Wywiad z Piotr Sopek (Devaner)

Dziś trochę bardziej undergrandowo. Wywiad z założycielem zespołu Devaner. Jeśli jesteś miłośnikiem oldschoolowego thrashu, grupa przypadnie Ci do gustu. Sam Piotr odpowie nam na wiele interesujących pytań. Dotyczących jego pasji oraz zespołu.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką?

Z sama muzyką rozpocząłem na dobre przygodę gdzieś w okolicach 1983 roku, słuchając wszystkiego co było wtedy dostępne. Powstawała wtedy cała masa polskich zespołów rockowych takich jak Lady Pank, Oddział Zamknięty, Maanam, Perfect itd. Wychodziły pierwsze płyty na vinylach i tego się wtedy słuchało. Nie minęło sporo czasu i poznałem heavy metal. Pamiętam jak w telewizji publicznej puścili koncert brytyjskiego UFO a ja siedziałem i oglądałem to jak wryty. Jednak pierwszym zespołem który zrobił na mnie największe wrażenie był niemiecki Accept. Przegrywałem od znajomych każdą możliwą kasetę z jakąkolwiek płytą metalową tj. Iron Maiden, Judas Priest i tym podobne zespoły. Później przyszedł czas na thrash metal, który to zaczął dochodził do głosu i tak tkwię głównie w nim do czasów teraźniejszych, chociaż nie zamykam się na inne gatunki muzyczne.

Sam zacząłem grać na gitarze i założyłem własny zespół na początku lat dziewięćdziesiątych. Po zagraniu kilku koncertów i wydaniu jednej taśmy demo zespół się rozpadł, a ja powiesiłem gitarę na „kołek”. Już nie grałem, ale nadal słuchałem wszystkiego, co w metalu się pojawiało.

Jak doszło do powstania zespołu Devaner?

W knajpie przy piwie mój kumpel Bartek z zespołu Divine Weep zadał mi pytanie – dlaczego nie gram na gitarze? Pomyślałem – no właśnie dlaczego? Po powrocie do domu wyciągnąłem z futerału mego starego Mensfelda, który siedział tam od 1994 roku. Struny były stare, pordzewiałe, ale zacząłem powoli ćwiczyć po parę minut dziennie. Z dnia na dzień coraz mocniej wciągałem się w granie. Ćwiczyłem godzinę, dwie, a nawet trzy wszystkie możliwe gamy, pasaże i superpozycje. Pomyślałem, że fajnie by było znowu zagrać z zespołem na scenie. Rozpocząłem poszukiwania chętnych do zespołu i natrafiłem na problem, ponieważ takich ciężko było znaleźć. W miarę upływu czasu skład się ustabilizował, ale nie byli to ludzie przesiąknięci metalem i raczej luźno podchodzili do tematu. W końcu wszystko się posypało i zostałem tylko ja i basista. Przez Fejsa znalazłem drugie gitarzystę i tak w trójkę zrobiliśmy album Fear Of Being Born. Zespół na początku powstał w mojej głowie, następnie powstała nazwa, która to określa tylko i wyłącznie zespół. Z góry wiedziałem, że skład ma być czteroosobowy i jaki rodzaj muzyki będziemy grać. Być może, iż nie udało mi się zarazić swoją ideologią pozostałych ludzi w zespole a może po prostu teraz mamy takie czasy, że metal niestety, ale nie stanowi dominacji. Obecnie mam nowy skład zespołu i ludzi, którzy żyją metalem od lat. Mam nadzieję, że w tym składzie rozruszam zespół.

Jakimi zespołami się inspirowałeś, tworząc debiutancki album Fear of Being Born?

Na początku lat osiemdziesiątych byłem zainspirowany Metallicą, ale tylko pierwszymi czterema płytami. To dzięki nim nauczyłem się grać na gitarze. Przestali grać thrash metal, więc trzeba było poszukać kogoś innego. Do głosu doszła Sepultura i to na nich wzorowaliśmy się z pierwszym zespołem. Po latach na nowo odkryłem albumy Sepultury z Maxem na wokalu i chciałem stworzyć album z podobną muzyką. Słyszałem wypowiedzi, że nikt już tak nie gra, no i co z tego, ja tak gram. Po Sepulturze powstała nisza, która była do wypełnienia i to przynajmniej próbowałem zrobić. Album miał bardzo dobry odbiór wśród starej gwardii metalowej i chociaż według mnie brzmi zupełnie inaczej, to właśnie głównie do płyt Sepultury był porównywany, co dla mnie było ogromnym wyróżnieniem. Tym się inspirowałem i taki był odbiór a czy słychać tam jeszcze jakieś naleciałości, bo przecież słucham dużo i wszystkiego zostawiam do indywidualnej oceny.

Widziałem, że reaktywowałeś zespół, masz w planach nagrać drugi album czy tylko na chwilę obecną koncertowy powrót?

Bardzo ciężko wbrew pozorom jest znaleźć dobrych muzyków do grania. Wstawiłem na swoim Fejsie info, iż szukam perkusisty. Odezwał się do mnie Piotrek z Lublina. Sam znalazł nam nowego basistę Mikołaja również z Lublina. Mój drugi gitarzysta jest ze Świnoujścia, ale niebawem zjedzie do mnie. Udało mi się znaleźć świetnych ludzi i muzyków, którzy tak jak ja są przesiąknięci metalem. Bardzo dobrze się dogadujemy i ćwiczymy na próbach materiał z płyty. W planach mamy już zaklepane koncerty. Jeśli wszystko potoczy się, zgodnie z moimi planami to nie tylko będziemy koncertować, ale tez nagrywać. Na chwilę obecną zespół powstał na nowo i musimy się skupić na tym, co już pod szyldem Devaner wyszło. Czas pokaże co, będzie dalej, ale normalną koleją rzeczy jest fakt, iż trzeba nagrać album.

Z tego, co mi wiadomo, jesteś bardzo wielkim miłośnikiem szeroko rozumianej muzyki metalowej. Wydałeś zresztą ostatnio własną książkę ,,Cały ten Metal”. Co można w niej przeczytać? Skąd w ogóle pomysł na jej wydanie? Planujesz ogólnopolskie wydanie?

Metal czy też ogólnie pojęta muzyka towarzyszy mi już ponad 36 lat. To moje życie i wydaje mi się, że trochę się na niej znam, a przynajmniej mam na ten temat jakąś wiedzę. Swego czasu zrobiłem do radia Prorock audycję na temat thrash metalu. Słuchając tego mój kumpel, stwierdził, iż się marnuje i powinienem o tym napisać książkę. Musiałem przespać się z tematem i pomyślałem, dlaczego nie? Nie było sensu pisać tylko i wyłącznie o muzyce, więc wplotłem to wszystko w swoje życie prywatne, a że metal to ja tak więc oba wątki non stop się przeplatają. Prawie każdy, wydaje teraz jakieś książki, wychodzi to jako ogólnopolskie wydawnictwo, aby tylko na tym zarobić. Ja miałem trochę inny w tym cel. Po pierwsze to chciałem swojej najbliższej rodzinie zostawić jakąś pamiątkę po sobie i po swoim życiu. Moja starsza córka, czytając ją, mówiła – o! Tego nie wiedziałam. Po drugie chciałem, aby najbliżsi mi ludzie dowiedzieli się tez trochę o mnie. Taka odsłona bardzo dobrze wpływa na relacje i buduje więzi. Co innego jest opowiedzieć, a co innego jest samemu przeczytać, to bardziej zostaje w głowie. Wydanie takiej książki z kolorowymi zdjęciami to też bardzo duży koszt, a nie jest to pozycja do ogólnopolskiego wydania, bo kogo interesowałoby życie jednego metala z Podlasia. Książka rozpoczyna się w 1983 roku, bo to właśnie do tego roku byłem w stanie, cofnąć się wspomnieniami a kończy w 2018. Przez całą książkę opowiadam o sobie i muzyce, która na przełomie lat mi towarzyszyła. Podobno wyszło bardzo fajnie i ciekawie się to czyta, ale to już nie mnie oceniać.

Czym zajmujesz się oprócz muzyki?

Na co dzień pracuję i zajmuję się samochodami od strony logistycznej. Same samochody nigdy mnie nie interesowały, ale strona logistyczna wciągnęła mnie – lubię swoją pracę. Bardzo dużo czytam. Mam w domu kolekcję książek Masterton, czyli horrory, ale nie tylko. Do tego w ostatnim czasie odkryłem twórczość Remigiusza Mroza i głównie na jego książkach skupiam uwagę. Nie oglądam telewizji, czasem może jakiś film. Nie interesuje mnie polityka. W sumie można powiedzieć, że nudne życie, gitara, muzyka i książki.

Co wziąłbyś ze sobą na bezludną wyspę?

Przeniósłbym ze sobą swój niewielki pokój, moją samotnię i ona w pełni by mi wystarczyła. Tutaj ma cały swój świat, czyli to, co podawałem wyżej, gitary, płyty i książki. Nie musiałbym z nikim gadać i tyle do życia by mi wystarczyło.

Czy jest inny kraj oprócz Polski, w którym chciałbyś mieszkać, jeśli tak to, jaki i dlaczego?

To, że nie oglądam telewizji, nie znaczy, że nie wiem co się w kraju dzieje. Często absurd goni absurd i powala mnie ogólna głupota, ale da się tu żyć. Swego czasu byłem w Hiszpanii i bardzo mi się tam podobało, to, że nikt się nigdzie nie spieszył i ludzka życzliwość, ale kto wie, jak by było, gdybym tam zamieszkał na stałe? Jestem gdzie, jestem, żyję, gdzie żyję i na razie nie zmieniam tego.

Czego mogę Ci życzyć na przyszłość?

Życz mi wytrwałości i zdrowia. Jedno i drugie z racji na wiek. Wytrwałości, ponieważ nie jestem już w tym wieku, że mogę sobie coś odkładać na za rok lub trzy. Chciałbym jak najszybciej ograć się z zespołem i zagrać jeszcze kilka koncertów a może nawet wydać kolejną płytę. A zdrowia? Niby nie choruję i nic mi nie dolega, ale jak zacznę to, nie zrealizuję tego pierwszego założenia.

A Pale Horse Named Death – When The World Becomes Undone (2019)

Ostatnio naszła mnie ochota, na posłuchanie czegoś, co wywołałoby u mnie paletę emocji. Mając taką chęć, natknąłem się na nowojorską formację A Pale Horse Named Death. W styczniu tego roku wydali oni, swój trzeci pełnometrażowy album zatytułowany When the World Becomes Undone. Określani są jako połączenie doom i gothic metalu. Czy sprostali moim oczekiwaniom? Jeśli jesteście ich ciekawi, chętnie się z Nimi z Wami podzielę.

Samo intro As it Begins to faktycznie mrok, płacz kobiety oraz w tle brzmiący strikte blackowy riff gitar. Kompozycję When the World Becomes Undone rozpoczyna, wejście pianina, czysty śpiew, riffy wraz z perkusją, dochodzi wyraźny bass, wszystko brzmi w jednym rytmie. Zmiana wokalu z czystego na scream, też jest dobra. Znowu na Love the Ones You Hate riffy, brzmią bardziej pustynią. Typ wokalu znowu przypomina mi lekko Merlina Mensona, dodatkiem jest dobra solówka gitarowa. To samo jest w przypadku Fell in My Hole, które zawiera jedynie dobre mroczne intro.

Succumbing to the Event Horizon to przerywnik, w sumie nie wiadomo po co, moim zdaniem niepotrzebny. Vultures– akustyczna gitara, wzmocnione brzmienie dwóch gitar wyraźnym basem. Jedna z gitar ma lepsze riffy, później niektóre z nich, przypominają mi brzmienie starego Black Sabbath. Zespołu, który był i jest uważany, tak naprawdę za prekursora doomowych brzmień. End of Days to również dwa rodzaje wokalu, ten drugi przypomina mi Marlina Mansona. Podobnie znowu jest, jeśli chodzi o We All Break Down.

The Woods, to kolejny przerywnik, znowu motyw kobiety, chór mężczyzn, rytualne bębny symbolizujące jakiś osąd? Trudno powiedzieć. Na We All Break Down intrygująca jest rozmowa w tle. Faktycznie mroczniejszy riff, znowu przypominający mi Black Sabbath i wokal w stylu Marlina Mansona, tak samo, jak niektóre riffy. Trzy kolejne utwory Lay With the Wicked, Splinters , Dreams of the End to dla mnie jest już coraz mocniej odczuwalne zmęczenie materiału. Closure jako zamykające outro to, dzwony, płacz kobiety, syreny, rozmowy w tle.

Połączeń między tymi kawałkami odmówić nie można, jest to swego rodzaju spójność, lecz czy która mi się podoba? Trudno powiedzieć ,z jednej strony szanuję odważne połączenie riffy przywodzące na myśl wspomniane już przeze mnie kapele, wraz z dołożeniem czego od siebie, jednak to nie jest dzieło, pod którym kolana mi się ugięły. Słychać pustynnego ducha, tak samo okładka, przywodzi na myśl nazwę zespołu. Muzycznie do pewnego momentu jest interesująco, zwłaszcza mając do czynienia z innym rodzajem wokalu. Jednak mimo wszystko, to nie jest typ dla mnie, bo pomimo rzekomo, mających doomowo riffów, mimo iż niektóre teksty są o zakładzie czy śmierci, nie czuję melancholii i bez nadziei, tylko krótkotrwałe przygnębienie. Natomiast znudzenie już przy Splinters, Dreams of the End, czy zupełnie niezrozumiałym dla mnie outro Closure. Rozumiem, że, jak się ma trzech gitarzystów, to inaczej odbiera się materiał, jednak mimo wszystko jest słabo. Moim jednak zdaniem widać nie jest to wystarczająco gotycko-doomowy dla mnie album, więc w tym przypadku jestem bardziej rozczarowany, niż zachwycony. Jest to album dla tych, którzy chcą czuć przygnębienie, które jednak nie potrwa ono zbyt długo. Ja do tej płyty raczej nie zamierzam wrócić, gdyż nie sprostała ona moim oczekiwaniom. Jeśli nie znaliście, to posłuchajcie i wyróbcie sobie własną opinię, ja wyraziłem swoją.

7/10

Wywiad z Justyna Szatny

Na scenie metalowej, zwłaszcza polskiej niewiele jest kobiet, które ją kreują. Ostatnio miałem okazję zamienić z jedną z nich parę słów. Justyna Szatny, bo o niej mowa opowie nam o pasjach, muzyce oraz o zbliżającym się widać wielkimi krokami nowym materiale zespołu Iscariota.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką?

Wcześnie. W przedszkolu stał stary fortepian, do którego mnie ciągnęło od 5 roku życia. Później rodzice zapisali mnie na prywatne lekcje gry na pianinie, do dość wymagającego nauczyciela. Trenowałam tak kilka lat. Uwielbiałam grać Jana Sebastiana Bacha. Nauczyciel zauważył, że potrafię tchnąć w muzykę uczucia i dziś wykorzystuję tę umiejętność w tworzeniu muzyki.

Od samego początku grałaś na keyboardzie?

Na początku miałam takie małe organki Yamahy, później, gdy rozpoczęłam lekcje rodzice, zakupili mi czarne pianino Hüttner. W syntezatory zaczęłam się bawić wiele lat później, gdy zadecydowałam, że chcę być na scenie.

Czy oprócz muzyki masz jeszcze jakieś zainteresowania/hobby?

Tak, interesuję się kulturą Japonii. Mało kto wie, ale w latach 2003-2004 trenowałam wschodnie sztuki walki mieczem samurajskim – iaido. Niestety z braku czasu musiałam sobie odpuścić. Tak – mam swój wykuty u płatnerza miecz samurajski. Nie ukrywam, że bardzo bym chciała wrócić na treningi. Poza tym interesuje mnie historia i kultura naszych przodków, kiedy Słońce było Bogiem.

Jak to się stało że dołączyłaś do zespołu Iscariota?

Piotrek Piecak mnie wypatrzył, jak jeszcze grałam w innych projektach. Potem ktoś mu sprzedał mój numer telefonu (chwała mu za to), zadzwonił, porozmawialiśmy i postanowiłam dołączyć do Iscarioty. Oczywiście nie bez wątpliwości, bo wcześniej grałam w bardziej gotyckich projektach. Bałam się też, że ta poprzeczka będzie dla mnie za wysoka, ale jakoś sobie radze od 8 lat.

W jakim stopniu współtworzysz piosenki zespołu Iscariota?

Różnie. Czasem zrodzi się pomysł na cały numer, czasem zarzucam jakimś motywem i go rozbudowujemy. Pracuję nad efektami, przestrzenią. Zatem w każdy utwór wkładam jakiś swój pomysł.

Czym się inspirujesz kiedy tworzysz teksty?

Teksty pisze w całości Piotr Piecak i nikt mu w tym nie przeszkadza. Pisze o otaczającej nas rzeczywistości, swoich przeżyciach, spostrzeżeniach. Bardzo lubię jego teksty.

Czy masz jakieś ulubione zespoły muzyczne które uwielbiasz słuchać, mając z nimi związane jakieś szczególne wspomnienia?

Jestem wierną fanką zespołu Katatonia. Słucham ich już od 20 lat! Zaczęłam jeszcze w szkole podstawowej. To dla mnie niesamowicie głęboka, pełna emocji muzyka, która towarzyszyła mi zawsze na różnych etapach mojego życia. Zawsze moja dusza odnajdywała w tych melodiach siebie. Twórczość Katatonii miała i ma bezwzględnie wpływ na mój muzyczny rozwój.
Oczywiście są też inne zespoły które bardzo lubię i czerpię inspirację, a mianowicie: Dream Theater z moim klawiszowym czarodziejem Jordanem Rudess’em, mistyczny Emperor, Dimmu Borgir, Moonspell, Nightwish, Slayer, Evanescence.

Wiadomo już kiedy Iscariota planuje nagrać kolejny album?

Tak, we wrześniu planujemy wejść do studia. Bardzo mi się podoba nowy materiał i mam nadzieję, że spotka się z dobrym przyjęciem.

Co wzięłabyś na bezludną wyspę?

Pianino – prądu nie trzeba, a bez muzyki nie potrafię żyć.

Czy są jakieś inne państwa poza Polską, w których chciałabyś zamieszkać, a jeśli tak to dlaczego?

Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Wolę siedzieć na polskiej ziemi, nigdzie indziej mnie nie ciągnie. Pozwiedzać sobie mogę.

Czego mogę Ci życzyć na przyszłość?

Energii, pasji w graniu i Korga Kronosa SE.

Bardzo dziękuję Ci za wywiad, tego więc będę Ci życzył. Do tego nie mogę się doczekać najnowszego albumu Iscariota.

Fot. Kinga Dziwota

Infernal War – Conflagrator (2009)

Jeśli chodzi o polską scenę muzyczną, nie znam nikogo, kto nie słyszał o Infernal War. Grupie muzycznej założonej przez Stormblasta i Triumphatora. Ich muzyka ewoluowała z czasem. Dziś jednak ponownie, po latach, zamierzam przyjrzeć się ich EPce Conflagrator, wydanej 15 lutego 2009 roku. Czy brzmi tak samo? Czy lata podziałały na korzyść, czy przeciwnie? Przekonacie się tylko wtedy kiedy, zapoznacie się z moimi odczuciami.

Utwór otwierający Spears of Negation poprzez dźwięk syren umiejętnie buduje napięcie. Dwie gitary brzmiące jednocześnie, do tego perkusja i wokal Herr Warcrimera dają efekt tzw. zbombardowania słuchacza. Plusem też są dobre breakdowny oraz solówki. Serio. Tak samo, jak wcześniej zachwyca mnie do dziś. Natomiast Of Nihilistic Contentment dostarcza jeszcze doskonałych blastów, które doskonale współgrają z gitarami i bassem. Trudno nie zauważyć także, że mimo iż jest to death metal, to riffy często brzmią zarówno black, jak i thrash metalowo. Do tego znowu breakdowny. Blazing Impious Adoration zaczyna się trochę inaczej, gdyż bez ogródek, sieje zniszczenie. Tak samo, jak The Holy Fall oraz The Purifier .

Krótko mówiąc, Conflagrator, tak jak kiedyś, jak i dziś, ukazuje częstochowski Infernal War, w pełnej formie. Wirtuozeria solówek, intensywność perkusji, do tego, co jakiś czas drobne elementy elektroniki. Wszystkie te środki doskonale ukazują wojenną intensywność, tego materiału, który nie posiada słabej kompozycji. Paradoksem w sumie jest to, że, zespół sławiący śmierć, zagładę oraz wojnę, wywodzi się z Częstochowy, która dla osób zupełnie niezwiązanych z metalem, kojarzy się tylko z katolickim klasztorem na Jasnej Górze. Od siebie też dodam, iż pomimo jest to Epka, jest dla mnie zdecydowanie lepsza od ich ostatniego albumu Axiom z 2015 roku. Powiem więcej, po latach Conflagrator, brzmi dla mnie jeszcze lepiej, niż kiedy pierwszy raz miałem z nim styczność. Jestem też ciekaw wasze zdania na temat tej Epki.

10/10

Tarja Turunen – The Shadow Self (2016)

Po dłuższej przerwie, zapoznałem się z kolejnym już albumem Tarji Turunen, dla wielu fanów Nightwisha, będącej nadal tą ,,najlepszą ”. Do tego namówiły mnie w sumie dwie osoby Joanna i Malwina. Mam tu na myśli płytę The Shadow Self z 2016 roku. Chętnie się przekonam czy Tarja pomimo posiadania doskonałego głosu, potrafi stworzyć dobry album. Czy będzie to pozytywne zaskoczenie? Jeśli chcecie wiedzieć, zapraszam do zapoznania się z moimi odczuciami.

Otwierający płytę singiel Innocence,od początkowych partii pianina wykonanych przez Tarją, brzmi dobrze, bardziej rockowe riffy wraz z jej śpiewem się dobrze komponują, mam tu też na myśli dobrą perkusję. Jedynym lekkim nad użyciem, jest dla mnie trochę zbyt długa solówka na pianinie. Wirtuozerska strona nie wypada źle, lecz mimo to uważam ją trochę za lekko zbędną. Do tego jeszcze te partie instrumentów dętych. Za dużo tego. Demons in You co ciekawe zaczyna się lekko funkowe brzmiącą gitarą, do tego wyrazisty bass. Wejście naprawdę jazzowe. Potem jest intensywnie. Deathowo wręcz trochę. Fuzja głosy Alise White-Gluz znanej już z Arch Enemy to dość specyficzne doświadczenie, które nie każdemu do gustu przypadnie. Dla mnie jest to dość odważne artystyczne połączenie dwóch zupełnie innych głosów. Alise jest demonem a Tarja aniołem. Solówka basowa natomiast to mistrzostwo. Końcowy break down daje efektywny koniec.

No Bitter End w porównaniu do poprzednich utworów brzmi najprościej. Co nie jest zarzutem, wreszcie można odpocząć. Doskonały wokal Tarji, dobre riffy oraz bardzo dobra solówka gitarowa. Love to Hate natomiast to najlepiej połączone partie skrzypiec oraz pianina, na tym albumie. Tu aranżacje orkiestrowe idealnie pokrywają się z tekstem. Choć ich chwilowe orientalne brzmienie zaskakuje. Supremacy miał być w założeniu coverem piosenki o tym samym tytule zespołu Muse. Dla mnie okazał się jej odtworzeniem, tylko że z Tarją na wokalu. Bardzo słabo, w sumie to nie wiem po co, został na tym albumie zamieszczony. The Living End jest wreszcie, spokojną, prosta, ale dobrą balladą. Diva czy Eagle Eye mnie niczym szczególnym nie powaliła, mogłem usłyszeć Toniego, który jest bratem Tarji. Undertaker pod kątem symfonicznym zajmuje u mnie drugie miejsce. Słucha się go naprawdę przyjemnie. Na Calling From The Wild intrygująca jest zmiana brzmienia na bardziej deathowe i nie mam tu na myśli, tylko break downów. Końcowa Too Many pomimo tytułu nie zapewnia zbyt wielu emocji, a raczej żadnej w sumie.

Podsumowując, tak szczerze powiedziawszy to mam twardy orzech do zgryzienia. Ponieważ z jednej strony album posiada kompozycje, które pod kątem różnorodności instrumentalnej, wirtuozerskiej również, nie są dla każdego. Choć nie kiedy czuć woń lekkiego przekombinowania, wręcz na siłę. Natomiast z drugiej są też takie, których słucha się dobrze jak, chociażby Love to Hate, Undertaker oraz Living End. Problem jest w tym, że u mnie powoduje to mocny dysonans. Przewaga jest bowiem po tej aranżacyjne/wirtuozerskiej części, co akurat tej płycie zaburza równowagę. Prostoty, która akurat sprawiłaby, że wracałbym do tego albumu, jest za mało. Oprócz tego mocno komiczny jak dla mnie cover, który nim nie jest, udowadnia, że, nie jest to album spójny. Doceniając kunszt muzyków, wraz z Tarją, ten krążek jest dla mnie dobry. Na raz. Nie wybitny, nie wspaniały, po prostu dobry. Mam pełną świadomość, że, narażam się fanom Tarji, ale swojego zdania nie zmienię. Czekam na wasze opinie na temat tego albumu. Mnie w nim czegoś, lepszy w moim osobistym odbiorze, okazał się Jej debiut My Winter Storm z 2007 roku.

7/10