Nightwish Endless Forms Most Beatiful (2015)

Bez kategorii2 komentarze do Nightwish Endless Forms Most Beatiful (2015)

Nightwish Endless Forms Most Beatiful (2015)

Ach ten Nightwish, znowu postanowiłem powrócić tego zespołu. Miejsce wokalistki zamiast Anette, w 2013 roku zajęła Floor Jensen, znana przede wszystkim z zespołu After Forever. Piszę o tym nie bez powodu. Gdyż to właśnie, specjalnie po kilkuletniej przerwie, zupełnie ,,na chłodno”, zamierzam się odnieść do pierwszego z Jej udziałem albumu Nightwish, zatytułowanego Endless Forms Most Beautiful. Pamiętając oczywiście, iż, za większość oprawy muzycznej oraz lirycznej opowiada przede wszystkim Tuomas Holopaonen, choć niby jest to najbardziej ,,zespołowy” album. Myślę, jednak że, oczekiwanie na najnowsze dzieło zespołu jest też doskonałą okazją, aby się przekonać, czy album przeszedł pomyślnie próbę czasu.

Sama koncepcja albumu jest mi doskonale znana, gdyż opiera się na hołdzie dla nauki i rozumu, tematyka prawie wszystkich utworów dotyczy teorii ewolucji Karola Darwina, jak i książka Richarda Dawkinsa The Ancestor’s Tale z 2004 roku. Wyjątkiem od reguły jest Our Decades In The Sun dedykowany rodzinom wszystkich członków zespołu.

Na samym początku mamy okazję usłyszeć wstęp od samego, wspomnianego wcześniej autora Richarda Dawkinsa, oczywiście mówię tu o kompozycji otwierającej album, czyli Shudder Before The Beautiful. Aranżacje orkiestrowe współgrają na niej wraz bardziej przebojowo dobranymi riffami czy perkusją, choć wokal Floor jest inny, bardziej spokojny, nawet solówka gitarowa i keybordowa Toumasa, nie dodają tu tego ,,czegoś” ,co pozbawiło ten utwór magii, nawet bardzo dobre zastosowanie chóru. Od samego początku nie jest rewelacyjnie a tylko dobrze.

Jeśli chodzi o Weak Fantasy, podoba mi się na nim duaet Marco i Floor. Jeśli chodzi o kwestię gitar, riffy też bardziej wpadają w ucho, do tego dochodzi też króciutki motyw folkowy wykonywany przez Troya Donockleya, jednak mimo tego wszystkiego, nadal to nie to, choć już jest blisko. Sytuację ratuje Elan słusznie wybrany na singiel promujący owy album, tu trzeba oddać mistrzowi co jego. Miał Toumas nosa. Poważny przekaz o tym, że nie ważne, ile masz lat, jeśli masz w sobie tę chęć i energię do życia, to ją wykorzystuj aż do samego końca. W tym konkretnym przypadku nastrojowy bardziej delikatny wokal Floor zdał egzamin. Połączony też znowu z wokalem Marco, do tego odpowiednia muzyka, czyli, partie wykonywane na kilku instrumentach przez Troya oraz gitara akustyczna zrobiły swoje. W końcu pojawiła się ta magia.

Yours Is An Empty Hope to wreszcie trochę cięższe riffy, choć pojawia się tam znowu Floor z Marco. Zmiany temp również oraz założenie, aby było mroczniej. Owszem to jest, jednak w moim przypadku to nie zadziałało w pełni, tylko w 75 procentach. Szkoda. Po raz drugi album ratuje Our Decades In The Sun. Tu znowu wszystko brzmi, jak trzeba. Tak jak w przypadku Elan wokal oraz instrumenty, w tym naprawdę dobrze dobrane wirtuozerskie riffy przejściowe, że tak się wyrażę, robią swoje, sprawiając, że jest to naprawdę dobra ballada.

Z My Walden mam lekki problem. Gdyż pomimo zastosowania instrumentów folkowych, to nawet pomimo odpowiednich partii pianina oraz gitary akustycznej w tej kompozycji nie poczułem, a nawet było gorzej niż za pierwszym razem. Tytułowy Endless Forms Most Beautiful jako kolejny singiel skutecznie wprowadza więcej dynamiki, jednak ponownie tu wszystko jest mocno przecięte, choć zmiany temp podkreślone przez perkusję i riffy mają swój urok. Sam tekst jest bardzo dobry, lecz jednak muzycznie już tylko poprawnie.

Edema Ruh daje mi trochę oddechu, choć paradoksalnie więcej nastoju niż poprzedni utwór. Do tego uważam, iż na nim znajduje się jedna z najlepszych solówek gitarowych tej płyty. Tu akurat pozytywnie zostałem zaskoczony. Znowu pojawia się magia. Alpenglow ją skutecznie kontynuuje, chociażby przez doskonałe symfoniczne wprowadzenie. Do tego też te riffy w tle, drugi dowód, że klimat może też iść w parze z przebojowością. Jednak nadal wokal Floor nie porywa. Instrumentalny The Eyes Of Sharbat Gula, który pierwotnie taki miał nie być, daje trochę oddechu, lecz pomimo braku wokalu nastrój jest utrzymany. Nawet bym stwierdził bardziej refleksyjny i trochę melancholijny zarazem.

Wisienką na przysłowiowym torcie jest? Miał? Powinien być, dwudziestoczterominutowy The Greatest Show On Earth. Najbardziej rozbudowana dotąd kompozycja w historii zespołu. Czy się nią okazał? Jako utwór zamykający spełnił doskonale swoją funkcję. Jednak w akcie I, czy Four Point Six dość długą partię fortepianu, czasami przerywają bardziej dynamiczne aranżacje orkiestrowe. No i wreszcie Floor tu pokazuje lepszy warsztat, może przez podobieństwo jej głosu do Tarji. Potem następuje deklamacja Troya. Potem w akcie II Life cały zespół pokazuje, na co go stać, podwójny wokal tu jest naprawdę bardzo dobry. Potem płynnie to przechodzi do aktu trzeciego The Toolmaker, gdzie słychać wszystkie odgłosy ziemskich zwierząt, do tego lirycznie ukazane jest, do czego człowiek jest zdolny i co osiągnął. Dwa pozostałe spokojniejsze akty, czyli The Understanding i Sea-Worn Driftwood całkowicie uspokajają. Ostatni raz też słyszę Richarda Dawkinsa, który prezentuje naprawdę deklamację na bardzo wysokim poziomie. Na żywo ta kompozycja złożona właśnie z trzech aktów jest po prostu świetna. Powiem, więc że tak nadal jest dla mnie ową wisienką.

Mimo wszystko biorąc wszystkie aspekty pod uwagę, jednak album jako całość w pełni próby czasu nie przeszedł. Ogólny poziom muzyczny, tak naprawdę sprowadzony do dobrego, nic wybitnego, bo gdyby nie: Elan, Our Decades In The Sun, Alpenglow oraz arcydzieło w postaci The Greatest Show On Earth, płyta okazałby się katastrofą. Nie wspomnę już o jak dla mnie oczywistości, jako fana, co przyznaję, mocno mnie rozczarowało, tu nie ma żadnej rewolucji. Pozbierano sprawdzone patenty zastosowane na wcześniejszych płytach, a śmieszne, nawet jest stwierdzenie, iż, jest to ,,najcięższy album” wcale nie. Znam o wiele cięższe, tak czy owak trochę martwi mnie kierunek, jaki obrał Nightwish, co sprawia, iż, bardziej niż kiedykolwiek z dystansem oczekuję wieści o ich planowanym najnowszym albumie. Endless Forms Most Beautiful okazał się bowiem dla mnie pomimo wspomnianych wyżej perełek, jednak w całości zbyt nierówny, pod kątem muzycznej sinusoidy. Również jest też dla mnie w ogólne nieinnowacyjny jeśli chodzi o gatunek metalu symfonicznego, co jednak dla mnie ma duże znaczenie. Kto wie możliwe, że dla równowagi sięgnę po inne pozycje z ich dyskografii, aby to bardziej udowodnić. Poza tym okładka też nie.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Jestem miłośnikiem muzyki. Towarzyszy mi ona od zawsze. Natomiast za to, że moja muzyczna podróż pokierowała mnie na tak szeroką ścieżkę, jaką jest przede wszystkim metal, mogę być jedynie wdzięczny losowi. Nie ograniczam się jednak tylko do niej. Muzyka nie jest moją jedyną pasją, ale akurat nią będę się chciał z Wami dzielić. Wyrażając swoją opinię, zawsze będę gotów poznać Wasze zdanie. De gustibus est disputandum!

2 thoughts on “Nightwish Endless Forms Most Beatiful (2015)

  1. Rozumiem ,że jesteś znawcą w moim mniemaniu nawet wybitnym ale akurat dla mnie zespół jest sam w sobie FASCYNUJĄCY.

    1. Owszem to prawda. Jednak jak każda grupa mają lepsze i gorsze albumy, ten zalicza się do tych drógich

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back To Top