Skov recenzja

Skov to polski punk metalowy zespół z Wrocławia, powstały pod koniec 2017 roku. W skład zespołu wchodzą wokalista Marcin Niewiadomski, gitarzyści Mateusz Bajan i Wojciech Węgrzyn, basista Piotr Bolek oraz perkusista Michał Godzisz. Szczerze mówiąc o ile w młodości miałem przygodę z takimi kapelami jak Dezerter czy KSU, to w sumie na tym moja przygoda z punkiem się skończyła. Kiedy więc wkładałem płytę Skov do odtwarzacza, sam byłem ciekaw gdzie zaprowadzi mnie ta przygoda.

Na początku jak zawsze kilka słów o warstwie wizualnej. Okładka Skov jest po prostu na najwyższym poziomie. Na jej głównym planie widzimy Temidę (mitologiczną boginię sprawiedliwości) w otoczeniu zwierząt (wilka, sarny i krowy). Całość jest utrzymana w zielono czarnych barwach, a w tle widzimy zdewastowane budynki. Całość nawiązuje wg. mnie do zniszczeń, do których przyczynia się człowiek. Jakby Temida prowadziła zwierzęta na rewolucję w celu odzyskania Matki Ziemi. Środek digipacka jest utrzymany w podobnej stylistyce, jedyne czego mi zabrakło to książeczki z tekstami. Całość wizualnie robi ogromne wrażenie.

Jak pisałem, po krążki z pogranicza HC czy różnych mieszanek punkowo metalowych sięgam rzadko. Głownie dlatego że w Polsce ten gatunek mało kiedy ma coś ciekawego dla zaoferowania jeżeli chodzi o mój gust muzyczny. W przypadku Skov jest zdecydowanie inaczej. Pierwszy utwór „Release the Barabash” bez zbędnych długich muzycznych wstępniaków wali nas w morde solidną dawką muzyki. Tępo które narzuca kapela od samego początku gna jak wściekły dzik. Solidne wręcz brudne riffy gitar, z naprawdę zajebistym ciężkim wokalem i grzmotem perkusji powodują że od pierwszych akordów mamy ochotę skakać i biec do pogo. Całość muzycznie jest mieszanką wielu stylów muzycznych od punka po momenty black metalowe. Pewnie bałbym się takiej mieszaniny ale to co pokazują chłopaki z Wrocławia na tym krążku pokazuje że nie tylko warto mieszać te style ale wręcz trzeba. Świadczy to o ogromnym talencie muzycznym kapeli. Szczerze, w pewnym momencie tak bardzo skupiłem się na muzyce że myślałem że recenzuje jakiś topowy zagraniczny band. I nie żebym insynuował, że w Polsce nie ma dobrych zespołów ( patrzmy Vane o którym pisałem w ostatniej recenzji ) – ale dlatego, że Skov brzmi jak czołówka światowego Coru ( Bullet from my Valentine np.).

Podsumowując, mógłbym skupić się na każdym poszczególnym utworze z płyty, mógłbym pisać że zespół nie zwalnia tępa i wytacza naprawdę muzyczne działa, ale to bez sensu. Nie ważne czy bliżej wam z corami, metalem czy czystym punkiem tą płytę mieć u siebie w kolekcji. To zdecydowany top wśród wydawnictw tegorocznych na mojej półce.

(Ulwar)

Dodaj komentarz