Mercyful Fate – Melissa (1983)

Bez kategoriiLeave a Comment on Mercyful Fate – Melissa (1983)

Mercyful Fate – Melissa (1983)

Ostatnio szukając inspiracji, po znalezieniu dobrego debiutu w postaci polskiego zespółu Ironbound, postanowiłem wrócić do korzeni. Co ciekawe z duńską legendą heavy metalu w postaci zespołu Mercyful Fate, w co trudno uwierzyć, miałem tylko epizodyczną styczność. Było to też po części spowodowane tym, że, wiele gatunków i zespołów słuchałem naraz. Tak czy inaczej, ich debiutancki album Melissa, wydany 30 października 1983 roku, przez Roadrunner (w Europie), Music of Nations (w Wielkiej Brytanii) oraz w Stanach Zjednoczonych przez Megaforce. Zaliczył się do tej styczności. Najpierw miałem okazję przesłuchać oryginalne wydanie, a potem reedycję z 2005 roku, gdzieś w okolicach 2006 i 2007 roku. Dziś mam zamiar ponownie zmierzyć się z tym albumem. Nie przedłużając więc, mając już, odpowiednie słuchawki na uszach. Zaczynam ponowną muzyczną przygodę z legendą, jarając się przy tym, jak przysłowiowe norweskie kościoły.

Evil, już na samym początku jest świetne. Mam tu na myśli dynamikę perkusji i gitar. Do tego ta różnorodność, jakbym ktoś dał Ci w twarz. King Diamond też się nie oszczędza. Od wysokich partii po normalny śpiew. W międzyczasie dwie genialne solówki z towarzyszącym basem oraz bębnami oczywiście. No i na sam koniec nieco neoklasyczna, trzecia już solówka. Krótkie perkusyjne popisy. Przepraszam, czwarty popisy umiejętności gitarzysty. Co? Jak? Jak oni tam to zmieścili? Znowu, zresztą jak za każdym razem, nie umiem odpowiedzieć sobie, na to pytanie. To chyba już dowodzi muzycznego kunsztu tego zespołu. Curse of the Pharaohs zaczyna się niby spokojnie, bardziej rock’n’rollowym pazurem w sumie, jak na tamte czasy. Ciekawy breakdown i potem dopiero pojawia się heavy metalowy styl. W tle jak zwykle dobra solówka. Do tego te wysokie partie Kinga. Istne  złoto. Potem znacznie bardziej rozbudowane popisy gitarzysty. Into the Coven zaczyna się neoklasycznym wprowadzeniem, jednym z pierwszych, co ważne. Potem znowu dynamiczny riff prowadzący, z solówką w tle. Partie perkusji najprostsze jak można. Co istotne było i jest dalej dla całokształtu tej kompozycji. Następnie uspokojenie tepma, przez ponowne zastosowanie neoklasycznych elementów gitar, wraz z podkreślającą nastrój solówką, gdzie zaraz potem, kolejny gitarzysta prezentuje inną, znacznie dynamiczniejszą.

At the Sound of the Demon Bell posiada podobny początek co poprzedni utwór. Tu jednak wokal Kinga umiejętnej buduje napięcie, może przez to, że wydaje się znaczniej ekspresyjnym. Znacznie więcej przejść perkusji i gitar. Nie brakuje oczywiście solówek. Black Funeral jest dość krótki, ale nie brak mu tej heavy metalowej energii. Poza tym wtedy, kiedy go pierwszy raz słuchałem, jak i teraz, mam wrażenie, że jest swoistym wprowadzeniem do następnej kompozycji. Mam tu na myśli oczywiście Satan’s Fall. Zaczyna się ten utwór bowiem od solówki, więc z przysłowiowym wejściem z buta. King też zaczyna od swoich najwyższych partii głosowych. Potem następuje pozorne uspokojenie, a raczej muzyczne budowanie napięcia, przez stopniowane przejścia oraz modulacje głosu Kinga. Dobre zaplecze muzyczne zapewnia też wyraźny bas. Riffy, pomimo iż, się zmieniają, dalej są z tych diabelsko dobrych. Solówka też bez zarzutu, ale motyw marszówki bardzo podkreśla przekaz. Jeszcze ten chór potem. Istne mistrzostwo. Trochę ,,blackowo” się robi potem, jeśli chodzi o gitary, ale tylko trochę. Potem znowu jedna z najlepszych solówek, na całym albumie. Dalej to napięcie jest skutecznie podtrzymywane muzycznie. Pojawiły się też blasty! Spokój przerywa śpiew Diamonda, ale gitary przestawiają się na neoklasycznie, a solówka jest jak pod balladę. Następny twist i znowu jest dynamicznie, bo perkusja pędzi jak szalona. Tak samo wokale Kinga znowu są ekspresyjne. Zamknięciem jest tytułowa Melissa. Zaczynająca się jak rasowa heavy metalowa ballada. Zresztą nią się okazuje, więc uszy mnie nie myliły. Tu akurat z racji może już przyzwyczajenia wokale Kinga mi wcale nie przeszkadzały. Nastrojowe zakończenie płyty. Co by to nie była za ballada z epickim solo prawda? Tak również jest w tym przypadku. Sama końcówka jest dynamiczna, ale z umiarem i przez krótki moment, potem natomiast przy basie, słychać ostatnie gitarowe popisy na tym albumie.

Melissa to genialny jak na tamte lata, dokładnie trzydzieści osiem lat, debiut. Nie bez powodu, nie tylko muzycznych, ale też, jeśli chodzi o teksty, jest to jeden z klasyków metalu. Ten album się nie starzeje. Przełomowe riffy, satanistyczna tematyka, skąd nawiązania do black metalu nawet, choć wtedy ten termin nie był jeszcze znany. Do tego ta okładka, istne arcydzieło prostoty! Z racji, iż, zespół ogłosił ,że będzie grał na kilku festiwalach, nie mogę się doczekać ,aby móc ich zobaczyć, na żywo. Do tego, może to nie będzie moja ostatnia recenzja związana, chociażby z Kingiem Diamondem. Czas pokaże. Tak czy inaczej, album Melissa nadal jest ponad czasowy, pod każdym względem. Zresztą Ci co nie znają niech się przekonają sami, jak kształtował się heavy metal w 1983 roku.

10/10

Jestem miłośnikiem muzyki. Towarzyszy mi ona od zawsze. Natomiast za to, że moja muzyczna podróż pokierowała mnie na tak szeroką ścieżkę, jaką jest przede wszystkim metal, mogę być jedynie wdzięczny losowi. Nie ograniczam się jednak tylko do niej. Muzyka nie jest moją jedyną pasją, ale akurat nią będę się chciał z Wami dzielić. Wyrażając swoją opinię, zawsze będę gotów poznać Wasze zdanie. De gustibus est disputandum!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top