Dimmu Borgir – In Sorte Diaboli (2007)

Bez kategoriiLeave a Comment on Dimmu Borgir – In Sorte Diaboli (2007)

Dimmu Borgir – In Sorte Diaboli (2007)

Jak Norwegia, to w końcu musiała się pojawić grupa Dimmu Borgir. Ten zespół również towarzyszył mi niemal od początku mojej przygody z metalem. Nie zamierzam się tego wypierać. Szukając jednak w ich dorobku odpowiedniej płyty do omówienia, nie miałem łatwego wyboru. W końcu zdecydowałem się na album In Sorte Diaboli, wydany 24 kwietnia 2007 roku przez Nuclear Blast. Żeby też było jasne, będzie to wersja podstawowa, bez bonusów. Czy po trzynastu latach płyta ta dalej potrafi przyciągnąć moją uwagę na dłuższy czas? Co jest w niej lepszego od poprzednich? Czy to możliwie, że po jej wydaniu dla niektórych ta grupa się skończyła? Wielokrotnie słuchając tego albumu, chętnie odpowiem.

The Serpentine Offering dostarcza mi tego, czego na płycie Death Cult Armageddon z 2003 roku trochę mi brakowało: bardziej nastrojowych lub też skomponowanych pod emocje, rozbudowanych partii symfonicznych. Drugą kwestią są tu genialne partie perkusyjne, intensywność, w której echa podwójnej stopy słychać bardzo wyraźnie. Trzecia sprawa – czysty śpiew Vortexa to jest magia! Jego synchronizacja z Shagrathem też jest genialna! Czwarta rzecz, tekst. Metaforyczne ukazanie, że lekarstwem na całe zło może być samosąd dokonany na tych, którzy ciemiężyli człowieka od samego początku istnienia chrześcijaństwa (księża). Tak go przynajmniej rozumiem, choć dodać można tu też niebezpieczny aspekt fanatyzmu, jeśli chodzi o reprezentantów obu stron, dobra i zła. Tak czy inaczej, pomimo dwuznacznego przekazu jest to bardzo dojrzały tekst. Zresztą to też ukazuje, jaka będzie tematyka całej płyty. Krótko mówiąc, The Serpentine Offering nadal spełnia wszelkie wymagania, jeśli chodzi o dobry singiel, przez co był i jest jednym z moich ulubionych utworów z tej płyty.

The Chosen Legacy zaczyna się jeszcze mocniej. Tu wokalnie rządzi Shagrath. Bardzo dobre są też przejścia podkreślone nie tylko poprzez perkusję, ale też partie symfoniczne. Choć ta zbytnia głośność
perkusji ma dwie strony. Deklamacja też odbywa się w odpowiednim momencie. Utwór sam w sobie jest bardzo przebojowy, pomimo iż nie jest singlem. Zatem: ,, In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli! ”.

Na The Conspiracy Unfolds słychać wreszcie trochę inne riffy niż w poprzednich kawałkach. Końcowa deklamacja też robi wrażenie. Co nie zmienia faktu, że jest to jedynie dobry utwór, choć warto podkreślić, że dopiero po dziesiątym przesłuchaniu (przynajmniej jeśli o mnie chodzi) staje się męczący.

Pora na The Sacrilegious Scorn, drugi oficjalny singiel. Kolejny raz możemy usłyszeć Vortexa, a tego nigdy dla moich uszu nie jest za wiele. Serio. Do tego moment, kiedy Mustis gra partie fortepianu, będące koniecznym oddechem od intensywności, to swego rodzaju rytuał, tym bardziej że ma miejsce akurat tuż po tekście: ,,It all seems like an eternity/ This battle between us two./ Good and evil, me and you!/ Time has come to step up and/ take back what You take from Me/”. Idealne zbudowanie napięcia i epickości zarazem. Później znów deklamacja, też z tekstem dającym do myślenia. Kolejny idealny singiel, a także kompozycja warta wielokrotnego powrotu. Instrumentalny The Fallen Arises daje odetchnąć, ale jak na przerywnik nie jest zły. Bo jest małą zapowiedzią tego, co nadchodzi.

Mam na myśli The Sinister Awakening. W tej szóstej kompozycji dwie gitary wreszcie dają czadu. Tak kiedyś, jak i dziś. Poważnie! Do tego jeszcze jak dla mnie inne riffy. Odpowiednie przejścia symfoniczno – perkusyjne wraz z wokalem Shagratha są tu genialne. Potem jeszcze ten pędzący riff. Uruchamia się headbanging i śpiewanie: ,,Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis! ’’. No i ta finałowa partia symfoniczna… Popisy Mustisa jednym słowem! Kolejny przebojowy utwór, pomimo iż nie jest singlem.

The Fundamental Alienation ma natomiast symfoniczny, a przez to intrygujący wstęp. Znowu skutecznie zbudowane napięcie. Niestety, potem to wszystko pomału się rozłazi, bo brak dobranych do perkusji gitar trochę rozczarowuje. Potem jest lepiej, nie przeczę, ale odrobinę za późno, choć może lepiej późno niż wcale? No dobra, lepiej, bo od drugiej minuty mam to, co chciałem. Intensywność z wieloma blastami, do tego z dobrymi riffami i deklamacją w tle. Growlujący Shagrath brzmi dziwnie, jednak tu znowu wkracza chwytliwość całości: „They say I am the cancer/ On the back of the Inquisition / I may well be the cancer /In the heart of the Inquisition ’’. Zatem następny tytuł do playlisty. Zresztą w moim przypadku nigdy z niej nie zszedł.

Przedostatni The Invaluable Darkness poza tym, że jest ostatnią okazją, aby usłyszeć genialnego Vortexa, dostarcza również (oprócz dalej utrzymującej się epickości) kolejną porcję nowych riffów, co cieszy moje ucho. Choć deklamacja Shagratha jest przewidywalna, wciąż robi wrażenie. No i ta chwytliwość, i znowu ta śpiewana bez końca przeze mnie część: ,,I will win this war /But never the peace /I am my own free spirit /Hence I will not rest!”. Oczywistości chyba pisać nie muszę.

Ostatni The Foreshadowing Furnace ma symfoniczno-gitarowy wstęp. Tu też jest bardzo przewidywalnie, bo najpierw perkusyjna nawałnica, później lekkie uspokojenie, a potem znowu pędzący riff. Co jednak broni tę strukturę, to fakt, iż przynajmniej partie gitarowe postarano się jakoś urozmaicić. Tak czy inaczej, nie można tej kompozycji odmówić epickości i potencjału do wpadania w ucho. No i znowu nucenie bez końca: ,,Sparks fly and fire licks my wings/ Tied to this wood–I was born for burning/ I rebelled against the flock/ Declined to submit to slavery/ As a token from my legions of the chosen few/ I reveal the secrets to the world’s most famous forgery! ”. Tak więc pomimo pewnych niedociągnięć oraz przewidywalności, The Foreshadowing Furnace i tak zostaje w głowie na długo.

Sam tytuł płyty, In sorte diaboli, nie jest moim zdaniem przypadkowy. Teksty oscylują wokół Szatana nie tylko jako oponenta Boga, ale też ducha prawdziwej wolności oraz buntu. Dlatego uważam tę płytę za
koncepcyjną. Koncepcyjną i bardzo udaną: każdy utwór, poza oczywiście przerywnikiem The Fallen Arises, można zaliczyć do tych, które pozostają ze słuchaczem na długi czas, w mniejszym lub większym stopniu. Przynajmniej ze mną tak było i pozostało. Choć jeśli albumu nie słuchamy więcej niż dziesięć razy, to wszystkie kawałki brzmią równie dobrze. Kolejnym powodem, dla którego to właśnie ta płyta jest najlepsza, jest udział Hellhammera jako perkusisty. Koncerty bez niego to jednak nie to samo, choć przyznam, że Dariusz ,,Darey” Brzozowski dobrze gra na żywo partie Norwega. Podsumowując, mimo upływu lat wszystkie elementy albumu – zarówno pod kątem muzycznym, jak i lirycznym – świetnie ze sobą współgrają. Do tego ta okładka! Joachim Luetke dał radę, cała reszta zespołu również. Po trzynastu latach ten album nadal jest z*******y!

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kacper Sikora (Relevart)
Jestem miłośnikiem muzyki. Towarzyszy mi ona od zawsze. Natomiast za to, że moja muzyczna podróż pokierowała mnie na tak szeroką ścieżkę, jaką jest przede wszystkim metal, mogę być jedynie wdzięczny losowi. Nie ograniczam się jednak tylko do niej. Muzyka nie jest moją jedyną pasją, ale akurat nią będę się chciał z Wami dzielić. Wyrażając swoją opinię, zawsze będę gotów poznać Wasze zdanie. De gustibus est disputandum!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back To Top