Völur – Ancestors (2017)

Völur to nazwa kanadyjskiego zespołu, a raczej tria, które powstało w 2013 roku. Od tego czasu mają już na koncie swój debiut. Jednak nie spoczęli na laurach i już 2 czerwca 2017 wydali swój drugi album zatytułowany Ancestors. Czy drugi album okazał się lepszy od debiutu? Jakie miałem wrażenia po przesłuchaniu jej nawet po dłuższej przerwie? Czy ktoś mi ją polecił? Wszystkie odpowiedzi po kolei.

Zacznijmy od tego, iż z zespołem zetknąłem się, gdyż kolega Grzegorz mi go polecił. Zabrałem się zatem za ich najnowsze dzieło. Pomimo znajomości debiutu nie miałem oczekiwań, po prostu będąc w lekkim dołku, odpaliłem ów krążek. Otrzymałem w zamian już od pierwszych minut eksplozję wrażeń. Kawałek otwierający Breaker of Silence to delikatny stuk wiatru dzwonków, głęboki pogłos wiolonczeli i pierzasty głos przypominający syreny, przeplatają się przez warstwy mgły. Stopniowo budował napięcie, aż naturalnie pękło niczym napięta struna. W czterominutowym fragmencie zwięzły i wyrazisty dźwięk basu grany przez Lucasa Gadke z Blood Ceremony- łączy się z nagą prostotą perkusji. Potem wzrasta intensywnie. Bębny również rosną do agresywnego tupotu, a strunowe instrumenty rzucają ostrzejsze partie. Wszystkiego dopełnia burza czystych wokali, męskiego oraz żeńskiego, drapiące dźwięki skrzypiec w tle, ostre warczenie, zepsute linie basu i zderzające się bębny. Dysonans idealnie wręcz łączy się z melodią.

Breaker of Skulls jest jeszcze cięższy. Bas ma wagę co najmniej czterech gitar, a jego fuzja łączy się z ostrością skrzypiec. Dziwnie dysonansowe linie basu, łączą się z ostrymi growlami, liniami skrzypiec i basowym ciężkim bębnieniem. Kompozycja sprawia, że słychać głośny szum otoczenia i nieostre efekty co jednak nie pomaga w odbiorze.

Breaker of Oaths to znowu inna bajka. Zaczyna się piękną klasyczną muzyką, którą słychać w poprzednim utworze, a następnie przesuwa się z gitarami, aż trafia w grubszy doom, z kojącym wokalem i bardzo chwytliwym riffem. Dźwięk zmienia się kilka razy, przez co po prostu ukazuje eksperymentalną stronę grupy.

Ostatni utwór Breaker of Famine jest najcięższy w sensie dźwiękowym. Otwiera się w stylu funeral doom metal, ale zawiera kilka różnych stylów. Zagłębia się również w black metal. Następnie kontynuuje ładnie progresywny rytm, później dołączył do nich na krótko eterycznie brzmiący chóralny wokal. Po dłuższym fragmencie solowym kompozycja delikatnie wsuwa słuchacza w ciszę, któremu towarzyszy jedynie delikatna melodia z gitary, do której wkrótce dołącza spokojny, pozytywny wokal. Po tym utworze zaczyna się odzyskiwać bardziej pozytywną, pełną nadziei i spokojną atmosferą i zatrzymuje się go na jego resztę. Z kolei utwór oraz całą płytę, zamyka delikatna melodia skrzypiec.

Tak czy inaczej, zespół swym albumem zabiera mnie jako słuchacza w podróż. Nie łatwą, w pewnych momentach wymagającą wytrwałości, oraz przez cały jej przebieg, muzycznej odwagi. Jest ona jednak barwna i tego warta, moim skromnym zdaniem. Jednak nie jest to album dla każdego i na każdą okazję. Jeśli jednak znajdziecie się w odpowiednim czasie i nie będziecie się bali przesłuchać tej płyty, na pewno będziecie bogatsi o nowe muzyczne doświadczenia. Ja uwzględniając odpowiedni nastrój oraz czas jestem zmuszony do jednego, w tym przypadku zasłużonego werdyktu. Tym bardziej że bardzo szanuję zespoły eksperymentujące, a przez to nie bojące się nowych, nieznanych rozwiązań. Dodatkowym plusem jest też fakt, iż, po dokładnym roku przerwy moje wrażenia i odczucia są identyczne. Trio z Kanady stworzyło po prostu arcydzieło.

10/10