Slipknot – We Are Not Your Kind (2019)

Jednego z najbardziej znanych zespołów, łączących wiele nurtów, w tym i kultowe już szaleńcze występy na żywo, chyba przedstawiać nie trzeba, no ale dla formalności czemu nie. Szaleńcy z Iowa, na czele z Corey- em Taylor – em powracają po 5 latach z najnowszym krążkiem, gustownie zatytułowanym We Are Not Your Kind. Podzielę się swoimi wrażeniami co do tego krążka. Czy okazał się lepszy od poprzedniego albumu? Czy pozytywnie mnie zaskoczył? Co istotne czy Slipknot wprowadził coś nowego do swojego stylu? Odpowiedzi udzielę z miłą chęcią.

Ciekawą a jednoczenie dziwną kwestą jest niewykorzystany na standardowej edycji płycie, utwór All Out Life wrzucony na YouTube przez zespół a później na innych serwisach muzycznych. Szkoda, bo byłby wśród moich ulubieńców, no ale cóż. Nie stać mnie obecnie na kupno japońskiej edycji, tylko dla jednej kompozycji.

Samo intro Insert Coin nie jest złe, bo wprowadza znowu klimat znany ze stylu zespołu. Natomiast Unsainted to inna sprawa. Z mocno chóralnym wejściem chóru Angel City Chorale, kompozycja dosłownie jak wleciała, tak samo wyleciała zarazem, nie robiąc na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia.

Birth of the Crual natomiast okazał się odrobinę lepszy, poprzez znowu inny elektroniczny wstęp, ale też bardziej wyraźny riff otwierający. Oprócz tego tu wokal Coreya brzmi bardziej nastrojowo, a potem odpowiedni growl, choć breakdown wraz z wokalem wspomagającym okazał się strzałem w dziesiątkę, do tego jeszcze ten odgłos miksowanej płyty przypomniał mi kilka dobrych kompozycji z ich zdecydowanie odleglejszych albumów.

Death Because of Death okazał się genialnym przerywnikiem oraz wprowadzeniem do kolejnej kompozycji, o dziwo z bardzo dobrym wokalem. Z początkiem Nero Forte tak naprawdę zaczyna się dla mnie ten album, a nie przepraszam wcześniej z Death Because of Death jako intro. Serio. Wreszcie intensywne gitary wraz z perkusją oraz z genialnym thrashowym riffem. Wreszcie właściwa dynamika oraz energia. Elektroniki też nie brakuje. Do tego krótka deklamacja, pośród marszówki, a potem wsparcie w postaci krzyku innych członków zespołu. Na koniec jeszcze zaserwowana solówka.

Cristical Darling jest równie doskonały. Bo w po równaniu dwóch pierwszych kompozycji tu stemple są bardziej intensywne. Breakdowny też zdecydowanie lepsze. Wiele zabiegów z poprzedniego utworu się powtarza, oprócz momentu ciszy, który sprawdził się doskonale. Potem znowu intensywnie, a nawet Corey zaczął śpiewać jak do ballady. No i znowu solowa partia gitar. Baterie z 40 na 70 procent naładowane.

A Liar’sFuneral zaczyna się jak ballada, bo gitary akustycznej nie da się nie usłyszeć. To akurat dobrze, bo wprowadza to moment refleksji i zadumy, pomimo breakdownów oraz growlu wokalisty, ale robionego bardzo wolno i wyraźnie, co daje piorunujący efekt. Do tego też wokal wspomagający Clowna. Zakończony tak jak rozpoczęty, czyli spokojnie.

Red Flag w sumie to porcja dobrego intensywnego dethcorowego grania, choć z porcją nowych thrashowych riffów. Przy nim dobre pogo i deathwall na koncertach gwarantowany.

What’s Next to ostatni już przerywnik oraz intro zarazem. Spiders wraz z upiornym pianinem, wirtuozerską partią gitar oraz perkusji, co jest nowe, ale i dobre zarazem. Zresztą cała kompozycja jest taka. Popisem instrumentalnych zdolności grupy. Czego dowodem jest chyba najdłuższa solówka gitarowa na płycie. Coś takiego to ja lubię.

Orphan z dość przydługim, ale bardziej perksujno — gitarowym początkiem, później się rozkręca. No i znowu tak jak w przypadku Red Flag jest to bardziej deathcorowe, ale bardzo dobrze corowe. My Pain to druga ballada na tej płycie. Trudno mi powiedzieć czy jest równie depresyjno-nihilistyczna jak Snuff z albumu All Hope is Gone, ale podobieństwo nie tylko po pierwszym przesłuchaniu, nasunęło się samo. Jest inna, oczywiście, ale moim zdaniem stanie się równie kultowa dla prawdziwych fanów zespołu.

Not Long for This World oraz Solway Firth nie są złymi utworami, gdyż wpisują się we właściwy typ kompozycji, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni ze strony Slipknot. Po prostu wleciały i wyleciały mi jednym uchem, gdyż moja bateria został już wcześniej naładowana w stu procentach. Choć jako zamknięcie płyty Solway Firth jest taki sam jak jej początek.

Podsumowując. Pomimo pewnych mankamentów, o których za chwilę, ze strony Slipknot nie spodziewałem się jednak tak dobrej płyty, po mocno delikatnie mówiąc, nieudanym jak dla mnie 5: The Gray Chapter. Dali radę, choć faktem niezaprzeczalnym jest, że pewne kompozycje zostały w moim odczuciu zamieszczone, bo Corey-owi nie wiele, dosłownie odrobinę zabrakło do napisania tak genialnego albumu, aby określić go drugim opus magnum, w długoletnim dorobku grupy. Mam tu na myśli oczywiście pierwsze trzy kompozycje, licząc z intem otwierającym oraz ostatnie dwie ostatnie. Reszta na czele z moimi ulubionymi, czyli Nero Forte poprzedzającym go najlepszym na płycie intrem Death Because of Death, drugim Cristical Darling oraz dwoma balladami Spiders, oraz My Pain. Tworzą one idealną oraz totalnie szaleńczo spójną całość. Po wielokrotnym przesłuchaniu płyty wiem natomiast, że będę wracał do większości z tych utworów, a miałem tak ostatni raz w przypadku wydanego 11 lat temu All Hope is Gone właśnie, ale i nie tylko. Będąc głodnym znowu ich kolejnego występu w naszym kraju, licząc na prawdziwe szaleństwo, gdyż chodzę na ich samodzielne koncerty. Ocena pomimo lekkich niedociągnięć z mojej strony, tym bardziej jako fana, może być jedna.

9/10

Crystal Viper – Queen Of The Witches (2017)

Myślę sobie, coś znowu ze swojego kraju znaleźć dobrego trzeba, a nie tylko cudze chwalić. Z tego powodu odświeżyłem sobie, nie aż tak zakurzony album katowickiej grupy Crystal Viper, zatytułowany Queen Of The Witches, wydany 17 lutego 2017 roku przez AFM Records. Dlaczego oni? Czy może z faktu, iż, Marta Gabriel, przez niektórych określana ,,Polską Królową Heavy Metalu” jest ich wokalistką? Może też, dlatego iż od czasu mocnego rozczarowania Battle Beast jestem nienasycony żeńskim wokalem heavy metalowym? Wszystko po kolei.

Od samego początku nie jest źle. Mówię tu o The Witch Is Back, ten krzyk Marty na początku to mistrzostwo świata. Choć riffy nie są złe i motoryka gitar też, solówka gitarowa też jest niczego sobie. Otwarcie płyty może nie genialne, ale też nie złe, singiel spełnił swoją funkcję doskonale.

I Fear No Evil oprócz riffu wpadającego w ucho oraz ciekawych zmian temp. Dostarcza też w miarę dobrej partii solowej. When the Sun Goes Down jest natomiast znacznie wolniejszy i nie udaje czegoś, czym nie jest. Nawet w pewnych momentach podchodził mi pod balladę lub jakieś wprowadzenie muzyczne. Jako drugi singiel promujący był gorszy od pierwszego. Trapped Behind to typowa ballada, jednak dzięki wokalowi Marty nabrała ona klimatu, nawet płakać mi się po niej chciało.

Do or Die to już mocniejsza dawka energii i wirtuozerii gitarowej. Burn My Fire Burn pozostawię bez komentarza. Jest po prostu przeciętną kompozycją, która poza wirtuozerskimi zagrywkami i solówką nic mi nie daje. Flames and Blood to kolejny energetyczny zastrzyk, którego potrzebowałem, więc wreszcie jest dobrze. We Will Make It Last Forever o dziwo jest drugą balladą, ale lepszą od pierwszej, serio, bo chociaż więcej instrumentów można usłyszeć. Rise of the Witch Queen to po wytonowaniu, kolejna dawka mocy. Dynamiczno- statecznym zakończeniem albumu jest See You in Hell, bo tu standarty stylu też są zachowane. O dziwo zakończenie troszeczkę bardziej mi się podobało od utworu otwierającego.

Podsumowując. Sam zespół w porównaniu do poprzednich płyt zapętlił się trochę a przez to na przestrzeni czasu, nic pionierskiego do swojego stylu nie wniósł. Do tego, jak dla mnie, sama płyta nie jest do końca spójna muzycznie. Rozumiem potrzebę eksperymentów, naprawdę jednak jest kilka utworów, które ani nie są dynamiczne, ani nastrojowe, mam tu na myśli I Fear No Evil czy Burn My Fire Burn. Wokal Marty Gabriel jako kobiecy w heavy metalu jest bardzo charakterystyczny, jednak nie samym wokalem uszy żyją. Choć fakt jest Polską Królową Heavy Metalu. Jeśli chodzi o moich ulubieńców, to tutaj wygrywa druga ballada, czyli We Will Make It Last Forever a z dynamicznych pocisków Rise of the Witch Queen, See You in Hell oraz The Witch Is Back. Album jest też przepełniony oczywiście solówkami i popisami wirtuozerskimi, jednak dopiero po ponad połowie moje uszy odżyły, więc biorąc wszystkie te czynniki pod uwagę, nawet wokal werdykt z mojej strony może być jeden. Tak tylko jeszcze dodam, iż, ostatnio bardziej śledząc poczynania Crystal Viper, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany przez nich najnowszy album zatytułowany Tales Of Fire And Ice. Tak czy inaczej, Queen Of The Witches nie jest może albumem perfekcyjnym w każdym calu, ale nie jest też fatalny, lecz mimo wszystko od najnowszej płyty oczekiwać będę znacznie więcej.

8/10

Satyricon – Now, Diabolical (2006)

Po bardzo udanym koncercie jednego z norweskich klasyków black metalu na tegorocznej edycji Masters of Rock, postanowiłem odświeżyć sobie album, dzięki któremu mogłem tę grupę poznać. Mówię oczywiście o norweskim zespole Satyricon oraz płycie Now, Diabolicol , która ma już aż 13 lat, gdyż została wydana 13 kwietnia 2006 roku. Jak słuchało mi się jej pierwszy raz? Czy czas zadziałał na korzyść płyty a może wręcz na odwrót? Czy są inne zespoły, które może inspirują się tą płytą? Na te pytania chętnie Wam odpowiem, jeśli oczywiście jesteście ich ciekaw.

U mnie kwestia rozpoczęcia muzycznej przygody z tą grupą, to trochę zabawna sprawa, gdyż dzięki mojemu dobremu koledze Szymkowi, z którym chodziłem do jednej klasy w szkole podstawowej, a potem gimnazjum, miałem z nimi pierwszą styczność. Puścił mi po prostu kiedyś właśnie ten album, kiedy dyskutowaliśmy o konkretnym problemie, który nie dotyczył tylko nas, ale i naszej całej klasy. To tak tytułem wstępu.

Rozpoczynając już więc tytułowy Now, Diabolicol, kiedyś był dla mnie połączeniem dobrego riffu oraz dynamicznej perkusji, oczywiście wraz z doskonałym wokalem Satyra. Dziś, kiedy już po paru latach jeszcze bardziej zrozumiałem przekaz tej kompozycji, podoba mi się ona jeszcze bardziej i jest bardzo dobrym otwarciem płyty. Do tego ta blackowa gitarowa solówka i umiejętne dobrane blasty.

Drugim utworem i chyba po upływie trzynastu lat, jedna z muzycznych wizytówek tego zespołu, królującym na ich koncertach, jest K.I.N.G . Dla mnie kiedyś, szóstoklasisty, był to bardzo przebojowy kawałek. Co ciekawe kiedyś, na dyskotece szkolnej jak go puściliśmy z Szymkiem, oczywiście bez zgody osoby odpowiedzialnej za oprawę muzyczną, wszyscy się przy nim świetnie bawili, choć i tak dostaliśmy uwagi od wychowawczyni, ale było warto. Teraz, śmiało mogę stwierdzić, że i tak po 15 odtworzeniu z rzędu, dynamika perkusji nadaje tu klimat, takiego trochę black’rollu, lecz riff otwierający jest genialny, do tego ta surowa perkusja.

Z Pentagram Burns na samym początku miałem problem, ale tylko jako puszonym oddzielnie, bo wtedy wydawał mi się trochę nijaki. Nie wiedzieć czemu. Bo jako trzecia kompozycja dodawał odrobinę więcej mroku. Był też jednym z trzech utworów Satyricona, na którym wraz z Szymonem ćwiczyliśmy swoje perkusyjne umiejętności. Choć wielokrotnie frazy : ,,Rise my friend – march to war
/Time is up – shadows dance/ Fight my friend – tyrants pull /Time is up – burn the world ’’ w różnych okolicznościach śpiewaliśmy z Nim wielokrotnie. Dziś mogę oddać od siebie fakt, iż, wydaje mi się dobrą kontynuacją K.I.N.G, choć w pewnym momencie przejścia i zmiana temp, przykuwają uwagę mych uszy, do tego te subtelne blasty.

Na New Enemy aż takiej uwagi kiedyś nie poświęcałem, bo w głowie z całej płyty miałem maksymalnie trzy utwory. Natomiast po przesłuchaniu go z przerwami, intensywność perkusji, a potem tak zwane uspokojenie, w postaci niby siarczystych, lecz lżejszych riffów, dało balans, do tego jeszcze deklamacja Johna Woza jako gościa. Jeszcze to kilka sekund ciszy.

The Rite of Our Cross rozpoczyna mroczna a do tego lekko jazzowa perkusja, potem cisza oraz istna nawałnica riffów, nie brakuje też dobrych blasów ,a gitarowy breakdown z towarzyszącymi blastami. Jak kiedyś aż tak mi nie utkwił w pamięci, tak teraz już tak, przez co stał się jednym z moich nowych ulubionych utworów na tym albumie. Do tego sekcja dęta dała o sobie znać. Natomiast jak kiedyś tak i dziś That Darkness Shall Be Eternal jest tylko dobrym kawałkiem,bo dla mnie niczym szczególnym się nie wyróżnia, no dobra, może tą marszówką.

Delirium to znowu inna sprawa. Jak dla mnie tytuł idealnie odzwierciedlił, to co jest, na nim zawarte. Osobiście uważam, iż, na nim zmiany tempa z intensywnego na spokojne osiągnęły poziom perfekcyjny. Dynamiki też nie można mu oczywiście odmówić, bo breakdowny ma znakomite.

Przedostatni To the Mountains jako najdłuższy utwór miał i nadal ma sporo do zaoferowania, co ciekawe jako samodzielny, też daje radę. Dla mnie z sentymentu najistotniejsze są partie perkusji, które są dla mnie istną ucztą. Choć trochę lekko jazzowe połączenia riffów z perkusją właśnie, też są interesujące. W pewnym momencie wraz z sekcją dętą brzmieniowo przypomina zbliżającą się burzę, a raczej jej epicentrum. Tym właśnie epicentrum burzy był i nadal pozostaje Storm (Of The Destroyer). Najbardziej intensywny utwór na płycie, co w przypadku utworu zamykającego jak dla mnie było dość śmiałym posunięciem.

Podsumowując to wszystko. Z dawnych ulubieńców pozostał mi tylko Now, Diabolicol oraz K.I.N.G. Po powrocie do tego albumu, po latach doszły jeszcze dwa, kiedyś niedoceniane, albowiem The Rite of Our Cross oraz Delirium. Tak samo, jak kiedyś, tak i dziś. Ta płyta jest bardzo spójna, choć nie idealnie. Jest może na niej utwór, który nie musiał, That Darkness Shall Be Eternal, ale nie zawsze można mieć wszystko. Natomiast dodatkowym wręcz plusem jest fakt, iż tym albumem, w swojej twórczości, inspirował się Nihil, który dla wielu jest ojcem polskiego post-black metalu, a to jednak świadczy o kultowym statusie tej płyty. Czas zadziałał w moich odczuciach zdecydowanie również, na plus, bo odkryłem, na tym krążku coś, czego nie znałem. Przez co znowu intensywniej słucham tego zespołu. Uważam, że byłoby wręcz genialnie, gdyby okazało się, iż Satyricon ogłasza z okazji 15-lecia wydania tej płyty trasę, na której zagraliby go w całości. Wtedy na pewno wraz z Mirkiem i Beatą, pojedziemy, jeśli nie do jakiegoś miasta w Polsce, to w Czechach na pewno. Jeśli jakimś cudem, nie znaliście tego albumu, polecam nadrobić zaległości, choć uważam, iż, jest to raczej nie możliwe. Sentymentalizm z nim związany, nowe muzyczne odkrycie oraz inne wymienione powyżej czynniki, wskazują na tylko jedną ocenę tego kultowego dzieła. Podzielcie się też swoimi opiniami, na jego temat, a jak będziecie chcieli to też wspomnieniami.

10/10

Völur – Ancestors (2017)

Völur to nazwa kanadyjskiego zespołu, a raczej tria, które powstało w 2013 roku. Od tego czasu mają już na koncie swój debiut. Jednak nie spoczęli na laurach i już 2 czerwca 2017 wydali swój drugi album zatytułowany Ancestors. Czy drugi album okazał się lepszy od debiutu? Jakie miałem wrażenia po przesłuchaniu jej nawet po dłuższej przerwie? Czy ktoś mi ją polecił? Wszystkie odpowiedzi po kolei.

Zacznijmy od tego, iż z zespołem zetknąłem się, gdyż kolega Grzegorz mi go polecił. Zabrałem się zatem za ich najnowsze dzieło. Pomimo znajomości debiutu nie miałem oczekiwań, po prostu będąc w lekkim dołku, odpaliłem ów krążek. Otrzymałem w zamian już od pierwszych minut eksplozję wrażeń. Kawałek otwierający Breaker of Silence to delikatny stuk wiatru dzwonków, głęboki pogłos wiolonczeli i pierzasty głos przypominający syreny, przeplatają się przez warstwy mgły. Stopniowo budował napięcie, aż naturalnie pękło niczym napięta struna. W czterominutowym fragmencie zwięzły i wyrazisty dźwięk basu grany przez Lucasa Gadke z Blood Ceremony- łączy się z nagą prostotą perkusji. Potem wzrasta intensywnie. Bębny również rosną do agresywnego tupotu, a strunowe instrumenty rzucają ostrzejsze partie. Wszystkiego dopełnia burza czystych wokali, męskiego oraz żeńskiego, drapiące dźwięki skrzypiec w tle, ostre warczenie, zepsute linie basu i zderzające się bębny. Dysonans idealnie wręcz łączy się z melodią.

Breaker of Skulls jest jeszcze cięższy. Bas ma wagę co najmniej czterech gitar, a jego fuzja łączy się z ostrością skrzypiec. Dziwnie dysonansowe linie basu, łączą się z ostrymi growlami, liniami skrzypiec i basowym ciężkim bębnieniem. Kompozycja sprawia, że słychać głośny szum otoczenia i nieostre efekty co jednak nie pomaga w odbiorze.

Breaker of Oaths to znowu inna bajka. Zaczyna się piękną klasyczną muzyką, którą słychać w poprzednim utworze, a następnie przesuwa się z gitarami, aż trafia w grubszy doom, z kojącym wokalem i bardzo chwytliwym riffem. Dźwięk zmienia się kilka razy, przez co po prostu ukazuje eksperymentalną stronę grupy.

Ostatni utwór Breaker of Famine jest najcięższy w sensie dźwiękowym. Otwiera się w stylu funeral doom metal, ale zawiera kilka różnych stylów. Zagłębia się również w black metal. Następnie kontynuuje ładnie progresywny rytm, później dołączył do nich na krótko eterycznie brzmiący chóralny wokal. Po dłuższym fragmencie solowym kompozycja delikatnie wsuwa słuchacza w ciszę, któremu towarzyszy jedynie delikatna melodia z gitary, do której wkrótce dołącza spokojny, pozytywny wokal. Po tym utworze zaczyna się odzyskiwać bardziej pozytywną, pełną nadziei i spokojną atmosferą i zatrzymuje się go na jego resztę. Z kolei utwór oraz całą płytę, zamyka delikatna melodia skrzypiec.

Tak czy inaczej, zespół swym albumem zabiera mnie jako słuchacza w podróż. Nie łatwą, w pewnych momentach wymagającą wytrwałości, oraz przez cały jej przebieg, muzycznej odwagi. Jest ona jednak barwna i tego warta, moim skromnym zdaniem. Jednak nie jest to album dla każdego i na każdą okazję. Jeśli jednak znajdziecie się w odpowiednim czasie i nie będziecie się bali przesłuchać tej płyty, na pewno będziecie bogatsi o nowe muzyczne doświadczenia. Ja uwzględniając odpowiedni nastrój oraz czas jestem zmuszony do jednego, w tym przypadku zasłużonego werdyktu. Tym bardziej że bardzo szanuję zespoły eksperymentujące, a przez to nie bojące się nowych, nieznanych rozwiązań. Dodatkowym plusem jest też fakt, iż, po dokładnym roku przerwy moje wrażenia i odczucia są identyczne. Trio z Kanady stworzyło po prostu arcydzieło.

10/10

Follow The Cipher – Follow The Cipher (2018)

Już niestety po kolejnej edycji Masters of Rock. Uwierzcie-było świetnie. Tak się składa, iż, tegoroczna edycja pozwoliła mi, powrócić do płyty, z którą moje uszy nie miały pierwszego dobrego kontaktu. Mówię tu o debiutanckim albumie szwedzkiej grupy Follow The Cipher o dokładnie takim samym tytule, wydany 11 maja 2018 roku przez Nuclear Blast. Czy dobrze zrobiłem, wracając do tej płyty, po dość długiej przerwie? Zobaczymy.

W Enter the Cipher klawisze posłużyły jako dobre intra. Potem wkracza dość nietypowy wokal Lindy, a potem dwóch wokali wspierających. Mam tu na myśli Viktora. Ten duet o dziwo wypada dobrze, potem otrzymujemy bardzo dobrą solówkę gitarową. No i znowu uspokojenie tempa i ostatni break down. Powalony nie byłem, ale też nierozczarowany.

Druga kompozycja, czyli Valkyria to istna petarda energetyczna. Zarówno w wersji studyjnej, jak i na żywo. Choć wokal Lindy jest tu mocno na pograniczu krzyku, przynajmniej ja ciągle odnoszę takie wrażenie. Znowu dobry udział Viktora, lecz dodatkowej dynamiki i mocy dodają istnie metalcore break downy, blasty i scream. Mieszanka, która albo wypali, albo nie, w moim przypadku wypaliła tak, jak trzeba.

My Soldier jest dość mocno przeciętny, choć tu też Linda wraz z Vicktorem się bardzo się starają, muzycznie też to wszystko nie jest złe, bo są przejścia, odpowiednie klawisze, ale mimo to wpada i wypada mi to jednym uchem. Z Winterfall jest znowu inna sprawa, sam riff zmieniający się potem w dobrą gitarową solówkę to jest to. Wokal jest dobry, trzy jasno określone przejścia, no i bonusowa druga gitarowa.

Myślałem, że tego uniknę, ale jednak teraz wyłapię to, co wyróżnia pozostałe kompozycje autorskie na tej płycie. Titan’s Call zaczyna się trochę inaczej, a oprócz tego jest kolejnym utworem z dwoma naprawdę dobrymi solówkami. The Rising natomiast jest dla mnie najbardziej chwytliwym oraz energetycznym utworem na tym albumie. Do tego w trakcie wokalu Lindy, złowrogi głos i fraza: ,,Hunter will remember” pomysł genialny. Do tego gościnne solo Chrisa Rörlanda. Na żywo dla mnie również istny majstersztyk.

Z A Mind’s Escape mam problem, bo niby jest wszystko w miarę dobrze, zmiany temp etc. Okazał się dla mnie zbyt dziwny lub niekompletny. Tak samo z Play with Fire, choć fortepian jako początek zachęcał, ale oprócz tego, pomimo iż riffy nie były złe, jak i cała reszta.

I Revive oraz Starlight zaczynają się bardzo przebojowo. Tu nie ma żadnych eksperymentów, co jest dobre. Riffy, breakdowny, partie dwugłosowe. Na Startlight jednak Vicktor brzmiał bardzo podobnie do Nilsa z Astral Doors, oprócz tego znowu zaserwował bardzo dobry scream, a metalcorowe zabiegi sprawiły, że album, zakończony został z hukiem.

Inną zupełnie kwestią jest cover zespołu Sabaton utworu Carolus Rex, gdyż jeden z założycieli zespołu Karl Kängström pomagał przez długi czas w pisaniu piosenek tej grupie. Przerobiony dość pomysłowo, ale potraktowałem go jako dodatek do płyty, a nie jej integralną część.

Podsumowując. Debiut nie jest najgorszym, z jakimi moje uszy się spotykały. Część płyty gdzie utwory, nie były dopracowane, bo zespół badał, czy pewne rozwiązania się przyjmą, szkoda, tylko że to się przeplatało z kompozycjami gotowymi. Dokładnie pięć numerów jest naprawdę dobrych, a moimi ulubionymi aż trzy, czyli: The Rising, I Revive oraz Starlight. Jeśli chodzi o spójność muzyczną, niby jest, ale złe jak dla mnie ułożenie utworów powodowało, iż finalnie nie była ona dostateczna. Jeśli ktoś jest fanem futurystycznych brzmień i nie boi się posłuchać czegoś sprawdzonego, polecam sprawdzić. Spodoba się lub nie. Mnie ta płyta, jak na debiut, no i po 9-miesięcznej przerwie, bardzo przypadła do gustu, na, tyle że, będę śledził dalej poczynania tej grupy, oczekując, iż może kiedyś, zagrają koncert w Polsce, na tak wysokim poziomie, jak w tym roku na Masters of Rock. Na koniec dodam, że okładka sama w sobie jest bardzo mroczna.

8/10

I Prevail – Trauma (2019)

Kolejny raz postawiłem na nieznaną mi kompletnie grupę ze Stanów Zjednoczonych, dokładnie z Michigan, grającą metal/hardcore, mam tu na myśli I Prevail i ich najnowszy album TRAUMA. Czy zostałem pozytywnie zaskoczony? Czy wręcz przeciwnie znowu się rozczarowałem? Zobaczymy.

Otwierający Blow Down rozpoczyna się niepokojąco, a potem konkretny breakdown. Odpowiedni scream, choć obecność dupstepu o dziwo mi nie przeszkadzała. Potem nadchodzi czysty śpiew też odpowiedniej ilości. Potem znowu uspokojenie nawet gustowne. No i na koniec znowu breakdown jak trzeba, nie jest źle, wręcz przeciwnie.

Nakręcony i pobudzony słucham Paranoid i zaczynam umierać z nudów. Wokal może odpowiada do tak zwanego ,,klimatu” piosenki, ale nie jest dla mnie. Za dużo dup-stepu i elektroniki, zero dynamiki, żadnej energii, odrobina psychodenii podpartej naprawdę, jak dla mnie partią gitar i perkusji. Podobne jak nie takie same odczucia mam co do Every Time You Leave gdzie jeszcze w debiucie śpiewa jakaś Delaney Jane. Jeszcze pod koniec dla nastroju niby gitara akustyczna? Dobre dla początkujących. Mnie tym tanim zabiegiem dla nastolatków nie kupicie.

Rise Above It już bardziej przypomina początek płyty, bo scream, jak nie zawsze lubię dupstep, ale tu, doładował on tę piosenkę na moment, ale audiotune-u to nie zdzierżę, za dużo tego, no i zamiast dobrego utworu, wyszedł przeciętniak. Jednak Breaking Down jest odrobinę lepszy, bo jest tam mało tej elektroniki a więcej gitar, breakdownów i screamu u wokalisty.

Z DOA mam trochę mieszane odczucia, gdyż czasem ten czysty śpiew drugiego wokalisty po prostu mi przeszkadza. No i znowu dupstepowy breakdown. No nareszcie! Gasoline to solidana dawka metalcorowej mocy. Wracacie na odpowiednie tory. No i znowu ballada, niby Hurricane, ja rozumiem, że, jest to ważny przekaz od grupy, choć mimo tego nie jest aż, tak fatalna, jak myślałem, do zniesienia.

Let Me be Sad też, ale co za dużo do nie zdrowo, jeśli chodzi o mnie. Low znowu ten audiotune zaczyna. Reszta jako całokształt jest dobra, po połowie utworu dostajemy dość interesujący bardzo progresywny wręcz breakdown. Goodbye(Interlude) nie ma w sobie nic szczególnego, nie wiem po co, został umieszczony na tej płycie. Natomiast Deadweight to znowu zastrzyk energii. Na sam koniec znowu nużąca jak dla mnie ballada I Don’t belong here.

Krótko i na temat. Mam mieszane odczucia. Serio. Choć jednoznacznie mogę powiedzieć, że pierwsze wrażenie singla Blow Down, było mylące, niestety, bo oczekiwałem od tej płyty właśnie istnych petard, a otrzymałem trzy petardy oraz sztuczne ognie. Bo utwory takie jak Blow Down, Gasoline oraz Deadweight to za mało. Już nie wspomnę o tak naprawdę popowym wręcz używaniu audiotue. Bez przesady, choć jak z dupsteptem nie zawsze jestem za pan brat, tak w dwóch utworach został użyty z głową. Na całej płycie, było go jednak za dużo. Wokalista odpowiadający za czysty śpiew miał sporo momentów, że nie śpiewał, a jęczał. Moi ulubieńcy, do których może kiedyś wrócę? Tylko Blow Down. Jeśli metal/death core są dla Was za ciężkie, a chcecie etapowo rozpocząć przygodę z tymi nurtami, od biedy możecie, zacząć od tego krążka, ale to już będzie Wasza decyzja. Ja jestem rozczarowany płytą. Biorąc wszystkie czynniki pod uwagę, mogę dać jednoznaczną ocenę temu krążkowi.

6/10

Within Temptation – Resist (2019)

Dawno już nie wracałem do metalu symfonicznego, uznałem, że, warto nadrobić zaległości, tym bardziej iż weterani tegoż nurtu dość niedawno wydali swój najnowszy album zatytułowany Resist. Przyznam szczerze, że, nie wiem czego się spodziewać, gdyż zawsze byłem, w tak zwanej grupie fanów Nightwisha, a przez to nie znam aż tak dogłębnie ich całej dyskografii, choć wszystkie albumy słyszałem, coś ten z 2014 roku, czyli Hydra mnie trochę rozczarował. Zobaczymy, jak będzie w tym przypadku.

Utwór otwierający The Reckoning nie tylko za pierwszym, lecz potem za każdym razem, brzmiał jak intro do jakiegoś serialu sc-fi. Wokal Sharon den Adel niezmieniony jest odpowiedni jak dobrze również dobrany do duetu głos Jacoby Shaddixa z Papa Roach. Dużo elektroniki, lecz żadnego solo gitarowego, zmiany i przejścia temp nadaje Sharon, ni na koniec dup-step i to duża ilość. Za duża.

W drugim Endless War na początku perkusja jest bardziej słyszalna, lecz potem znowu elektronika i nawet cyfrowa perkusja. Pojawia się monotonia i nuda, bo przy pierwszym razie, chciałem wiedzieć, o czym jest tekst, potem już mi to było zupełnie obojętne. Jeżeli można znaleźć tu coś, co może się podobać to głos Sharon i jej zabiegi wokalne.

No dobra nie będę się bez potrzeby rozpisywać. W pozostałych utworach czy też nawet piosenkach wszystko zlewa się ze sobą, więc teraz skupię się na tym, co może je rozróżniać. W trzecim Raise Your Banner jest scream Andersa Fridéna, który buduje nastrój no i jest odrobina epickości, czyli elementów prawdziwej symfonii, no i wreszcie gitarowe solo, w sumie lepiej późno niż wcale jak to mówią.

Supernova to tytułowe w sumie kosmiczne dźwięki, no i kolejna próba zbudowania podniosłego nastroju za pomocą chóry, lecz dla moich uszu nieudana. Holy Graund ma inne intro, dość krótkie, ale jednak tak samo na In Vain. Firelight to zupełnie nieudana ,,nowoczesna” ballada gdzie jakikolwiek metal usłyszeć można w połowie. Szczerze to już przy drugim przesłuchaniu czekałem aż się skończy.

Mad World jest najmniej nasycony elektroniką, o i tu też jest zbudowany dobry nastrój i nie tylko przez Sharon. To czyni go w moich uszach jako drugą najmniej znośną piosenką na tym krążku. Mensy Mirror natomiast jest balladą, która spełnia tylko swoje zadanie, nie wywołując u mnie stanu, dzięki któremu w przeciągu jednego dnia posłucham jej z 10 razy. Ostatni Trophy Hunter zaczyna się ciężkim niby breakiem, lecz potem spokój, choć gitary są bardzo słyszalne, czyli elektronika i wokal Sharon i znowu break, no w sumie można i tak, co akurat można uznać za znośne, bo to ostatni utwór.

Podsumowując, nie będę owijał w bawełnę. Jestem totalnie rozczarowany, gdyż ta płyta zupełnie nie jest symfoniczna, lecz elektroniczna z elementami dup-stepu, a samego metalu usłyszeć można na niej tyle, co nic. Fakt nie brakuje bardzo dobrego wokalu Sharon, lecz to wciąż za mało. Ja rozumiem naprawdę eksperymenty i torowanie nowych ścieżek, kierunków, nawet fakt, iż, ponoć jest to najbardziej osobisty lirycznie album dla Sharon. Serio, ale przynajmniej dla mnie, sam tekst i sam wokal nie obronią muzyki, a raczej płyty, która wpada jednym uchem, a wylatuje drugim. Bo Raise Your Banner i Mad World, które są dla mnie najbardziej akceptowalne i po trzecim ich włączeniu nie miałem ochoty przerwać, no to nie wystarczy. Myślałem, że, jak dam tej płycie też 5-miesięczną przerwę to będzie inaczej, racja było, ale ważenia takie same. Tak też na sam koniec, jeśli ktoś nie znał wcześniej z dorobku tego zespołu ich opus magnum, czyli Mather Earth, pewnie Resist mu się spodoba, ja znałem nie tylko ten, bo pomimo mojej większej miłości do Nightwish, której się nie wyprę, ten zespół moim w odczuciu już nie reprezentuje tzw. nurtu metalu symfonicznego. Tak jak zawsze doceniam eksperymenty, to nie zawsze są one akceptowane przez moje uszy, choć obawiam się, że, dla holenderskiego Within Temptation to ich ,,nowa ścieżka” i ,,styl”. U mnie ta płyta na chwilę obecną dzierży tytuł najbardziej nieudanego albumu tego roku, takie jest moje zdanie. Jak znając życie, fanatycy Within temptation będą krzyczeć inaczej, mają do tego prawo tak jak ja do posiadania własnego zdania.

2/10

Merging Flare – Revolt Regime (2019)

Ach ta Finlandia. Tym razem akurat z zespołem Merging Flare oraz ich najnowszym albumem Revolt Regime wydanym 14 czerwca 2019, miałem kontakt z powodu osoby która gościnnie na tej płycie wystąpiła. Mam tu na myśli Kasperiego Heikkinena znanego szerszej publice jako gitarzyście zespołu Beast in Black, z kolei który znalazł się w gronie moich ulubionych zespołów. Śledząc więc poczynania Kasperiego stwierdziłem może warto tą płytę przesłuchać? Tak też uczyniłem, więc podzielę się z wami swoimi wrażeniami co do tego albumu. Czy z powodu udziału Kasperiego miałem wygórowane oczekiwania? Czy wrócę znowu do tego albumu? Wszystko się okaże w swoim czasie.

Rozpoczynający płytę Trailblazers brzmi bardzo zachęcająco. Wokal Martiasa Palma wyjątkowo wpasowuje się w bardzo dynamikę oraz do tego motoryka i energia. No i solo Kasperiego. Na razie jest dobrze. Następny Alliance in Defiance jest równie energetyczny, lecz mam wrażenie że, już nieco lżejszy. Oprócz tego też z wokalem frontmena jest już coś nie tak. Znowu dobra solówka, lecz zwolnienie pod koniec,nie wychodzi kompozycji na dobre.

Z Clarion Call jest też coś nie tak. Wokal osłabł a jeszcze te gitary sprawiające wrażenie klawiszy. Niby chór wspomaga Martisa, niby jest wszystko ok,ale zachwyt opada jak kusz. Jeszcze te trochę prze kombinowne blasy. Słysząc The Abyss of Time trochę Beast in Black mi się przypomniał, ale tylko na krótki moment. Bo kompozycja wpada i wypada mi jednym uchem, bez żadnej jakiejś pozytywnej reakcji u mnie nie wzbudzając. Z Mind’s Eye (Reaching Out) jest tak samo. Co jest? Początek War Within brzmiał też dobrze, ale na tym się skończyło. Może z Midwinter Magic będzie lepiej, tak sobie myślę? Skądże, pomimo próby stworzenia ballady, to jak dla mnie ta kompozycja, nią nie jest ,a już na pewno nie dobrą.

Z Devastator jest odrobinę lepiej, bo ratuje nie co sytuację, taką dynamiką i energią jaką oczekiwałem. Sin Against the Sinner znowu zawodzi mnie pod każdym muzycznym względem. Natomiast ostatni The Lucky One okazuje się jeszcze gorszą balladą od Midwinter Magic.

Krótka piłka z mojej strony. Przed przesłuchaniem przeczytałem, że album, jest inspirowany Judas Priest, Accept, Running Wild, Helloween oraz Gamma Ray. Rozumiem, inspirować się trzeba, ale nie wiem, może jestem coraz bardziej głuchy, lecz po 5 przesłuchaniach ja tu nie słyszę żadnej autorskiej inwencji twórczej, zwłaszcza takiej, która by na kolana powalała, prawie nic, zero. Odmówić Kasperiemu dobrych solówek nie mogę, bo fakt są one nawet bardzo dobre. Co z tego skoro album można streścić w dwóch kompozycjach Trailblazers oraz Devastator. To nie jest ekstraklasa heavy metalowa, a raczej czwarta liga. Szkoda, bo znany ze współpracy z Beast in Black również artysta Roman Ismailov, zrobił dobrą okładkę. Jestem bardzo rozczarowany, lubię naprawdę heavy metal, lecz ta płyta jest dla mnie bardzo przeciętna, a Martis wielkronie czasem brzmiał mi w uszach jak Brian Johnson z AC/DC. Nie wierzę sam, co słyszę, lecz pierwszy raz jestem rozczarowany albumem, który pochodzi z Finlandii. Jestem fanem hard rocka czy czystego rock’nolla, ale traktuję go jako tzw. przystawkę dla prawdziwego czystego heavy metalu. Tu fuzja tych trzech nurtów dostarczyła płytę, do której nie zamierzam wracać. Z całym oczywiście szacunkiem dla muzycznego kunsztu gitarzysty Kasperiego Heikkinena, ocena w takim przypadku może być jedna, dodając fakt, że, grupa wydała tę płytę po 8-letniej przerwie.

4/10

Behemoth – I Loved You at Your Darkest (2018)

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich zespołów metalowych za granicą jest oczywiście Behemoth. Jego frontman Adam ,,Nergal” Darski poprzez swoją charakterystyczną osobowość nie tylko po za, ale również w Polsce jest bardzo znany. Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ obiecałem Joannie, że kiedyś, którymś z albumów Behemotha się zajmę i oto słowa mego dotrzymuję. Dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami, pierwszymi oraz potem kolejnymi, odnośnie do najnowszego krążka tejże grupy zatytułowanego I Loved You at Your Darkest, wydanego 5 października 2018 roku. Jakie było moje pierwsze wrażenie po wysłuchaniu go w całości? Co się zmieniło od pierwszego przesłuchania? Czy mnie rozczarował? Czy zasłużenie otrzymał Fryderyka w kategorii Metal? Wszystkie odpowiedzi po kolei i na spokojnie. Zaczynamy.

Już samo intro Solve spisuje się dobrze. Zwłaszcza ten dziecięcy chór powtarzający frazę: I shall not forgive! Jesus Christ! I forgive thee not! . Gęsia skórka i napięcie zbudowane po mistrzowsku. Moje uszy aż nie mogą się doczekać!Wolves Ov Siberia to akurat stylistyka znana ze zdecydowanie wczesnych lat funkcjonowania zespołu. Jednak tu następują również zmiany temp, gdzie kolejny riff słychać. Aż utwór Lasy Pomorza mi się trochę przypomniał nostalgicznie.

Początek God = Dog wielu może zbić z tropu. Jak mnie na początku. Kompletnie inne, chociażby brzmienie gitar. Powraca dobrze znany z intra dziecięcy chór. Klimat natomiast jest zbudowany jak dla mnie na przynajmniej trzech doskonale zastosowanych przejściach, jeśli chodzi o samo tempo utworu. Do tego dobra solówka gitarowa Negala. Inną kompletnie sprawą jest mistrzowski tekst i element dzieci, które przez swój wiek są najbardziej podatne na jakiekolwiek manipulacje.

Na Ecclesia Diabolica Catholica występuje znowu kompletnie inny riff otwierający, lecz tu utwór jest prostszy w konstrukcji, a jednocześnie znajduje się na nim jedna z trzech najlepszych gitarowych partii solowych na tym albumie. Nie mówiąc już o fenomenalnym przejściu pod sam koniec na samą gitarę akustyczną, co ma wręcz symboliczne znaczenie.

Otwarcie kompozycji Bartzabel znowu zwiastuje burzę. Tu też pierwszy raz Negal nie growluje, nie deklamuje, a śpiewa, co tak naprawdę pierwszy raz zrobił na debiutanckim krążku, jego drugiego zespołu Me an That Man. Jak na muzyczną inspirację średniowiecznym rytuałem przywołania tytułowego demona, kompozycja jest bardzo wysublimowanie skomponowana.

Na If Crucifixion Was Not Enough jest dużo bardziej transowo niż intensywnie. Dopiero w połowie jeden kamyczek zmienia się w istny głaz. Natomiast owy głaz spada raz, a potem znowu trans. Angelvs XIII jest moim skromnym zdaniem najcięższym utworem na tej płycie. W pojęciu samego albumu to dobrze, lecz puszczony jako samodzielny, wyrwany z kontekstu się nie sprawdza.

Na Sabbath Mater mamy trochę powtórkę jak z Ecclesia Diabolica Catholica chodzi o początek. Tu nie słyszymy tylko Nergala. No i tu znajduje się solówka numer dwa, jeśli chodzi o całą płytę. Havohej Pantocrator otwierający bass wykonany przez Oriona wcześniej na dobrze znanym Blow Your Trumpets Gabriel z poprzedniego albumu grupy The Satanist. Oprócz tego ponownie zmiany temp dają radę. Na Rom 58 znowu trans. Natomiast w ostatniej pełnej kompozycji We Are the Next 1000 Years najbardziej moim uszom spodobała się perkusyjna uczta i pokazania po raz kolejny mistrzowskiego kunsztu Inferna. Jako klimatyczne outro Coagvla też spełniło swoją funkcję.

Tutaj podsumowanie płyty będzie nietypowe. Dlaczego? Dlatego iż kiedy pierwszy raz słuchałem tego albumu, to pomimo iż The Satanist znałem, to i tak doznałem szoku. W sensie myślałem, że pomyliłem zespoły. Potem po oswojeniu się i mylnym, a przez co dość lekko odrzucającym pierwszym wrażeniu, po dokładnie 4 miesiącach przerwy powróciłem do tej płyty. Na chłodno i po mentalnym oraz słuchowym dojrzeniu moje odczucia zmieniły się o 180 stopni. Ten album jest kontynuacją muzycznej drogi, jaką grupa obrała na The Satanist. Co mnie jeszcze bardziej zaintrygowało to fakt, iż Neal, oparł teksty na Biblii, pokazując jej ciemną stronę. Pojęcia albumu kompletnego, dopełnia też okładka płyty autorstwa Nicola Samori. Choć tak jak w przypadku poprzedniej płyty był minimalizm, to tu na ILYAYD postawiono na epickość, co było bardzo dobre. Orkiestrowe aranżacje też zrobiły swoje. Płyta zasłużyła na otrzymanego Fryderyka w 666% procentach. Bo połączenie jazzowych bądź jak wcześniej pisałem transowych wręcz gitar oraz perkusji, ze znanymi z death i black metalu elementami, dodając orkiestrę pod batutą Jana Stokłosy, tworzy kolejne chyba najbardziej epickie i zróżnicowane muzyczne arcydzieło w dorobku zespołu Behemoth. Album nie jest dla każdego, no i aby się nim zachwycić, też warto czasem po pierwszym przesłuchaniu, dać mu drugą szansę. Ja dałem i nie żałuję, nie czując się w żadne sposób rozczarowany tą płytą. Co do nieświętej trójcy płyty to Ecclesia Diabolica Catholica, Bartzabel oraz Havohej Pantocrator. Czekam teraz tylko niecierpliwie na wrześniową trasę po Polsce, aby móc usłyszeć tę płytę w całości jeszcze lepiej niż w wersji studyjnej. Ocenę mogę wystawić w takim przypadku tylko jedną i wiecie jaką. Teraz mogę powiedzieć: Obietnica spełniona Joanno, pozdrawiam serdecznie.

10/10

GloryHammer – Legends from Beyond the Galactic Terrorvortex (2019)

Ostatnio tak mocno zastanawiałem się, nad powrotem do folku, a raczej pirackiego metalu, mam tu na myśli szkocki Alestorm. Jednak wpisuję Christopher Bowes, a tu znienacka algorytm youtube pokazuje Gloryhammer. Okazuje się, że Christopher Bowes założył go w 2010 roku. Grupa wykonuje kosmiczny power metal oraz śpiewa alternatywną wersję szkockiej historii osadzoną w kosmosie. Pierwszy raz byłem wdzięczny youtubowi za jego algorytm. Dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami odnośnie do najnowszego albumu grupy zatytułowanego Legends from beyond the Glactic Terrorvortex, wydanego 31 maja tego roku, przez Napalm Records. Czy przesłuchanie tego krążka było dobrym pomysłem? Zobaczymy.

Utwór, a raczej intro Into the Terrorvortex of Kor-Virliath, już powoduje u mnie podniosły nastój. Drugi The Siege of Dunkeld (In Hoots We Trust) utrzymuje epickość i rozpoczyna się bardzo dynamicznie. Do tego ten chór, bardzo dobry pomysł. Potem w odpowiednim momencie wchodzi bardzo dobry wokal Thomasa Winklera. No i wreszcie kosmiczne klawisze Chrisa. Dobre są też zmiany temp i przejścia oraz genialnie zrobiony głos złych charakterów, czyli Zargothaxa i Mrocznego Imperatora Dundee.

Masters of the Galaxy utrzymuje podobną tendencję, z pewnymi wyjątkami. Kompozycja, a raczej singiel jest bardziej chwytliwy, poza tym ten zły głos przeplatający się z głównym wokalem, wraz z efektem złego śmiechu, robi wrażenie. Do tego partie podkreślające gitarę basową oraz naprawdę dobra gitarowa solówka. Potem w The Land of Unicorns, to ja dostałem jednego z największych zaskoczeń co do tekstów, bo na początku to pomyślałem, że, to taki tytułowy żart. Jednak nie bo bohaterowie naprawdę mają chronić dolinę jednorożców przed złem. Muzycznie wyróżniają się tu dwie partie solowe gitarowa i klawiszowa. Choć nie, jeszcze faktycznie wokal, a zwłaszcza pod koniec to jest ,,coś”. Power of the Laser Dragon Fire oraz Legendary Enchanted Jetpack utrzymują dobry poziom, choć niby motoryka gitar jest, niby wszystko ok, ale sama chwytliwość trochę kuleje.

Natomiast Gloryhammer ma wszystko, co trzeba. Sam wstęp zapowiada petardę. Gdy moje uszy słyszą chwytliwe riffy, dobrą perkusję to tego, headbanging oczywiście gwarantowany. Do tego chór też robi swoje. Jeszcze te słowa powtarzane przez robota-super sprawa. Najlepsza fuzja gitar i klawiszy na płycie. Do tego te kosmiczne przejścia. To samo jest w przypadku Hootsforce. Tu jest jeszcze bardziej dynamicznie. Co ciekawe struktura muzyczna przypomina mi mocno pierwotny zespół Chrisa, czyli Alestrom. W tym przypadku to jest akurat komplement, bo nogi w moim przypadku same rwą się do pogo. Tylko co ciekawe wokal Thomasa zupełnie moim uszom nie przeszkadza, bo zwolnienia też w tym utworze występują oraz ten śpiewający robot. Te dwa single są singlami idealnymi.

Przed ostatni Battle for Eternity też jest dobry. Nie jest przesadzony, ale jednak do miana hitu mu troszkę brakuje, choć klawisze przypominające kalwesyn brzmią ciekawie, jednak to za mało. Sam tekst jednak sugeruje przygotowania do finalnej bitwy dobra ze złem. Z ostatnim The Fires of Ancient Cosmic Destiny miałem na początku problem, bo nie rozumiałem sensu zamieszenia prawie 13-minutowego zakończenia. Jednak zmieniłem zdanie i tu rozgrywa się finalna potyczka. Muzycznie jest ona na początku lekko przytłaczająca, choć to złudne wrażenie. Zły ,,Lektor” wszystko nam objaśnia, tak samo wokal, co lekko mnie zirytowało, sam koniec jest owiany nutą tajemnicy. Bo nie wiemy, czy Ci dobrzy wrócili szczęśliwe, czy też nie.

Podsumowując. Sam jeszcze oprócz najnowszego krążka Gloryhammer presłuchałem ich dwa poprzednie, myśląc, że będą lepsze, okazały się takie same, ale jeszcze bardziej pomogły mi zrozumieć sens liryk. Co do samej płyty, słuchając jej wielokrotnie, przypomniałem sobie też z dzieciństwa takie serie gier jak Starcraft, Warcraft oraz Heroes of Might and Magic. Dla mnie muzyka, fabuła, bo inaczej tego nazwać nie umiem, układa się w naprawdę dobrą fabularną strategiczną grę w starym stylu. Do tego okładka jest genialna. Serio dla mnie właśnie tak to wygląda, a idealna spójność płyty, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Moimi ulubionymi utworami bądź misjami, miłośnicy gier wiedzą, o co chodzi, są w kolejności. Pierwszy Gloryhammer, drugi Hootsforce, trzeci Masters of the Galaxy, a na końcu jako finalna walka z ,,bossem” The Fires of Ancient Cosmic Destiny. Muzycznie zespół uderzył w moją kolejną słabość i pasję, czyli zamiłowanie do gier typy Sci-FI oraz Fantasy. Jako albumu kosmiczno-power metalowy na chwilę obecną, biorąc wszystkie przedstawione przeze manie aspekty pod uwagę, ten jest dla mnie numerem jeden w 2019 roku na chwilę obecną.

10/10