zespołem. To wszystko z mojej strony, chętnie poznam Wasze zdanie na temat tego krążka, który mi osobiście bardzo do gustu przypadł.

10/10

The Dark Element – The Dark Element (2017)

Po moim dość długim niezainteresowaniu losami jednej z poprzednich wokalistek Nightwish odkryłem, iż połączyła ona siły fińskim muzykiem Janim Liimatainenem (fani zespołów takich jak Sonata Arctica czy Stratovarius z pewnością go kojarzą). Artyści założyli zespół The Dark Element, wydając 10 listopada 2017 roku album o tej samej nazwie. Kierując się ciekawością, pozwoliłem sobie przesłuchać krążek. Czy popełniłem błąd? Czy Anette powróciła w dobrym stylu? Na te oraz inne z zadanych pytań postaram się odpowiedzieć.

Tytułowy kawałek już od samego początku jest bardzo energetyczny. Pełno w nim partii klawiszy, a co do podobieństw, przychodzą mi do głowy właściwie jedynie single z Dark Passion Play Nightwisha. Zaczerpnięto też trochę z twórczości wspomnianej wcześniej Sonata Arctica, ale to akurat całkiem dobrze. Wokal Anette sprawdza się w utworze świetnie. Do tego udana solówka Janiego oraz blasty, kiedy trzeba.

„My Sweet Mystery” otwierają znowu bardziej gotyckie klawisze, a refren zostaje powtarzany dużo częściej. Ponadto wokal nadal brzmi bardzo emocjonalnie, a Jani popisuje się kolejną naprawdę dobrą solówką. Co do „Last Good Day” to jest po prostu dobrze, lecz, według mnie, kawałek jest jednak „bez szału”. W „Here’s to You” tak naprawdę partie wokalne oraz pianina przechylają lekko szalę na korzyść tej kompozycji (jak również sam tekst tego utworu).

Ballada „Someone You Used To Know” jest jedną z największych atrakcji tego albumu. Sonicznie utwór koncentruje się głównie na głosie Olzon, która doskonale wyraża emocjonalnie lirykę. „Dead to Me” moim skromnym zdaniem jest osobistym tekstem Olzon jak dla mnie opowiadającym albo o utraconej miłości, albo o sytuacji związanej z zespołem Nightwish. Co do kwestii muzycznych najciekawszymi kwestiami są zmieniająca się intensywność elektroniki, fragmenty z wiolonczelą i pianinem, idealnie komponujące się z samym tekstem. Do tego można usłyszeć growl Niilo Sevänena z Insomnium. Przez to wszystko ten utwór zajmuje mocne pierwsze miejsce w moim rankingu ulubieńców z tego krążka.

„Halo” to znowu dobra kompozycja, zwłaszcza puszczona pojedynczo w oderwaniu od całości albumu. „I Cannot Raise The Dead” ratuje dobra solówka Janiego i wolniejsze fragmenty. Natomiast „The Ghost And The Reaper” to dla mnie numer dwa tego albumu. Doskonałe wejście elektroniczne, a gitary brzmią chyba na najostrzejsze z całej płyty. Do tego wokal Anette wraz z chórkami – mistrzostwo świata. Fragment z wiolonczelą przed ostatnim refrenem to w dodatku istna bajka, utwór spełnił więc rolę singla, tak jak należy.

„Heaven Of Your Heart” brzmi dla mnie jak główna ballada miłosna rodem z show na Broadwayu. Ostatnia kompozycja „Only One Who Knows Me” jest dobrym utworem zamykającym. Partie chóralne z wokalem Anette pokrywają się idealnie.

Na The Dark Element pojawiają się pobudzające oraz wzruszające momenty. Anette Olzon wraz z Janim Liimatainenem nagrali album, który wyciągnął z ich dorobku artystycznego to, co najlepsze. Album jest ponadto bardzo spójny, do tego stopnia, że tylko nieliczne utwory dobrze wypadają słuchane pojedynczo, przynajmniej tak brzmi to dla mnie. Czy Anette Olzon powróciła w dobrym stylu? Moim zdaniem tak. Czy jestem rozczarowany jej nowym zespołem? Zdecydowanie nie. Jeśli chodzi o grupę The Dark Element, czekam na więcej. Chętnie też poznam wasze opinie na temat tej płyty, która mi akurat, bardzo przypadła mi do gustu.

9/10

Last Tango – Bloody Dance (2018)

Poznański Last Tango został założony 11 września 2015 roku. Na początku 2018 roku wydali swoją pierwszą EP-kę zatytułowaną Bloody Dance. Jeśli jesteście zainteresowani moją opinią na jej temat, zapraszam.

Na Book of Face zauważyłem inspiracje (żeby nie nazwać ich „zapożyczeniami”) z najnowszej płyty Testament, typ wokalu również okazał się bardzo podobny. Na szczęście późniejsze riffy są już ewidentnie autorskie, poza tym blasty są świetne.
Void Land to znowu riff zaczerpnięty (a wręcz plagiat?) z Labiryntu Fauna, albumu Huntera z 2009 roku. Część autorska jest okej, choć numer nie kopie aż tak bardzo, może poza solówką z marszówką w tle, która wypada bardzo fajnie.
Wokal na The Highest One przypomina CoreyaTaylora, jeśli chodzi o manierę śpiewania. Z kolei riffy wraz z perkusją są zrobione przez zespół od A do Z, gdyż nie wychwyciłem tu żadnej zrzynki, a jedynie inspiracje. Jest dobrze.
Ostatni utwór z jednym na EPce polskim tytułem Zaćmienie jest równie dynamiczny, jak kompozycja otwierająca, gitary i perkusja sprawiają, że człowiek sam z siebie chce lecieć w pogo. Do tego pojawia się breakdown rodem z jak deathcoroewgo numeru. Solówka znowu genialna.

Zespół ma potencjał, powinien jednak moim zdaniem, unikać ewidentnego plagiatowania jak w przypadku trzeciego utworu. Ponadto słychać, że grupa szuka stylu, dlatego też ta EPka to mieszanka thrashu, heavy i odrobiny deathcoru. Co się z tej mieszkanki wyklaruje, czas pokaże. Jak na sam początek nie jest źle, jest nawet dobrze jak na pierwszy materiał. Jeśli nie znacie tej EPKi , z czystej muzycznej ciekawości warto się z nim zapoznać. Tym bardziej, jeśli nie obca jest Wam polska muzyczna scena metalowa oraz młode reprezentujące nią zespoły.

8/10

Judas Priest – Firepower (2018)

Judas Priest,zespołu, który istnieje już 50 lat na szeroko rozumianej scenie metalowej, nikomu nie trzeba go przedstawiać. Należy im się szacunek już z samego powodu, że wciąż chcą koncertować oraz nagrywać. Zeszły rok przyniósł dla fanów tej brytyjskiej ikony heavy metalu, w tym i dla mnie, wspaniałą wiadomość w postaci wydania ich najnowszego albumu Firepower. Może piszę o nim późno, ale na pewno szczerze, jeśli więc chcecie poznać moją opinię na temat tego krążka, zapraszam serdecznie.

Już na samym początku, mam na myśli tytułowy numer, nie jest nudno. Oj nie, wręcz przeciwnie. Od samego wokalnego wejścia Roba nasuwa się na myśl Painkiller. Może to również dzięki sekcji rytmicznej i podobieństwu riffów utwór skojarzył mi się z klasykiem Priestów?
h

Lightning Strike nie pozwala odpocząć, moim skromnym zdaniem jest ja kontynuacja pierwszego kawałka. Kompozycja jest świetna zarówno w wersji studyjnej, jak i koncertowej. Lekko elektroniczny początek Never the Heroes znowu coś mi przypomina. Ta przytłumiona gitara, następnie dobre riffy i niezawodna perkusja już są znakomite. Do tego tekst daje do myślenia-moim zdaniem, nawiązuje do współczesnych konfliktów zbrojnych prowadzonych na Bliskim Wschodzie. Intro Guardians zapowiada kolejny kawałek i daje chwilę wytchnienia. Rising from Ruins to bowiem doskonały przykład tego, jak stworzyć kompozycję z aż trzema partiami solowymi. Na Flame Thrower usłyszałem jedną z lepszych zmian temp wraz z blastami w tle.

Spectre porwało mnie już, od samego początku- bardzo charakterystyczne intro z pewnością zostanie w mojej głowie, na dłuższy czas. Traitors Gate to znowu cudowny warsztat wokalny Roba, szybkie frazesy mówione przez niego przed samym refrenem są po prostu cudowne. No Surrender już za sam przekaz, wskakuje na moją osobistą listę numerów motywujących do działania oraz egzystencji w trudnych chwilach. Pominę już, jak zapewne się domyślacie, genialny, lecz przy tym bardzo prosty aspekt muzyczny tej kompozycji.

Na sam koniec otrzymujemy dwie ballady. Co do tej pierwszej nie jestem co prawda w stanie stwierdzić, o ile można ją tak określić, gdyż muzyczna struktura owej kompozycji jest dla mnie niepewna, mam na myśli Lone Wolf. Za to ta druga, Sea of Red, jest świetna, a zwłaszcza jej końcówka.

Krótko mówiąc, giganci (bo tak ich trzeba nazywać), wydali arcydzieło heavy metalu, udowadniając, że na laurach nie spoczęli. Wprost przeciwnie, dalej pokazują innym zespołom, jak trzeba tworzyć taki typ muzyki. Nie brakuje różnorodności riffów, solówek i partii perkusyjnych.Poza tym wokal, który pomimo wieku Roba (68 lat) nadal jest utrzymany na poziomie Boga Metalu, (za którego słusznie jest uważany). Od siebie dodam, że mógłby to być ich ostatni album, jeśli, odpukać, tak by zdecydowali. Jakie jest wasze zdanie na temat tego krążka? Jeśli macie inne, chętnie je poznam. Jak dla mnie to jest ich drugie opus magnum, zaraz obok albumu Painkiller właśnie.

10/10

Nightwish – Oceanborn (1998)

Nightwish to jedna z tych grup, których raczej trudno nie znać. Mam tu też na myśli osoby które, tylko z doskoku słucha cięższej muzyki. Ja, uważając się za szczęściarza, miałem nosa, jeśli chodzi o album, z którym rozpocząłem, trwającą już ponad 20 lat przygodę z nimi. Mam tu na myśli ich drugi krążek — Oceanborn. Jeśli jesteście ciekawi mojej opinii na ten temat, serdecznie zapraszam.

Już od samego początku jest intensywnie. Stargazers, bo o nim mowa, po prostu zachwyca. Symfoniczne wejście, magiczne klawisze, gitarowe solówki, Tarja Turunen daje poznać słuchaczom swój liryczny sopran. Nic dziwnego, że zespół nawet po zmianie wokalistki nie zrezygnował z tego numeru. Dobre wrażenie kontynuuje Gethsemane, nic więc dziwnego, że podobnie jak poprzednia kompozycja zagościł na set liście ostatniego koncertu Nightwish w Krakowie. W mojej interpretacji bardzo wyraźnie słychać w nim nawiązania stricte chrześcijańskie, poza tym muzycznie utwór jest istną bajką, zwłaszcza z ostrzejsze riffami (solo?).

Na Devil & the Deep Dark Ocean po raz pierwszy usłyszymy Tapio Wilske, którego wybór był moim zdaniem doskonała decyzja, gdyż jego głos idealnie pasował do Tarji, zresztą podobnie było w przypadku The Pharaoh Sails to Orion. Sam kawałek jest bardziej mroczny od poprzednich, co nie czyni go jednak w żaden sposób gorszym. Nawet powiedziałbym że wręcz przeciwnie, zresztą jego też miałem okazję usłyszeć na krakowskiej Tauron Arena na ostatnim koncercie Nightwish.

Natomiast jeśli chodzi o, Sacrament of Wilderness to jest tu zawarta największa ilość mistycyzmu, zresztą w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zresztą ten utwór jest w ścisłej dziesiątce mojej subiektywnej listy ulubionych utworów Nightwisha. Nic dziwnego, że ten kawałek wydano jako singiel, gdyż wszystkie cechy, jakie singiel powinien posiadać, są w nim zawarte. Podobnie jest z Passion and the Opera. Przechodząc z kolei do ballad, Swanheart ma wszystkie jej cechy.

Następnie mamy do czynienia z bardzo dobrym, jedynym za czasów Tarji instrumentalnym utworem, Moondance. Ze spokojnego wstępu przeradza się on w bardzo dynamiczny kawałek. The Riddler zawiera w sobie dokładnie to, czego potrzeba, żeby stwierdzić, iż jest bardzo dobry. The Pharaoh Sails To Orion to znowu eksplozja grozy oraz kolejnego dobrego duetu Tapio Wilska wraz z Tarją. Zresztą muzycznie też się to wyraźnie da odczuć, zwłaszcza dzięki ostrzejszym partiom gitarowym.

Słysząc po raz pierwszy utwór Walking In The Air, nie miałem pojęcia, że, jest o cover Howarda Blake, w dodatku, że jest to po prostu genialna, bo inne słowo mi do głowy nie przychodzi, aranżacja melodii do serialu The Snowman z 1982 roku. Czapki z głów. Oprócz tego jest również prawdziwą balladą przez wielkie B. Ostatnie dwa utwory to Sleeping Sun i Nightquest. Sleeping Sun jak dla mnie to ocean wszelkich emocji, od smutku i tęsknoty przez żal i wzruszenia. Nightquest to znowu wyjątkowo dynamiczny numer, który też się sprawdził jako kompozycja zamykająca.

Podsumowując, drugi krążek Nightwisha był, jak na swoje czasy, bardzo eksperymentalny, przyznał to nawet sam współautor tego arcydzieła Tuomas Holopainen. Udział kwartetu smyczkowego oraz flecisty Esy Lehtinena dodały więcej symfonicznych elementów tej płycie, tak samo wyższe partie wokalne Tarji. Dodać do tego należy dwie genialne okładki autorstwa Marii Sandell. Muzycznie, wizualnie, lirycznie jest to kompletny i spójny album. Jeśli jakimś cudem ktoś go nie znał, polecam nadrobić zaległości. Chętnie natomiast poznam zdanie innych fanów grupy Nightwish na temat tejże płyty. Dla mnie jest i będzie, ona w pierwszej trójce najlepszych albumów tej grupy. Gdyż pomimo ponad dwudziestu lat od ukazania się tej płyty. The Riddler ma w sobie nastrój i filozoficzny wydźwięk tekstu, odpowiadający zresztą tytułowi. Stargazers swoją epickością pozwala przynajmniej mi za każdym razem, gdy go słucham, podróżować poprzez wszelkie konstelacje gwiazd naszej galaktyki a słuchając Walking in the air , unosić się w powietrzu niczym piórko.

10/10