Kategorie
Bez kategorii

Midnight- Satanic Royalty (2011)

Kolejny zespół, o którym dowiedziałem się na czeskim festiwalu Brutal Assault. Amerykański Midnight, który przez większą część życia funkcjonował jako ,,one man band” pod wodzą niejakiego Athenara, do którego przed wydaniem drugiej płyty dołączył kolega o wdzięcznej ksywie SS. Projekt powstał w 2003 roku i w zamyśle miał grać miks black metalu ze speed metalem. Dziś jednak zamierzam odnieść się do debiutanckiego krążku Midnight zatytułowanego wdzięcznie Satanic Royalty , wydanego 8 listopada 2011 roku. Czy album okaże się równie dobry, co parę utworów zagranych z niego na wspomnianym wcześniej festiwalu? Czy jest dalej godny nazwania go pionierskim w nowym nurcie metalu? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Tytułowe Satanic Royalty idealnie otwiera album. Już bowiem od początkowych wolniejszych riffów, pierwszy wrzask Athenara , następuje zmiana tempa na dynamiczniejsze. Pojawia się też bardzo dobra, choć krótka, solówka gitarowa. Wyraziste przejścia oraz partie perkusyjne, które średnio podchodzą pod blackowe, a raczej bardziej punkowe dopełniają wszystko Do tego genialnie dobrany wokal. Owo tempo pozostaje utrzymane przy You Can’t Stop Steel, tej motoryki jest o wiele więcej, do tego dograny drugi wokal też daje genialny efekt. Tutaj natomiast znajduje się jedna z najlepszych solówek gitarowych na tym krążku. Na Rip This Hell tak naprawdę tylko riffy trochę się równią. Dalej jest energia, przez co dalej z automatu headbangingu mi się chce. Natomiast Necromania jest już cięższa i trochę wolniejsza, może przez dużą ilość blastów oraz przejść, ale dalej pomimo pozorów, daje mi tylko chwilę oddechu, bo w połowie wraca odpowiednia prędkość.

Black Damnation rozpoczyna mylnie solówka gitarowa, która mogłaby zapowiadać balladę. Jednak to nie ballada, bardziej spokojny utwór, choć sam zamysł szanuję, to może przez sam wokal, skłonny do rozważań nie jestem. Druga solówka gitarowa jest równie dobra, choć nie tak jak otwierająca. W Lust Filth and Sleaze dla odmiany znowu usłyszałem najszybszą solówkę gitarową na tej płycie. Powróciła piekielnie dobra prędkość. Podobnie jest zresztą na Violence On Violence oraz Savage Dominance. Na Holocaustic Deafening bardzo podoba mi się podkreślenie partii basu od samego początku. Zamykający płytę Shock Til Blood rozpoczyna się znowu solówką gitarową innego typu, bardziej heavy metalową. Potem znowu diabelska prędkość i tak jak początek, tak również koniec jest spektakularny.

Tak się akurat złożyło, iż to na Midnight wypadło, aby opisać, ich debiutancki album jako jeden z wielu które miały wpływ na muzykę metalową. W czasie kiedy po dość długim czasie, licznych (trzech) EP-kach, (czterech) splitach, Athenar wypuścił pierwszy pełno metrażowy album, stał się pionierem. Stworzył bowiem nurt nazwany potem słusznie blackn’rollem. Połączeniem brytyjskigo Venom, znanego z kultowego Black Metal z 1982 roku, oraz legendarnego amerykańskiego Motorhead. Po ośmiu latach nie stracił na swej świeżości w żadnym stopniu. Dostarczone różnego rodzaju typy samych solówek gitarowych skutecznie przyprawiają o ból głowy jak po wypiciu wielu litrów mocnych trunków. Za każdym razem zarzekasz się, że, nie będziesz pił, a jednak to robisz, bo to lubisz. Tak samo ja mam z tym albumem. Do tego w tym przypadku tutaj mam swoich ulubieńców, tytułowy Satanic Royalty, Black Damnation, Lust Filth and Sleaze, Holocaustic Deafening oraz zamykający ten genialny krążek Shock Til Blood. Kto wie, może kiedyś odniosę się do najnowszego ich albumu, który planują wydać 24 stycznia przyszłego roku? Sam tego nie wiem. Dzieło wieńczy też okładka. Plyta okazała się naprawdę przełomowa i sprawiła, iż narodził się nowy muzyczny nurt. Jest on obecny nawet w naszym kraju. Mam tu nam myśli, chociażby zespół Brüdny Skürwiel. Jeśli nie znacie amerykańskiego Midnight, nadróbcie koniecznie zaległości, bo naprawdę warto! Athenar jest dla mnie mistrzem blackn’rollu, a już na pewno wykorzystania gitary elektrycznej. Ocena może być zatem tylko jedna.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Dragonforce – Extreme Power Metal (2019)

Ostatnio moją uwagę ponownie przykuł brytyjski Dragonforce. W okrągłe dwadzieścia lat od czasu rozpoczęcia swojej działalności wydali 27 sierpnia 2019 roku wydany przez Metal Blade Records, swój ósmy album zatytułowany bardzo odważnie, Extreme Power Metal. Czy okaże się faktycznie tak ekstremalny, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu jak sugeruje tytuł? Czy może będzie nad odwrót? Chętnie się przekonam oraz udzielę odpowiedzi.

Już od samego początku zespół nie próżnuje. Mam tu na myśli singiel otwierający Highway to Oblivion. Szybkie elektroniczne wprowadzenie, no i od razu hiper prędkość gitar połączona ze zgranymi partiami perkusji. Do tego nie tylko jeden główny wokal, a aż sześć biorąc pod uwagę cały krążek to dość sporo. Co do bogactwa riffów nie mam wątpliwości od heavy po thrash metalowe. Nawet w jedynym, wolniejszym a chwytliwym The Last Dragonborn, który trochę mi przypomina fragment ścieżki dźwiękowej z tej najstarszej wersji filmu Karade Kid. Natomiast zamykający płytę cover najsłynniejszej ballady autorstwa Celine Dion z filmu Titanic wyprowadził mnie mocno z równowagi, a potem tylko bawił. Potraktowałem go jako ciekawostkę, bo poważnie nie potrafię.

Dragonforce zaaplikował mi solidną dawkę energii, we wszystkich utworach z płyty, no może poza ostatnim. Podobno power metal jest gatunkiem uodpornionym na radykalne impulsy. Czy aby na pewno? Każdy bowiem, kto kiedykolwiek omdlewał, dyszał lub zesztywniał z podniecenia po usłyszeniu zwrotnych solówek oraz mknących jak błyskawica rymów, znajdzie to coś dla siebie. W moim przypadku jednak tego wszystkiego, czyli zawrotnej prędkości gitar połączonej z perkusją, było za dużo. Wokal Marca spisywał się świetnie, jednak na tej płycie ewidentnie zespół poszedł o krok za daleko. Tak więc w Extreme Power Metal jest dla mnie za dużo speed metalu, pomijając fakt, iż okładka jest rodem z jakiejś gry komputerowej, co wyjaśnia pikslowe brzmienie klawiszy w wielu utworach. Spójność albumu jest również nie do podważenia, bo jest zbyt przewidywana, lecz sprawia, iż, nie mam ulubionej kompozycji, która wyróżniałaby się czymś wybitnym. Album nie jest zły, ale zbyt intensywny oraz szybki, co chociażby po czterech pierwszych utworach, psuje bardzo dobre pierwsze wrażenie, jeśli o mnie chodzi, zwłaszcza aby do niego wracać. Na pewno nie. Zamiast naprawdę ekstremalnego power metalu, zespół stworzył kit-piksel-speed power metal.

Korekta Paulina Wawrzusiak

5/10

Kategorie
Bez kategorii

Tides of Nebula – From Voodoo to Zen (2019)

Ostatnio wiele polskich zespołów zwróciło moją uwagę. Dziś jest nie inaczej. Dawno bowiem nic progresywnego nie słuchałem, posiadającego do tego wiele rockowych elementów. Dlatego sięgnąłem po najnowszy album warszawskiego Tides from Nebula, wydany 20 września 2019 roku przez Mistic Producions, zatytułowany From Vodooo to Zen. Sam nie wiem czego się spodziewać, gdyż bardzo dawno Tides from Nebula nie słuchałem. Sam jestem ciekaw czy od 2013 roku, kiedy miałem z nimi ostatni muzyczny kontakt, czy dokonali postępów. Zobaczymy.

Otwierający płytę Ghost Horses, zaczyna się bardzo tajemniczo, budując jednocześnie napięcie. Ten fakt jest akurat na plus, natomiast inną sprawą jest, iż, to oczekiwanie wydłuża się w nieskończoność, powodując u mnie irytację. Do tego brak wokalu jest bardzo rozczarowujący. Inną sprawą jest kwestia instrumentalna. Zastosowanie specyficznego riffu gitarowego, lekko przytłumionej, rodem trochę z lat 60/70 tych jest innowacyjnym rozwiązaniem, niepozostającym bez echa z mojej strony.

Na drugim The New Delta tego gitarowego brzmienia jest więcej, a do tego efekt ogólny jest taki, iż więcej tu noisu, który może sprawiać wrażenie odgłosów, zbliżonych do wycia wilków. Oczywiście odpowiednio dobrane partie perkusyjne nadają odpowiednie tempo owej kompozycji, dochodzi też dużo elektroniki. Lecz jakoś wpada i wypada mi to jednym uchem.

Dopamine też jest od samego początku elektroniczna, lecz wreszcie bardziej dynamiczna dzięki dobrym, nieudziwnionym riffom oraz partiom perkusyjnym. Jest odrobinę lepiej, do tego gustowne krótkie gitarowe solo. Oprócz tego sama elektroniczna końcówka przypomniała mi kilka utworów niemieckiej grupy Rammstein. Tytułowej dopaminy jednak nie doświadczyłem.

Czwarty Radionoize jest znowu spokojniejszy, bardziej ambientowy. Nawet kumulujące się riffy gitarowe oraz partie perkusyjne tego spokoju nie burzą. Lecz jak dla mnie jest zbyt pasywne. Pomimo braku monotonii ze strony instrumentalnej. Nie moja bajka. Tytułowy From Voodoo to Zen jest kolejnym spokojnym utworem, jedyne co może przykuć uwagę to dziwne przejścia perkusji, do tego jeszcze partie orkiestrowe. Dziwna kombinacja. W Nothing to Fear and Nothing to Doubt tylko fragment dynamiczniejszych riffów gitarowych jest coś wart. Zamykający krążek Eve White, Eve Black,Jane niczym się znowu nie wyróżnia, czego we wcześniejszych utworach nie usłyszałem. No może poza fortepianem. Samo w sobie zamknięcie jest dobre, bo nie odbiega od konwencji płyty, ale na mnie szczególnego wrażenia nie zrobiło.

Krótko mówiąc. Cała płyta jest dla mnie dużym rozczarowaniem. Po pierwsze brak jakiegokolwiek wokalu. Zróżnicowanie instrumentalno-elektroniczne może i jest, ale utwory, jak dla mnie zbyt ciągną się w nieskończoność, w tym przypadku to nie jest komplement. Tak naprawdę, jak raz na trzy lub cztery miesiące, najdzie mnie ochota na posłuchanie spokojniejszej, zupełnie delikatniejszej, bo bardziej rockowej muzyki, to ta płyta zupełnie do mnie nie przemawia. Zapewne musiałbym nałykać się jakiś dziwnych substancji psychoaktywnych, aby poczuć klimat From Vodooo to Zen. Znacznie lepszy poziom prezentuje polski Riverside czy popularny amerykański Dream Theater, a znajdą się w dyskografiach tych zespołów albumy bardziej rockowe czy strike instrumentalne. Tak jak lubię progresywne brzmienia, to krążek From Vodooo to Zen jest najgorszym, z tych które było mi dane przesłuchać w tym roku, choć po cichu chciałem zostać pozytywnie zaskoczonym. Niestety nie udało się warszawskiemu Tides of Nebula tego dokonać. Nawet mój znajomy Szymek, który lubi właśnie tego typu muzykę, był również rozczarowany. Widać czy bardziej słychać, że nawet polskim artystom, zdarza się nie zawsze wydawać udane płyty, wtedy jak w tym konkretnym przypadku, co jest to dla mnie dodatkowo bolesne.

Korekta Paulina Wawrzusiak

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Crystal Viper – Tales of Fire and Ice (2019)

Polski Crystal Viper z Martą Gabriel, na wokalu i gitarze, wydał swój najnowszy album zatytułowany Tales of Fire and Ice nakładem niemieckiej wytwórni AFM Records 22 listopada 2019 roku. Mniejsza o celowy, bądź też nie, zabieg marketingowy zespołu. Umiejętnie wrzucono bardzo kiczowatą wersję okładki, którą potem zamieniono na właściwą. Brawo, skutecznie przykuło to uwagę publiczności przed premierą tego krążka. Sam byłem bardzo sceptycznie nastawiony jeśli chodzi o jego muzyczną zawartość. Mają tym bardziej w głowie ich album z 2017 roku, na którego temat, wypowiedziałem się już na łamach tego blogu. Ciekawych zapraszam do zapoznania się. Tak czy inaczej, czy album Tales of Fire and Ice pozytywnie mnie zaskoczył? Może wręcz przeciwnie? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi na owe pytania.

W intrze Prelude oprócz nastrojowej gitary słuchać też deszcz i szykującą się burzę. Pierwszy utwór Still Alive rozpoczyna dynamiczne riffy, potem pojawia się wokal w heavy metalowym stylu. Niby dalej siłowy, lecz bardziej naturalny. Nastroju dodają tu partie klawiszowe, brzmiące bardzo podobnie, jak nie identycznie, co organy kościelne. Mimo to kompozycja dynamiczna, ale jakoś mnie w pełni nie porwała. Choć pozytywnie zaskoczyła. Na Crystal Sphere uwagę przykuwa galopująca perkusja a wcześniej gitarowe riffy. No dobrze oprócz tego zastosowanie chórków też jest tu dobre, no i w połowie przejście na bardziej thrashowe riffy.

Na Bright Lights pogłębiają się trochę wirtuozerskie popisy gitarowe, poprzedzone odpowiednim perkusyjnym wstępem. Za to tutaj partia solowa naprawdę jest godna pochwały. Wokal dalej nie jest tworzony na siłę. Neverending fire już od samego początku jest bardziej stonowany od poprzednich kompozycji. Lecz później przychodzi lekka zmiana tempa, powodująca, iż, lepiej słyszalne są dynamiczniejsze riffy. Natomiast mam wrażenie, że, jest to utwór z tych refleksyjnych. Choć nie jestem do końca pewien czy to pierwsze solo gitarowe było niezbędne do utrzymania klimatu. Mimo tego lekkiego mankamentu utwór spełnił moje kryteria jeśli chodzi o dobrą balladę.

Interlude już samym wstępem sugeruje nawiązanie bardziej do ludu niż ognia. Partie klawiszy brzmiące identycznie co fortepian, mistrzowsko zbudowały u mnie napięcie i oczekiwanie na rozwój dalszych ,,wypadków”. Przerywnik doskonały, do tego wprowadzenie do kolejnego utworu. Under Ice jest równie dynamiczny co jednocześnie trochę refleksyjny. Tutaj znowu jednak partia solowa robi dobrą robotę. Więc określę go bardziej pośrodku, pomimo iż parę cech dobrej ballady posiada.

One Question przez sam początek wreszcie daje mi zastrzyk energii, której potrzebowałem. Oprócz tego pierwszy raz mam ochotę na headbanging. Motoryka jest tu po prostu na najwyższym poziomie. Do tego dochodzi tak naprawdę przebojowość, przynajmniej dla mnie. Tutaj po raz trzeci solo gitarowe robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass) dostarcza mi tego samego co poprzedni utwór. Wreszcie jestem na ładowany, bo jak pod muzycznym kątem nie było się do czego wcześniej doczepić, to do braku energii już tak. Tu po raz drugi mamy do czynienia z naprawdę bardzo dobrą solówką, napisaną pod drugą pod kątem przebojowości kompozycję na tym albumie.

Przedostatni Tears of Arizona jest kolejną mocno refleksyjną balladą na tym albumie. Nawet może odrobinę lepszą od pierwszej? Trudno powiedzieć. Tutaj znowu klawisze przypomniały mi, a przez to nadały tej balladzie klimat trochę bardziej gotycko-symfoniczny. Ostatnim i do tego bonusem jest kompozycja Dream Warriors, która zamyka płytę, nie pozbawiając jej unikatowego klimatu. Pomimo iż, w przeciwieństwie do Tears of Arizona jest bardziej dynamiczny. Oprócz tego dwie solówki w jednym utworze to jest coś. Poziom godny bonusu.

Podsumowując, Crystal Viper jednak potrafi zaskoczyć. Bo nie ukrywam, że, byłem naprawdę bardzo sceptycznie nastawiony do tej płyty. Jednak Marta wraz z zespołem widać wyciągnęli wnioski z własnych błędów. Zaczynając od samej spójności, wszystkie elementy układają się w tytułowe opowieści lodu i ognia. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, epickości dodają utworom wreszcie odpowiednio skomponowane partie klawiszowe. Słuchać też, iż Matra nie próżnowała i od siebie dodała więcej wirtuozerskich gitarowych popisów oraz poprawiła brzmiący sztucznie, często wokal na bardziej naturalny. A co zrobiła na tych trzech balladach to istny wokalny majstersztyk. Jedynym ,,ale” drobnym, ale jednak jest fakt, iż, jeśli Crystal Viper wydałby album na takim samym poziomie, lecz całkowicie po polsku, żaden z fanów by się nie pogniewał, chyba wręcz przeciwnie. Bo jednak jakby nie patrzeć polski język nie jest zły. Warto by zrobić konkurencję na naszym rodzimym heavy/power metalowym rynku, a nie iść tylko na eksport. Tak jakoś przy okazji mnie naszła taka refleksja. Żeby zakończyć pozytywnie, dodam,iż w końcu mam kilku ulubieńców z tego krążka, do których będę pewnie za jakiś czas wracał, czyli Neverending Fire, One Question, Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass), Tears of Arizona i Dream Warriors. Wszystkie owe czynniki w tym jeden drobny mankament, powodują, iż, w przypadku tej płyty Crystal Viper wypadł u mnie bardzo mocno na plus.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Great War (2019)

Z racji, iż nie tylko muzyka jest jedną z moich pasji. Po raz trzeci wróciłem do dobrze znanego szwedzkiego zespołu Sabaton. Tym razem sięgnąłem po ich najnowszy album zatytułowany The Great War, wydany 19 lipca 2019 roku oczywiście przez Nuclear Blast. Wolałem wrócić do niego po krótkiej przerwie, aby mieć nieco chłodniejsze spojrzenie na ową płytę. Czy owy album mnie rozczarował? Może czymś zaskoczył? Tym bardziej iż, jest to trzeci album koncepcyjny w historii tej grupy, jak sam tytuł płyty sugeruje o I Wojnie Światowej. Zobaczymy. Tym bardziej iż, na koniec zostawiłem małą niespodziankę dotyczącą owej płyty.

Bardzo ważną rolę odegrał na tej płycie utwór otwierający, czyli The Future of Warfare. Opowiadający o przełomie technologicznym w zakresie obronności, mianowicie o pojawieniu się po raz pierwszy czołgów podczas działań wojennych podczas I Wojny Światowej. Jeśli chodzi o muzykę to sam elektroniczny, trochę pompatyczny początek, wraz z elementami chóru oraz wokalem Joakima, zrobił dobre wrażenie, lecz później zmiany temp oraz wokalu również, zepsuły nieco owy efekt. Nie odbudowała go tu nawet naprawdę dobra solówka gitarowa.

Seven Pillars of Wisdom zaczyna się natomiast dobrym riffem gitarowym. Tu też wokal Joakima jest wspierany, ale przez bardziej gustownie dobrany męski chór jak na moje ucho. Sam utwór opowiada o działaniach brytyjskiego wojskowego, dyplomaty oraz archeologa Thomasa Edwarda Lawrence na Bliskim Wschodzie. Tu akurat kompozycja jest w odpowiednich momentach dynamiczniejsza, co jest akurat jej plusem.

Trzeci utwór, będący później singlem, stanowił dla mnie zagwodkę. Czemu? Dlatego iż, opowiada historię losów zarówno 82 Dywizji Powietrznodesantowej oraz o Alvinie Yorku. Co było stanowiło w tej historii dla mnie problem, fakt iż, na ostatnim albumie The Last Stand , za pomocą intra Diary of an Unknown Soldier oraz utworu The Last Battalion poruszony zostaje lepiej, po raz pierwszy motyw amerykański podczas I Wojny Światowej, niż na wyżej wspomnianym singlu czyli 82nd All the Way z The Great War. Mam tu na myśli spójność muzyki z lirykami. Bo sam utwór 82nd All the Way pod kątem muzycznym, nie jest zły, należy wręcz do bardzo wąskiego grona utworów z tej płyty. Tak samo jest z Devil Dogs, drugim na tej płycie utworze, opowiadającym o amerykanach. Oba są bardzo dynamiczne, dzięki dobrym riffom gitarowym oraz skąpej ilości elektroniki. Przynajmniej w moim odczuciu,ale tylko jeśli chodzi o ich muzyczny aspekt.

The Attack of the Dead Men pod kątem historycznym, jest ciekawy, lecz tutaj znowu muzyka jak dla mnie w pełni nie odzwierciedla grozy, paniki oraz cierpienia jaki przeżywali rosyjscy żołnierze zaatakowani przez Niemców gazem musztardowym 6 sierpnia 1915 roku. Poważnie, jak dla mnie szanuję za próbę, lecz okazała się ona trochę nieudana.

The Red Baron oraz Great War to dwa single. Oba okazały się na tyle przebojowe, iż trafiły w mój gust. Dobre riffy połączone z nieprzekombinowaną perkusją, wirtuozerska, choć bardzo gospelowa solówka keybordowa na The Red Baron bywała irytująca, ale tylko podczas kilkukrotnych przesłuchań. Tytułowy The Great War nawiązuje do ogólnego cierpienia podczas owego konfliktu (Wielkiej Wojny), szczególnie podczas bitwy pod Passchendaele, której tragiczny obraz zespół poruszył wcześniej w utworze The Prise of a Mile z płyty Art of War z 2008 roku, możliwe, iż, to było powodem, dlaczego też tak mi się spodobał jako fanowi. Sam tytuł The Red Baron jest oczywiście o słynnym niemieckim asie przestworzy o tym właśnie pseudonimie.

W A Ghost in the Trenches , Sabaton po raz drugi opowiada o słynnym snajperze, tym razem o kanadyjczyku Francisie Pegahmagabow, bohaterze oczywiście I Wojny Świtowej. Tylko problem polega znowu na tym, że w przeciwieństwie do White Death z Coat of Arms z 2010 roku, nie jest to tak dynamiczny utwór. Jest dla mnie po prostu za spokojny przez co nieco nużący i o wiele mniej przebojowy.

Pierwszy singiel promujący płytę przed jej premierą to Fields of Verdun. Tekst dotyczy historii Francji, a dokładnie opowiada o jednym z nielicznych aktów odwagi ich wojskowych w czasach współczesnych. Temat poruszony w tym utworze sprawił, iż, naprawdę z wielkim oczekiwaniem czekałem na ten krążek. Pod względem muzycznym, niczego mu nie brakowało w chwili wydania, jak i teraz. Gdyż już od samego początku do samego końca jest dynamicznie, riffy gitarowe oraz idealnie skomponowane partie perkusyjne, a także uspokojenie, czyli dramatyczny zwrot akcji, wraz z najlepszym solo gitarowym na tej płycie.

Przed ostatni The End of the War to End All Wars już od swojego smyczkowo-fortepianowego początku wprowadza wreszcie refleksyjny nastrój, potem pomimo bardziej dynamicznych riffów oraz wreszcie najbardziej rozbudowanych partii perkusyjnych utrzymuje się do samego końca. W sumie lepiej późno niż wcale no i po raz trzeci chór wkomponowany odpowiednio. Jak dla mnie outrem płyty jest muzyczna aranżacja popularnego wierszu, oczywiście z czasów Wielkiej Wojny In Flanders Fields, okoliczność, iż został umieszczony po naprawdę dobrym The End of the war to End All Wars, a także chór brzmiący za bardzo kościelnie, przekreśla go u mnie całkowicie i tym samym klasyfikuje jako najgorszym outro w historii Sabatonu, gdzie znowu sam pomysł nie był zły, lecz wykonanie pozostawiło mi sporo do życzenia.

Teraz jeszcze parę słów podsumowania. Całość jako album jest spójna to fakt. Lecz jakość brzmienia jest gorsza od ostatniego The Last Stand. Piszę to nie tylko jako recenzent, ale i jako fan Sabatonu, którym pozostanę. Nie będę tu wymieniał porównań połączenia disco-polo z metalem z odzysku, bo tak zrozumiałem Mirka, kiedy dzielił się swoimi odczuciami, odnoście tej płyty, o które go osobiście zapytałem, lecz tak jak same historie są naprawdę świetne, tak muzyczne ich obraz, jeśli chodzi o cały krążek, jest bardzo rozmazany. Wspomnianą niespodzianką jest fakt, iż nieco lepsza jest History Edition, gdyż gości na niej głos amerykańskiego historyka Indgiego Neidella. Standardowa wersja jest naprawdę fatalna. Na koniec dodam, iż poza singlami, które są znośne, oprócz naprawdę bardzo dobrego Fields of Verdun, godnymi uwagi są Devil Dogs i The End of the war to End All Wars, co sprowadza mnie do naprawdę wydania może nie bardzo krytycznej, lecz też niepochlebnej oceny tej płycie, nie tylko z perspektywy recenzenta, ale zwłaszcza jako fana tego zespołu, co z tej drugiej perspektywy łatwe nie było.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Warbell – Plague (2019)

Ostatnimi czasy dawno nie miałem w odtwarzaczu death metalu, lub jego pochodnych. Postanowiłem to zmienić, stawiając na rodzime podwórko. Dokładnie na jeleniogórski Warbell, który 13 sierpnia 2019 roku, wydał swój drugi pełnometrażowy album Plague. Czy 4 lata od czasu wydania debiutu zatytułowanego Havoc coś się zmieniło? Czy drugi ich album okazał się skutecznie działającą plagą, w dobrym czy też złym tego słowa znaczeniu? Zobaczymy, choć profilaktycznie maskę na nadmiar morowego powietrza założę.

Otwierający Dualmind rozkręca się od samego początku, jeśli chodzi o intensywność. Wokal Karoliny to jedno, drugim aspektem są umiejętnie dozowane riffy, od thrashowych poprzez bardziej corowe, lecz już sama perkusja jest strike deathowo/deathcorowa. Every Storm zaczyna się dobrym thrashowym riffem. Słychać też blasy, co mnie akurat się podoba. Dodatkowo w pewnym fragmencie utworu Piotr, jako gitarzysta daje mały popis swoich wirtuozerskich umiejętności, który trwa około 40 sekund, ale jest miły dla ucha. Tytułowa Plague idealnie nadaje się do tzw. „ściany śmierci” na koncertach. Jeśli chodzi o perkusję, to zawiera ona dużo blastów i przejść. Jednakże w tym utworze najbardziej zaciekawiła mnie ta bardzo krótka deklamacja, która raczej z ust Karoliny się nie wydobywała. Oprócz tego wreszcie pierwsza solówka gitarowa i jak na tą pierwszą nawet niezła.

Czwarty na płycie The Fallen na samym początku brzmi bardzo spokojnie. Po raz kolejny na krążku pojawia się ten tajemniczy szepczący głos, jeśli chodzi o deklamację. W przypadku wyżej wymienionego utworu jest również dozowany nastrój, a czysty śpiew Karoliny dopełniony jest przez intensywny wokal Pawła, robi to bardzo dobre, nie tylko pierwsze wrażenie. Jest ono również odczuwalne poprzez fakt, iż utwór jet najdłuższym na płycie. Warto tutaj wspomnieć, iż owa kompozycja zawiera również dobrze słyszalne, wyszczególnione partie basu. W Wheel of Life również mamy do czynienia z wokalem naprzemiennym, w pewnych momentach duetem jeśli można to tak nazwać. Tutaj też solówka gitarowa jest bardzo chwytliwa. Utwór sam w sobie o dziwo, okazuje się dla moich uszu bardzo przebojowym. Flames of Truth tak samo jak Dethronement są na równi dynamiczne. W przypadku drugiego utworu gitarowe riffy są trochę bardziej uwypuklone, do tego zawiera on też trzecią, inną, lecz równie dobrą solówkę gitarową.

Wolfpack zaczyna się fenomenalnymi partiami basowymi, umiejętnie znowu budującymi napięcie też za pomocą partii perkusyjnych. W tym utworze po raz ostatni na płycie słychać Pawła oraz Karolinę wykonujących razem partie wokalne. Dodatkowo już poprzez samą strukturę utworu, zawierająca krótki moment spokoju, a następnie totalną dawkę energii, staje się on dla mnie bardzo przebojowy.

Na Icaros interesujący tu znowu jest czysty śpiew Karoliny. No i całkiem niezła solówka gitarowa. Przedostatni Mercenary’s Fate znowu dostarcza mieszanki riffów gitarowych. Choć większy nacisk w strukturze jak dla mnie jest tu położona na bas i perkusję. Lecz mimo to solówka gitarowa jest tu bardzo dobra. Zamykający płytę The Passenger poprzez krótki fragment gitary akustycznej, tutaj również zbudował napięcie i oczekiwanie na to co się dalej stanie. Potem znowu jest intensywnie, jak być powinno.

Podsumowując, jeśli chodzi o drugi album Warbell, warto było na niego czekać te cztery lata. Intensywność, przeplatana dynamiką, dostarcza dużą dawkę energii, jeśli chodzi o te krótsze utwory typu Dualmind, Every Storm czy Flames of Thruth w pewnym sensie. Dużym zaskoczeniem dla mnie na The Fallen, Wheel of Life, oraz Wolfpack są podwójne fragmenty partii wokalnych. Czysty wokal Karoliny na The Fallen oraz Icaros też brzmi bardzo imponująco dla mnie. Album The Plague jest dla mnie dość interesującą mieszanką deathcoru, thrashowych riffów gitarowych, odpowiednio zastosowane też wyraźne partie basowe (Wheel of Life) oraz są na nim cztery dość interesujące, bo inne, dowodzące też wirtuozerskiego atutu tej płyty. Jeśli chodzi, o moje ulubione utwory to bezapelacyjne są to The Fallen, Wheel of Life oraz Dethronement. Biorąc to wszystko pod uwagę, pomijając czteroletnią przerwę od debiutanckiego albumu Havoc, zmieniło wiele na plus. Większa różnorodność stylów muzycznych zdziałała bardzo dużo. Także biorąc, to wszystko pod uwagę z mojej strony ocena może być tylko jedna. Na pewno wolę polski Warbell od mainstreamoweo Arch Enemy, który z melodic death metalem, ma już tyle wspólnego co z thrash metalem obecna Metallica. No, chyba że ktoś lubi powtarzające się nie raz solówki gitarowe, odświeżone ze starszych albumów. Sam stawiam na polski melodic death metalowy undergraund, czyli Warbell.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak