Judas Priest – Firepower (2018)

Judas Priest,zespołu, który istnieje już 50 lat na szeroko rozumianej scenie metalowej, nikomu nie trzeba go przedstawiać. Należy im się szacunek już z samego powodu, że wciąż chcą koncertować oraz nagrywać. Zeszły rok przyniósł dla fanów tej brytyjskiej ikony heavy metalu, w tym i dla mnie, wspaniałą wiadomość w postaci wydania ich najnowszego albumu Firepower. Może piszę o nim późno, ale na pewno szczerze, jeśli więc chcecie poznać moją opinię na temat tego krążka, zapraszam serdecznie.

Już na samym początku, mam na myśli tytułowy numer, nie jest nudno. Oj nie, wręcz przeciwnie. Od samego wokalnego wejścia Roba nasuwa się na myśl Painkiller. Może to również dzięki sekcji rytmicznej i podobieństwu riffów utwór skojarzył mi się z klasykiem Priestów?
h

Lightning Strike nie pozwala odpocząć, moim skromnym zdaniem jest ja kontynuacja pierwszego kawałka. Kompozycja jest świetna zarówno w wersji studyjnej, jak i koncertowej. Lekko elektroniczny początek Never the Heroes znowu coś mi przypomina. Ta przytłumiona gitara, następnie dobre riffy i niezawodna perkusja już są znakomite. Do tego tekst daje do myślenia-moim zdaniem, nawiązuje do współczesnych konfliktów zbrojnych prowadzonych na Bliskim Wschodzie. Intro Guardians zapowiada kolejny kawałek i daje chwilę wytchnienia. Rising from Ruins to bowiem doskonały przykład tego, jak stworzyć kompozycję z aż trzema partiami solowymi. Na Flame Thrower usłyszałem jedną z lepszych zmian temp wraz z blastami w tle.

Spectre porwało mnie już, od samego początku- bardzo charakterystyczne intro z pewnością zostanie w mojej głowie, na dłuższy czas. Traitors Gate to znowu cudowny warsztat wokalny Roba, szybkie frazesy mówione przez niego przed samym refrenem są po prostu cudowne. No Surrender już za sam przekaz, wskakuje na moją osobistą listę numerów motywujących do działania oraz egzystencji w trudnych chwilach. Pominę już, jak zapewne się domyślacie, genialny, lecz przy tym bardzo prosty aspekt muzyczny tej kompozycji.

Na sam koniec otrzymujemy dwie ballady. Co do tej pierwszej nie jestem co prawda w stanie stwierdzić, o ile można ją tak określić, gdyż muzyczna struktura owej kompozycji jest dla mnie niepewna, mam na myśli Lone Wolf. Za to ta druga, Sea of Red, jest świetna, a zwłaszcza jej końcówka.

Krótko mówiąc, giganci (bo tak ich trzeba nazywać), wydali arcydzieło heavy metalu, udowadniając, że na laurach nie spoczęli. Wprost przeciwnie, dalej pokazują innym zespołom, jak trzeba tworzyć taki typ muzyki. Nie brakuje różnorodności riffów, solówek i partii perkusyjnych.Poza tym wokal, który pomimo wieku Roba (68 lat) nadal jest utrzymany na poziomie Boga Metalu, (za którego słusznie jest uważany). Od siebie dodam, że mógłby to być ich ostatni album, jeśli, odpukać, tak by zdecydowali. Jakie jest wasze zdanie na temat tego krążka? Jeśli macie inne, chętnie je poznam. Jak dla mnie to jest ich drugie opus magnum, zaraz obok albumu Painkiller właśnie.

10/10