Kategorie
Bez kategorii

Primal Fear – Metal Commando (2020)

Niemiecki Primal Fear powraca! 24 lipca grupa wydała swój trzynasty album zatytułowany „Metal Commando”. Jest to też ich pierwsza płyta nakładu Nuclear Blast. Jeśli chodzi o sam skład, w zeszłym roku do kapeli dołączył perkusista Michael Ehre, który na stanowisku tym zastąpił Francesco Jovino. Z ich ostatniego wydawnictwa „Apocalypse”, niestety, nie byłem zadowolony. Tym bardziej pełen nadziei, zabieram się za ich najnowszy krążek. Czy okaże się on lepszy od ostatniego? No cóż, jest tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać.

„I Am Alive” jako pierwsza kompozycja i jeden z singli, od pierwszych dźwięków pokazuje, z czym mamy do czynienia. Gitarowe riffy kopią, gdzie trzeba wraz z odpowiednimi blastami w tle. Przejścia perkusyjne są tu mocne, niezwykle precyzyjne i wyraziste. Dodając do tego wokal Ralfa, mamy co trzeba. Trzyma poziom! Otwarcie idealne! Chociaż ten riff nie jest do końca oryginalny, już go gdzieś słyszałem. „Along Came the Devil” jako singiel jest właściwą kontynuacją albumu. Zwłaszcza przez wysokie partie wokale Ralfa. Robią one wrażenie! Jest dobrze, bo jest energia. Wreszcie słychać też popisy Toma.

Natomiast „Halo” nie trzyma już poziomu poprzednich kompozycji. Tempo wzrasta, choć poziom techniczny gitarzystów nie. Mimo wszystko utwór można zaliczyć do kategorii tych dobrych. Utwór „Hear Me Calling” jako ballada daje radę. Jako singiel również. Chociaż w moim odczuciu, wstęp trochę za długi. Tekst jest refleksyjny, ale nie łzawy, co czyni go znośnym w odsłuchu. Gitary brzmią świetnie, więc nie mam do czego się tutaj przyczepić. Jedynie może jako do całokształtu kompozycji. No! Na to czekałem! Początek „The Lost & the Forgotten” przypomina mi „The End is Near z Rulebreakera”. Do tego ten ryk! To jest mój numer jeden! Tu jest wszystko! W tym jedna z najlepszych solówek na tej płycie!

„My Name Is Fear” jak dla mnie również brzmi idealnie. Kolejny utwór do kolekcji ulubionych na playliście. „I Will Be Gone” to wreszcie prawdziwa ballada, nie tylko przez magię gitar akustycznych, ale też przez wokal i wzruszający tekst. Zespół stanął tu na wysokości zadania.  „Raise Your Fists” chociaż wzrusza, dostarcza też odpowiedniej dawki heavy metalu, dobrze znanej z poprzednich utworów z tej płyty.

Natomiast „Howl of the Banshee” nie powala słuchacza na kolana. Jest kolejnym z tych ,,dobrych” utworów. Nawet solówka nie była w stanie go uratować, chociaż miałem taką nadzieję. Podobnie ma się sprawa z „Afterlife”. Niby niczego nie brakuje, ale w ostateczności całą kompozycję „trzyma” jedynie gitara.

Zamykający „Infinity” to zupełnie inna historia! Neoklasyczne gitarowe otwarcie, nastrojowy wokal Ralfa – zakładam więc, że mam do czynienia z długą balladą. Potem następują zmiany tempa, budując napięcie. Sama długość utworu to najważniejszy, wirtuozerski pierwiastek i pełnia barw różnorakich dźwięków. Dla miłośników tego rodzaju kompozycji jest to epicki majstersztyk. Bo dla mnie właśnie jest!

 Primal Fear jak dla mnie powraca w całej, swojej klasie i okazałości! Cieszy mnie to niezmiernie. „Metal Commando” na chwilę obecną jest najlepszym krążkiem heavy/power metalowym tego roku. Dlaczego? Już same cyfry mówią za siebie. Bowiem osiem z jedenastu utwór zagości na mojej playliście na stałe! „The Lost & the Forgotten”, „My Name Is Fear”, „I Am Alive”, „I Will Be Gone”, „Raise Your Fists”, „Afterlife”, „Along Came the Devil” oraz najdłuższy „Infinity”. Do tego zaje…a okładka. Brawo Primal Fear! Pozostaje mi tylko czekać na wasz koncert. Do zobaczenia znowu na żywo!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Brothers of Metal – Emblas Saga (2020)

Ach ta Szwecja. Ponownie mając do czynienia z zespołem z tego kraju, a dokładnie Brothers of Metal, nabrałem ochoty na odrobinę fuzji heavy metalu z viking metalem. Akurat tak się złożyło, iż właśnie ten zespół wydał swój drugi już album zatytułowany „Emblas Saga” dokładnie 10 stycznia 2020 roku nakładem AFM Records. Czy owo połączenie gatunków okaże się trafione? Po przesłuchaniu płyty, rzecz jasna, napiszę parę słów o swoich wrażeniach i odczuciach dotyczących krążka.

Intro „Brood of the Trickster” jest epickim wstępem do całego albumu. Lektor specyficznym tonem głosu wprowadza słuchacza w magiczny świat dźwięków. „Powersnake” to od samego początku heavy metal na wypasie. Dobrym zabiegiem jest w tym utworze zarówno męski jak i damski głos, w tle zaś słyszymy okrzyki Wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, jest nieźle. Nastrój budują spokojniejsze fragmenty i kobiecy wokal. Natomiast solówka gitarowa, jak dla mnie, jest trochę jakby wciśnięta na siłę. 

„Hel” otwiera niezły riff, w tle słyszymy okrzyki. Kawałek opowiada historię Hel, władczyni Krainy Umarłych, dziwną i niepokojącą. Tutaj jednak solówka dobrze się wkomponowuje. „Chain Breaker” oprócz tego, że jest dynamiczny i wokalista potrafi dobrze screamować, to nic nowego nie wnosi. Choć przyznać trzeba, że duet dwóch, różniących się od siebie wokali jest ciekawy, aczkolwiek tylko tyle. 

„Kaunaz Dagaz”, jak dla mnie, brzmi dziwnie. Muzycznie jest na poziomie przeciętnym. Broni się tylko jednym, bardziej thrashowym riffem i gitarową solówką. Natomiast spotkanie z partiami wielogłosowymi już miałem, więc nie ma tutaj zaskoczenia. Początek „Theft of the Hammer” przypomina mi trochę Amon Amarth, kiedy przestawili się na heavy metalowe kompozycje. Pomimo podobieństw, gitary sprawiają, iż bardzo dobrze się go słucha.

„Weaver of Fate” jest balladą, która jednak nie spełniła moich oczekiwań. Pomimo dobrego, damskiego wokalu i krótkiej solówki, nie ma tego czegoś. „Njord” jako pieśń o bogu mórz i opiekunie kupców, sama w sobie jest dobra, jeśli spojrzeć pod kątem lirycznym. Muzycznie broni się na tyle, że da się ją przesłuchać w całości.

Tytułowa „Emblas Saga” wreszcie porusza mnie na tyle, że budzę się z letargu. Śpiew w wykonaniu Ylvy w ich ojczystym języku sprawdził się w tym utworze idealnie. Deklamacja lektora, dobre tło muzyczne, ciekawe partie gitarowe i różnorodne barwy wokali zdały egzamin. Ten kawałek wprowadza wreszcie w epicki nastrój.

„Brothers Unite” rozpoczyna się dość spokojnie, wręcz flegmatycznie. Spodziewając się czegoś nowego, otrzymuję jednak znane mi już patenty. Nawet fragment, w którym słychać „zaśpiewy Wikingów podczas uczty”, nie ratuje tego utworu. Wprowadza natomiast słuchacza w zniecierpliwienie.  Zaczynający się epicko „One”, jest wręcz łagodny w swoim brzmieniu. Do tego screamujący wokal, uzupełnia drugi głos deklamacją. W dalszej części utworu znowu pojawia się Ylva. To wszystko razem brzmi na tyle dobrze, że mogę „One” zakwalifikować do udanej ballady. 

Przedostatni „Ride of the Valkyries” jest dynamiczny, choć nie na tyle, aby uznać trafność jego tytułu. Pomimo chęci i niezłych gitar, czegoś jednak zabrakło. Więc w ostateczności, jednak NIE!. Zamykający „To the Skies and Beyond” charakteryzuje dobra solówka gitarowa, riff jest dosyć chwytliwy, duety wokalne też dają radę. Także ostatni kawałek można uznać za znośny, wraz z symfonicznym zakończeniem.

Reasumując, na koniec powiem tak, jeśli chodzi o heavy metal o tematyce nordyckiej, to nie jest to fuzja na każdą okazję. Trzeba mieć odpowiednie nastawienie i dystans. Lirycznie jest przyjemne dla ucha, muzycznie ratują ten krążek od katastrofy „Powersnake”, „Theft of the Hammer”, „One” oraz „Ride of the Valkyries”. Sam album jednak na dłuższą metę nie zapada w pamięć . Zapewne wrócę do któregoś z tych utworów przy okazji gry komputerowej o tematyce nordyckiej, lecz raczej nie nastąpi to prędko.

Korekta: Sylwia Prekurat

5/10

Kategorie
Bez kategorii

System of a Down – System of a Down (1998)

Amerykański System of a Down. Jedna z ikon tzw. nu – metalu. Zespół, uważany nawet przez metalowców za zbyt łagodny i wyklęty. W moim gimnazjum i szkole średniej przynajmniej tak kiedyś było. Dzisiaj, po 22 latach od premiery, przypomnę Wam i Sobie, ich debiutancki album zatytułowany po prostu „System of a Down”, wydany 30 czerwca w 1998 roku  przez American Recordings. Pierwszy raz styczność z tym krążkiem miałem pod koniec 2001 r. Czy po prawie 20 stu latach czas okazał się dla tej płyty łaskawy? Jesteśmy skłonni spojrzeć na nią i wysłuchać świeżym okiem, uchem? No cóż…okaże się. Zaczynamy!

„Suite-Pee” już od samego początku brzmi gange-owo -mam tu na myśli riff otwierający utwór oczywiście z dynamiczną perkusją. Następnie wchodzi budujący napięcie poprzez bas, breakdown. Wokal Serja jest intensywny. Momentami jednocześnie scremuje i growluje. Wszystko to wcześniej wydawało mi się po prostu przebojowe, zresztą nadal w taki sposób to odbieram, chociaż przez lata doświadczeń z różnymi nurtami muzycznymi i przez pryzmat tego dostrzegam nawet te drobne niuanse kawałka. Jak dla mnie jest to odpowiednie otwarcie albumu. 

W „Know” początek to bardziej rozbudowana sekcja rytmiczna – perkusja. Oprócz tego pojawiają się nowe rozwiązania jeśli chodzi o riffy. Wokal Serja mocno bazuje na granicy rapu. Znowu pojawia się ciekawe i dynamiczne przejście perkusyjne, stopniujące napięcie. Nadal!

„Suger” jako singiel pierwszy raz ,, rozp…….. mi „system”, kiedy zobaczyłem teledysk. Tematyka okazała się mocno społeczno – polityczna, buntownicza. Wstęp, ta deklamacja wokalisty, z kończącym ją ,,diabolicznym” głosem, nadal jest dla mnie majstersztykiem. Kontrowersyjny teledysk? Proszę bardzo. Chwytliwe brzmienie? Jak najbardziej. Zmuszający do myślenia tekst? Oczywiście! Osobiście nie rozumiem krytyki celującej w ten utwór. Jak dla mnie nadal jest rewelacyjny.

Suggestions” jest dynamiczny od samego początku. Umiejętne przejścia perkusyjne, no i znowu za…….y breakdown z riffem w tle. Ironia w głosie Serja jest w nim genialna. Na swój sposób lekko szalona.

Spiders” natomiast jest już bardziej psychodeliczny, co akcentuje bas i wstęp wokalny. Do tego znowu inteligentny tekst. W „Ddevil” intryguje dobra marszówka. Tu ponownie Serj wręcz bawi się swoim głosem. Gange nadal króluje, choć hard rockowy riff też tu się pojawia. Czego jednak można wymagać od kawałka długości raptem 1m.:43s.? 

W „Soil” jest trochę słyszalnych cowoych elementów – mam tu też na myśli gitary. Pojawia się kontrolowane zamieszanie instrumentalne. Znakiem rozpoznawczym utworu jest dobra solówka. Daron się postarał. Szaleństwo trwa! Riffowe wejście w „War” nadal mi się podoba. Z pozoru proste, ale niekoniecznie. Headbanging jest!

„Mind” natomiast to inny temat. Tu została zobrazowana muzycznie i lirycznie kwestia złożoności ludzkiego umysłu. Osobiście tak ten utwór interpretuje, jako najbardziej skomplikowany, rozbudowany i niejasny do końca w swojej strukturze, jednocześnie intrygujący. Pojawiają się też lekko doomowe naleciałości, dwa rodzaje ekspresji poprzez ukazanie czystego gniewu czy wściekłości, kumulacja szaleństwa. Ten utwór był i jest moim ulubionym z całego albumu. Słuchałem go w trudnych chwilach. Zawsze pomagał.

„Peephole” znowu dobrze buduje napięcie. Słuchając go, mam wrażenie, jakbym kręcił się na szalonej karuzeli w wesołym miasteczku, sam do końca nie wiem czemu?? Zmian tempa po prostu nie da się nie usłyszeć. Znowu headbanging!

„Cubert” to kontynuacja sinusoidy – znanej, ale lubianej. Energia nadal buzuje! W „Darts” Serj znowu zaskakuje wokalem, bawi się nim w za…….y sposób. Do tego tykający zegar, a potem breakdowny? Mistrzostwo!  Zamykający „P.L.U.C.K.” zaskakuje na początku ciekawym riffem. Jest tutaj wszystko, co znane z wcześniejszych utworów z wyjątkiem dwóch momentów, w których pojawiają się nowe riffy. Natomiast perkusja nie jest tu uboga, oj nie. Intensywne zamknięcie płyty jak dla mnie, gdzie wreszcie słychać Darona.

 Z perspektywy czasu System of a Down jak dla mnie był udanym debiutem. Dlaczego? Cała paleta stylów. Od grangu, hard rocku, doomu po metalcore. Zostały użyte różnorakie środki ekspresji wokalnej, co czyni krążek jeszcze bogatszym. Także…może się powtarzam, ale co jest w tym albumie nie tak? Bo ja k…. nie wiem! Kiedyś był dla mnie rewolucyjny. Teraz słuchając go, może nie jestem w stanie głębokiej psychodelii, ale takiej umiarkowanej, dla mnie przyjemnej.  Charakterystyka brzmienia zespółu dawniej określana jako nu-metal, z perspektywy czasu, jest niewłaściwa. Skład nagrywając kolejne albumy, podążył określoną na tej płycie ścieżką, może cięższą, jeśli chodzi o Toxicity, ale jednak. Reasumując, płyta nie ma złych momentów, a spójność jest jej kolejnym atutem. Obok nagranego po debiucie Toxicity, ta płyta jest ich Opus Magnum. Do tego kultowa okładka. Zatem ocena może być tylko jedna.

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10!

Kategorie
Bez kategorii

KŁY – Wyrzyny (2020)

Tak, znowu Polska. Najwidoczniej rodzimy black jeszcze mi się nie znudził, tym bardziej że ten rok jest na polskiej scenie black metalowej dość obfity. Tym razem z wielką przyjemnością sięgam po śląskie KŁY i ich drugi album „Wyrzyny”, wydany nakładem Pagan Records 8 maja 2020 roku. Czy okaże się lepszy od debiutu z 2018 roku? Tylko słuchając go, kilkakrotnie możemy się o tym przekonać.

„Burza (My, rozgwiazdy)”, otwierająca album, rozpoczyna się od dźwięku dzwonu, wprowadzając nas skutecznie w mistyczny charakter utworu. Słychać wyraźnie post – metalowe brzmienie gitar. Wokal przywodzi na myśl i jednocześnie kojarzy się z Nihilem z Furii. Linia basowa to istny majstersztyk. Dobrze akcentowane przejścia. Deklamacja w połączeniu z czystym śpiewem to idealne podsumowanie. Na koniec blackowa powtórka. W tym kawałku nie ma monotonii, muzyczny rollercoaster utrzymuje go na wysokim poziomie. Mistrzowskie otwarcie k….!

W „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyńcza” czuć lekką zmianę klimatu, aczkolwiek ponownie słyszymy dzwony, głosy się powtarzają, jakby słuchacz był na lekkim haju. Dobra dawka psychodeli. Trochę mniej blacku. Jeśli chodzi o tempo, jest dosyć dynamiczne. Typowe, blastowe napier…..! Po raz pierwszy pojawia się na tej płycie growl. Uruchomił mi się headbaging, a to jest dobry znak. Pomimo dawki znacznie lżejszych riffów niż się spodziewałem, o dziwo, okazały się one równie chwytliwe i przyjemne dla ucha. Do tego jeszcze na koniec te magiczne stemple. Chcę więcej!

„Krajobraz jako oko” to kontynuacja poprzedniej kompozycji, ale z drobnymi, folkowymi elementami. Tutaj akcent jest położony na bas, tempo też znacznie wolniejsze. Może trochę za dużo progresji jak na mój gust. Pomimo tego nie jest źle, bo w dalszej części kawałka pojawia się perkusyjna nawałnica. „Trójząb„, ni z tego ni z owego, przenosi mnie do… Japonii (kraju kwitnącej wiśni)? Tak…tylko po co? Przychodzi mi jedynie do głowy nawiązanie do demo. Tu natomiast progresja jest dobrze wyważona. Gdy go słucham, pojawia się, u mnie stan, jaki chciałem, muzycznego uniesienia. Sam tytuł nawiązuje oczywiście do nazwy zespołu.

Przedostatni „Gwiezdny wiatr” to ponownie dobre stemple. Wraca tutaj dynamika, zdecydowanie jest mniej blacku na rzecz post – metalu. Mówiąc kolokwialnie, utwór jest przebojowy niczym „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyncza”. Album zamyka „Zakorzenienie”, które idealnie podsumowuje całą płytę.

Jeśli chodzi o „Wyrzyny” to KŁY postawiły na transowy klimat. Okładka przedstawiająca grzyby halucynogenne nie jest myląca. Naprowadza na właściwą ścieżkę doznań muzycznych, szerzej ukazanej w kompozycji zamykającej płytę. Jeśli chodzi o brzmienie całości, zderzamy się z przemieszaniem nurtów i miksem gatunków, w różnych proporcjach. Jednak ośmielam się sądzić, że wypadli lepiej od Finów z Oranssi Pazuzu, gdyż mają zdecydowanie więcej samodzielnie broniących się kompozycji, bez wpływów innych, podobnych im kapel. Na podsumowanie, „(My, rozgwiazdy)”, „Burza”, „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyncza”, „Gwiezdny wiatr” i „Zakorzenienie” to dosyć oryginalne utwory w swej strukturze.

Reasumując, za każdym razem jednak gdy kończę słuchać ten album, trans, z jakiego wychodzę, nie jest jeszcze tym kompletnym. Odczuwam lekki niedosyt…choć tak niewiele brakowało.

Korekta: Sylwia Prekurat

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Cradle of Filth – The Principle Of Evil Made Flesh (1994)

Jak debiuty, to, żeby łatwo nie było, zespół, którego słuchałem, a i teraz słucham często. Debiutancki album The Principle Of Evil Made Flesh, wydany 24 lutego 1994 roku, przez Cacophonus Records . Łatwo nie będzie orzec, czy z perspektywy dwudziestu sześciu lat, owa płyta jako debiut, jest nadal tak dobra jak kiedyś, dla mnie. Trzyletnia przerwa od tej płyty zapewne pomoże. Kilka przesłuchań na świeżo również. Natomiast wypadł w porównaniu do dobrze mi znanych, następnych albumów oraz oczywiście Dani, jako lider Cradle of Filth kontynuował obrany na nim muzyczny kurs? Aby udzielić konkretnych odpowiedzi, trzeba The Principle Of Evil Made Flesh kilkukrotnie posłuchać. Zaczynamy zatem.

Intro Darkness Our Bride(Jugular Wedding) nadal odpowiednio wprowadza nastrój mroku, czy też grozy, chociażby poprzez szepty. Tytułowy The Principle Of Evil Made Flesh natomiast z powodu bycia trochę bardziej blackowym, mam tu na myśli perkusję, czy chociażby wokal samego Daniego, pomimo niby riffów gitarowych , które na siłę można by uznać, za odrobinę melodyjne, chociażby przez solówkę, nie zwala mnie z nóg oraz nie przyprawia o zachwyt. No po prostu nie. Nawet trochę bardziej czuję się rozczarowany. Z The Forest Whispers My Name jest odrobinkę lepiej. Chociażby na samym jego początku. Jednak deklamacja nadal robi wrażenie. Później zmiana tempa przez intensywniejszą perkusję. Co z tego jak to nadal mimo wszystko dla mnie za mało. Iscariot tak zwany przerywnik, daje radę. Efekt bicia serca? Fenomenalny. Nie typowy, bo fortepianowy początek, znowu nie ratuje kolejnej kompozycji, The Black Goddess Rises, jedyne co można uznać za ciekawe, to duet Daniego z Darrenem, a potem wokal Andrei Meyer. Tylko tyle.

Pomimo cichej nadziei, że tak nie jest, schemat powtarza się do samego końca płyty. Same intra, poprzedzające właściwe kompozycje, naprawdę nadal dają radę. Problem em dla mnie są te ,,właściwe” utwory. Czyli A Crescendo Of Passion Bleeding, To Eve The Art Of Witchcraft, Of Mist And Midnight Skies oraz Summer Dying Fast. Lirycznie są na odpowiednim jak dla mnie poziomie, natomiast muzycznie w porównaniu do drugiego albumu Cradle of Filth, zatytułowanego Dusk… And Her Embrace, jest dziwnie. Czemu? Ponieważ lirycznie dalej album jest genialny, natomiast muzycznie jest znacznie gorzej. Wiadome jest, że, zawsze trzeba od czegoś zacząć, to zrozumiałe. Czas jednak w tym przypadku, jeśli o mnie chodzi, a dla tych, co nie wiedzą, nie jest to pierwsza moja recenzja płyty Cradle of filth, zapewne też nie ostatnia, okazał się tragiczny w skutkach. Tyle dobrze, że jak dla mnie, zespół wyciągnął wnioski. Takie, że sam zamysł mrocznego klimatu grozy został jak najbardziej zachowany, natomiast sama oprawa muzyczna poprawiona. Nie twierdzę, że, album jest fatalny, bo byłoby to kłamstwem, jest natomiast z tych bardzo przeciętnych. Osobiście liczyłem, że, w porównaniu kiedy pierwszy raz go słuchałem , a było to jesienią 2005 roku, bo akurat Cradle of Filth samodzielnie udało mi się odkryć, to będę miał, chociaż podobne doznania, bardziej pozytywne, bo pod względem lirycznym, ten album wtedy rzucił na mnie urok. Dziś niestety, z powodu samej muzyki, przestał on już tak skutecznie działać, jak kiedyś. Niestety ku mojemu rozczarowaniu.

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Knieja – I-V (2020)

W Polsce, po raz drugi natrafiam na tajemniczy zespół. Dość sporą do tego. Jest nią krakowska Knieja. Zespół stworzony przez nieznanego, przynajmniej mi Ad Tara. 25 stycznia 2020 roku jednoosobowy zespół Knieja wydał mini album zatytułowany po prostu I-V. Chcę się przekonać, co kryje w sobie ten mini album.

I to dość dynamiczne otwarcie. Choć z czasem jest powtarzane, dopiero potem dodany inny riff, który trochę przypomina trąby. Mimo to jednak można poczuć swą obecność w lesie. W II idę dalej przez ten ,,Las” jednak mając dość mieszane odczucia. Ta kompozycja jest rozczarowująca, bo nie dostałem tego, czego nie znałem już kiedyś. III znowu jest intensywniejsza. W końcu jestem w owej kniei. Pod koniec IV usłyszałem wreszcie stemple, te odpowiadające miejscu w którym jestem. Dzięki temu się na moment zatrzymałem, aby pomyśleć. Ostatni utwór V znowu przypomniał mi gdzie jestem.

Cóż, powiem wprost, po informacji o tym, że, mam do czynienia z instrumentalnym albumem. Oczekiwałem czegoś więcej. Zamiast gęstego lasu, ze zwierzyną, czym knieja powinna być, okazało się, że, wybrałem się na spacer do lasku. Może ze skałami, ale jednak. Jak dla mnie Ad Tar się niczym szczególnym nie popisał. Co ciekawe okładka to stary obraz autorstwa:Wojciecha Gersona ,, Zwał skalisty w Dolinie Białej Wody w Tatrach” z 1892 roku. Jak dla mnie drugie z największych blackowych rozczarowań tego roku. Zachęcam do wyrażenia swojej opinii innych. Jak dla mnie Knieja nie prezentuje jakiegoś olbrzymiego potencjału.

2/10