Alestrom- Seven Rum of the Seventh Rum (2022)

Morska bryza, wybrzeża skaliste. Dziś dobijam do brzegów Szkocji, w pewnym sensie, sentymentalnie, mniejsza, o tym, później, powodem wizyty w Szkocji, jest wydanie, przez szkocką piracką grupę Alestorm, 26 czerwca, dzięki Napalm Records, ich siódmego studyjnego albumu, zatytułowanego, Seven Rum of the Seventh Rum. Będąc z wami szczery, nie słuchałem ich, od przeszło jedenastu lat. Od czasu premiery płyty Back Through Time, więc sam jestem ciekaw: Jaki kurs obrali? Zatem słuchawki na uszy, żagle na maszt i wyruszam w muzyczny rejs. Czy spotka mnie sztorm? Nie mam pojęcia, się okaże.

Płytę otwiera utwór Magellan’s Expeditions. Już od samego początku, słyszę, epickość, oczywiście mam tu na myśli, orkiestrowe aranżacje, z ewidentnym faworyzowaniem dętych instrumentów, jeśli chodzi, o instrumenty klawiszowe, w postaci dwóch keyboardzistów. Do tego nie jeden wokalista, a chór (wokale pomocnicze). Dynamiczna perkusja, chwytliwy riff, ewolucja tego riffu w hardcorowo/heavy metalowy. Niezwalniające tempo. Jednak aranżacji akordeonów, czy też innych instrumentów harmonijnych, zespół się nie wyzbył. Bardzo dobrze! Tekst jest prosty i intuicyjny, zwłaszcza dla osób, które, nawet, tylko słyszały o piratach, bo osobiście, nie znam nikogo kto o kapitanie Magellanie, nic nie wie. Pojawia się też, solówka gitarowa, w stylu heavy/power, efekt przebojowości, jak zwykle dopełniła. Moim zdaniem jest to otwarcie w punt, tym bardziej że, był to pierwszy singiel promujący ten album. The Battle of Cape Fear River ma bardzo podobne preludium. Zakończone ewidentnym strzałem z armaty na przysłowiowy ,,wiwat”. Jest to swego rodzaju kontynuacja, poprzedniej kompozycji, choć tematyka, zachęca już, pomału zahacza, o alkohol i co to znaczy być ,,prawdziwym” piratem, czyli: ,,Okradać inne statki, a łupy, przepijać i wydawać na inne przyjemności”. Jest to pieśń o istnym królu piratów czy Edwardzie Teachu, czyli Czarnobrodym. Pionierze w kreowaniu pirackiego stylu życia. Refren o nim pozostaje w głowie, na długo. Wracając do muzyki, pojawia się, ,,podwójna stopa”, jeśli chodzi o perkusję. Dalej chwytliwe gitary. Nie wiem jak Wy, ja jestem zachwycony!

Cannonball , może nie jest kreatywnie przełomowy, ale tu przewidywalność, jest nieco zgubna. Bo intra z gier z lat osiemdziesiątych, się nie spodziewałem, choć, jak słuchałem singli, z poprzednich płyt, to miałem prawo podejrzewać, mniejsza, dało to fajny efekt, ciekawej innowacji. Po nim jest intensywnie! ,,Kapitan” Christopher Bowes , słowami: ,,Let’s Go!”. Daje sygnał do rozpoczęcia rabunku. Perkusja, znowu dość prosta, z blastami, riffy jednak z pogranicza thrash/death. Tak wiem, kontrowersyjne, porównanie, ale, Ja, to tak słyszę. Następnie wracamy do tego, co znamy, główny wokal, z wokalami pomocniczymi, do tego perkusja z gitarami, brzmiąca: ,,Uwaga!”. Dosłownie jak kule z armat lecące na wrogi statek. Breakdowny natomiast jak tych dział załadowanie. Tylko abordażu brakuje. Solówka gitarowa jak dotąd najlepsza na całej płycie. Jednak po ,,skrzypcach” i rozkazie, oczekiwany ,,atak” nastąpił i statek wroga został zdobyty i złupiony doszczętnie. Są środki na wystawną imprezę, godną piratów.

P.A.R.T.Y to właśnie owa, wystawna, z pirackim rozmachem zrealizowana IMPREZA. Animacja zrealizowana wraz z teledyskiem, jest fenomenalna. Sam wstęp już zapowiada epickość, która emanuje, mam tu na myśli akordeon, dynamiczne tempo, z gitarami jak nawet dochodzi to ,,pikselowe brzmienie” w breakdownach, nie przeszkadza wręcz przeciwnie, chwytliwe gitary, a jeszcze ten ,,wchodzący” do głowy refren, jak alkohol, kiedy chce się pić. Sam tekst jest też właśnie o samym imprezowaniu po piracku, heh. Genialny singiel i samodzielny utwór. Tu solówka gitarowa też jest naprawdę dobra. Under Blackened Banners to znowu kontynuacja poprzedniego numeru, tu natomiast wprowadzenie, to elektronika z dyskotek rodem z lat dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia i wczesnych lat obecnego, tak to przynajmniej, Ja mogę porównać. Heavy metalowy tunel, z solówką. Wokal nieco intensywniejszy, scream z growlem, solówka ,,skrzypiec” też nie najgorsza. Druga solówka na równi z perkusją utrzymują tempo i poziom. Nie jest źle. Kacu jeszcze nie mam. Heh. Trzecia solówka kapitana w stylu funnky, jednak rozwala system, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, breakdown podtrzymuje ten efekt. Magyarország przenosi zabawę w stronę Węgier, nad Balaton. Tytułowy Seventh Rum of a Seventh Rum nadal podtrzymuje ,,piracki klimat” płyty. Wracają instrumenty dęte, większy rozmach, no i temat trunków. Bite the Hook Hand That Feeds to znowu zwrot w kierunku heavy metalu. Bardzo dużo jest gitarowych tuneli, wraca też podwójna stopa, jeśli chodzi o perkusję. Dość mocny breakdown z dętym akcentem robi wraże, oprócz tego jest to co znane, co powoduje już ,,lekką” zadyszkę. Ona narasta coraz bardziej przy utworze Return to Tortuga, porcie znanym miłośnikom Piratów z Karaibów. Come to Brazil coraz bardziej zintensyfikował efekt, spowodowany monotonią, której jednak nie dało się uniknąć. Wreszcie spokojniejszy Wooden Leg (Part III), z gościnnym udziałem Patty gurdy, grającej na lirze korbowej, lekko studzi, pulsującą głowę i całe szczęście. Do tego inny wokalista i hiszpański język, wreszcie jakieś urozmaicenie na koniec. Gdzie nie mogło zabraknąć instrumentalnych popisów obu keyboardzistów i gitarzysty.

Czy siódmy studyjny album Seven Rum of the Rum jest dobry? Na pewno lepszy niż poprzednia płyta, którą specjalnie przesłuchałem dla porównania. Jedynie trzecia płyta Back Through Time zrobiła na mnie równie dobre wrażenie. Tu efekt muzyczy i liryczny, można porównać do trunków, jeśli systematycznie, pijesz po kolei od wartości procentowej w górę, jest dobrze, natomiast jeśli pomieszasz, po jakimś czasie nie dość, że, boli głowa to: ,, kac ,,Morderca bez serca się odzywa”. W przypadku tej płyty efektu kaca mordercy udało się, uniknąć, choć i tak błędnik równowagi szalał bez opamiętania. Do tego genialna okładka, do szóstej kompozycji idealnie, potem odrobinkę gorzej, sytuację uratował Wooden Leg (Part III). Zatem pomimo lekkiej burzy podczas rejsu, udało się bezpiecznie, zakotwiczyć statek bez szwanku w porcie. Taki rejs co jakiś czas, jest idealny, tak samo jak pirackie szanty szkockich korsarzy z Alestorm. Na żywo w tym roku miałem okazję ich dwa razy posłuchać i nie żałuję, bo warto było, mam tu na myśli festiwale Into the Grave i Masters Of Rock. Wszystkie te czynniki wskazują, że, dla mnie był to prawie idealny rejs i przestałem być, znowu szczurem morskim. Czekam na Wasze opinie. 

9/10

Avatar photo

Kacper Sikora (Relevart)

Jestem miłośnikiem muzyki. Towarzyszy mi ona od zawsze. Natomiast za to, że moja muzyczna podróż pokierowała mnie na tak szeroką ścieżkę, jaką jest przede wszystkim metal, mogę być jedynie wdzięczny losowi. Nie ograniczam się jednak tylko do niej. Muzyka nie jest moją jedyną pasją, ale akurat nią będę się chciał z Wami dzielić. Wyrażając swoją opinię, zawsze będę gotów poznać Wasze zdanie. De gustibus est disputandum!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.