Babymetal – Metal Galaxy (2019)

Babymetal podobnie jak polski Nocny Kochanek budzi skrajne emocje. Jest to jednak zespół japoński. Ci, co mieli do czynienia odrobinę z japońską kulturą, nie zaprzeczą, że, jest ona pełna dziwnych zjawisk, czy też elementów, które wzajemnie się wykluczają. Nie ulega wątpliwości, iż, po wydaniu swoich dwóch albumów Babymetal, rozpoczął niekończącą się dyskusje w kwestii kiczu, a także przyczynił się do powstania nurtu kinder/ modern metalu. Dziś po raz kolejny ciekawość zwyciężyła i postanowiłem przesłuchać ich najnowszy album Metal Galaxy, wydany 8 października tego roku. Czy pożałuję swojej decyzji? Czy może jednak jako osobie nie stroniącej, od brzmień ścieżek dźwiękowych z licznych anime, się nie rozczaruje? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Już samo intro mające w swoim założeniu być kosmiczne, jest w rzeczywistości mocno depstapowe. Zastosowano także tutaj, coś, czego nie zdzierżę, a mianowicie audiotun. Tak więc już sam początek mnie nie przekonał. Potem jest już chyba tylko gorzej.

Na Da Da Dance, otrzymujemy bowiem fuzję j-popu z heavy metalem i dyskotekowym bitem. Dwu biegunowe tempo i trochę na siłę zaprezentowana solówka gitarowa nie przekonuje mnie, lecz trochę bawi. Na Elevator Girl podstawowym błędem był tekst po angielsku. Po japońsku mógł dać radę, no ale cóż trudno. Jak na razie tylko singiel Shanti Shanti Shanti do mnie dociera. Dlaczego? Dlatego iż, po pierwsze uwielbiam orientalnie brzmiące gitary. Po drugie jest tu zachowany umiar i jednobiegunowość, bez zbędnych twistów. Natomiast utwór Oh! Maijini! Z gościnnym udziałem Joakima, z zespołu Sabaton, jest dla mnie japońskim utworem, dobrym tylko do grania na mocno zakrapianej imprezie. Więc lubić go można tylko pod mocnym wpływem alkoholu.

Kolejne utwory znajdujące się na płycie, a więc Brand New Day, BBAD oraz Night Night Burn stanowią swoistą porcję misz maszu. Od dupstepu, po j-pop, a nawet cyfrową perkusję. Z całym szacunkiem, doceniam fakt rozwoju technologi w muzyce, jednak w tym przypadku nie poszło to w dobrym kierunku. Nadmienię tutaj, chociażby Night Night Burn na początku gitary brzmiały obiecująco. Szkoda. Jednak najbardziej mnie zaintrygował eksperymentalny In the name of, gdzie nie ma damskiego wokalu. Brzmi on bardzo death/grind corowo ,nie wiem, kto podkładał screma i growl ,ale zrobił kapitalną robotę. Wraz z utworami Distorion i Pa pa Ya! Znowu powracamy na ową imprezę, tylko z folku przerzucimy się na klimaty techno/disco. Szkoda mi trochę Allisy, bo w samym chórku jej growl brzmiał dobrze. Pozostałe utwory, nawet z przedostatniego Shine, który miał potencjał na całkiem dobrą balladę ,ale tego magicznego ,,czegoś” zabrakło.

Krótko i na temat. Jak jestem fanem podobnych brzmień ,może nie aż tak za bardzo innowacyjnych ,ale jednak rodem z wielu anime, ale tu tylko jedna kompozycja zachowała umiar. Mówię o Shanti Shanti Shanti. In the name of natomiast okazała się mocno eksperymentalna i odstawała od reszty, więc mnie do siebie również przekonała. Po przesłuchaniu wyżej wspomnianej płyty mam sprzeczne wrażenia. Z jednej strony niby żałuję, a jednocześnie cieszę się, że zaspokoiłem swoją ciekawość. Jednakże w żadnym razie polecam tej płyty w całości. Rozumiem próby wprowadzenia audiotunu, perkusji cyfrowej i dupstepu jako modern metalu jednakże drogie panie nie ze mną te numery. Mnie nie nabrałyście. Płyta jest bardzo niespójna i dwubiegunowa. Została skomponowana na zasadzie mieszanki heavy metalu oraz j-popu. Te dwa style przeplatają się w kółko. Mnie osobiście ten schemat mocno kuje w uszy. Doceniam tylko dwie z szesnastu kompozycji, jakie zalazły się na tej płycie. Mam świadomość, iż, na wschodzie Babymetal ma potężną armię swoich wyznawców. Tutaj jednak jest Europa i jak na razie takie rozwiązania się nie sprawdzają, nawet dla mnie jako miłośnika anime. Jeden czy dwa utwory jeszcze może od biedy, ale cała płyta to jednak nie moja bajka.

Korekta Paulina Wawrzusiak

2/10

Dodaj komentarz