Sabaton – The Art of War (2008)

Tym razem przeniosę się do szwedzkiego Falun, miejsca narodzin Sabatonu, kapeli uwielbianej przez jednych, znienawidzonej przez innych. Sam lubię ich twórczość, może też z powodu mojego hobbistycznego zainteresowania historią. Tak czy inaczej, odświeżyłem sobie po prawie 11 latach przerwy, ich czwarty studyjny album zatytułowany The Art of War. Czy dalej mnie zachwyca lub nudzi? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Ogólnie tematyka płyty opiera się na szeroko rozumianej sztuce wojennej. Fakt, iż, w prologu (intrze) Sun Tzu Says jest cytowany fragment dzieła samego Sun Tzu, akurat o tym samym tytule, nie jest przypadkiem. Jednak samo zastosowanie go jako lektora z kobiecym głosem chyba tak.

Pierwszy utwór po intro, czyli Ghost Division oprócz tego, iż, paradoksalnie opowiada o legendarnej 7 Dywizji Erwina Rommla, to nadal pod kątem dynamiki sieje istne spustoszenie. Nie brakuje klawiszy dopełniających gitary oraz dużej ilość blastów. Efekt dopełnienia to solo na keybordzie.

Tytułowy The Art of War, zaczyna się kolejną mądrą deklamacją ze strony pani lektor, cytującą znowu Sun Tzu. Tutaj znowu jak kiedyś tak i teraz otrzymałem solidną porcję idealnie pokrywających się partii klawiszy i gitar. Plusem są też bardzo wyraźnie podkreślone przejścia przez perkusje, a zwłaszcza blasy, no i wpadający w ucho jednak rytm charakterystycznych klawiszy. Solówka gitarowa również nadal jest bardzo dobra. Oprócz tego wokale wspierające Joakima też robią swoje.

Czas najwyższy utwór, którym Szwedzi zjednali sobie serca wszystkich polskich fanów. Mam na myśli kultowy już 40:1. Opowiadający epicką historię naszych mężnych żołnierzy, którzy bronili Wizny przed Niemcami do ostatniej kropli krwi. Co ciekawe 40:1 pozwolił, aby świat dowiedział się o tym, że to w Polsce zaczęła się II Wojna Światowa. Pod kątem muzycznym jest to kolejny klasyk koncertowy, gdyż wszystkie elementy, czyli przejścia perkusyjne oraz gitary, a także wokale wspierające są dopięte najlepiej jak można, jak epickie solo gitarowe. Dla mnie paradoksem jest, że niektórzy nasi rodacy, potrafią żartować na ten temat i nie przyznawać się, że go nie słyszeli, bo w to akurat nie uwierzę.

Unbreakable jest kolejnym z dynamicznych utworów. Jednakże odrobiny czegoś mu zabrakło. Szkoda. Skoro nawet naprawdę dobre gitarowe solo go nie ratuje na tyle, abym zmienił zdanie. Później mamy kolejny barwny przerywnik w postaci The Nature of Warfare pozwalający nieco odpocząć. Oraz posłuchać wywodów Sun Tzu.

Natomiast kolejny utwór Cliffs of Gallipoli, mówi o beznadziejnym oraz niepotrzebnym poświęceniu wielu istnień ludzkich w bitwie o Gallipoli w 1915 roku podczas I Wojny Światowej. Zaczyna się od bardzo szybkiej partii pianina, które towarzyszy do samego końca tej kompozycji. Jednocześnie podkreśla dzięki temu epickość tej opowieści. Kolejny już kultowy przebój w dorobku zespołu, którego nie naruszył w żaden sposób upływający czas. Jak i kolejnego doskonałego solo gitarowego, jednego z trzech najlepszych na całym albumie.

Talvisota to natomiast pokazanie konfliktu znanego jako wojna zimowa, z perspektywy totalnie zaskoczonych Sowietów którzy, nie spodziewali się aż tak zażartego oporu ze strony Finów. Jednak w ostateczności fiński Dawid przegrał z sowieckim Goliatem, nie poddając się jednak tak łatwo, czego dowodem było aż 126 825 poległych samych żołnierzy radzieckich, przy zdecydowanie mniejszych stratach ze strony Fińskiej. My jako Polacy mieliśmy i nadal mamy z Finami wiele wspólnego, może więc dlatego mi ten utwór nawet muzycznie nadal przypada do gustu, a zwłaszcza jego szybkie tempo, o czym świadczą bardzo szybkie partie gitarowe.

Panzerkampf rozpoczyna się nawet bardzo dobrym gitarowym solo. Tutaj mamy przedstawiony kolejny konflikt, czyli tak zwaną wojnę ojczyźnianą z perspektywy Sowietów, jako ofiar ze strony agresji Niemców. Jako Polak tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć, bo nasz kraj oba te reżimy doświadczyły okrutnie, lecz mimo wszystko prości ludzie nie byli niczemu winni, bronili swoich domów przed wrogiem w największej bitwie pancernej II Wojny Światowej. Muzycznie znowu nie ma się do czego doczepić. Poza tym słyszę tu drugie równie dobre solo, dobre zmiany temp budujące nastój.

Union (slopes of st. Benedict) to opowieść o tak naprawdę międzynarodowych aż czterech bitwach o Monte Cassino. Warto podkreślić, że Polacy, dla których był to chrzest bojowy, w ostateczności po prawie 5 miesiącach działań Aliantów zdobyli Monte Cassino. Tu też niczego nie brakowało i nie brakuje. Wprowadzający głos pani lektor, też znowu zdaje egzamin. Jednak to drugi dobry, ale nie genialny utwór, któremu czas chyba zabrał to ,,coś”.

Kolejna niezwykle poruszająca, przynajmniej dla mnie historia o cenie ludzkiego życia jest ukazana w kolejnym już teraz kultowym The Price of a Mile. Może nie ma tu pianina, ale nie jest potrzebne, aby poczuć tak naprawdę klimat tej kompozycji. Tak samo, jak w przypadku Cliffs of Gallipoli. Mogę nawet rzec, iż to są dwa najbardziej nastrojowe, nietypowe ballady z całego muzycznego dorobku grupy.

Ostatni Firestorm to istna muzyczna burza gitar oraz ogromnej ilości przejść. Oprócz tego to w tym utworze znalazłem drugie najbardziej interesujące solo klawiszy z tej płyty. Jest to ostania dawka energii przed zamykającym płytę outro A Secret. Z wersji re-armed miałem do czynienia z dwoma bonusowymi utworami, przedstawiającymi szwedzkich wikingów w heavy metalowym stylu kolejnym, czyli Swedish Pagans oraz Glorius Land, który ogólnie opowiada o obronie własnej ojczyzny. Pierwszy okazał się kolejnym koncertowym hitem. W tym drugim natomiast jest bardzo dobre gitarowe solo oraz dość interesujący zabieg wokalny Joakima. Pomijam bowiem wersję demo Art of War czy wykonany na żywo Swedish National Anthem.

Podsumowując. Pomimo upływu 11 lat od wydania tej płyty, nadal jest ona istną kopalnią przebojów, poza tym tylko jeszcze dwie płyty mają porównywalna ilość kultowych kompozycji dla fanów zespołu Sabaton. O tych dwóch pozostałych płytach też napiszę parę słów. Tak czy inaczej. Moi byli i obecni faworyci z tego albumu, czyli 40:1, Ghost Division, Art of War, Cliffs of Gallipoli, Panzerkampf oraz The Price of a Mile, natomiast z bonusów Swedish Pagans. To wyraźnie jak bardzo dobry jest to album. Moim zdaniem nadal jednym z trzech najlepszych zespołu Sabaton.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Primal Fear – Rulebreaker (2016)

Jakiś czas temu wyraziłem opinię o najnowszym albumie niemieckiej grupy Primal Fear. Uznałem, że, warto jednak spróbować nie poprzestać tylko na jednym ich krążku. Tak też uczyniłem. Dziś opiszę swoje wrażenia dotyczące ich płyty z 2016 roku zatytułowanej „Rulebreaker”. Czy okazała się lepsza od najnowszej? Zobaczymy.

Już od samego początku nudno nie jest. Mocnym otwarciem jest Angels of Mercy, riffy gitarowe wraz z dobrą perkusją robią swoje. Wokal Ralfa jest, jak trzeba oraz do tego te wspaniałe chórki. No nie mogę uwierzyć, otwarcie idealne po prostu. Jego integralną a przez to doskonałą kontynuacją jest End is Near. Solówka zawarta na końcu tego utworu to istny majstersztyk. Bullets & Tears jest podobnie dynamicznym numerem. Do tego napisane bardziej pod lekko rock’ n’rollowy klimat solo jest dobre. Natomiast tytułowy Rulebreaker posiada inne atuty w postaci swobodnych przejść temp z wolnych w szybkie, czego nie usłyszałem we wcześniejszych kompozycjach. Riffy też trochę inne, ale równie dobre. In Metal we Trust to znowu przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach.

Podczas słuchania In Metal we Trust to znowu czułem przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach. W We Walk Without Fear występuje u mnie paradoks doznań. Początek otwiera dźwięk pozytywki. Symfoniczno/elektroniczne intro skutecznie buduje napięcie. Potem wchodzą gitary, ale elektronika pozostaje. Następuje zwolnienie tempa. Śpiew i zmiany wokali Ralfa dodają nastroju, lecz nie wiedząc czemu, lekko zaczynam się nudzić. Znowu z drugiej strony chce się tego słuchać, bo konstrukcja tego utworu jest intrygująca, szkoda, że nie jest to ballada. Jednak mimo wszystko za długa jak dla mnie.

At War With The World posiada jedną z najlepszych solówek na całej płycie. The Devil In Me też jest dobre. Nawet wiem, co mi przypomina, klimat Black Sabbath z czasów DIO, a może nawet Tony’ego Martina. Constant Heart to wokalne wejście Ralfa z buta, jego charakterystycznym falsetem. Tu uświadczymy go najwięcej, co akurat mnie bardzo cieszy. Potem następuje ballada The Sky Is Burning-1, która znowu o dziwo, jest bardziej nastrojowa od tej, której dane mi było słuchać wcześniej. Utwór Raving Mad to znowu Ralf, falset, dobre riffy, wspaniałe zamknięcie płyty. Jak dotąd ta kompozycja jest najlepszą, zamykającą heavy metalowy album. Serio. Moment. Nie ma się do czego doczepić. Nawet jakbym chciał. Czy ja śnię? Jeśli tak to mnie nie budźcie. Tak serio jednak, mamy tutaj do czynienia, z wieloma bardzo dobrymi utworami. Jednak dwie pierwsze petardy, czyli Angels of Mercy” oraz End is Near wskakują u mnie na pierwsze miejsce. Na drugim, przez co zamykającą najlepszą trójkę jest jednak Constant Heart. Wielkie słowa uznania kieruję w stronę gitarzystów, czyli Toma Naumanna, Alexa Beyrodta i Magnusa Karlssona. To dzięki wam ten album jest przepełniony heavy metalową energią, wiadomo, z momentami oddechu, ale jednak. Ja za to powiem jedno: ,,Od złego albumu zacząłem, jeśli chodzi o Primal Fear. Nie popełnijcie mojego błędu”. Ten bowiem uważam za najlepszy.

10/10