Duir – T.S.N.R.I – Impermanenza (2022)

Dziś po raz pierwszy odwiedzę Włochy w tym roku, za sprawą zespołu Duir, który 15 stycznia 2022 roku, niezależnie wydał swój debiutancki album zatytułowany T.S.N.R.I – Impermanenza. Zupełnie nie wiem czego się spodziewać, więc tym bardziej nie mam ochoty zwlekać z odsłuchem. Wiem tylko tyle że, zespół funkcjonuje od 2013 roku i pochodzi dokładniej z Verony.

Krótkie, aczkolwiek

tajemnicze intro Parerga, dzięki deklamacji, a poprzez ciekawość, zapoznanie się z tłumaczeniem, wiem, że, mam do czynienia z egzystencjalnymi rozważaniami, nad zaakceptowaniem samotności względem samego siebie, ja przynajmniej to odebrałem w ten sposób. Muzycznie jest tu jednak zbudowany poprzez dark ambientowy charakter, swego rodzaju klimat. Essere Dio to już typowy black metal, mam tu na myśli od samego początku partie perkusji oraz riffy, których nie da się pomylić, typowo blackowe, podoba mi się odpowiednio dopasowany wokal Giovanniego De Francesco. Sama tematyka tekstu kręci się w ogół, podważeniu sensu wiary, zakwestionowaniu wolnej woli i stwierdzeniu, że człowiek sam przed samym sobą, może być Bogiem. Kompozycja ma utrzymaną swego rodzaju podniosłość i klimat, co udowadniają, chociażby neoklasyczne zabiegi gitarzystów. Motyw folkowy w postaci low whistle, zmiany wokale, nie kłócą się z intensywną perkusją oraz gitarami w tle. Naprawdę ciekawe otwarcie. Cenere di sogni ma spokojny początek, w postaci statecznych gitar, basu i minimalistycznej perkusji, nawet z przejściami. Solówka gitarowa, też należy do tych spokojniejszych, dopiero potem, zarówno gitary oraz partie perkusyjne, nabierają rozpędu i drapieżności, jednocześnie nie tracąc ze zbudowanego nastroju, do tego świetna solowa, potem znowu słyszymy low whistle i dudy, sama muzyka współgra z lirycznym przekazem samej przemijalności życia, zakwestionowaniu sensu posiadania nadziei, kolejne elementy egzystencjalizmu, tak czy inaczej wszystko ze sobą współgra idealnie. Dudy z gitarami wybrzmiewają bardzo dobitnie od samego początku, na Sentieri non tracciati, sama fuzja i różnorodność partii perkusyjnych jest ponownie intrygująca, następnie przeradza się to wszystko znowu w istną nawałnicę. Folkowe breakdowny są trafne, osadzenie tekstu w znanej już kategorii, z poprzednich kompozycji, ruchem zupełnie zrozumiałym, który zdecydowanie pochwalam. Solitudine rozpoczyna się ciężko z krótkim motywem marszówki. Następnie ciągnący się riff, z odpowiednio dostrojoną perkusją i wszystkimi już instrumentami folkowymi, lirą korbową, dudami i low whistle.

Włoski zespół Duri, umiejętnie stworzył muzycznie nastrój odpowiedni do egzystencjonalnego charakteru tekstów, oczywiście poruszających też negację religii. Muzycznie i wokalnie wszystko współgrało, choć sama końcówka płyty, była dla mnie zbyt rozciągnięta. Okładka wykonana przez Manuel Scapinello Illustration też pasuje, wszystko na odpowiednim poziomie, choć z poczuciem niedosytu. Za dużo jednak było momentów zbyt intensywnych w moim odbiorze, po prostu do pełni blackowego szczęścia, czegoś zabrakło, ale kierunek jaki obrał zespół jest jak najbardziej prawidłowy. Oby tak dalej.

8/10

Korekta: William Burn

Kacper Sikora (Relevart)

Jestem miłośnikiem muzyki. Towarzyszy mi ona od zawsze. Natomiast za to, że moja muzyczna podróż pokierowała mnie na tak szeroką ścieżkę, jaką jest przede wszystkim metal, mogę być jedynie wdzięczny losowi. Nie ograniczam się jednak tylko do niej. Muzyka nie jest moją jedyną pasją, ale akurat nią będę się chciał z Wami dzielić. Wyrażając swoją opinię, zawsze będę gotów poznać Wasze zdanie. De gustibus est disputandum!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.