Kategorie
Bez kategorii

All Meridians – Blood Sun Shadow (2020)

Ponownie Stany Zjednoczone. Tym razem określająca się mianem kapeli post metalowej, zupełnie nieznana mi grupa All Meridians, która 19 czerwca 2020 roku wydała swój debiutancki album „Blood Sun Shadow”. Krocząc w nieznane, co de facto uwielbiam, ciekaw jestem tego co mają do zaoferowania. Czeka mnie zachwyt czy rozczarowanie? Przekonajmy się!

Rozpoczynające krążek „Elegy for the Living” to lekkie, dzięki dobrym stemplom, psychodeliczne intro. „Monuments” charakteryzuje się  zwolnionym  tempem, więc doomowych wpływów tu nie zabraknie. Wokal natomiast nie powala na kolana, jest przeciętny. Riffy są mi już znane, choć skład może pochwalić się też nowymi rozwiązaniami. Na sam koniec dostaję techniczne popisy utrzymujące klimat. Oprócz słabego wokalu reszta wyszła pięknie.

Na „Terminus” słyszymy wyraźny riff prowadzący, zmieniają się tylko przejścia. Wokal nadal utrzymuje się na średnim poziomie. W dalszej części kawałka partie perkusyjne trochę się rozkręcają, a solówka gitarowa całkiem ładnie trzepie. Całość jakoś się trzyma. W „Lijden” minimalistyczna gitara podtrzymuje nastrój kompozycji, dlatego jest warta docenienia. „Agents” rozpoczyna się mocnym wejściem. Gitary brzmią inaczej choć nadal „chwytliwe”. Pojawia się intensywność. Wokal natomiast jest zdecydowanie lepszy. „Cosmic Shrines” charakteryzuje wolniejsze tempo. Jednak zmiana następuje szybciej. Rozumiejąc już zamysł co do tej płyty, przyznam, że wokal w tym, konkretnym kawałku jest dopracowany. Do tego bardzo dobra solówka. Nie jest źle, coraz lepiej bym powiedział.

Krótkim przerywnikiem okazuje się „El Transparente”. Użyto w nim fortepianu, który zbudował nastrój, co dało ciekawy efekt końcowy. Zamykający „Opposing Energies” to klawiszowy akcent na samym początku, po czym następuje swoisty spokój. Następnie mamy zmianę tempa i intensywność, którą już znamy. Wokal jest bardziej ekspresyjny, co daje dobry rezultat. Jednak co do całokształtu kompozycji mam pewne wątpliwości.

Zatem czy „Blood Sun Shadow” mnie zachwycił? Niekoniecznie. Czy rozczarował? Też nie. Raczej zaskoczył. Wprowadził w stan emocjonalnego rozluźnienia, pomimo pewnych mankamentów wokalu w niektórych kompozycjach. Nie doświadczyłem tutaj intensywnego transu, raczej lekkiego relaksu. Co ciekawe, dwie kompozycje obroniły się jako samodzielne, dotyczy to utworów „Agens” oraz „Cosmic Shrines”. Jak na debiut? Nieźle. Naprawdę. Wiadomo, album nie na każdą chwilę, ale wart przesłuchania. Do tego dobra okładka.

Koretka: Sylwia Prekurat

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Turmion Kätilöt – Global Warning (2020)

Tym razem, jeśli chodzi o recenzję, na tapecie niezbyt znana kapela z Finlandii, wykonująca idrustial metal, mianowicie Turmion Kätilöt. Zespół 17 kwietnia bieżącego roku wydał dziewiąty już album zatytułowany „Global Warning”. Mogą zatem poszczycić się sporą ilością materiału na swoim koncie. Czy ,,nowa fala” industrial metalu mnie zachwyci? Zobaczymy.

Otwierający płytę „Naitu” od samego początku jest przesiąknięty elektroniką. Problem tkwi w tym, że to nie jest nic nowego ani odkrywczego. Fiński wokal z pewnością brzmi ciekawie. Jednak oprócz perkusji, gitar praktycznie nie słychać. Jak dla mnie początek fatalny. Na „Kyntövuohi” jest trochę lepiej. Wreszcie słychać gitary. Scream miesza się z wokalem wspierającym, choć fiński rap jest dziwnym doświadczeniem słuchowym. Przejścia są bardziej wyraźne – więcej blastów. Wszystko razem daje ciekawe połączenie, utwór wydaje się bardziej „przebojowy”. „Sylkekää Siihen” można by rzec… jest bardziej „chwytliwy”, lecz  rozwiązania te słyszeliśmy już w poprzednich kawałkach. Wpada w ucho i wypada równie szybko. 

„Viha Ja Rakkaus” jest trochę wolniejszą kompozycją z mniejszą ilością elektroniki, co akurat mnie cieszy. Daje to pewnego rodzaju odpoczynek. Sam utwór nie jest też zbytnio skomplikowany. Jednak w pamięci nie zapada. „Turvasana” jest bardziej energiczny. Melodia jakby znana, ale do handbangingu może być. Na tym temat się wyczerpuje. Ponownie szybko wpada w ucho i wypada. 

Niczym specjalnym nie jest też „Kuoleman Juuret”. Poza bardziej rozbudowanymi partiami keybordu, niczego więcej nie usłyszałem i nie doświadczyłem. „Syvissä Vesissä” to tylko inne stemple, ale identyczna melodia jak w poprzednich kompozycjach. „Sano Kun Riittää” daje trochę wytchnienia, ale nie na długo. Niestety, bez szału i jakichkolwiek zmian. Na „Jumalauta” od początku mamy do czynienia z tym samym, poza stemplami. Czyli znowu pójście na łatwiznę! Jak dla mnie to nie najlepiej świadczy o tej grupie.

Może reszta? Czyli „Revi Minut Auki”, „Syntisten Laulu”, „Ikävä” oraz „Mosquito Á La Carte (To Be Contiuned 5)”liczyłem tutaj na jakiś zwrot akcji, ale się k…. przeliczyłem, chociaż zamykający „Mosquito Á La Carte (To Be Contiuned 5)” okazał się odrobinę lepszy od pierwszej kompozycji na tym albumie.

„Global Warning” to płyta bardziej dyskotekowa niż do posłuchania. W przeciwieństwie do chociażby lubianego przeze mnie niemieckiego zespołu Rammstein, tu wszystko grane jest na jedno kopyto. Poza wymianą stempli, niczego nowego nie usłyszałem. Tylko tyle! Brak jakikolwiek solówek gitarowych. Złych lub dobrych. Keybord jest statyczny, bez wyraźnych zmian tempa. Nic kompletnie. Totalna muzyczna nuda. Niestety, kiedyś musi być ten pierwszy raz kiedy to fińska płyta okazuje się totalnym rozczarowaniem. Padło na dziewiąty album grupy Turmion Kätilöt. Porażka na całej linii. Z pewnością znajdą się zadowoleni amatorzy tego albumu. Ja pierwszy raz słuchałem i więcej nie mam zamiaru! Dno totalne! Mocny kandydat na najgorszy album tego roku. Pewnie jakbym jakimś cudem, był w jakimś klubie z muzyką elektroniczną, pod mocnym wpływem alkoholu, to może zdanie miałbym inne, ale dopiero wtedy. Chętnie też poznam Wasze opinie.

Korekta: Sylwia Prekurat

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Odraza – Rzeczom (2020)

Po wielu sugestiach znajomych oraz własnej ciekawości, jak wiecie, postanowiłem wrócić na rodzimy rynek muzyczny, do znanej mi już krakowskiej, blackowej kapeli Odraza, która wydała 8 maja 2020 roku swój drugi album zatytułowany „Rzeczom” dzięki Godz Ov War Productions. Bez nastawiania się specjalnie na wielki „sztos” z chęcią przesłucham nowy materiał po sześcioletniej przerwie składu. Zaczynamy!

„Schadenfreude” pomimo niepozornego wstępu, od razu serwuje to co lubię – intensywność, ale z polotem. Perkusja nie zatrzymuje się aż do momentu gdy słychać dzwonki oraz dość kojący, lecz budujący napięcie bas. Gitary brzmią trochę podobnie jak w utworach Nihila z
Furii. Wokal kopie tu jak trzeba. To rozumiem! Istne zniszczenie. Do tego te bębny! Tak się gra black w 2020 roku!

Jeśli chodzi o utwór „Rzeczom” to tu możemy złapać oddech, chociaż późniejszy riff wydaje się znajomy – może kojarzyć się z norweskim metalem. Potem wchodzi bas i dynamiczne przejście! Wokal wsparty drugim jest odpowiednio mroczny – dostarcza mi całej sinusoidy emocji, które chcę z siebie wyrzucić! Genialne jest to, że cała płyta nie zwalnia ani na moment!

„W godzinie wilka” jest integralną częścią wcześniejszych kompozycji. Na początku kawałek dozuje emocje, w kolejnej części jest bardziej dynamiczny niż w poprzednich utworach. Do tego w sposób bardziej
chwytliwy. Headbanging odruchowo obowiązkowy! Potem tempo znowu trochę zwalnia przy okazji popisów perkusisty. Jak dla mnie?Mistrzostwo! Taki trochę polski Hellhammer.
„…twoją rzecz też” zaczyna się melancholijnie. Następnie słyszymy jakby zabawy instrumentalne rodem z debiutu System of a Down. Właśnie ta płyta przyszła mi na myśl. Jednak jest, to jak najbardziej zasłużony komplement bowiem dodaje temu krążkowi elementów wirtuozerskich.
Wokal natomiast przywodzi na myśl mroczny cyrk niczym z horroru, co wszystko razem jest bardzo efektowne.

„Na Długa 24” słyszymy genialną deklamację, do tego czysty wokal. Co ciekawe sposób deklamacji brzmi bardzo znajomo, w stylu „sir. Maleńczuka”. „Świt opowiadaczy” to już znana nam intensywność wraz z chwytliwym riffem. Potem wraca deklamacja, jakby głos starca, do tego łagodne, transowe brzmienie gitary. „Młot na małe miasta” to znowu mocne wejście z kolejną porcją genialnych riffów. Do tego nienaganny wokal. Co tu dużo pisać, świetny singiel!

„Najkrótsza z wieczności” ma jak dla mnie najlepszy tekst na tej płycie. Marszówka przy deklamacji okazuje się dobrym rozwiązaniem. Azur wykonał tu jedną z najlepszych solówek gitarowych. Drugą, genialną zagrał Bempo, która spokojnie buduje napięcie w całym utworze. Kompozycja „Ja nie stąd” jest doskonałym, instrumentalnym zwieńczeniem całego albumu w sposób epicki!

Podsumowując, krakowska Odraza jak dla mnie powraca w całej klasie! Szczerze? Mgła przy niej przestała dla mnie istnieć. Na chwilę obecną „Rzeczom” jest mocnym kandydatem do tytułu najlepszej black – metalowej płyty 2020 roku. Czemu? Całościowo album nie ma słabych stron. Jest perfekcyjnie spójny i nie jestem w stanie wskazać kompozycji, która nie obroniłaby się jako samodzielna. Zastanawiam się sam kiedy teraz zrecenzuję coś z blacku, bo przez Odrazę nie będzie to łatwe. Jedynie składanka „Apostoł” kapeli Czort jest poważną konkurencją dla tego krążka! Choć może się to zmienić, kto wie? Na chwilę obecną to właśnie Odraza ponownie „odrażająco” mnie zaczarowała, tyle w temacie!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

The Breaching Experiment – Altschmerz (2020)

Znowu Szwecja. Tym razem nieznany zespół The Breaching Experiment. 6 marca 2020 roku wydali swój już trzeci album „Altschmerz”. Określają się bardziej jako eksperymentalny projekt niż zespół. Tym bardziej chętnie przesłucham krążek. Czy najnowsza płyta okaże się lepsza od poprzednich? Jestem bardzo ciekaw. Zaczynamy!

Od pierwszego „Mountains” wiemy już, że mamy do czynienia z blackiem, z doomowymi wstawkami. W połowie utwór jest intensywny, co mnie akurat cieszy, jednak nie powala na kolana. Chociaż słyszy się tutaj różnorodność. „Fail Again” to kontynuacja początku, aczkolwiek  bardziej dynamiczna. Wokal natomiast jest fatalny. Solówka za to daje radę z przejściem na deathowy ciężar. Mniej blacku.

„Dysphoria” charakteryzuje zmniejszone tempo. Minimalistyczna gitara wraz z pianinem. Następnie wchodzi dobry riff, bardziej stonerowo – doomowy. Wokal też się poprawia. Trochę, ale jednak. Co ciekawe, można tu usłyszeć deathcorowe przejścia. Wszystko to razem jakoś się trzyma. „The Bloody Machine of Robespierre” zagrane jest według sprawdzonego wcześniej schematu, z tą jednak różnicą, że więcej tu blastów, popisów strunowych. Instrumentalnie, bardzo dobrze. Do tego dużo lepszy wokal. Jako singiel daje radę.

„A World For Our Sponsors” otwiera zupełnie inny riff, chociaż potem wraca black wraz z blackowym wokalem. Jednakże dziwne przejścia tego utworu nie ratują. „Red” nie wnosi nic nowego. Słychać jakby fragment utworu był powtórką z „Dysphoria”. Oczywiście tego cięższego. Przedostatni „A Distant Howl” zaskakuje deklamacją. Riffy jednak są już znane, co zalatuje nudą. Oprócz tego wokal jest jakby na siłę dołożony do kawałka. Koniec krążka to „Scarecrow”. Czysty black, ale przeciętny niestety, dlatego według mnie to naprawdę koniec, nic więcej nie da się na jego temat napisać.

Podsumowując. Moim zdaniem kapela za mocno poszła w łączenie stylów i nurtów. Szanuję eksperymenty, ale ten Wam, Panowie, za bardzo nie wyszedł. Miał być black i niby jest, ale za mocno przekombinowany wstawkami z innych gatunków, które okazały się lepsze od samego blacku. K…. poza tym gdzie tu alternatywna muzyka? Nie ma jej. Blackowe riffy, które niewątpliwie się pojawiały, były delikatnie mówiąc, nieudane. Dlatego też The Breaching Experiment mnie rozczarował swoim trzecim krążkiem „Altschmerz”. Płyta nie ma żadnej spójności. Okładka też jakby trochę niedopracowana. Za odwagę, szanuję, ale za jej końcowy efekt…? Niekoniecznie!

Korekta: Sylwia Prekurat

4/10

Kategorie
Bez kategorii

Firewind – Firewind (2020)

Poszukując czegoś z nurtu heavy i power metalu, natknąłem się na grecki Firewind. Ucieszył mnie fakt, iż zespół wydał swój dziewiąty album 15 maja 2020 roku zatytułowany po prostu „Firewind”. Wydawcą krążka jest AFM Records. Czy okaże się godnym kandydatem na album tego roku w swoim gatunku? Przekonać można się tylko w jeden sposób, oczywiście odsłuchując go!

Otwierający „Welcome to the Empire” zaczyna się  dosyć łagodnie, od gitarowych popisów Gusa,  trochę w neoklasycznym stylu, jednak bardzo nastrojowym. Później jest bardziej hardrockowo – chodzi o przejścia perkusyjne. Natomiast wokal Herbiego nie powala, wręcz dezorientuje słuchacza. Jak dla mnie średnio, pomimo dobrego riffu oraz solówki. Z „Devour” jest znacznie lepiej, bardziej heavy metalowo. Odpowiednia dynamika, wokal Gusa jest „na swoim miejscu”, obowiązkowa solówka i  umiejętnie w nią wpleciona perkusja.

Początek „Rising Fire” jest nietypowy. Elektronika połączona z elementami corowymi? No cóż… Można? Pewnie, że tak. Na szczęście w dalszej części mamy czysty heavy. Do tego z nie byle jaką solówką, a raczej dwoma…trzema? Nie! Aż czterema! Jednak jeśli chodzi o tzw. „przebojowość” to jednak „Devour” na chwilę obecną jest lepszy, zostawiając „Rising Fire” nieco z tyłu. „Break Away” stopniowo wprowadza klimat, który znam z Beast in Black. Natomiast będąc ,,podekscytowanym” i czekając na przysłowiowy ogień, dostaję k…. w twarz! Mam tu na myśli zupełnie niespodziewane przejścia, do tego jeszcze z przekształconym wokalem w tle. Nie oszczędzono mi tu rozczarowań, bo utwór okazał się tak naprawdę nijaki. Pomimo wokalu wspierającego oraz solówek, dynamika jednak jest zbyt mała. Także tu kapela „dała d…”.

No! Wreszcie, k…. ! „Orbitual Sunrise” ratuje sytuacje. Tu od samego początku do końca jest to, co lubię! Dynamika, czysty wokal w stylu Roba z Judas Priest z domieszką barwy Yannisa z Beast in Black, swoją drogą ich rodaka. Lepiej późno niż wcale. Wreszcie uruchomił mi się Headbanging! „Longing to Know You” to miała być z założenia ballada przez duże „B”. Nie można kompozycji odmówić nastroju, wokal Herbiego „chwyta za serducho”, jednak ciężko do końca określić ten kawałek jako balladę. Poruszył mnie, ale nie wzruszył, a to są dwa, trochę różne stany. Mimo wszystko.

„Perfect Stranger”  jest dosyć energetyczny. Słychać w nim sporo blastów w połączeniu z dobrym riffem. Jednak czegoś mu brakuje. Niewiele, a jednak. Z „Overdrive” mam identycznie, choć tu są wreszcie jakieś partie keybordu. Natomiast początek „All My Life” przypomina fragment utworu Sabaton „White Death”. Riff jest krótszy, ale śmiało, można powiedzieć, że niemalże identyczny. Pomimo tego wpada w ucho właśnie z powodu owych podobieństw. Pozostałe riffy też są bardzo dobre. Wszystkiego dopełniają jednak solówki. Wreszcie! „Space Cowboy” to kolejny, genialny popis umiejętności Gusa. Szkoda, że tzw. efekt ,,wow” psują lekko przekombinowane przejścia. Po ch….. było tak kombinować? Nie wyszło to dobre. Oj nie.

Zamykający „Kill the Pain” jest technicznym mistrzostwem, również bardzo energetycznym. Jednak jeśli chodzi o głos, akurat w tym utworze wokalista nie dotrzymał kroku instrumentom. Czemu tak się stało? Nie wiem.  Płyta kończy się mocnym akcentem, aczkolwiek
w przypadku „Kill the Pain” znowu z niedosytem.

Podsumowując, powiem tak… „miotaczem ognia” ten album zdecydowanie nie jest. Pomimo ogromnej pracy, jaką Gus włożył, w napisanie partii gitarowych to z pozostałymi zgrał się dobrze tylko w dwóch kawałkach. Mam tu na myśli „Orbitual Sunrise” oraz „All My Life”. W większości kompozycji z akcentem na prawie dobrze” było, to co pisał. Nie wiem, czy wszystko Gus tworzył sam, czy w porozumieniu z resztą zespołu? Dla mnie „Firewind” jest tylko momentami mocny i żywiołowy, ale zdecydowanie za mało było „huraganu”, a za dużo „zefirku”. Czuję się lekko rozczarowany. Nie tego oczekiwałem po tym krążku. Zdecydowanie ten krążek nie będzie mocnym kandydatem na płytę heavy/power z 2020 roku.

Korekta: Sylwia Prekurat

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Ulcerate – Stare Into Death And Be Still (2020)

Dzisiaj odkrywam przed wami kolejny kraj. Jest to po raz pierwszy Nowa Zelandia. Tak, nie przesłyszeliście się. Zespół nazywa się Ulcerate i właśnie wydał swój szósty album po czteroletniej przerwie zatytułowany „Stare Into Death And Be  Still”, dokładnie 24 kwietnia 2020 roku przez Demebur Mori Productions. Nie wiem czego się spodziewać. Słyszałem już kiedyś tą kapelę, ale to było dawno temu. Także… nie mogę się doczekać, aby ten krążek przesłuchać.

„The Lifeless Advance” zaczyna się progresywnym riffem, wraz z prostymi, ale obfitującymi w blasty garami. Potem jednak następuje istna,
perkusyjna nawałnica. Wokalista sprawnie operuje głębokim growlem, idealnym do death metalu. Zmiany tempa są dobre. Intensywność jest tu zrównoważona. Jednym słowem wpada w ucho. Do tego jeszcze te blackowe naleciałości. Dla mnie mistrzostwo! „Exhale the Ash” rozpoczyna dobry riff. Tu też jest intensywnie. Pałkarz niewątpliwie może pochwalić się dużymi umiejętnościami. Bo tu „bębny” są po prostu z……..! Riffy natomiast chwytliwe i nietuzinkowe! Nie ma się do czego przyczepić. Kolejny ulubieniec do mojej set-listy.

Natomiast „Stare into Death and Be Still” brzmi już inaczej. Początek to wolniejsze tempo, aczkolwiek w podobnym nastroju. Słychać więcej progresji. Czy to dobrze? Jak dla mnie? Owszem. Nie ma monotonii. Ja się przynajmniej nie nudzę! Tu też gitarzysta pokazuje, na co go stać! Ja się pytam gdzie wy – Ulcerate – byliście wcześniej? Genialny breakdown ze szczyptą intensywności, ale innymi bitami perkusyjnymi. Uderzenie w każdy talerz jest precyzyjne, w punkt. Doskonale słychać ten instrument. Mistrzostwo!

„There is No Horizon” od początku jakby wynurza się lekko z otchłani, co genialnie obrazuje stopniowana perkusja wraz z riffami, które znowu są delikatnie blackowe. To jedna z najbardziej nastrojowych kompozycji na płycie. „Inversion” to kolejna porcja instrumentalnych popisów technicznych jak na death metal przystało. Zabrakło tu jednak tego czegoś, dlatego jest to jak na razie najsłabsze ogniwo krążka.

Na „Visceral Ends” powraca mrok, poprzez doskonałe, gitarowe intro. Płyta ponownie obiera właściwy kurs. Spokój i tajemniczość, pewnego rodzaju stan uśpienia, aby później zaskoczyć nas dawką energii. Znowu jest epicko! Do tego ten genialny riff w tle! „Drawn Into the Next Void” jest oczywistą kontynuacją poprzedniego utworu. Akurat to mnie cieszy. Jednak tutaj brzmienie jest zdecydowanie cięższe! Same breakdowny to pokazują. Na końcu dopiero następuje znaczne zwolnienie tempa.

Ostatni „Dissolved Orders” ma krótki „stempel” wraz z dobrze dobranym gitarowym wstępem. W tej kompozycji mrok utrzymany jest do samego końca. Utwór sprawdził się też jako singiel. Ciekawy riff w tle wraz z perkusją nadały kawałkowi odpowiedni klimat.

„Stare Into Death and Be Still” jest na chwilę obecną najlepszym deathowym albumem 2020 roku, z jakim się spotkałem. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, a miałem już okazję odsłuchać kilku płyt, z tym że na „pseudo” death metal szkoda mi czasu. Może kiedyś podejmę się recenzji któregoś z nich. Jednak wracając do Nowo Zelandczyków z Ucerate – Panowie chylę czoła! Słuchając waszych poprzednich dokonań muzycznych, nie jestem pewien, czy jest to wasz najlepszy album, ale z gatunku technical death metalu zdecydowanie tak. Jedyną, słabszą kompozycją na nim jest „Inversion”. Reszta to utwory, które jako samodzielne, doskonale się bronią. Płyta więc ogólnie jest spójna, a okładka z……..!!!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Sirenia – At Sixes And Sevens (2002)

Uwielbiam gdy, dla takich fanów jak ja zespół świetnie prosperuje pomimo decyzji osoby zakładającej pierwotnie tą samą grupę. Wszystko zmienia się mniej więcej co dwie płyty. Pomijając fakt, że sam wcześniej został wyrzucony z innej kapeli, mowa w tym przypadku o Tristanii. Dla jasności mówię tu o Mortenie Velandzie i jego składzie, który znany jest pod nazwą Sirenia. Dzisiaj powrócę, do tego co kiedyś bardzo mi się podobało, tzn. szeroko rozumianego gothic metalu i debiutanckiego albumu tej jednoosobowej formacji, zatytułowanego „At Sixes And Sevens” wydanego 21 maja 2002 roku. Czy sama płyta straciła na swoim uroku? Czy może jednak z upływem czasu zyskała na jakości? No i na koniec zadamy sobie pytanie, czy fakt, iż jej autor miał ją przygotowaną dla swojego byłego zespołu, a wykorzystał jako debiut innej, można uznać za niewłaściwe? Przekonamy się jedynie, słuchając więcej niż jeden raz, prawda?

Otwierający płytę „Meridian” ukazuje dość spory zakres różnorodnych inspiracji muzycznych. Klawiszowe i smyczkowe partie wraz z operowym śpiewem dobrze utrzymują napięcie, jednak charakterystyczny scream, wraz z breakami oraz partiami perkusji można podciągnąć pod lekko deathowy. Jeśli chodzi o, „Sister Nightfall” to od samego początku pojawia się w nim charakterystyczny riff grany na gitarze akustycznej. Tu też pojawia się duet Fabienne oraz Jana Kennetha Barkveda. Potem robi się trochę blackowo przez scream Mortena.

Trzeci „On The Wane”  to bardziej klimat gotycki. Wokalnie jest dosyć ciekawie. Więcej na nim słychać Fabienne, a szept Jana to faktyczne mistrzostwo, choć wisienką na torcie jest solówka na skrzypcach. Na „In A Manica” słychać po raz pierwszy dwóch wokalistów – Jana jak również Kristiana. W tej kompozycji jest też więcej elektroniki, typowego keybordu. Tytułowy „At Sixes And Sevens” ma znakomity akustyczno – skrzypcowy wstęp wraz z wokalem Fabienne na czele, który w dalszym ciągu mnie zachwyca. 

Paradoksalnie, po upływie lat pozostałe kompozycje z tej płyty, zwłaszcza po uważnym przesłuchaniu pierwszych sześciu, niczym mnie ponownie nie zaskoczyły. Czy to źle? W pewnym sensie tak, bo jednak większość z nas, oczekuje po jakimś czasie na odkrycie czegoś nowego w znanych już kawałkach. No, ale cóż…bywa. Tak czy inaczej. Debiut „At Sixes And Sevens” z 2002 roku, mogę śmiało określić mianem średniego. Jako całość nie stracił swojego, unikatowego klimatu. Trochę gotyku, odrobinę doomu no i deathu. Słychać więc na nim muzyczne poszukiwania Mortena. Z upływem czasu jednak stał się bardziej przewidywalny, aż za bardzo. W tym aspekcie jest nieco gorzej. 

Czy to dobrze, że Morten wykorzystał stworzony przez siebie materiał pod szyldem zespołu Sirenia? Moim zdaniem tak. Natomiast sposób, w jaki nim potem zarządzał, nie kryjąc się z tym, to inna historia. Zastanawia mnie tylko jedno… Dlaczego nie poszedł w karierę solową skoro muzyków, z wokalistami włącznie, wykorzystywał jedynie do występów na żywo? Tak czy inaczej, w tamtym czasie „At Sixes And Sevens” był bardzo dobry. Obecnie jest tylko przyzwoity, choć nadal różnorodny.

Korekta: Sylwia Prekurat

6/10