Kings Destroy – Fantasma Nera (2019)

Drugi raz Stany Zjednoczone, znowu zespół z Nowego Yorku. Moje ostatnia styczność skończyła się rozczarowaniem. Jednak nie generalizując, znowu z czystej ciekawości, przesłuchałem najnowszy album grupy Kings Destroy zatytułowany Fantasma Nerra, wydany 8 marca tego roku przez Svart Records. Czy zespół mnie zaskoczył bądź rozczarował? Tym bardziej że to ponoć eksperymentalny doom metal. Nie wiem czego się spodziewać, a o dziwo lubię taki stan. Nigdy ich nie słuchałem, zawsze musi być ten pierwszy raz. Czy okazał się udany? Przekonajmy się!

Początek powiedziałbym utrzymany w klimacie blusowo – pustynnym, choć tu mam na myśli brzmienie lekko podchodzące pod stoner metal, mam tu na myśli riffy gitar. Wokal też dość nietypowy, dużo przejść perkusyjnych. Chór wzmacniający wokal nawet tam wrzucili. Tytułowy Fantasma Nerra brzmi już inaczej. Początek jest psychodeliczny, tak jak powinien. Te pustynne riffy oraz breaki są coraz ciekawsze. Do tego aż trzy solówki lekko heavy metalowe? Jest lepiej niż, się spodziewałem. Tylko ten wokal. Intrygujący,

Bardziej przytłaczające są już kolejno Unmake It oraz Dead Before. Riffy gitar, break downy, solówki, a zwłaszcza wokal to podkreśla. Yonkers Ceiling Collapse daje trochę wytchnienia i dodaje odrobinę dynamiki. Początek Seven Billion Drones jest dla mnie dziwny, gdyż jeśli jest to riff gitarowy to jak dotąd najdziwniejszy z jakim miałem do czynienia, brzmiał mi mocno latami sześciedziesiątymi . Ciekawe też są też partie wirtuozerskie. Sam koniec płyty, w postaci You’re the Puppet, Bleed Down the Sun oraz Stormy Times dostajemy dożylnie potrójną dawkę psychodelii.

Podsumowując. Niejednokrotne przesłuchanie tej płyty było dla mnie bardzo specyficznym doświadczeniem, co nie znaczy, iż złym. Odmienność brzmień również. Mam wrażenie, że, przeszłość i przyszłość spotkały się w jednym miejscu. Mam tu na myśli mocną inspirację Black Sabbath (w sumie swego rodzaju pioniera doomu) oraz dźwięk gitar z lat sześćdziesiątych. Poczułem się jak hipis, w zależności co wziąłem. Oczywiście żartuję. Nie bierzcie tego całkiem serio. Płyta jest spójna, przekaz bardzo głęboki. Jednak pomimo melancholijnego wydźwięku, wokalista jest osobą, która jak dobry przyjaciel dodaje otuchy podczas przeżywania cięższych chwil w życiu. Właśnie takim ,,przyjacielem” będzie Stephen Murphy. Dzięki tej płycie doznacie oczyszczenia ze wszystkich swoich problemów. Odczujecie Je, a potem Je pokonacie. Album polecam w ciemno, gdyż mnie zachwycił pod każdym względem. Jak dla mnie jest to mocny kandydat do najlepszej doomowej płyty tego roku w moim odczuciu.

10/10

Dodaj komentarz