Satyricon – Now, Diabolical (2006)

Po bardzo udanym koncercie jednego z norweskich klasyków black metalu na tegorocznej edycji Masters of Rock, postanowiłem odświeżyć sobie album, dzięki któremu mogłem tę grupę poznać. Mówię oczywiście o norweskim zespole Satyricon oraz płycie Now, Diabolicol , która ma już aż 13 lat, gdyż została wydana 13 kwietnia 2006 roku. Jak słuchało mi się jej pierwszy raz? Czy czas zadziałał na korzyść płyty a może wręcz na odwrót? Czy są inne zespoły, które może inspirują się tą płytą? Na te pytania chętnie Wam odpowiem, jeśli oczywiście jesteście ich ciekaw.

U mnie kwestia rozpoczęcia muzycznej przygody z tą grupą, to trochę zabawna sprawa, gdyż dzięki mojemu dobremu koledze Szymkowi, z którym chodziłem do jednej klasy w szkole podstawowej, a potem gimnazjum, miałem z nimi pierwszą styczność. Puścił mi po prostu kiedyś właśnie ten album, kiedy dyskutowaliśmy o konkretnym problemie, który nie dotyczył tylko nas, ale i naszej całej klasy. To tak tytułem wstępu.

Rozpoczynając już więc tytułowy Now, Diabolicol, kiedyś był dla mnie połączeniem dobrego riffu oraz dynamicznej perkusji, oczywiście wraz z doskonałym wokalem Satyra. Dziś, kiedy już po paru latach jeszcze bardziej zrozumiałem przekaz tej kompozycji, podoba mi się ona jeszcze bardziej i jest bardzo dobrym otwarciem płyty. Do tego ta blackowa gitarowa solówka i umiejętne dobrane blasty.

Drugim utworem i chyba po upływie trzynastu lat, jedna z muzycznych wizytówek tego zespołu, królującym na ich koncertach, jest K.I.N.G . Dla mnie kiedyś, szóstoklasisty, był to bardzo przebojowy kawałek. Co ciekawe kiedyś, na dyskotece szkolnej jak go puściliśmy z Szymkiem, oczywiście bez zgody osoby odpowiedzialnej za oprawę muzyczną, wszyscy się przy nim świetnie bawili, choć i tak dostaliśmy uwagi od wychowawczyni, ale było warto. Teraz, śmiało mogę stwierdzić, że i tak po 15 odtworzeniu z rzędu, dynamika perkusji nadaje tu klimat, takiego trochę black’rollu, lecz riff otwierający jest genialny, do tego ta surowa perkusja.

Z Pentagram Burns na samym początku miałem problem, ale tylko jako puszonym oddzielnie, bo wtedy wydawał mi się trochę nijaki. Nie wiedzieć czemu. Bo jako trzecia kompozycja dodawał odrobinę więcej mroku. Był też jednym z trzech utworów Satyricona, na którym wraz z Szymonem ćwiczyliśmy swoje perkusyjne umiejętności. Choć wielokrotnie frazy : ,,Rise my friend – march to war
/Time is up – shadows dance/ Fight my friend – tyrants pull /Time is up – burn the world ’’ w różnych okolicznościach śpiewaliśmy z Nim wielokrotnie. Dziś mogę oddać od siebie fakt, iż, wydaje mi się dobrą kontynuacją K.I.N.G, choć w pewnym momencie przejścia i zmiana temp, przykuwają uwagę mych uszy, do tego te subtelne blasty.

Na New Enemy aż takiej uwagi kiedyś nie poświęcałem, bo w głowie z całej płyty miałem maksymalnie trzy utwory. Natomiast po przesłuchaniu go z przerwami, intensywność perkusji, a potem tak zwane uspokojenie, w postaci niby siarczystych, lecz lżejszych riffów, dało balans, do tego jeszcze deklamacja Johna Woza jako gościa. Jeszcze to kilka sekund ciszy.

The Rite of Our Cross rozpoczyna mroczna a do tego lekko jazzowa perkusja, potem cisza oraz istna nawałnica riffów, nie brakuje też dobrych blasów ,a gitarowy breakdown z towarzyszącymi blastami. Jak kiedyś aż tak mi nie utkwił w pamięci, tak teraz już tak, przez co stał się jednym z moich nowych ulubionych utworów na tym albumie. Do tego sekcja dęta dała o sobie znać. Natomiast jak kiedyś tak i dziś That Darkness Shall Be Eternal jest tylko dobrym kawałkiem,bo dla mnie niczym szczególnym się nie wyróżnia, no dobra, może tą marszówką.

Delirium to znowu inna sprawa. Jak dla mnie tytuł idealnie odzwierciedlił, to co jest, na nim zawarte. Osobiście uważam, iż, na nim zmiany tempa z intensywnego na spokojne osiągnęły poziom perfekcyjny. Dynamiki też nie można mu oczywiście odmówić, bo breakdowny ma znakomite.

Przedostatni To the Mountains jako najdłuższy utwór miał i nadal ma sporo do zaoferowania, co ciekawe jako samodzielny, też daje radę. Dla mnie z sentymentu najistotniejsze są partie perkusji, które są dla mnie istną ucztą. Choć trochę lekko jazzowe połączenia riffów z perkusją właśnie, też są interesujące. W pewnym momencie wraz z sekcją dętą brzmieniowo przypomina zbliżającą się burzę, a raczej jej epicentrum. Tym właśnie epicentrum burzy był i nadal pozostaje Storm (Of The Destroyer). Najbardziej intensywny utwór na płycie, co w przypadku utworu zamykającego jak dla mnie było dość śmiałym posunięciem.

Podsumowując to wszystko. Z dawnych ulubieńców pozostał mi tylko Now, Diabolicol oraz K.I.N.G. Po powrocie do tego albumu, po latach doszły jeszcze dwa, kiedyś niedoceniane, albowiem The Rite of Our Cross oraz Delirium. Tak samo, jak kiedyś, tak i dziś. Ta płyta jest bardzo spójna, choć nie idealnie. Jest może na niej utwór, który nie musiał, That Darkness Shall Be Eternal, ale nie zawsze można mieć wszystko. Natomiast dodatkowym wręcz plusem jest fakt, iż tym albumem, w swojej twórczości, inspirował się Nihil, który dla wielu jest ojcem polskiego post-black metalu, a to jednak świadczy o kultowym statusie tej płyty. Czas zadziałał w moich odczuciach zdecydowanie również, na plus, bo odkryłem, na tym krążku coś, czego nie znałem. Przez co znowu intensywniej słucham tego zespołu. Uważam, że byłoby wręcz genialnie, gdyby okazało się, iż Satyricon ogłasza z okazji 15-lecia wydania tej płyty trasę, na której zagraliby go w całości. Wtedy na pewno wraz z Mirkiem i Beatą, pojedziemy, jeśli nie do jakiegoś miasta w Polsce, to w Czechach na pewno. Jeśli jakimś cudem, nie znaliście tego albumu, polecam nadrobić zaległości, choć uważam, iż, jest to raczej nie możliwe. Sentymentalizm z nim związany, nowe muzyczne odkrycie oraz inne wymienione powyżej czynniki, wskazują na tylko jedną ocenę tego kultowego dzieła. Podzielcie się też swoimi opiniami, na jego temat, a jak będziecie chcieli to też wspomnieniami.

10/10

Dodaj komentarz