Myrath – Shehili (2019)

Koncerty mają to do siebie, iż, wybierając się na występ doskonale znanego zespółu, można odkryć zupełnie nieznany. Tak było w przypadku tunezyjskiego Myrath, który okazał się doskonałym supportem przed Beast in Black 13 listopada we Wrocławiu. Stwierdziłem, iż, zagłębię się w ich twórczość. Tym bardziej iż 3 maja tego roku wydali swój najnowszy album Shehili. Okaże się, czy dobre wrażenie na żywo wystarczy, aby przykuli moją uwagę na dłuższy czas. Podzielę się swoimi wrażeniami co do ich najnowszego krążka.

Asl jako intro spisuje się świetnie. Duży atut stanowi tradycyjny wokal, prawdopodobnie w języku arabskim, oraz wykluczam, iż jest to strike tunezyjski, tego tak naprawdę nie wiem, ale nastrój został odpowiednio zbudowany. Pierwszy utwór Born to Survive już, chociażby przez swój początek, czyli klaskanie w dłonie, bębny arabskie oraz chórki zyskuje na przebojowości. Jeszcze do tego dochodzą bardzo corowe riffy oraz wspaniała solówka gitarowa. You’ve Lost Yourself wyróżnia jeszcze dynamiczniejsze riffy, podchodzące nawet pod thrashowe. Kolejna dobra solówka. Dance jako singiel, ma w aranżacji trochę więcej instrumentów smyczkowych niż poprzednik. Ciekawym zastosowaniem było przy zmianie tempa podkreślenie partii basu. Choć jednak tutaj wokal jest dla mnie trochę lekko przekombinowany, zwłaszcza jeśli chodzi o górne partie. Poza tym solówka niby jest, ale nie jest najlepsza z płyty.

Wicked Dice zaczyna się wichrową ciszą, którą przerywają znowu corowe riffy. Oprócz tego to nic co wcześniej pod kątem muzycznym no może poza trochę większą ilością dźwięków czystego piania, nie powaliło mnie na kolana. Nawet umieszczone dwie solówki nie uratowały tej kompozycji. Na Monster in My Closet poza bębnami, moją uwagę bardzo przykuł, podrasowany corowy riff oraz spójność z arabsko-symfonicznymi aranżacją. W pewnym momencie to gitary są tłem dla solowych partii symfonicznych, co akurat mi się podoba. Solówka gitarowa natomiast jest tu jedną z lepszych.

Krótki początek Lili Twil wykonany na zurnie, brzmiał tak nieziemsko, iż ten dźwięk utkwi mi w pamięci na długi czas. Potem dalszych popisów instrumentalnych nie ma końca. Partie basowe oraz perkusyjne, dziwne solo gitarowe, wokal w języku arabskim (tunezyjskim). Jednak nie będąc bezkrytycznym, język angielski, którego wokalista potem zaczął używać, zepsuł efekt, który mozolnie zbudowali sami muzycy, nawet z nim gdy śpiewał w rodzimym języku. Serio. Poza ten utwór okazuje się coverem. Orginalną wersje wykonuje Les Frères Mégri.

No Holding Back ewidentnie jednym uchem wpada, a drugim wypada. Nie ma tam nic, co przykułoby znowu moją uwagę na dłużej. Podobnie mam z Stardust. Z Mersal jest, pewnie przez chórki oraz więcej blasów. No i wraca arabski wokal. Solo na miznarze (arabskim instrumencie ludowym) też trochę przywraca tego ducha Bliskiego Wschodu. Niestety wokalista, który w pewnych momentach brzmi jakby, audiotunu używał, co nie jest komplementem, oj nie.

Darkness Arise jest powrotem do dobrego corowego brzmienia, połączonego z blastami oraz arabskimi aranżacjami. Oprócz tego pojawia się gitarowe oraz keybordowe solo warte mej uwagi. Tytułowy Shehili zamyka ten krążek. Na koniec słyszymy cały ten wachlarz arabskich instrumentów od trąbek po fleciane. Każde miało swój czas. Jak i na koniec słyszymy arabski język. Na sam koniec gitarę elektryczną. Istnie wirtuozersko-epicki koniec.

Podsumowując, sam muzyczny pomysł na połączenie folkowych brzmień Bliskiego Wschodu jest dobry. Muzycznie, a przede wszystkim instrumentalnie jest bardzo bogato. Przebojowe wręcz utwory takie jak Born to Survive, You’ve Lost Yourself czy Dance brzmią bardzo dobrze. Co ciekawe na nich najmniej przeszkadza mi wokal. Nie jest on zły ani też dobry. Po prostu może być. Moim zdanie większy problem pojawia się, kiedy zostły zastosowane półśrodki, polegające na połączeniu języka angielskiego z arabskim. . Miało to miejsce w utworach Lili Twil, Mersal i Shehili. . Krótko mówiąc, typ wokalu, jaki serwuje mi Zaher, działa tylko w przypadku kiedy słucham bardziej przebojowych utworów. Pod kątem muzycznym jest bardzo wirtuozersko, a nawet eksperymentalnie co doceniam. Choć autorski Shehili lepiej wypadł od coveruLili Twil. Pojawiasię więc lekki dysonans jeśli chodzi o finalną ocenę. Jako instrumentalne dokonanie, pomimo braku uniknięcia powtórzeń oraz zastosowania progresji, przy wielu ludowych instrumentach byłaby bardzo wysoka. Jednak dodając do tego wokal, który tylko w przypadku połowy utworów , wraz jednak z intrem (Asl) z albumu, brzmi poprawnie, a mimo to nie rzuca na kolana, a na reszcie jest tylko gorzej, sprowadza ocenę na poziom ciekawostki muzycznej. Ogólnie stwierdzę, iż, paru tych przebojowych utworów posłucham pewnie za jakiś czas, trudno powiedzieć kiedy. Na żywo jako support dali jednak radę, lecz na ich solowy występ się nie wybiorę. Wokal, mnie trochę rozczarował, za bardzo heavy/power metalowy a do tego w tej kategorii mocno przeciętny, jak dla mnie, do brzmień oprócz orientu bardziej jednak progresywno-corowych.

7/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Dodaj komentarz