Borknagar – True North (2019)

Nareszcie! Po ponad trzech latach oczekiwania, norweski Broknagar wydaje swój kolejny krążek zatytułowany True North. Wydany został oczywiście przez Century Media Records, dokładnie 27 września tego roku. Kiedyś na łamach pewnego portalu miałem okazję wyrazić swoją opinię na temat ich poprzedniej płyty Winter Thrice, która bardzo mi przypadła do gustu. Chociażby z tego powodu najnowszy album nie ma łatwego zadania, gdyż poprzeczkę u mnie, ma zawieszoną bardzo wysoko. Czy True North mnie rozczaruje? Czy też może okaże się, iż, znowu Borkangar pozytywnie mnie zaskoczył. Tego dowiecie się w odpowiednim czasie. Tak czy inaczej, dziś podzielę się z Wami, swoimi wrażeniami odnośnie do najnowszego albumu Norwegów True North.

Otwierający płytę Thunderous spełnia swoje zadanie w pełni. Cieszy fakt, iż, nie tylko czyste wokale Vortexa wiodą tutaj prym. Mam tu na myśli nadal ten sam surowy scream. Sama struktura jest intrygująca i bardziej progresywna. Perkusja stanowi tu wyznacznik zmian temp, które w przypadku tego utworu występują czterokrotnie. Słuchając do tego dłuższego fragmentu spokojniejszych gitar, ma się wrażenie zatracenia w jakiejś nieokreślonej przestrzeni. Nie jest może genialnie, ale też nie jest źle.

W Up North pod względem brzmienia bardzo spodobały mi się gospelowe klawisze. Do tego ta narastająca dynamika perkusji, jak i gitar. Później znowu przejście na większą intensywność. Kunsztu nadaje śpiew Vortexa o śmierci, w dość o dziwo przyjemny dla ucha sposób. Do tego jeszcze filozoficzne nawiązanie do cyklu życia, związanego z czterema porami roku. Oprócz tego mam nieodparte wrażenie, iż, właśnie na tej kompozycji ,,Lazare” dał największy popis swoich muzycznych umiejętności. Może dlatego też jako singiel odniósł sukces? Pewnie tak.

Drugim singlem a trzecim utworem na płycie jest The Fire that Burns. Tutaj znowu zupełnie inne spokojne fragmenty dają ten sam efekt. Uwagę przykuwa jednak dość intrygująca gitarowa solówka. Co oprócz tego? No cóż. Może jednak za dużo czystego śpiewu Vortexa, ale końcowe chórki wyszły dobrze, wraz ze screamem, którego jednak było za mało.

W Lights podoba mi się początkowa partia perkusji. Do tego jeszcze wejście z czystym śpiewem Vortexa, jak i Larsa ,,Lazare”, a jeszcze później jeden screamuje a drugi śpiewa. Duet idealny. Z instrumentalnych kwestii, tutaj też solówka gitarowa zasługuje na uznanie.

Wild Father’s Heart rozpoczyna się bardzo nastrojowo. Nie tylko za sprawą akustycznych gitar, ale także instrumentów smyczkowych. Dopełnia to marszówka wraz z bardzo dobrą gitarową solówką. Powiem jedno. Jeśli to miała być refleksyjna a do tego relaksująca ballada, to Borknagar spisał się na szóstkę.

Mount Rapture z kolei sprowadza na początku trochę dobrych blackowych riffów. Prawdziwym screamem zaczyna się wokal. Choć jak zwykle następuje zamiana. Co interesujące tu też jest odrobinę tych gospelowych partii klawiszy, lecz zaraz potem całkiem niezła solówka gitarowa.

Tidal. Ten z pozoru znowu spokojnie się zaczynający utwór, wcale taki nie jest. Choć gitary oraz subtelna perkusja, a zwłaszcza brzmienie talerzy, wprowadza mnie na zupełnie inny wymiar. Tutaj Vortex poza klasycznym czystym śpiewem, wysila się jeszcze na coś innego. Natomiast po pierwszych partiach screamu Larsa miałem wreszcie gęsią skórkę. Potem jak Ich głosy łączą się w jeden. Istna bajka, mój blackowy głód zostaje w pełni zaspokojony. Potem znowu przejście, wraz z wyraźnie brzmiącymi chyba wszystkimi elementami perkusji. Od intensywnego do spokojnego. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż tutaj Bjørn Dugstad Rønnow miał swoje ,,pięć minut”, tak samo było też z gitarzystami. Moje uszy otrzymały dwie genialne solówki pod rząd. Do tego jeszcze wiele delikatnych riffów na koniec. Bardzo dobra muzyczna uczta oraz jak dla mnie nowa muzyczna wizytówka wszystkich umiejętności Borknagara.

Zamykający płytę Voices znowu przenosi mnie do innego wymiaru. Nastrojowe klawisze oraz spokojna perkusja, to wszystko skutecznie zbudowało napięcie. Potem potężnie brzmiące gitary. Wokal Larsa Nedlanda, nowego gitarzysty, istnie magiczny. Idealnie też odzwierciedlający dość bardzo znowu refleksyjną tematykę wolności oraz czym są te słyszane ,,głosy w głowie”. Sumienia przy czynieniu zła? Wezwaniem przodków albo objawem szaleństwa? Czy wszystkim naraz? Tak czy inaczej, lirycznie jest to drugi najlepszy utwór.

Podsumowując, True North jest bardzo przemyślanym albumem, zwłaszcza pod kątem struktury muzycznej. Jednak to nie zawsze idzie w parze ze spójnością. Tidal i utwór zamykający krążek, Voices, brzmią trochę, jakby je ktoś z zupełnie innego krążka dokleił. Tutaj więc w porównaniu do poprzedniej płyty jest troszkę słabiej. Oprócz tego instrumentalnie nie zawiedli, a wręcz zaskoczyli trochę nowym brzmieniem klawiszy, w tym trochę bardziej gospelowym brzmieniem. Z wokalistami tutaj mam lekki problem. Gdyż z jednej strony są momenty, kiedy tego czystego śpiewu ich obu jest dużo, scream Larsa to uzupełnia. Jednak jeśli chodzi o mnie, to całkowicie zostałem zaspokojony screamem, gdy usłyszałem Tidal. Moim zdaniem True North pod kątem lirycznym jest kontynuacją Winter Thrice. Lirycznie Up North, Tidal oraz Voices są najlepsze. Natomiast muzycznie rządzi despotycznie u mnie Tidal, potem Up North, a na końcu Lights. Czy się rozczarowałem? Wcale nie. Czy Borknagar mnie pozytywnie zaskoczył? Owszem. Czy jest to album równie dobry, jak poprzedni? Tak a do tego jest jego dobrą kontynuacją. No i tak jak w przypadku Winter Thrice z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywam go na nowo. True North jest płytą genialną. Polecam go każdemu fanowi progresji, a jeśli ktoś zna wcześniejszy Winter Thrice to tym bardziej. Nie zawiedziecie się! Jak jestem oczarowany i na kolejny ich krążek poprzeczka jest jeszcze wyżej zawieszona. Chociażby z powodu, że Tidal to istne arcydzieło. Nie mogę się doczekać informacji o ich europejskiej trasie koncertowej, która oby nie ominęła Polski.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Dodaj komentarz