Kategorie
Bez kategorii

Satyricon – The Shadowthrone (1994)

Po raz kolejny powracam do zespołu, który znowu przypomina mi, czasy szkolne i nie mówię tu tylko o gimnazjum, dla jasności. Tak jest! Znowu norweski Satyricon, z jego drugim studyjnym albumem, zatytułowanym The Shadowthrone, wydanym przez wytwórnię Moonfog Productions, dokładnie 12 września 1994 roku, która to została założona przez członków tej grupy, Tormoda Opedalaoraz Sigurda Wongravena, znanego wtedy i dziś, jako Satyr. Prawdziwe norweskie muzyczne podziemie wydawnicze, które diabelnie szanuję, mające na swoim koncie nie tylko wydawnictwa swojego zespołu. Czemu o tym wspominam? Z prostych powodów. Po pierwsze postanowiłem sobie znowu odświeżyć wcześniejsze dokonania muzyczne, tej jednej, z wielu norweskich legend black metalu, a po drugie do owego powrotu namówiła mnie, ultra fanka Satyricona oraz moja bardzo dobra przyjaciółka. Czy po 26 latach, a w moim przypadku licząc pierwszy kontakt to lat piętnaście, dalej ma w sobie to ,,coś”? Czy dalej mogę ten krążek, uważać za jeden z klasyków norweskiego black metalu? No cóż, tylko wielokrotne odsłuchy mogą mi to ukazać.

Kompozycję Hvite Krists Dod, rozpoczyna dość agresywna, krótka, lecz treściwa deklamacja, bo myślę, że, można ją tak nazwać. To już nadaje odpowiedni ton oraz nastrój. Wokal Satyra mówi jedno, gitary Satyra i Samotha drugie, a perkusja Frosta trzecie, lecz tym samym głosem! To akurat ważne. Do tego ta oszczędność riffów, dająca niedosyt. Potem jednak mamy do czynienia z prawdziwą deklamacją, a keyboard emitujący trąby i inne instrumenty dodatkowo, utrzymuje napięcie. Przemyślanie skomponowane blasty oraz przejściach perkusyjnych autorstwa Frosta, to ukoronowanie tego utworu. Znowu chce mi się śpiewać: ,,Vi brenner guds barn på bålet/ Vi brenner guds hus/ Tidens mørke skal dekke for solen/ Perleporten skal knuses! ’’. Znowu też na 666 procent Hvite Krists Dod wraca na moją playlistę. Tak jak kiedyś, tak i dziś, mam ciarki za każdym razem jak słyszę to arcydzieło. Mistrzostwo i tyle!

In the Mist by the Hills, dobrze kontynuuje, lub jak kto woli, podtrzymuje, wcześniej wyrobione napięcie. Jest trochę bardziej dynamiczne, lecz uważam, że to dobrze, oprócz tego Frost, dalej uprawia swoją perkusyjną magię, bo nie mogę wyjść z transu, w który mnie jego perkusja właśnie wprowadziła od 50 sekundy tego utworu. Gitary, dalej odpowiednio oszczędne. Lecz potem Frost poszedł trochę bardziej w deathową intensywność, a jeśli nie to mocno nią inspirowaną. Choć przejścia przy zmianie tempa, też robią swoje. Tak czy inaczej, ta kompozycja jest, jak i była, doskonałym uzupełnieniem do Hvite Krists Dod, dlatego po nim właśnie na playliście, na długi czas będzie umieszczony.

Woods to Eternity, po prawie dwu i pół minutowej dawce nieokiełznanej, moim zdaniem, fuzji deathu z black metalem, przychodzi do tłumiącej to wszystko solowej, ale też bardziej wirtuozerskiej partii gitary akustycznej, a przynajmniej ja ją tam słyszę. Ten element pozwala na powrót tej tajemniczości, co jeszcze bardziej ułatwiają partie keybordu, emitujące namiastkę symfonicznych instrumentów, co daje ten upragniony mrok. No i na koniec powrót transowej perkusji Frosta, aż headbanging się mi uruchomił na moment.

W Vikingland, oprócz Satyra, głosu użyczają jeszcze inni członkowie zespołu, próbując technik operowych, lub też antycznych sposobów bardów śpiewających sagi, bo jakby nie było tytuł, odnosi się do krainy wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, nie jest źle. Lecz z racji, iż, jednak wybredny jestem trochę, to pomieszanie trochę elementów, które już znam, daje efekt w postaci, umieszczenia tego utworu w kategorii, ,,dobre tylko przy słuchaniu całej płyty, a nie osobno” . Także tyle w temacie jeśli chodzi o mnie.

Dominions of Satyricon zaczyna się dobrze, wreszcie pojawia się, przynajmniej na moje ucho, nowa partia riffów gitarowych. Popisy Frosta przypominają mi, czemu to jego próbowałem, naśladować kiedy to sam grałem na perkusji. Mistrzowskie zmiany temp, wraz z wreszcie większym natężeniem gitar. Wokal Satyra oczywiście również bardzo dobry. Jak na prawie dziesięciu -minowy utwór, pomimo upływu czasu, potrafi skutecznie przykuwać moją uwagę, za każdym razem, co też łatwe nie jest. Co w sumie sprawia, że zostaje moją nową ulubioną kompozycją z tej płyty, którą dopiero po czasie doceniłem.

https://www.youtube.com/watch?v=fD7OYc-bGus

Przedostatni The King of the Shadowthrone, jak na króla przystało ma, mocne wejście, podczas którego towarzyszy mu istna lawina gitarowych riffów. Mających ponownie wreszcie wirtuozerski potencjał. Po królewsku wykonany wokal przez Satyra też daje odpowiedni efekt końcowy. Sprawiający, że, to drugi utwór, który po czasie zostaje umieszczony na mojej playliście. Zamykający płytę I En Svart Kiste, jest końcowym instrumentalnym pokazem zdolności wszystkich członków grupy. Jednak utrzymuje mrok oraz tajemniczość, a mnie to wystarcza. Zwłaszcza za partie keyboardu odpowiada tu osobiście Satyr.

Co do moich wcześniejszych pytań. Tak po 26 latach, a piętnastu, no nie licząc powrotów do pojedynczych utworów, ta płyta dalej ma w sobie to, co mnie wcześniej w niej urzekło. Sprawiając, że, słuchałem jej naprawdę dość spory czas. Ten mrok, te teksty. Nie wiem, czy to dość odpowiednie stwierdzenie, ale jak na black metal, momentami bardziej wpadające w ucho riffy. Bo rok 1994 był bogaty w black metalowe wydawnictwa, oj i to bardzo. Może do któregoś z nich kiedyś wrócę, aby wyrazić swoją opinię? Kto wie, może tak będzie. Na chwilę obecną, pomimo lekkich niedociągnięć. Jak dla przykładu momenty monotonii oraz zniechęcenia, mam tu na myśli Vikingland. To jako całość, The Shadowthrone , pomimo wiecznego mrozu, dalej majestatycznie stoi, jak kiedyś. Z lekkimi tylko rysami. Okładka też jest urzekająca. Także jeśli jakimś cudem nie znasz tego arcydzieła, to nie zastanawiaj się i zakładaj słuchawki! Warto, pomimo wspomnianej ,,rysy” , udać się przed norweski tron cieni, mozolnie zbudowany przez Satyricona. Chętnie też poznam twoje zdanie przyjaciółko, odnośnie tej płyty, jak i innych fanów Satyricona. Ja swoje wyraziłem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Me And That Man – New Man, New Songs, Same Shit, Vol. I (2020)

Adam Darski ,, Nergal ” udowodnił, że oprócz zajmowania się zespołem Behemoth, a także gościnnymi występami u innych zespołów muzycznych, umie też rozkręcić, chociażby dobrze prosperującą już nawet sieć salonów fryzjerskich Barberian Academy&Barber Shop. Sam miałem okazję być w jednym w Warszawie i jak tylko nadarzy się okazja, wracam tam ponownie. Nawiązując jednak, z powrotem do muzyki i Nergala. W 2016 roku wspólnie z Johnem Porterem założył Me and that Man. Zupełnie inna muzyczna bajka. Widać najwidoczniej chciał spróbować czegoś innego. Czemu o tym piszę? Dlatego iż, 27 marca został wydany już drugi album tego zespołu, zatytułowany New Man, New Songs, Same Shit, Vol. I. Jestem bardzo ciekaw. Czym różni się od debiutanckiego krążka Songs of Love and Death, gdyż sam debiut przypadł mi do gustu. W tak zwanym międzyczasie Johny Porter odszedł z Me And That Man. Sam też jestem ciekaw owych powodów, które pewnie nigdy ujawnione nie zostaną. Czy nowy album okaże się lepszy? Odpalam obie płyty, dla porównania i zaczynam również podróż na nieznane mi muzyczne tereny.

Już otwierający Run with the Devil jest dobrym otwarciem płyty. Dlaczego? Krzyk tytułowego diabła, po drugie dynamiczna perkusja, wraz z genialnym saksofonem, już nie wspomnę o boskiej wręcz solówce. Ten saksofon i bardzo dobry wokal są autorstwa pierwszego gościem, czyli Jørgenem Munkeby z Norwegii, znanego z norweskiego Shining, chociażby, przynajmniej mi. Do tego bardzo pomysłowa reżyseria teledysku promującego.

Na Coming Home jest trochę więcej, jak dla mnie partii gitarowych. Perkusja też jeśli chodzi o jej aspekty, to tylko podkreśla zmiany temp, ale sam utwór jest już gorszy. Do tego kolejny gość, czyli kolejny Norweg Sivert Høyem, znany z zespołu Madrugada, ze swoim wokalem, jak dla mnie zaprezentował się do instrumentalnej części źle.

Burning Churches to natomiast znowu majstersztyk. Z prostej przynajmniej dla mnie przyczyny. Całkowicie ten utwór jest dziełem Mathew Josepha McNerneya. Mam tu na myśli oprócz wokalu, też tekst oraz muzyczną aranżację, która jest prosta i ma w sobie ducha debiutanckiego albumu Me And That Man, Songs of Love and Death. Nie wspominając również o animacji promującej. Nawiązującej trochę do norweskich podpaleń kościołów i nie tylko. Na dość długi czas na mojej playliście zagości na 666 procent.

By the River jak dla mnie jest znowu bardziej blusowy, a w pewnych momentach doomowy. Gościnny udział Ihsahna, z zespołu Emparor, to jak dla mnie było coś. Tylko jego mistrzowskie gitarowe solo, którego jest autorem, oprócz wokalu, który zaprezentował, uratowało ten numer.

Jedyny polsko języczny utwór Męstwo, to jedyna okazja, żeby usłyszeć śpiewającego Nergala. Jest on również prosty, choć trzy osobowy męski chór, na który składa się Nataniel Żuliński-Jakubowski, Filip Pęsko oraz Nikodem Walczak oraz wokal wspierający Piotra Gibnera, dodają pewnego uroku tej kompozycji, poza tym sam tekst w pewnym stopniu, znowu nawiązuje do debiutu.

Surrender to diabelsko doskonały miks dwóch gościnnych wokali, Dead Soul oraz Patrycji Goli. Tu też lepiej eksponują się umiejętności Łukasza Kumańskiego jako perkusisty. Do tego jeszcze te wkomponowane solo gitarowe Roba Caggiano. Jeśli zamierzeniem było oddanie iście transowego nowo orleańskiego charakteru, to udało się to na więcej niż piątkę. Serio.

Na siódmym Deep Down South dobrze jest usłyszeć Sasha Boolego, grającego na banjo oraz harmonijce ustnej, to dodało więcej pustynnego ducha. Lecz co z tego pytam się, gdzie pomimo udziału szerszej gamy gości, duetu wokalnego Johanny Sadonis oraz Nicka Andersona (również autora gitarowego solo), Magdaleny Szczypińskiej jako skrzypaczki oraz Michała Łapaja jako pianisty, całość wpada i wypada mi bardzo szybko. Przykro mi.

Man of the Cross, wraca jak dla mnie na odpowiednie tory. Mroczny wokal Jérôme go Reutera, znanego z neofolkowego zespołu Rome, zrobił swoje, tak samo Dawid Lipka jako trębacz. Do tego jeszcze pole do popisu miał Matteo Bassoli, nie tylko jako basista, ale też kontrabasita, a gitary w pewnym momencie swoim brzmieniem, zahaczały o black metalowe rejony, jeśli o mnie chodzi. Kolejne arcydzieło.

You Will Be Mine, jak dla mnie jest dobrą balladą. Za wokal odpowiada tu Matt Heavy, lecz kto jest wokalistą wspierającym? Matteo czy Łukasz,a może obaj. Sam nie jestem pewien, ale tak czy inaczej, wszelkie cechy dobrej ballady zostały spełnione. How Come? to lekki gospel, z wokalem Corneya Taylora oraz dwie dobre gitarowe solówki, Roba Caggiano oraz Breanta Hindsa, sam utwór był mało odkrywczy. Natomiast ostatnia Confession, zaczyna się znowu mrocznie, co mnie akurat cieszy. Wiolonczelistka Weronika Kulpa, dobrze owy mrok utrzymuje, wraz z Niklasem Kvarforthem jako wokalistą. Zaskoczeniem dla mnie, było pojawienie się już ewidentnego akcentu brzmienia black i death metalu, jeśli chodzi o gitary i perkusję, jako podsumowanie owej muzyczno-lirycznej spowiedzi, jako zamknięcia płyty, z przytupem można powiedzieć. Udało się to też znakomicie.

Me and That Man, to nie ten sam zespół, jak za czasów ukazania się debiutanckiego Songs of Love and Death. Czemu? Po pierwsze dwuznacznie brzmiący po polsku tytuł drugiego krążka, jest bardziej urozmaicony. Zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie. Do tego Neragal zaprosił do gościnnej współpracy masę ludzi, z Polski i zagranicy. Jedni zrobili to lepiej drudzy gorzej. Dlatego o tym, który utwór będzie tym, do którego będę wracał, decydowało również to. Jest ich trochę, bo otwierający Run with Devil, Burning Churches, Męstwo, Surrender, Man of the Cross, You Will Be Mine i Confession. Ponad połowa. Najsłabszym ogniwem, który nie musiał się pojawić na tej płycie, jest Coming Home oraz Deep Down South. Po drugie, swój debiut twórczy jako autorzy czy współautorzy muzyki i tekstów z zespołu zaliczyli Sasha Boole oraz Łukasz Kumański, co pokazuje zdecydowanie bardziej zespołowy charakter tego albumu, paradoksalnie Nergal wokalnie pojawia się właśnie na utworze o takim charakterze (autorstwa Łukasza Kumańskiego i tekstu Piotra Gibnera), jeszcze tylko Matteo brakuje do kompletu. Sam Nergal natomiast zdecydowanie bardziej się rozwinął jako twórca, mam tu na myśli zwłaszcza muzykę. Ogromna ewolucja od czasów debiutu, który przy tej płycie wypada blado. Serio. Po trzecie, jeśli jakimś cudem, po tej całej epidemii koronawirusa trasa zespołu dojdzie do skutku, to też to może i zapewne będzie nowe doświadczenie. Jestem bowiem ciekaw, jak zachowując kameralność występów, tylu muzyków będzie się w stanie zmieścić na jednej scenie, zwłaszcza jeśli chodzi o wymianę wokalistów. Po czwarte, nowe piosenki, nowy człowiek ( Nergal), no i jednak troszeczkę zbędnego shit-u, ale odrobinę. Mimo tego posłuchać, jak i kupić warto, do tego za tak niską cenę, tym bardziej że, album jednak zdecydowanie lepszy od debiutu, więc nota też lepsza.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Thrasher – Burning at the Speed of Light (1985)

Z projektami różnie bywa. Czasami są długotrwałe, a czasami nie. Ten pomimo iż, okazał się jednorazowym przykuł moją uwagę na tyle, że postanowiłem nabyć go w postaci klasycznego CD. Do tego był relatywnie tani bo za niecałe dwadzieścia złotych. Mniejsza, jedyny album projektu Thrasher, założonego przez Andiego ,,Ducka” MacDonalda i Carla Canedyiego, zatytułowany Burning at the Speed of Light, wydany został w 1985 roku przez Combat Records, a w 2007 roku przez nasz polski Metal Mind Productions. Czy po trzydziestu pięciu latach owa płyta jest kamieniem milowym heavy i thrash metalu tamtych czasów lub też zwykłą ciekawostką wydawniczą? No i czy jest warta polecenia? Postaram się odpowiedzieć wam na te wszystkie pytania.

Warto zaznaczyć, iż, w niektórych kompozycjach skład muzyczny ulegał zmianie. Jak chociażby gitara basowa. Otwierający Hot nad Heavy już po samej gitarze pokazuje, iż, mamy do czynienia z rasowym heavy metalem. Wokal Branda Sinsela sprawdza się bardzo dobrze, a solówka pojawiają się, gdzie trzeba. Wokale wspierające, czyli Dickie Peterson, Carl Canedy, Christa Keller i Tim Paterson zrobili również dobrą robotę. Ride the Viper to dalej heavy, jednak mam wrażenie, iż, bas jest momentami bardziej wyeksponowany, do tego gitary brzmią bardziej thrashowo jednak, co najlepsze to jestem pewien, że za gitarowe popisy odpowiada tu Andy ,,Duck” MacDonald. Trzeci natomiast Widowmaker nabiera bardziej speed metalowej stylistyki, perkusja bowiem wraz z gitarami pędzą jak szalone. Choć Brand Sinsel nadąża, czym udowadnia swój muzyczny kunszt i elastyczność. Black Lace nad Leather to jednak z upływem czasu rozczarowanie, gitary niby dobre, perkusja też, ale jakoś brakuje tego czegoś. Jednak na przestrzeni poprzednich kompozycji ta jest po prostu przeciętna. Poza tym dodano dodatkowy bas, Marsa Cowlinga i Neda Meloniego. Przekombinowali po prostu i tyle.

Piąty utwór wraca na odpowiedni poziom, zwłaszcza jeśli chodzi o gitarowe kwestie. Prostota jednak jest najlepsza Andy. Natomiast wejście perkusji było doskonałe, zresztą tak samo jak gitary. Jednak w tych dwóch kompozycjach zmieniono głównego wokalistę. W She Likes It Rough zaśpiewał James Rivera, a w Sliping Away Rick Caudle. Czy to źle? Oj nie, wręcz przeciwnie. W kolejnych następnych też pojawili się nowi. Na tytułowym Burning at the Speed of Light zaśpiewał Dan Beehler, na przedostatnim Bad Boys usłyszymy Rhetta ,,Southter Gentelman” Forrestera a na zamykającym krążek Never Say Die, Kerry Witting wraz z Andym.

Tak czy inaczej, ta płyta to solidny kawałek zarówno heavy, thrashu jak i speed metalu. Burning at the Speed of Light jest wizytówką nowojorskiej sceny metalowej tamtych czasów. Pomimo jednego przeciętniaka w postaci Black Lace nad Leather, wszystkie inne kompozycje są naprawdę świetne. Czy ten krążek okazał się owym kamieniem milowym w rozwoju sceny nowojorskiej w 1985 roku? Raczej nie, ale jak wspomniałem jest ponadczasową wizytówką tamtych lat. Polecam w ciemno wszystkim, sam nie żałując ze, tak właśnie owy krążek zakupiłem. Kupiłbym go jeszcze raz!

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Nightwish – Human. II Nature.(2020)

Już jest! Kolejny, bo dziewiąty album fińskiego Nightwish, zatytułowany Human. II Nature, wydany oczywiście przez Nulear Blast 10 kwietnia 2020 roku jest już w mojej kolekcji płyt CD. Z racji bycia fanem Nightwisha nie mogło być inaczej. Jest to drugi album, na którym wokalnie udziela się Floor, trzeci raz Troy Donodcley, a piąty Marco Hietala, który również niedawno wydał swój pierwszy solowy album. Ja po trochę rozczarowującym mnie Endless Forms Most Beautiful, podchodzę do najnowszej płyty tej grupy z lekkim dystansem. Czy okaże się lepsza bądź bardziej innowacyjna od poprzedniej? Czy instrumentalny całkowicie drugi krążek, okaże się dobrym podsumowaniem pierwszej ? Cóż, przynajmniej parę przesłuchań, okaże się najbardziej pomocne. Zaczynamy.

Otwierający Music ma istnie epicko – transowy wstęp, który później przechodzi w postać symfoniczno – folkową. Tuomas stanął na wysokości zadania. Później wchodzi bardziej delikatny wokal Floor. Dopiero jednak w ¾ utworu słychać pierwsze gitarowe solo. Zapewne autorstwa Emppu, lub też napisane pod niego. Tak czy inaczej, wreszcie rozkręcił się cały zespół. Pierwszy singiel promujący, czyli, Noice, z tego, chociażby powodu był wcześniej znany. Tym bardziej że sam tekst, chociażby jest godny uznania. Muzycznie jest bardziej dynamiczny, słychać to, chociażby po zmianie wokalu Floor jak i Marco. Jednak przychodzące w porę lekkie uspokojenie, pozwala choć przez moment wyraźny bas, lecz trwa to krótko. Gdyż później jest nieco ciężej, oczywiście też dynamicznie. Tak czy inaczej, na chwilę obecną, chociażby z powodu mieszanych uczuć fanów, w tym również moich, spełnił rolę singla bardzo dobrze.

Shoemaker zaczyna bardzo dobra partia symfoniczna. Duet Floor i Troya brzmi w tej kompozycji dość udanie, choć muzycznie wydaje mi się odrobinę lżejsza, zwłaszcza jeśli chodzi o gitary oraz perkusję. Do tego jeszcze krótka deklamacja, szepczącym głosem. Mam nadzieje, że, operowe partie też były Floor, bo utrzymały nastrój do samego końca. Drugi z singli natomiast, Harvest. Jak dla mnie jest bardziej relaksacyjny, podchodzący trochę pod balladę. Nic dziwnego, że, główny wokal należy tu do Troya, bo utwór jest pełen folku. Nie kończy się on (folk), nawet jak wchodzi gitarowy riff. Solówki są też Troy’a. Podoba mi się on bardziej, od pochodzącego z poprzedniej płyty utwór My Walden. Wiem po prostu, że, Harvest zagości na mojej playliście na długo. Co świadczy o wyjątkowości tego utworu? Lirycznie jest ponuro i mroczne, muzycznie natomiast szczęśliwie. Jestem dlatego przekonany, że, zagości on na przyszłych koncertach grupy na 100%.

Piąty Pan ma zupełnie inny klimat, bardziej refleksyjny, o to też oprócz muzycznej oprawy odpowiednio dba wokalnie Floor. Choć potem pojawia się cięższy gitarowy riff, ale jak szybko się pojawił, tak zniknął. Nie wiem kogo, ale pomysł z chórem, był trafiony, zwłaszcza przy zmianach tempa. Końcówka w postaci breakdownu gatunkowego, wyszła z lekkim przytupem. Na How s The Heart znowu usłyszymy Troya, ale instrumentalnie, choć również w duecie z Floor. Choć tu już wkrada się lekka przewidywalność, lecz mimo to jest dobrze i nastrojowo.

Siódmy Procession zaczyna się bardzo transowo. Po samej muzyce oraz tekście przynajmniej dla mnie jest to utwór, ukazujący tę ciemną stronę ludzkiej natury, przynajmniej ja go tak zrozumiałem. Przedostatni a co ciekawe najkrótszy Tribal, jest bardzo intensywny, a do tego, chyba jedyny, na którym słyszymy duet Floor i Marco. Lecz chociażby przez tę intensywność i zmienność bardzo mi się spodobał, do tego partie perksusyjne są tu rewelacyjne. Zamykający pierwszą część albumu Endlessness, jest ciekawy z wielu powodów. Pierwszym z nich jest wokal Marco. Drugim umiejętne budowanie muzycznego napięcia, zdecydowanie lepiej niż w Noice. Choć zamknięcie jest odrobinę gorsze, niż sam początek.

All the Works of Nature Adorn the World to tytuł, prawie dwudziesto – dziewięcio minutowej kompozycji, podzielonej na osiem aktów. Vista, którą rozpoczyna deklamacja dająca do zrozumienia, że wiele rzeczy można kochać, ale naturę najbardziej. The Blue, samo w sobie zaczyna się bardzo dramatycznie, co słychać po instrumentach smyczkowych, choć z upływem prawie dwóch minut, robi się bardziej epicko. The Green, natomiast jest bardzo spokojny i przez to bardziej odprężający. Na Moors, Troy ma pole do popisu, później znowu pojawia się sekcja symfoniczna, gdzie znowu, pojawia się pewnego rodzaju dramatyzm. Aurorae, znowu jest bardziej spokojny, co udowadnia, chociażby harfa, jednak później znowu zaczyna się dziać, bo słychać cały wachlarz instrumentów, z chórem w tle. Szepty na Quiet As The Snow są bardzo dobrym nastrojowym rozwiązaniem, którym mnie jako słuchacza Toumas kupił. Przedostatni Anthropocene (incl. hurrian hymn to nikkal) to powrót, dobrze już znanej smyczkowej ,,dramaturgii” . Ad Astra, która pojawiła się jako trzeci singiel promujący, za każdym razem doprowadza mnie do łez. Chodzi o przede wszystkim o wbijający się w pamięć tekst zamykającej album deklamacji, opowiadający o naszym Wspólnym domu zwanym Ziemią, o tym, że, trzeba jednak o Nią zadbać, jeśli chcemy, aby nadal była tak piękna i różnorodna, w gatunki zwierząt i roślin. Do tego jeszcze równie poruszająca serce muzyka. Tu mamy właściwe zamknięcie płyty, no i idealny deser, po instrumentalnej uczcie, zaserwowanej nam przez zespół, na właśnie drugiej części albumu.

Nie byłbym sobą jakbym jeszcze czegoś nie zostawił na koniec. Dobra robota Nightwish. Pomimo iż, podchodziłem z dość sporą rezerwą to tej płyty, jest to dobry album, bo wreszcie jest na nim, choć odrobinę innowacji, pomijając znanej już elementy, z Endless Forms Most Beautiful, chociażby, i dla jasności mam tu na myśli samą muzykę, ale to tylko w paru przypadkach. Otwierający album Music umiał pozytywnie zaskoczyć, rewelacyjny Harvest i z pierwszej części jeszcze, Procession oraz Tribal, znalazł się w gronie moich ulubionych, utworów. Natomiast jeśli miałbym wybierać z All the Works of Nature Adorn the World, to najbardziej podobały mi się Vista, Moors, Quiet As The Snow, oraz samo zakończenie Ad Astra. Droga, którą obrał zespół, jest moim zdaniem dobra, choć żeby, nie było cukierkowo, to jednak trochę bardziej, ale jednak Floor i jej głos zdziałały na tej płycie znacznie więcej, niż poprzedniej, choć to dla mnie i tak za mało. Tak czy inaczej, jest to album naprawdę wyjątkowy, no i nie mam tu na myśli, podzielenia go na dwie części, wedle samego tytułu. Coś się wreszcie zaczęło dziać! Okoliczności pandemii dodatkowo też akurat sprawiły, iż tematyka tekstów nie może pozostać bez echa!

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Testament – Titans of Creation (2020)

Jedną z trochę niedocenionych amerykańskich grup, wykonujących thrash metal, który dziś nie jest bardzo sprecyzowany, jest moim zdaniem Testament. Nie bez powodu o nich wspominam,bowiem 3 kwietnia 2020 roku, miał premierę ich najnowszy, dwunasty już album, zatytułowany Titans of Creation, wydany przez Nuclear Blast. Czym okaże się lepszy lub też gorszy od wcześniejszego, wydanego już cztery lata temu Brotherhood Of The Snake? Jest tylko jeden znany mi sposób, aby się o tym przekonać.

Otwierający płytę Children Of The Next Level rozpoczyna tak zwaną jazdę bez trzymanki. Świadczy o tym, chociażby riff oraz dynamiczne partie perkusji. Ukoronowaniem jest oczywiście wokal Chucka. Prawie w połowie pojawia się bardzo dobry break down, gdzie nie jestem do końca pewien, czy Chuck nie jest wspomagany jeszcze przez któregoś z gitarzystów, jeśli chodzi o wokal. Potem też pojawia się bardzo chwytliwa solówka, jedna trochę krótsza, lecz ta dłuższa jest oczywiście jeszcze lepsza. Mistrzowskie otwarcie, sam singiel bowiem skutecznie mnie, jak i wielkiego amatora tej grupy Jacka, skutecznie zachęcił do zakupu pre orderu tego krążka.

WW III nie zwalnia tempa ani na chwilę, jeśli chodzi o dynamikę. Bardzo ciekawie brzmi podkreślony bas. Tematyka liryczna jest równie dość intrygująca. Pod sam koniec wstęp istnie speed metalowy, tak samo jak sama solówka, jak dla mnie. Blasty towarzyszące przejściom są genialne. Natomiast Dream Deceiver, jest lekkim opuszczeniem gardy z racji swojej chwytliwości oraz lekkiego podobieństwa, do dwóch singli, pochodzącego z poprzedniego albumu Brotherhood Of The Snake, tytułowego Brotherhood Of The Snake oraz A PaleKing. Czy to dobrze? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Ja zaliczając się do fanów zespołu, mogę przymknąć na to ucho, jednak jest to w pewnym sensie lekkie pójście na łatwiznę, to owej przebojowości Dream Deceiver nie pozbawia. Jak również w miarę dobrej solówki gitarowej.

Drugi singiel, czyli Night Of The Witch, przez gitary oraz partie perkusyjne na samym początku jest bardzo intensywny, na pewno bardziej od poprzedniego utworu. Jednak tu już odrobinę wkrada się rutyna, przynajmniej dla mnie jako fana. Choć wokal Chucka jest tu też bardziej nastawiony na krzyk, niż w poprzednich. Mimo to jednak jako singiel nie jest tak dobry, w porównaniu do Children Of The Next Level. Jednak poziom jest utrzymany. Natomiast z piątym w kolejności City Of Angels, jest zupełnie inaczej. Gdyż cieszy fakt, iż wspomnianej przeze mnie wcześniej przewidywalności, w tym przypadku zespół skutecznie się wyłamuje. Jak? Chociażby że, początek otwierają partie basu, same przejścia są bardziej progresywne, jak riffy spokojniejsze, tak samo jak wokale wspierające Chucka, czyli jednak się wcześniej się nie przesłyszałem. Do tego krótkie, lecz też jazzowe solo, potwierdza fakt, iż owa kompozycja zalicza się do jednej z ulubionych z tej płyty.

Ishtars Gate przez swój orientalny wydźwięk gitar, w samym wstępie, już zaskarbił moją sympatię. Liryczną tematyką oraz większą wirtuozerią basu w jego trakcie. Potem ponowny powrót muzycznego orientu. Nadal godne uwagi gitarowe popisy. Kolejny ulubieniec, obowiązkowo wpisany na playlistę. Symptoms też daje radę, choć tutaj słychać już zdecydowanie mniej thrashowej dynamiki, a duża ilość przejść, zaczyna mi przypominać trochę kurs w podgatunki z końcówką core. Co trochę mnie lekko niepokoi, a jednocześnie udowadnia, że, grupa nie boi się eksperymentów. Tak czy inaczej, mam co do tej kompozycji bardzo mieszane odczucia. Na False Prophet wraca to, czego mi zaczynało brakować. To bardziej thrashowe brzmienie, może nie ze spodziewaną intensywnością, ale to zawsze lepsze niż nic. Wreszcie! Furia wraca! Bo The Healers się pojawia, a z nim, chwytliwe riffy i podwójna stopa. Przez to, chociażby headbanging pojawia się u mnie bezwarunkowo. Code Of Hammurabi to znowu basowa wirtuozeria. Choć właściwa dynamika przychodzi jeśli o mnie chodzi, trochę za późno, jednak coś za coś. W zamian jeśli o mnie chodzi, jedna z najlepszych solówek na płycie. Oprócz tego również perkusja jest nietypowa. Przedostatni Curse Of Osiris to jest ta właściwa intensywność, idealna do dobrego pogo. Zamykający natomiast płytę Catacombs, umiejętnie buduje napięcie, gdzie słychać elementy podchodzące pod symfoniczne, z chórem włącznie, a sama marszówka jest świetna. Biorąc pod uwagę, że jest on całkowicie instrumentalny. Jeśli o mnie chodzi, zamknięcie idealne, bo pozostawiające słuchacza z lekkim niedosytem.

Czy Titans of Creation okazał się w ostateczności lepszy od poprzedniego, zdecydowanie krótszego Brotherhood Of The Snake? Cóż, po części tak, a lekko na nie. Czemu? Po pierwsze, chociażby przez swoją różnorodność, gdyż Brotherhood Of The Snake nie ma żadnego z progresywnych elementów, oprócz tego jest mniej wirtuozerii perkusji oraz gitary basowej, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma jej wcale. To akurat stawia w mojej hierarchii płyt grupy Testament, najnowszy album na wyższej pozycji niż Brotherhood Of The Snake. Jednak aby, nie być całkowicie bezkrytycznym, to minusem jeśli chodzi o podobieństwa obu krążków, jest Dream Deceiver. Jakby go nie było na krążku, szczerze w żądnym stopniu nie odczułbym braku, no, chyba że, zespołowi o to chodziło, o zwrócenie uwagi. Wracając jednak znowu do pozytywnych aspektów płyty. Mam z niej więcej kompozycji do których, na pewno przez jakiś czas będę wracał. Są to Children Of The Next Level, WW III, City Of Angels, Ishtars Gate, The Healers, Curse Of Osiris z towarzyszącym mu potem Catacombs. Do tego okładka też jest lepsza od poprzedniej. W ostateczności na Titans of Creation jest więcej kreatywnego tworzenia muzyki jak i samych tekstów, niż odrobiny zniszczenia. Korzystając z okazji, życzę zdrowia Chuckowi oraz basiście Stevowi. Obyście wyzdrowieli i jak się wszystko poukłada, zagrali na Masters of Rock w lipcu. Chętnie też poznam wasze opinie odnośnie tego krążka. Ja ze swojej strony temat wyczerpałem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10