Amaranthe – Helix (2018)

Tym razem o grupie, istnieniu oraz wydaniu przez nią płyty dowiedziałem się, chcąc wybrać się 1 listopada do Warszawy na koncert Powerwolf. Amaranthe, bo o niej mowa, była jednym z supportów. Poleciła mi ich moja znajoma Malwina, twierdząc, że właśnie dla nich, a nie Powerwolfa, pojechała na ten warszawski koncert. Ciekawe czy miała rację? Ich krążek zatytułowany Helix, ujrzał światło dzienne 19 października, dzięki wytwórni Spinefarm Records. Ja dziś podzielę się z Wami, moimi wrażeniami co do ich najnowszego wydawnictwa, jeśli jesteście ich ciekawi, zapraszam.

Zespół tworzy sześć osób: Elize Ryd odpowiedzialna na damski wokal, Olof Mörck, który gra na gitarze oraz keybordzie, perkusista Morten Løwe Sørensen , Henrik Englund Wilhemsson, na którego głowie jest gwol oraz scream, w tym nowy wokalista, jeśli chodzi o czysty śpiew Nils Molin. Wspomnę tylko, iż pochodzą, że Szwecji, czy może mieć to jakieś znaczenie? Nie mam pojęcia …

Na The Score, czyli openerze płyty to Elize Ryd jest teraz głosem zespołu. Dochodzi tam potem wokal Nilsa oraz scream Henrika. Muzycznie natomiast elektronika przeplata się z prostymi breakdwonami i nieporywającymi jednak riffami, czy blastami. Dobrym ozdobnikiem, choć dla mnie sztucznym jest gitarową solówką. Znowu 365 zaczyna się jak utwór z gatunku dark wave by potem przejść do ,, corowej ” części, wraz z trzema różnymi typami wokali. Wyjątkiem od reguły jest naprawdę jedyna ballada, posiadająca najmniej metalowych naleciałości, czyli Unified. Jeśli miałbym wskazać kompozycje warte uwagi to Countdown, 365 oraz właśnie Unified.

Podsumowując, będąc całkowicie szczerym, to nie podskoczyłem z zachwytu. Nie mogę powiedzieć, że grupa nie radzi sobie, jeśli chodzi o łączenie elektroniki (nawet dup stepu) z elementami deathcorowymi, bo byłoby to kłamstwo. Jeśli chodzi o wrażenia co do wokali, ciekawe doświadczenie, bo raz słyszę Elizę, potem Henrik screamuje lub growluje, a zaraz Nils czysto śpiewa. Jest to do zniesienia, gdyż nie ma w tym przerostu formy nad treścią, przy najmniej dla mnie, wszystkiego po trochu. Słuchając dłużej Eilzy, to mam wrażenie, że, jej głos jest podobny do Kate Parry.

Czy mi się spodobali? Czas pokaże, gdyż jak na chwilę obecną byli dla mnie ciekawą odskocznią od typowego death/hard coru. Na pewno plus zgarniają u mnie za miks właśnie 3 typów wokali, elektroniki i death/hardcoru. Na chwilę obecną jednak są dla mnie ciekawostką, bo jakoś nie mam usilnej ochoty wracać do tego albumu. Może z czasem, kto wie do paru kompozycji. Bardzo jestem również ciekaw, jak zaprezentują się na tegorocznym Masters of Rock, gdzie będę miał okazje zobaczyć. Malwina muszę powiedzieć jedno, przykuli moją uwagę, ale nie na tyle, aby wpisać się na listę zespołów, do których warto wracać, a już nie mówiąc słuchać na okrągło. Chętnie też poznam wasze zdanie na temat tego krążka w komentarzach.

6/10