Kategorie
Bez kategorii

Marco Hietala – Mustan Sydämen Rovio (2019) Pyre of the Black Heart (2020)

Marco Hietala, muzyk znany z zespołu Nightwish. Lecz jeszcze wcześniej z power metalowego zespołu Tarot bo od 1986 roku, a także w kilku pobocznych zespołach. Jednak w 2019, dokładnie 24 maja, wydał swój pierwszy solowy album, zatytułowany Mustan Sydämen Rovio, wydany przez Savonian Rooster/Supersounds Music. Natomiast 24 stycznia 2020 roku dzięki Nuclear Blast, ukazała się angielska wersja tego samego albumu zatytułowanego Pyre of the Black Heart. Jakie są różnice między tymi płytami? Angielska wersja czy fińska okaże się lepsza? Czy jakakolwiek z nich jest na tyle dobra, aby ją słuchać więcej niż jeden raz? Oba krążki przesłuchać, aby zdobyć odpowiedzi trzeba. Bez tego ani rusz – zaczynamy.

Otwierający fiński album Kiviä, jest od samego początku bardzo nastrojowy przez partie akustycznej gitary. Potem Marco przechodzi na brzmienie bardziej metalowo/hard rockowe. Bardzo dobrze dobrał ku temu riffy oraz dodał nie byle jakie, bo aż dwie solówki. Isäni Ääni natomiast jest już bardziej progresywny, przez to bardziej refleksyjny, a przez to podchodzący pod balladę, ale to przez zwalniające tempo partie fortepianu. Elektroniczno/kosmiczny początek Tähti, Hiekka Ja Varjo naprawdę mocno zbił mnie z tropu. Potem doszły riffy, które bez obrazy trochę przypomniały mi stare polskie Kombi oraz trochę zaczerpnięcie również ze starego dorobku riffów znanych fanom Nightwisha. Refren w piosence, pomimo iż, po fińsku jest bardzo chwytliwy, lecz za dużo tu kosmicznej elektroniki jak dla mnie. Kuolleiden Jumalten Poika to już typowa ballada, jak na nią nawet daje radę, choć jakoś nie piałem z zachwytu. Inna sprawa jest z Laulu Sinulle. Jak dla mnie kompozycja zupełnie nieudana. Jako ballada po prostu nudna. Skoro nawet bardzo dobra solówka gitarowa jej nie uratowała, coś musiało być na rzeczy.

Minä Olen Tie bardzo mylnie po partiach fortepianu na samym początku, wskazuje, aby była nudną balladą. Lecz potem zaczyna się dziać dużo, chociażby poprzez ekspresyjne wykorzystanie elektroniki, nawet dub-stepu oraz umiejętnie wplecionych riffów gitary elektrycznej. Potem znowu zwolnienie tempa i zwięczająca go solówka gitarowa. Juoksen Rautateitä jest natomiast typową bardzo dynamiczną kompozycją, która nawet trochę czerpie z folku w stylu Korpiklaani, tylko bez skrzypiec. Czy to źle? Moim zdaniem nie, bo daje mi odpocząć jako słuchaczowi. Do tego równie szybka solówka z partiami klawiszowymi, przypominające trochę gospelowe też dają radę. Ciało samo zwie się do tańca i headbangingu. Vapauden Kuolinmarssi jest trochę spokojniejsza może poprzez podkreślone bardziej partie basu Marco, ale oprócz tego da się jej posłuchać, nie kuje w uszy, ale też znowu nie wywołuje zachwytu. No może trochę końcowe instrumentalne popisy. Przedostatni Unelmoin Öisin to kolejna ballada, nietypowa, bo bardzo minimalistyczna pod kątem instrumentalnym. Sama w sobie jest dobra. Choć gdy po jej połowie następuje lekka zmiana nastroju, jednak moje serce zaczyna topnieć, bo jednak nie byle co potrafi wzruszyć. Całości tego procesu dopełnia skutecznie zamykający album utwór Totuus Vapauttaa.

Jeśli chodzi o całość dwóch płyt. To między angielską a fińską wersją różnica jest taka, iż mimo wszystko ballady napisane po fińsku potrafiły mnie doprowadzić do wzruszenia, może nie wszystkie, ale jednak tak było. Natomiast angielska wersja, pomimo iż muzycznie jest taka sama, to jednak dla mnie jest bardziej komercyjna i jednocześnie nijaka, potrafię, jednak zrozumieć czemu Marco się zdecydował, aby oprócz Mustan Sydämen Rovio powstał też Pyre of the Black Heart, lecz gdyby było na odwrót, mój subiektywny werdykt byłby zupełnie inny. Co do muzycznych wrażeń jeśli chodzi o dwujęzyczny album Marco? Interesująca odskocznia, w której nie brak muzycznych poszukiwań oraz podzieleniem się przez Marco swoimi ekspresjami, a także przemyśleniami jednocześnie. Oczywiste jest, że nie wszystkie kompozycje są genialne, ale są utrzymane na przyzwoitym poziomie, do tego jak wcześniej wspomniałem, fiński został postawiony słusznie na pierwszym miejscu, co przechyliło szalę na korzyść pierwszego i mam nadzieję ze nie ostatniego dokonania Marco Hietali.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Apocalyptica – Cell-0 (2020)

Fińskich pionierów gry muzyki metalowej na wiolonczelach przedstawiać chyba nie muszę. Apocalyptica, stworzona przez trio wybitnie uzdolnionych muzyków, reszta była w sumie muzykami koncertowymi, no może poza obecnym perkusistą Mikko Siré nem. Tak czy inaczej, po dość długiej przerwie, grupa wydała swój dziewiąty album zatytułowany Cell- 0, wydany 10 stycznia 2020 roku wydany przez Silver Lining Music. Czy po wydawnictwach pełnych gości oraz wokalistów doczekałem się całkowicie instrumentalnego albumu? Czy warto było czekać? Nie słuchając tej płyty, nie będę w stanie, podzielić się swoimi odczuciami, więc nie mam wyboru, a raczej sam nie chcę go mieć.

Już otwierający Ashes Of The Modern World od samego początku jest ekspresyjny. Łatwo to usłyszeć po zarówno blastach jak i innych partiach perkusyjnych. Dokładając do tego, jeszcze w tym samym czasie, uzupełniającą kompletnie, bo odpowiednio dynamiczną wiolonczelę prowadzącą. Potem następuje idealne wyciszenie oraz budowanie napięcia poprzez genialną marszówkę. Dynamika wraz z ekspresją w postaci wszystkich trzech wiolonczel, raczących mnie przynajmniej dwoma solówkami, nie zawodzi. Wręcz przeciwnie pozytywnie zaskakuje.

Tytułowy Cell-0 znowu umiejętnie dawkuje mi emocje, chociażby poprzez pojedyncze partie wiolonczel właśnie. Interesującym jest dla mnie fragment kiedy to dwie wiolonczele grają na przemian z perkusją, a trzecia leci w tle. Oprócz tego brzmienie ich wszystkich jak gitar elektrycznych robi na mnie ogromne wrażenie.

Rise jest natomiast spokojniejszy. Wplecione są też w nim drobne dźwięki umiejętnego programowania Ericca, co udowadnia, iż, nie boi się on poszukiwań. Identyczne wrażenia mam po En Route To Mayhem. Choć ten utwór bardzo mi przypomina Path jak i Hope z albumu Cult, wydanego równo dwie dekady przed Cello-0. Lecz jak na artystę przystało, Ericca dał swoim dziełom po prostu drugie życie, przynajmniej dla mnie.

Call My Name to zupełnie inna muzyczna historia. Co jest kolejnym pozytywnym zaskoczeniem. Brzmi bardzo dramatycznie, potem starając się budować napięcie, choć popisy instrumentalne są tu zdecydowanie uboższe. Natomiast w Fire and Ice mamy do czynienia z jedynym gościem na tej płycie, Troyem Donockleyem, znanym z grupy Nightwish. Jego instrumenty dodały tej kompozycji iście folkowego brzmienia, a łącząc to z partiami wiolonczel oraz później bardzo dramatycznymi przejściami wykonanymi wzorowo przez Micco. Otrzymaliśmy opowieść lodu i ognia rodem z Gry o Tron. Tak czy inaczej, w obu jak dotychczas Perttu spisał się na medal. Scream For The Silent to prawdziwy debiut kompozytorski Micco Siréna. Szczerze? Spodziewałem się totalnej klapy, lecz nie było aż tak źle. Nie jest, to może kompozycja doskonała, lecz nie dość, że da się jej posłuchać, to jeszcze chce się do niej wracać. Może przez szeroko wyeksponowane popisy umiejętności Micco? Zapewne tak. Oby nie poprzestał na jednej kompozycji.

Przedostatni Catharsis autorstwa Ericca-i ma iście oczyszczający charakter. Poważnie. Dobitnie podkreślają to partie fortepianu połączone idealnie z ekspresyjnie, a jednocześnie smutnie brzmiącymi wiolonczelami oraz bardziej skomplikowanymi przejściami perkusyjnymi. Zamykający płytę Beyond The Stars autorstwa Perttu jest natomiast bardziej żywiołowy. Choć wreszcie od połowy, można poczuć się faktycznie pośród owych gwiazd. Tu też fortepian został wykorzystany po mistrzowsku. Zwłaszcza te gwieździście brzmiące stample. Krótka przytłumiona, ale jednak deklamacja, której się też nie spodziewałem, okazała się istną wisienką na torcie.

Jeśli chodzi o tak zwane podsumowanie, po 17 latach Apocalyptica stworzyła tak samo dobry i zapewne ponad czasowy album jak Reflections z 2003 roku. Nie brak bowiem w Cell-0 niczego. Napisanie poszczególnych utworów przez wszystkich członków grupy? Proszę bardzo. Oddanie indywidualnego charakteru kompozycji przez poszczególnych autorów? Jak najbardziej. Dodanie niespodziewanych przez nikogo instrumentów do brzmienia zespołu? Proszę bardzo. To wszystko sprawia, że, Cello-0 jak dla mnie stał się nowym opus magnum tej grupy. Zaraz obok wymienionego już przeze mnie Reflections. Nie ma na nim bowiem żadnego coveru, a goszczący w Fire & Ice Troy Donockley nie jest wokalistą, a muli instrumentalistą, co dla mnie było najważniejsze. Jeszcze jedną zaletą jest to, iż pomimo poszczególne utwory mają, innych autorów pasują do siebie idealnie. Od siebie dodam też, że nowe utwory brzmią na żywo fenomenalnie, miałem bowiem okazje ich posłuchać kiedy to w Warszawie Apocalyptica pełniła rolę supportu podczas jedynego koncertu Sabatonu, jednak zapowiedziała samodzielną trasę koncertową, której również nie mogę się doczekać. Cello-0 jest istnym arcydziełem. Kto nie zna, niech żałuje i nie mówi, że wiolonczela jest instrumentem pozbawionym mroku. Dopiero jak posłucha tego genialnego albumu, niech się wypowie na ten temat.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Ozzy Osbourne – Ordinary Man (2020)

Legendy w postaci Ozzy- iego Osbournena przedstawiać chyba nie muszę. Po mimo 71 lat muzyk nie powiedział ostatniego słowa, wydając 21 lutego 2020 roku jedynasty już w swojej karierze solowy album zatytułowany Ordinary Man wydany przez Epic Records. Czy pomimo już leciwego jednak wieku Ozzy jest jeszcze w stanie pokazać światu, że coś jeszcze potrafi? Osobiście jestem tego bardzo ciekaw. Czy Ordinary Man okaże się zwykłym albumem? Jest tylko jedna droga ku temu, aby się o tym przekonać.

Otwierający Straight To Hell i początkowa krótka partia chóru wraz z genialnym rock’n rollowym riffem już sprawia, że, mam wrażenie, że będzie dobrze. Podtrzymuje je również bardzo wyraźny bas, dodatkowo dobrze dobrane partie perkusji. Oczywistością jest też unikatowy wokal mistrza oraz bardzo dobra gitarowa solówka na koniec. Nie bez przyczyny został drugim singlem. All My Life rozpoczynający się nastrojowo, nie jest wcale gorszy. Bardzo przypominający mi trochę Mama, I’m Coming Home. Tu też solówki gitarowe są niczego sobie, nieburzące zbudowanego wcześniej nastroju. Goodbye natomiast otwiera bardzo mroczna, a jednocześnie trochę niezrozumiała deklamacja zakończona diabelskim śmiechem. Brzmienie instrumentów pomimo braku zmiany charakteru, też jest równie mroczne, przynajmniej dla mnie. Jednak w pewnym momencie mrok znika, gitary zostają przytłumione, potem następuje piekielnie dobra solówka, dająca tej kompozycji potrzebnego pazura a mi energii.

Tytułowy Ordinary Man będący owocem współpracy Ozzy – iego z kolejną legendą, czyli Eltonem Johem, jest unikatowy sam w sobie. Duet tych dwóch legend jest naprawdę genialny w odbiorze. Dodając do tego osobiste przesłanie, mam przeczucie, iż Ozzy świadomie napisał ten utwór, jako osobiste pożegnanie, bo jednak ma już swoje lata. Za każdym razem, a dokładnie pięć, płakałem jak bóbr. Tutaj natomiast znajduje się też jak dla mnie najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Nie bez powodu został on też trzecim singlem promującym owy krążek.

Under The Graveyard będący pierwszym singlem promującym. Ma też wiele nawiązań do śmierci, i choć samotnej śmierci, jaka według Ozzy- iego nas wszystkich czeka, spotkamy się potem z najbliższymi lub też będziemy na ich czekać. Muzycznie jest równie genialnie, no i tu najbardziej intensywna solówka gitarowa na tej płycie.

Organki na Eat Me przypomniały mi od razu o Black Sabbath. O takich klasykach jak, chociażby The Wizard. Znowu dla miłej odmiany nie brakuje czystej hardrockowo – metalowej energii. Nie jest to już jednak najwyższy poziom, jest to dobry utwór, lecz oprócz wzbudzenia sentymentu, nie wywołał u mnie zachwytu. Z Today Is The End mam dokładnie tak samo. Choć tu żadnych inspiracji z przeszłości nie usłyszałem. Nawet niezła solówka oraz fortepian, nie pomogły. Choć same w sobie nie są złe.

Scary Little Green Men po nastrojowym wstępie, daje przysłowiowego hardrockowego kopa, aby później znowu przy pomocy marszówki znowu budować opadłe napięcie. Tu też gitarowa basowa miała krótki, lecz dobry popis. Do tego końcowe głosy w tle, też zrobiły swoje. Holy For Tonight poprzez znowu spokojniejszy, nawet lekko doomowy wstęp, pozwala mi odpocząć. Co jest kolejnym atutem tej kompozycji. Co ciekawe nie przeszkadza mi tu nawet liryczne nawiązanie do Boga. Na przedostatnim It’s A Raid gości raper Post Malone, którego osobistych dokonań nie znam. Jednak śpiewając na zmianę z Ozzy-iem, o dziwo wyszło mu to więcej niż znośnie. Instrumentalnie też jest niczego sobie. Poza tym krótki fragment, w którym Post rapuje, też mu wyszedł. Na zamykającym Take What You Want znowu oprócz Posta Malone, gości drugi raper Travis Scott. Przy mocno elektroniczno – dupstepowym tle rapuje też całkiem dobrze, tak samo jak Post. Choć ten audiotune jeden z nich mógł sobie darować, serio. Samego Ozzy-iego też pierwszy raz słyszałem rapującego. Dziwnym doznaniem muzycznych jest też słuchać dobrej solówki gitarowej do dup-stepowego tła, które jednak finalnie potęguje wrażenie, jakbym wpadał w jakąś otchłań.

Tak czy inaczej. Ta płyta jest istną kopalnią pojedynczych arcydzieł takich jak Straight To Hell, Ordinary Man, Under The Graveyard, Scary Little Green Men czy mocno eksperymentalnego Take What You Want. To są również moje ulubione utwory z tego albumu, który pomimo z pozoru zwykłego człowieka, został stworzony przez niezwykłą ikonę – Ozzy-iego Osbourne, który udowodnił, że pomimo zakończenia działalności zespołu Black Sabbath, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nawet jeśli, oczywiście odpukać, bo ze zdrowiem u niego niestety nie najlepiej ostatnio, miałby był to ostatni album, to zasługuje na mistrzowskie podsumowanie jego osobistych dokonań jako muzyka. Jak dla mnie słucha się tego krążka, z zapartym tchem, pomimo nie wszystkie kompozycje zwalają z nóg. Jednak w głębi serca liczę, że zdrowie będzie dla Ozzyiego o tyle łaskawe, że pozwoli mu doprowadzić do skutku zapowiedziane koncerty w Europie, których supportem mają być sami tytani heavy metalu, czyli Judas Priest.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Megadeath – Endgame (2009)

Megadeath – któż nie słyszał, jakiegokolwiek z utworów czy albumów, tego zespołu. Założonego przez Dave Mustaine z powodu wyrzucenia go z szeregów zespołu Metallica. To sprawiło, iż powstał mocny konkurent dla Metallica(y). Tak czy inaczej, powróciłem do twórczości Dave, po dość długiej przerwie, a powodem ku temu był koncert Judas Priest, którego supportem okazał się właśnie owy Megadeath. Ja podzielę się swoimi wrażeniami, co do płyty, dzięki której miałem okazję, bardziej się do tej grupy przekonać. Czy coś uległo zmianie? Czy dwunasty album Megadeath, wydany 11 września 2009 roku, zatytułowany Endgame, nadal po 11 latach jest dla mnie ,,tym właściwym” po reaktywacji zespołu, która nastąpiła w 2002 roku? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać. Trzeba go posłuchać.

Dużej ilości dynamiki tak jak kiedyś, dalej nie brakuje od samego początku krążka. Mam tu na myśli oczywiście krótki Dialectic Chaos, który dostarcza jedną z chyba najszybszych solówek gitarowych na tej płycie. This Day We Fight! tak naprawdę utrzymuje tempo, choć trzy krótsze solówki, wpadają i wylatują. Wokal Dave natomiast nadal jest dobry. Natomiast jeśli chodzi o 44 Minutes, riff otwierający jest bardzo dobry, do tego jeszcze ta przemowa przez głośnik. Idealnie jest też dobrana krótka deklamacja, zrobiła ona swoje. 1,320 tak jak kiedyś nie jest zły, lecz też nie za bardzo wybitny. Na Bite the Hand jest trochę więcej przejść i zmian tempa. Choć końcowa solówka z trzech, robi najlepsze wrażenie. Natomiast na Bodies wyraźniej można usłyszeć partie basu. Oprócz tego jes w tym utworze pewnego rodzaju nadmiar energii przynajmniej w moim odczuciu.

W tytułowym Endgame znowu pojawia się ten motyw głosu przemawiającego przez głośnik, przez to znowu Dave bardziej w tym utworze przemawia, niż śpiewa. Słychać niby dalej odpowiednie riffy oraz perkusję, ale jakimś cudem przestałem je odbierać jako bardzo szybkie. Ósmy The Hardest Part of Letting Go…Sealed With a Kiss zaczyna się jak ballada, lecz w połowie tempo ulega zmianie, to wreszcie wyprowadza mnie z pewnego rodzaju letargu, w jakim byłem. Choć pomimo owej zmiany pewnego rodzaju klimat pozostał, podkreśliła to dobitnie marszówka i partia gitary akustycznej. No i wreszcie znowu powrót do tego, za co polubiłem Dialectic Chaos. Gdyż Head Crusher dobitnie i całkowicie mnie wybudził. Na nim jest bowiem według mnie druga najszybsza solówka gitarowa na tym albumie. Pozostałe How the Story Ends oraz The Right to Go Insane są dobre, ale też niewybitne. Utrzymują znowu odpowiedni energetyczny ton, dostarczając przy tym kolejnych dwóch dobrych solówek.

Jednak zastąpiła pewna zmiana jeśli chodzi o ten album. Jak dla mnie Endgame nie jest już aż tak dobrym albumem, jak kiedyś. Z ośmiu ulubionych kompozycji, pozostały trzy. Mam tu nam myśli Dialectic Chaos, 44 Minutes oraz Head Crusher. Zapewne też po jedenastu latach, kiedy to przez parę dobrym miesięcy od premiery, miałem ten album w swoim odtwarzaczu, miała na to wpływ też owa przerwa. Tak czy inaczej, jestem odrobinę rozczarowany faktem, iż w przypadku tej płyty, czas zadziałał na jej niekorzyść. Sprawiając, iż, stała się dla mnie przeciętną, z tylko trzema wyżej wymienionymi utworami, do których może kiedyś znowu powrócę. Tak jak i sam nie wiem, czy powrócę do Megadeth. Czas pokaże. Choć balansowanie między heavy a thrash metalem daje im ode mnie pewnego rodzaju szansę, bo w przeciwieństwie do odcinającej kuponów na podstawie swojej legendy grupy Metallica, Dave, chociażby zawieszeniem działalności udowodnił, że jest ze swoimi fanami szczery.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Kategorie
Bez kategorii

Aenimus – Dreamcatcher (2019)

Jeśli chodzi o Szwecję, to szukając kolejnej odskoczni od prostoty, natrafiłem na zespół Aenimus. Okazuje się, że całkiem nie dawno, bo 22 lutego 2019 roku wydali dzięki Nuclear Blast, swój najnowszy album zatytułowany Deamcatcher. Sam jestem ciekaw czy po sześciu latach przerwy, kiedy ze dwa razy miałem okazje posłuchać ich ostatniego albumu, w jakiś sposób mnie zaskoczą? Pozytywnie czy też negatywnie? Tylko w jeden sposób można się o tym przekonać.

Before the Eons zaczyna się bardzo intensywnie. Choć z typowym death metalem wspólnego do za wiele nie ma, już prędzej z deathcorem. Dobre przejścia oraz corowe riffy. Dobrze chociaż ze wokal to growl połączony ze screamem. Eternal to natomiast inna sprawa. Tu mamy do czynienia już z bardziej mrocznym klimatem, który podkreślają oparte na basie riffy. Wszystko brzmiało naprawdę dobrze ,ale czysty pseudo wokal któregoś z gości to skutecznie zepsuł. Zamiast genialnej kompozycji została zaledwie dobra. Nawet solówka tutaj nie pomogła. W The Ritual ten klimat jest bardziej podkreślony, do tego dobra wreszcie solówka gitarowa. Lecz ten elektroniczno-symfoniczny przerywnik z kolejną solówką, a potem sama symfonia? Interesująca rzecz. My Becoming jako bonus nic odkrywczego poza dużą ilością corowych brzmień nie wnosi. Natomiast The Dark Triad oraz nieco dłuższy Between Iron and Silver, samą bardziej złożoną strukturą się bronią. Choć w Between Iron and Silver ten czysty ,gościnny” wokal był znowu niepotrzebny. Serio.

Potem znowu corowy The Overlook, w którym jednak te perkusyjne przejścia są więcej niż przeciętne. Dobre trzy różne solówki też tam słyszę. Drugi bonus Caretaker też jakoś nie zachwyca. Kontynuacja poprzedniego utworu tylko z innym tekstem, tylko po co jest w nim na samym końcu partia czystego fortepianu? Pewnie jako wprowadzenie do następnej kompozycji. Bo na Second Sight słychać fortepian również. No i znowu jest przeciętnie. Wokal ze screamem daje radę, choć tu solówka gitarowa daje radę. Przedostatni Day Zero sprawił, że już się totalnie nudziłem. Bez istnego szału. Zmykający ten krążek tytułowy instrumentalny Dreamcatcher swoją funkcję niby spełnił, ale też nie na najwyższym poziomie.

Po prostu nie wierzę w to, co słyszę. Tak jak jeszcze poprzedni album Transcend Realitybył więcej niż dobry, liczyłem, że następca będzie lepszy. Jednak Dreamcatcher w dość mizerny, lecz trochę skuteczny sposób, przed całkowitą kompromitacją się obronił za pomocą jednak progresywnych utworów takich jak The Ritual,The Dark Triad oraz Between Iron and Silver. Choć jeśli na tym ostatnim nie byłoby czystego wokalu, efekt okazałby się lepszy i pewnie zamierzony. Ogólnie album nie przyprawił mnie o zawał, lecz w dużej mierze dzięki różnorodności solówek gitarowych. Kolejną też kwestią są bonusy, które na to miano wcale w moich uszach nie zasługują. Tak czy inaczej, Dreamcatcher nie okazał się snem, bardziej koszmarem, a muzyka wraz z tekstami nie przyprawiła mnie też ani dreszcz grozy. Kolejne rozczarowanie zatem, jeśli lubicie ryzyko, to je podejmijcie, dla mnie ten album, był jednorazowym, do którego wracać nie zamierzam.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10