Testament – The Formation of Damnation (2008)

Dziś ponownie Stany Zjednoczone, ale tym razem, nie po nowości tam pojechałem, ale, aby wspominać,aby być, dokładniejszym, chodzi o grupę Testament i wydany 25 kwietnia 2008, dzięki Nuclear Blat, dziewiąty studyjny album, tego zespołu, zatytułowany The Formation of Damnation . Po genialnym występie na tegorocznym festiwalu Masters of Rock, jestem ciekaw, jak czas, wpłynął na ten album. Lepiej czy gorzej? Może zmienią mi się ulubione utwory z tej płyty. Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać!

Album otwiera instrumentalne ,,intro” w postaci For the Glory of… . Już samo preludium to mocna perkusja, z charkterystycznymi riffami obu gitar, które zapowiadają ,,burzę”, a przy okazji od samego początku, ukazują, kto jest prawdziwym wirtuozem, mam tu na myśli, Eric-a Peterson-a i Alex-a Skolnick-a. Breakdowny z dużą ilością blastów i podkreśleniem basu, to jest to! Do tego wisienką na torcie jest pierwsza solówka na płycie. Na More Than Meets the Eye , wreszcie słychać już Chuck Billy-iego. Na początku rozgrzewającego się ,ale zawsze to On, mimo wszystko. Wreszcie owa ,,burza” się rozpętała! Mam tu na myśli wszystkie instrumenty. Chuck ze swoim scream-em też dołożył ,,do pieca”. Gitary tną, jak powinny, to jest ten ,,pustynno-indiański” thrash! Lirycznie, podmiot liryczny, jest więźniem, pytań na, które nie zna odpowiedzi, pomimo tego ich szuka, w pewnym momencie, jednak zmienia swoje życie o 360 stopni, w pozytywnym stopniu, porzucając wszystko, co złe. Wymieniony tytuł na końcu wyjaśnia wszystko. Osobiście uważam, że, każdy z nas, miał moment w życiu, tak jak to opisał Chuck, w tym utworze. Oczywiście muzycznie dalej najwyższy poziom, w tym gitarowa solówka. Doskonałe przejścia jeszcze bardziej podkreślające liryczny przekaz, aby, nie zwodził nas ten ,,pierwszy rzut oka”. Genialny singiel, który wyreżyserował Kevin Custer, jedyny, który promował ten album. Otwarcie z klasą godną jednego z zespołów Wielkiej Czwórki.

The Evil Has Landed, kontynuuje muzycznie, co, już obce, mi nie, jest, jednak, gitary, przybierają postać, nieco innych riffów, co, jest w tym wypadku plusem. To ponownie daje wraz, z partiami perkusji, podwaliny pod swego rodzaju ,,klimat”, choć pod sam koniec ,,ostrza” są bardziej zabójcze. Tematycznie Chuck nawiązuje, tu dosłownie, do tragedii 11 września, chodzi o zamach na Word Tade Center. Wyraża zdanie, że, ofiarami były niewinne osoby i trzeba się zjednoczyć, myślę, że, chodzi o Amerykanów, przede wszystkim, aby ,,zburzony dom” odbudować. Natomiast tytułowym złem dla Chuck-a, jest terror i nienawiść, sama w sobie. Osobiście w pełni się z tym przekazem utożsamiam! Tu natomiast nie wiem, czy jest to solówka Petersona, czy Skolnick-a, ale w połączeniu z tunelem, jest jak dotąd dla mnie najlepsza na płycie.

Tytułowa Formation of Damnation to pokazanie, wiadomo, jakiego palca, politykom i wszelkiego rodzaju przywódcom, przez Chuck-a. Jego przekaz dla jednostki, przynajmniej dla mnie jest prosty i brzmi mniej więcej tak: ,,Zacznij myśleć samodzielnie, bo politycy powiedzą wszystko, byle wygrać najbliższe wybory, a potem o tym zapomną, więc wybieraj z głową, nie daj sobą manipulować i zastanów się dwa razy, czy chcesz umierać za jakąś ideologię, nie daj się prześladować za to, Kim jesteś”. Majstersztyk! Jeszcze to nawiązanie to formacji potępionych, przynajmniej dla mnie, mocno chrześcijańskie nawiązanie, lub symbolika, co wprost wyrażają słowa: Eyes, see, hands bleed. Set, free, the formation of damnation! Tak czy okazji, tu mamy muzycznie do czynienia z utworem, w sam raz do pogo. Wreszcie słychać podwójną stopę i nie tylko, tu znowu, są najlepsze partie perkusyjne z solówką gitarową w tle. ,,Wojenna atmosfera” zachowana w pełni, z tekstem do przemyśleń. W pewnym momencie główny wokal Chuck-a zostaje podkreślony dzięki wokalom pomocniczym Eric-a Peterson-a, co tym bardziej dodaje ,,epickości” tej kompozycji, a druga solówka tym bardziej zwaliła z nóg, zostając, moim faworytem numer jeden, na płycie, jednak nie wykluczam, że, to może ulec ponownej zmianie. Tempo przy pomocy nie tylko bębnów znowu zostaje podkręcone do maksimum i wojenny szał wraca.

Dangers of the Faithless ma przynajmniej krótki i spokojny oraz wirtuozerski, pod względem gitar start, gdzie ponownie gitara basowa, jest wyszczególniona. Sam tytuł jest przewrotny. Bowiem na ,,niewiernych” według Chuck-a tych niebezpieczeństw czyha naprawdę dużo. Nawiązuje tu też trochę do cyklu życia i śmierci, ale również, tak zwanych sytuacji kryzysowych, które wszystkim z Nas, się trafiają. Owi niewierni sami się skazują na ,,piekło”, no i warto, aby, wiedzieli, czy sami kierują swoim losem oraz byli na konsekwencje swoich wyborów. Ponownie poważna tematyka, której osoby nieznające thrash-u, mogłyby się nie spodziewać. Modyfikacja wokalu na bardziej demoniczny w odpowiednich fragmentach tekstu to strzał w dziesiątkę. Nowe riffy, zwłaszcza w połowie, partie perkusji znacznie prostsze, co ułatwia skupienie się, na tekście. Dobrze i nie na siłę również znowu zostaje wpleciona solówka gitarowa jednego z dwóch gitarzystów.

The Persecuted Won’t Forget to dalszy ciąg rozważań Chuck-a, dotyczący prześladowań, wszelkiego rodzaju, bycia ,,pośrodku” konfliktów. Pytania w stylu. Kto pisze historię, przegrani czy wygrani? Czy to ma sens tak samo, jak potencjalna zemsta ,,prześladowanych” i trzymanie się kurczowo życia, chociażby dla tej zemsty. Muzycznie mamy powrót do dynamiczniejszego tempa oraz ostrzejszych, bardziej niż żyletki gitar. Tu obie solówki są krótkie, ale nadal utrzymują wysoki poziom. Na Henchmen Ride Chuck porusza kwestię, tego, na Kim USA, zbudowało, a teraz utrzymuje swoją polityczno-militarną potęgę. Chodzi o tytułowych popleczników, którym Stany Zjednoczone obiecywały wolność (w postaci demokracji) lub wyzwolenie spod jarzma ZSRR. Tu przyznam się, szczerze, nie doceniłem tego utworu, bo dopiero, teraz poznałem jego lepsze oblicze. Muzycznie natomiast wszystko jest na swoim miejscu, bo wszystko pędzi, jakby było na faktycznym pojeździe. Killing Season to kolejne metaforyczne nawiązania do chrześcijańskiej religii, bo naprawdę nie wiem, czy Chuck jest chrześcijaninem, czy też po prostu specjalnie w taki prowokacyjny sposób. Naprawdę nie wiem, chętnie się dowiem od kogoś, kto zna go bardziej ode mnie. Mniejsza. Temat patriotyzmu, bycia żołnierzem od małego oraz poddanie pod wątpliwość ,,ślepego” zabijania na rozkaz. Fajna liryczna kontynuacja poprzedniej kompozycji, dobre uzupełnienie, tak mi się przynajmniej zdaje. Muzycznie gitary ponownie tną coraz ostrzej, bębny nadal mają wojenny ton. Cztery solówki natomiast to kolejny popis umiejętności Eric-a oraz Alex-a. Zabójczo skuteczny!

Afterlife to jak sam tytuł wskazuje ,,parę słów” o życiu po śmierci. Jednak że, Chuck podchodzi do niego, w prosty sposób, posiłkując się wyznaniami swojego ojca, który potem umiera, bardzo ciekawy zabieg. Ja przynajmniej przez przekaz zrozumiałem tak: Synu. Ożeń się, załóż rodzinę, szanuj z godnością ludzi wokół siebie, bądź ,,mężczyzną”. Dopóki jesteś sam, bądź ostrożny. Wierzę w Ciebie. Kontynuuj nasze ,,dziedzictwo”. (chodzi o dziedzictwo plemienia Pomo, tak mi się zdaje). Spotkamy się i tak w zaświatach. Według Chuck-a najwyraźniej to życie istnieje. Tu znowu kompozycja porusza wiele pobocznych, ale równie istotnych kwestii. Dobra thrashowa ,,ballada”. Przed ostatni F.E.A.R. Chuck, chce przypomnieć, w jaki sposób najprościej kontrolować człowiek i jak to robiono od wieków. Za pomocą tytułowego strachu, będącego narzędziem manipulacji, na jakimkolwiek gruncie. Ideologicznym i religijnym. Ponownie muzycznie, jest intensywniej, więcej basu, szybsze riffy gitar i bębny. Kolejny utwór pod pogo. Płytę zamyka kompozycja Leave Me Forever. Adresowany bezpośrednio, ponownie, tak mi się wydaje, że, do Najwyższego. Po raz kolejny Chuck mnie pozytywnie zaskakuje. Zarzucając Bogu manipulacje, oszustwo, czują się rozczarowany oraz wykorzystany i zamiast wcześniej miłości, teraz żywiąc do Niego szczerą nienawiść, ból i żal. Mocna dawka sinusoidy emocjonalnej, która ponownie odzwierciedla warstwa muzyczna. Mocne temat do rozważań na sam koniec, co sprawia, że, tak jak mocny był początek, taki sam był i koniec.

Dziewiąty album Formation of Damnation, jest jeszcze lepszy, niż, w 2010 roku, kiedy słuchałem go po raz pierwszy. Szeroki wachlarz, poważnych i niełatwych tematów. Co udowadnia, że, jest na nie miejsce w trash metalu. Ponowne ukazanie wspaniałego rzemiosła instrumentalnego, przez perkusistę, obu gitarzystów-wirtuozów i basistę. To samo dotyczy wokalu, gdzie ekspresja odpowiadała, napisanym, genialnym tekstom. Pomysł na szatę graficzną Eric-a doskonale zrealizował Eliran Kantor. Wiele utworów było przeze mnie nie docenianych, zwłaszcza, Formation of Damnation, Henchman Ride oraz The Persecuted Won’t Forget . Odpowiadając, na zadane, na samym początku, przez siebie pytania: Czas sprawił, że, ten album jest dla mnie lepszy. Ulubione utwory też się zmieniły, są to Formation of Damnation, Henchman, oprócz Afterlife, More Than Meets the Eye oraz The Evil Has Landed . Natomiast wszystkie solówki gitarowe były zagrane w odpowiednim momencie, a która jest najlepsza, to naprawdę, kwestia indywidualna, dla mnie, tytułowy Formation of Damnation. Czekam na opinie większych fanów Testament-u ode mnie, bo wiem, że są tacy. Dla mnie po dwunastu latach przerwy, ten album stał się płytą idealną.

10/10

Avatar photo

Kacper Sikora (Relevart)

Jestem miłośnikiem muzyki. Towarzyszy mi ona od zawsze. Natomiast za to, że moja muzyczna podróż pokierowała mnie na tak szeroką ścieżkę, jaką jest przede wszystkim metal, mogę być jedynie wdzięczny losowi. Nie ograniczam się jednak tylko do niej. Muzyka nie jest moją jedyną pasją, ale akurat nią będę się chciał z Wami dzielić. Wyrażając swoją opinię, zawsze będę gotów poznać Wasze zdanie. De gustibus est disputandum!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.