Kategorie
Bez kategorii

Reaper – Unholy Nordic Noise (2020)

Szwecja jest jednak bardzo bogata, jeśli chodzi o zespoły. Z racji większego zainteresowania grupami pokroju Midnight, akurat skandynawski Reaper przykuł moją uwagę. Tym bardziej iż 31 stycznia 2020, wydał swój debiutancki album, zatytułowany Unholy Nordic Noise. Czy okazał się równie dobry jak najnowszy materiał Midnight? Trzeba przesłuchać, aby się przekonać, więc to zamierzam zrobić.

Intro samo w sobie jest bardzo intrygujące. Tym bardziej iż rozpoczyna się bardzo tajemniczą deklamacją. Już pierwsze Hero of the Graveyard Flies jest plugawe do samego szpiku kości. Do tego wokal przypomina mi tu zarówno Shagratha z Dimmu Borgir lub Abbatha z Immortal. Natomiast w Severing Tentacles of Faith gitary brzmią bardzo podobnie, jak w polskim zespole blackowym Morowe, oprócz tego przynajmniej ja, słyszę tu więcej speed metalu, a solówka jest naprawdę godna uwagi. Na Arctic Wrath – Blood and Bone panuje istna blackowo-thrashowa rzeźnia. Poważnie. Order of the Beelzebub natomiast rozpoczyna się piekielnie chwytliwym riffem, a potem leci już z przysłowiowej górki. Choć tu zastosowanie chórków, jest bardzo interesujące. Horn of Hades, The Birth of War, Surrender to the Void , This Crystal Hell, Ravenous Storm of Piss oraz De krälande maskarnas kör to na początku wolny wstęp , lecz potem jest już tylko szybciej i mocniej. Na sam koniec otrzymujemy równie intrygujące Outro.

Dodając jeszcze parę słów na koniec. Jest to solidny debiut dla fanów polskiego Voidhungera czy norweskiej Aura Noir, choć jak wspomniałem, usłyszeć w nim da się też tam nawet Morowe Nihila. Jak na niecałe półgodziny materiału, jest dobrze. Może nie genialnie, ale potencjał moim zdaniem jest. Jestem ciekaw drugiej płyty szwedzkiego Reaper-a, bo debiut nie wypadł aż, tak fatalnie jak zakładałem na początku.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Judas Priest – British Steel (1980)

Tak to jest z dobrymi zespołami, że samemu się chce do nich wracać. Tak właśnie jest u mnie z brytyjskimi tytanami heavy metalu czyli, Judas Priest. Dziś przekonam się, czy nieśmiertelny British Steel wydany w 1980, ale przeze mnie przesłuchany pierwszy raz w 2000 roku wielokrotnie, dalej zasługuje na miano jednego z ponadczasowych albumów w dorobku Judas Priest? Czy czas zadziałał na korzyść tego krążka? Nie mogę się doczekać, aby się o tym przekonać.

Rapid Fire już od samego początku czaruje dobrym riffem. Solówka dalej pozostaje tą, która jak już wejdzie do głowy, to tak łatwo nie wychodzi. Wokal Roba tu też jest bez zarzutów. Co ciekawe z czasem Rapid Fire wydał mi się bardziej chwytliwy niż na samym początku. Następny Metal Gods ma trochę bardziej rockową strukturę jak dla mnie, gdzie jednak perkusja jest postawiona na pierwszym planie, zaraz za gitarami. Singlowy Breaking The Law dalej pozostaje w panteonie muzycznych wizytówek Judas Priest. Wspomnę tylko, że, jak na tamte czasy pomysł na napad zespołu na bank, gdzie jeszcze w sejfie jest właśnie złota płyta, w pełni zasłużona za album British Steel. Istny majstersztyk jak na 1980 rok, czyli tytułowe złamanie prawa. Jeśli chodzi o muzykę, to gitara basowa daje fajne tło do perkusji oraz łagodniejszego wokalu Roba.

Z utworem jest jak z dobrym alkoholem. Muszą być ku temu odpowiednie okoliczności. Choć gitarowa solówka w każdych okolicznościach jest godna uznania. Do tego ten cowbell zastosowany przy zmianie tempa, do tego minimalistyczne wprowadzanie riffów też jest interesujące. To w ostateczności sprawia, iż, Grinder staje się jednym z moich nowych ulubionych utworów z tej płyty. Gdzie najlepiej pasuje przytłumiona gitara ? Oczywiście, że w kompozycji United, która była drugim singlem promującym ten album. Brzmi tam ewidentnie jak ostrzący się miecz czy inna stalowa broń. Pasuje w niej też chór wspierający Roba. Do tego ten wyraźny bas Iana Hilla, istna poezja dla ucha.

Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise miałem kilka podejść. Zwłaszcza przy pierwszym odsłuchu całej płyty. Po wielu latach przerwy miałem nadzieję, że moje wrażenia odnośnie tej kompozycji uległy zmianie. Nawet nie miałem pojęcia, jak bardzo się myliłem. Utwór wydaje się naprawdę dalej przeciętnym na tle wcześniejszych. Trzeciemu i ostatniemu singlowi promującemu Living After Midnight niby nic nie brakuje, ale jednak. Po wielu odtworzeniach owy utwór zaczyna być lekko monotonny. Mimo wszystko. Przedostatni The Rage dzięki nieco jazzowej trochę perkusji oraz znowu wyraźnemu basowi Hilla jest dla mnie zdecydowanie atrakcyjniejszy. Do tego tu też Rob ukazuje swoje walory wokalne. Tu też Tipton zaprezentował najlepszą jak dla mnie solówkę gitarową z całej płyty. Natomiast ostatni zamykający płytę Steeler, jest bardzo dynamiczny i bardziej rock’n’rollowy niż metalowy, moim zdaniem co udowadnia zaprezentowanie wielu pokrewnych ze gatunków muzycznych na British Steel.

Jeśli chodzi o ponadczasowość krążka British Steel. Jest ona niezaprzeczalna. Jednak na albumie pojawiły się malutkie rysy rdzy, mimo to. Mam tu na myśli nieszczęsny Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise, lekko też ,,wyeksploatowany” Living After Midnight. Pojawili się też nowi ulubieńcy, dla których widać owa przerwa, okazała się szansą na nowe życie. Mam tu na myśli utwory takie jak Grinder, United orazThe Rage. Oby owy album przetrwał w kulturze kolejne czterdzieści lat! Mimo owy rys British Steel był i nadal uważam, że, jest, jedną z muzycznych wizytówek Judas Priest. Udowodnił bowiem że, już w 1980 roku rock’n’roll, można skutecznie wymieszać z heavy metalowymi riffami oraz z rockowo-jazzową (momentami) perkusją oraz dodać do tego jedyny w swoim rodzaju wokal Roba Halforda. Faktem, o którym pewnie, każdy fan zespołu wie to, iż, autorek okładki do tego albumu, jak i loga Judas Priest był, polski grafik Rosław Szaybo.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Faidra – Six Voices Inside (2020)

Wreszcie coś godnego uwagi, dokładnie z szeroko rozumianego atmospheric black metalu, zostało mi polecone przez dwie osoby. Do tego jest to płyta kolejnej grupy ze Szwecji. Zespół o nazwie Faida 21 lutego 2020 wydał swój debiutancki album zatytułowany Six Voices Inside, wydany przez Nordthen Silence Productions. Z ogromną ciekawością zakładam słuchawki, bo akurat ten podgatunek blacku jest u mnie dość problematyczny, lecz mniejsza z tym. Chętnie się wypowiem na temat owego krążka.

Otwierający album Pack Amongst Wolves już mi coś przypomina. Jeden riff gitarowy ciągnie się przez ponad dwie minuty. Partie perkusyjne, a tym bardziej odpowiednio dobrane blasty, dają odpowiedni nastój. Choć jeśli chodzi o scream, to jest on wątpliwej jakości. Wyciszający zupełnie inny riff, daje pewne odprężenie. Potem znowu powrót do minimalnie, ale jednak większej ilości dynamiki.

Co ciekawe znowu w The Depths, scream, genialnie skonstruowane breaki z blastami jednocześnie, są po prostu świetne. Klimat nadal utrzymany przez nagrany podkład keybordowy. Po przyzwoitym początku jest jeszcze lepiej. Gdyż identycznie jest w trzecim Obsequies. Tylko że w nim, pod koniec jest krótka deklamacja po angielsku. Zespół dalej utrzymuje poziom. Nawet więcej, pomimo najcięższego rozwinięcia kompozycji, nawet trochę dethowej, sam porwałem się do headbangingu. Nie pamiętam kiedy przy atmospheric black metalu, tak było. Do tego znowu ta perkusja.

Przedostatni The Judas Cradle, kontynuuje to co dobre, dodając do partii perkusyjnych jeszcze podwójną stopę oraz jedyną, chyba ,,solówkę” gitarową na tym albumie. Ostatni natomiast i tytułowy zarazem, Six Voices Inside, idealnie zamyka tę płytę. Po raz drugi i ostatni słyszymy deklamację po angielsku. Choć momentami tu wokalista brzmi tu jak Shagrath z norweskiego Dimmu Borgir.

Chciałbym bardzo podziękować Sylwii i Wiktorowi, za podesłanie mi tej płyty do odsłuchu. Udało się Wam sprawić, że może wreszcie zacznę słuchać częściej atmospheric black metalu. No i owszem, Sylwia, słychać na tej płycie mocną inspirację starym Burzum ,lecz jak też wyłapałem trochę podobieństw do Dimmu Borgir. Tak czy inaczej, pomimo iż album, nie jest innowacyjny, to fanom gatunku do gustu przypadnie na pewno, lecz również zespołów takich jak Burzum czy Dimmu Borgir z czasów Stormblast. Inspiracja to jedno, okoliczności słuchania to druga sprawa. One też muszą być, bo akurat w atmospheric black metalu, słuchacz, przynajmniej dla mnie, musi je mieć. Co do ulubieńców to tu stawiam na The Depths oraz The Judas Cradle. Album jest mroczny też kiedy trzeba, a jego spójność nienaganna. Z racji, natomiast że to jest debiut, zapewne możne być, jeszcze lepiej.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

On Thorns I Lay – Threnos (2020)

Ostatnimi czasy miałem mocną awersję do wszystkiego, co greckie. Mam tu na myśli oczywiście zespoły takie jak, chociażby Septicflesh. Jednak zaczęło to iść w innym kierunku, od czasu ponownego kontaktu z On Thorns I Lay. Pionierami death/doom metalu, którzy 21 lutego 2020 roku, wydali swój dziewiąty już krążek, zatytułowany Threnos , z pomocą Lifeforce Records. Sama już wieść o wydaniu płyty, spowodowała, że odświeżyłem sobie ich dyskografie, po 5-letniej przerwie, także jestem ciekaw ich najnowszej płyty. Czy dalej okażą się oprócz Rotting Christ muzyczną dumą własnego kraju? Nie mogę się doczekać, aby przesłuchać ich najnowszą płytę Threnos i to subiektywnie zweryfikować.

W otwierającym album The Song of Sirens, który przy okazji jest też singlem, w ucho wpadają chwytliwe partie perkusji, które później okazują się bardzo szybkie. Po nich niespodziewanie wchodzi krótka też i szybka solówka gitarowa, a potem fortepian, tak nie przesłyszeliście się, fortepian, który dodaje ten oczekiwany doomowy pierwiastek, dla jednych epickości, dla innych melancholii, a dla jeszcze innych fuzji jednego i drugiego. W tej części też pojawia się jak dla mnie ta odpowiednia solówka gitarowa. Wszystkiego dopełnia głęboki growl Stefanosa. Jak dla mnie otwarcie idealne.

Jeśli chodzi o Ouranio Deos, to tu riff jest bardziej połączony ze skrzypcami, bądź altówką, bo oba te instrumenty smyczkowe brzmią podobnie. Jednak potem przy spokojnej perkusji, do opadnięcia szczęki doprowadza mnie greckojęzyczna deklamacja z fortepianem oraz skrzypcami w tle, żeby jeszcze tego mało było, to dołożono jeszcze solówkę gitarową. Totalnie na bogato jak dla mnie, lepiej niż na otwarciu. Cosmic Silence jest ubogi jak dla mnie, niby popisy instrumentalne są, ale wpada to i wypada, choć keybordowo-gospelowe popisy i męska deklamacja znowu, sprawiają, że, tak naprawdę poziom muzyczny został obniżony na tak zwany znośny, oprócz tego też, trzy pierwsze utwory wcale nie są ze sobą spójne, jakby były samodzielnymi kompozycjami, akurat Cosmic Silence okazał się jak na razie najsłabszym ogniwem.

Czwarty Erynies jest porównywalnie epicki do dwóch pierwszych utworów. Do tego tu jest unikatowa gospelowa solówka keybordu. Wszystko inne jest na swoim miejscu, ale też bez większego szału. Natomiast od samego początku do końca Misos mnie muzycznie ujmuje, przez unikatowe partie perkusji, przez znowu chwytliwy riff oraz pasujący growl Stefanosa. Jednak dużo tu perkusji, blastów, cowbelu i przejść, ale też skrzypiec, właśnie ta różnorodność instrumentalna, połączona z przebojowością, jeśli tak ją można nazwać, przechyla szalę na korzyść tej kompozycji, która zostaje jedną z moich ulubionych z tej płyty. Nieodwracalnie. Tytułowy Threnos też trzyma poziom i to bardzo porównywalnie, bo o dziwo spełnia swoją rolę jako singiel. Wpada bowiem w ucho, przy czym tu też partie perkusyjny są różnorodne, ale dopasowane do riffów gitar. Ostatnim zamykającym utworem jest Odysseia. Tu od połowy kompozycji znowu pojawia się doomowa epickość. Gitary akustyczne robią niesamowitą robotę. Potem dochodzi znowu fortepian przeplatany ze skrzypcami i damską greckojęzyczną deklamacją. Istna bajka jak dla mnie jeśli chodzi o kompozycje zamykającą ten album.

Dodając jeszcze parę słów podsumowania. Jeśli chodzi o spójność, to pojawia się ona dopiero od piątego utworu Misos do samego końca, czyli do Odyssei, każda z kompozycji jest wtedy ewidentnym elementem muzycznej mozaiki, a nie jak do czasu czwartego Erynies samodzielnymi bytami. To jest trochę minusem płyty Threnos. Jeśli chodzi o ulubieńców to otwarcie The Song of Sirens, Ouranio Deos, a potem już reszta płyty od piątego Misos do samego końca. Jednak zaburzona spójność powoduje, iż, nie mogę dać najwyżej noty, bo nie byłoby to uczciwe, ale mogę stwierdzić, że, grupa On Thorns I Lay dalej jest jak dla mnie muzyczną dumą wszystkich greków. Nota natomiast będzie tylko odrobinę niższa od maksymalnej. Jeśli nie macie pomysłu na doomowy album, odpalcie sobie właśnie ten, grecki Threnos.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Coat of Arms (2010)

Osoby śledzące mojego bloga wiedzą już, że nie pierwszy raz recenzuje album grupy Sabaton. Jest tak, chociażby z powodu, iż, łączy moje oba zainteresowania, muzykę i historię. Zainspirowany dość interesującej konwersacją z Martą, wezmę się za mający już dokładnie dziesięć lat, piąty studyjny album Szwedów, zatytułowany Coat of Arms. Napiszę, co sprawia że, pomimo upływu dekady od jego wydania, tak naprawdę moja opinia o nim jest w sumie niezmienna.

Tytułowy singiel otwierający ten album, brzmi jak kontynuacja drogi, jaką zespół obrał na płycie The Art of War z 2008 roku. Na temat krążka o sztuce wojny wyraziłem swoje zdanie, kto nie zna, polecam się zapoznać. Co do Coat of Arms, jest dobry, ale nie odkrywczy. Natomiast drugi utwór Midway, opowiadający o legendarnej bitwie morskiej, rozegranej podczas II Wojny Światowej między USA a Japonią, to jest istna energetyczna oraz przebojowa petarda. Swoją drogą pojawił się w kinach bardzo dobry film o tym samym tytule. Także jak ktoś jest fanem kina wojennego. Polecam. Szkoda, że, Sabaton-u nie zaprosili do współpracy. Także Midway, to genialny utwór do nakręcenia się przed pracą, jeśli ktoś ma ją dość stresującą. Oddający instrumentalnie i wokalnie przez Joakima dramatu owej morskiej batalii.

Polski akcent, który oczywiście pojawia się w Uprising. Kompozycja również odpowiednio oddaje realia Powstania Warszawskiego, jest przebojowa, a jednocześnie też dramatyczna. Za to zapewne polscy fani jeszcze bardziej pokochali grupę, a polski fanklub Polish Batalion, zyskał nowych członków. Zresztą moim zdaniem słusznie. Także na razie nie jest źle.

Inna sprawa już jest w przypadku drugiego i ostatniego singla promującego tę płytę czyli – Screaming Eagles. No i tu pojawiają się przysłowiowe ,,schody”. Jak dla mnie pod kątem muzycznym jest on mocno przeciętny, a co najważniejsze za mało przebojowy jak na singiel. Wpada i wypada jednym uchem. Natomiast piąta kompozycja to zupełnie inna historia. Oczywiście mam tu na myśli The Final Solution. Zapewne z racji delikatnej tematyki, która została muzycznie genialnie oprawiona, ten utwór jest moją słabością i najlepszą jak dotąd balladą w dorobku tej grupy. Kolejny utwór Aces In Exile, jest też o Polakach, jak i innych cudzoziemcach biorących udział w Bitwie o Anglię. Jednak muzycznie? Znowu wpada i wypada jednym uchem. Tak samo jest też z Saboteurs. Poruszający tematykę ciężkiej wody i akcji sabotażowej przeprowadzonej przez norweski ruch oporu. Słabo.

Jednak z ósmą kompozycją zatytułowaną Wehrmacht, pojawiają się kontrowersje. Chodzi o tematykę niemieckiego wojska III Rzeszy, czyli Wermachtu. W wielu państwach europejskich, z racji doznanych krzywd, nie został on odebrany pozytywnie, a wręcz przeciwnie. Choć sam w sobie nie wychwala owej armii, najwidoczniej Joakim i spółka przecenili zdolności interpretacyjne części fanów. Zwłaszcza Polaków. Przedostatni White Death jest o najlepszym moim zdaniem snajperze, który stąpał po tej Ziemi i jednocześnie jest jednym z największych bohaterów narodowych dla wszystkich Finów, mówię oczywiście o istnym łowcy żołnierzy radzieckich w czasie wojny zimowej, czyli Simo Häyhä o pseudonimie Biała Śmierć. Tu trashowe riffy to istna magia, tak samo jak solówka gitarowa. Ostatni bardziej rock’n rollowo / metalowo tematycznie Metal Ripper muzycznie broni się bardzo dobrze, zatem fakt luźniejszej tematyki jest do wybaczenia, bo tu jest druga pod kątem technicznym, najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Zamknięcie albumu lepsze niż początek.

Podsumowując to wszystko i dodając coś jeszcze od siebie. Album jest ogólnie dobrą kontynuacją The Art of War, ale z paroma dobrymi patentami. Kontrowersyjną tematyką akurat przeciętnego utworu, jeśli chodzi o muzyczny aspekt – Wehrmacht. Drugi już po 40:1, w dorobku Sabatonu ,,polski hit koncertowy” – Uprising. Ponadczasową balladę, przy której za każdym razem mam łzy w oczach, The Final Solution oczywiście mam tu na myśli. Dający odpocząć od historii samej w sobie, Metal Ripper, no i dwie energetyczne petardy, czyli, Midway oraz White Death. Oczywiście wszystkie te wymienione kompozycje są moimi ulubionymi z tej płyty, do których wracam bardzo często. Reszta jest przeciętna, ale też nie na fatalnym poziomie muzycznym. Krótko mówiąc, w wyniku prostej kalkulacji, album wypada nie najgorzej w moich uszach, chociaż w porównaniu do poprzedniczki, forma spadła prawda Marto? Dla mnie nieco spadła jeśli chodzi o cały krążek, pomimo nieco lepszej okładki.

8/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Allen / Olzon – Worlds Apart (2020)

Najwidoczniej pewni artyści nie lubią próżni twórczej. Wśród nich jest znana z Nightwish oraz The Dark Element – Anette Olzon, która podjęła współpracę z Allenem Russel. Który jest znany przede wszystkim z zespołu Symphony X. Oboje zawiązali projekt Allen/ Olzon i 6 marca 2020 roku wydali album zatytułowany Worlds Apart. Z racji, iż, osoba Anette Olzon nie jest mi obojętna, jestem ciekaw, co z tej współpracy wynikło. Muzyczna tragedia czy cudowne objawienie i wprowadzenie muzycznych innowacji? Słuchając, przekonam się, oraz podzielę się swoimi wrażeniami.

Otwierający Never Die to niby epickość, czyli klimatyczne, nawet trochę przedłużane wejście gitar, a potem partii smyczkowych. Sam wokal Allena brzmi typowo power metalowo, ale na samym końcu strikte heavy. Drugi, tytułowy Worlds Apart to keybordowo/fortepianowy wstęp. Po raz pierwszy pojawia się wokal Anette, choć zdawkowo, bo w duecie z Allenem. Na tym krążku po raz pierwszy, lecz nie ostatni. Prostota w tym dwie solówki gitarowe zadziałały, bo singiel nawet wpada w ucho.

Na I Will Never Leave You Allen trochę przekombinował moim zdaniem z death metalowymi breakami oraz przejściami. Nie tędy droga. Wokalnie Anette natomiast ukazała się w pełnej klasie. What If I Live to kolejny duet wokalny Allena i Anette. Muzycznie wpada i wypada jednym uchem, jak dla mnie. Lost Soul natomiast jak dla mnie, jest najbardziej epicką, we właściwym tego słowa znaczeniu, kompozycją na tej płycie. Do tego thrashowe riffy które można na niej usłyszeć tego nie zaburzają. No Sign of Life nie wyróżnia się znowu niczym szczególnym, zarówno muzycznie jak i wokalnie. Wyraźnie czuć zmęczenie materiału. Sytuację ratuje bardzo dobra ballada One More Chance. Czyżby tytuł nie był przypadkowy? Proszący o danie płycie szansy? Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Sama ballada zawiera w sobie odpowiedni nastrój, więc daje jej duże B. Natomiast już bardziej dynamiczny My Enemy, też od biedy można podciągnąć pod balladę, gdyż zawiera jej kilka cech. Przynajmniej ja tak uważam. Osobisty tekst, gdzie duet dwojga wokalistów jest dopasowany idealnie, a tych momentów na krążku jest mało. Nastrój też, nie kłuci się tu z przebojowością. Who You Really Are też niczym mnie nie zachwyciło. Typowy heavy metal. Przedostatni Cold Inside jako ballada wypada słabiutko, nastoju prawie żadnego, tu wypada małe b. Jak też słusznie myślałem, zamykający płytę Who’s Gonna Stop Me Now był przewidujący. Tylko że, tu twórcy, nie wysilili się nawet aby, dobrze dobrać symfoniczne elementy, przez co dla mnie to zamknięcie było fatalne.

Album Worlds Apart sam w sobie odkrywczy oraz innowacyjny nie jest. To na pewno. Jest z rodzaju tych prostszych, choć pod koniec jako słuchacz byłem już lekko zmęczony i znudzony. Nie wiem, kto pisał poszczególne utwory, oraz czy wszystkie nie były pisane wspólnie. Serio. Jeśli miałbym wskazać te godne uwagi, to byłyby to Never Die, One More Chance oraz My Enemy. Nawet nie jestem do końca pewien, czy, wolę go bardziej, od drugiego już(ale dla mnie słabszego od debiutanckiego) albumu Songs the Night Sings zespołu The Dark Element, ale zbytnie gitarowe popisy, deathowe breaki, a także kiczowatość źle dobranych symfonicznych ozdobników, lub ich całkowity brak, to wszystko sprawia, że, ta płyta jest miszmaszem gatunkowym. W złym tego słowa znaczeniu. Trzy utwory trzymają określoną stylistykę znaną mi z metalu symfonicznego. Na koniec dodam, że, okładka też jest kiczowata. Nie wspomnę już o kosmicznej polskiej cenie tej płyty. Taki materiał to się może ukazywać co rok lub dwa lata, ja zainteresowałem się nim,tylko dlatego, że, jestem fanem poczynań Anette Olzon. Jak zatem wyszła współpraca? Jej skutkiem powstał drugoligowy album, a mnie jeśli już to interesuje pierwsza liga, a przede wszystkim muzyczna ekstraklasa. Także jak dla mnie totalny niewypał, bo nie zamierzam się tym projektem już interesować.

6/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

My Dying Bride – The Angel and the Dark River (1995)

Brytyjski My Dying Bride, zwłaszcza dla fanów doom metalu nie jest obcy. Jeśli chodzi o mnie, szukając nie raz inspiracji, oprócz brytyjskiej grupy Paradise Lost, bardzo intensywnie zasłuchiwałem się w twórczości My Dying Bride właśnie. Szczególne miejsce w moich wspomnieniach ma ich trzeci album zatytułowany The Angel and the Dark River, wydany przez wytwórnię Peaceville Records w 1995 roku, czyli dwie i pół dekady temu. Czy dalej potrafi swoim brzmieniem doprowadzić mnie jednocześnie do stanu mizantropii, zadumy, a jednocześnie zachwytu? Tylko słuchając go, po prawie 10-letniej przerwie będę w stanie to stwierdzić. Nie mogę się doczekać!

Otwierająca album ponad dwunastominutowa kompozycja The Cry of Mankind, jest dalej po części etiudą. Ciągnący się przez wieczność riff gitarowy? Proszę bardzo. Wielokrotne, nie raz trochę przekombinowane partie perkusyjne? Jak najbardziej. Dla podkreślenia, tragizmu przekazu wygenerowano dźwięk harfy z keybordu? Oczywiście, że, tak, co akurat było posunięciem genialnym i prostym zarazem. Pomijając fakt, iż, można doliczyć się chyba przynajmniej trzech różnych solówek gitarowych. Tak czy inaczej, pomimo iż, kompozycja bywa monotonna, to dalej doprowadza moje uchy do stanu zwanego zachwytem.

From Darkest Skies zaczyna się niepozornym basem, któremu zaczynają towarzyszyć bardzo smutne partie skrzypiec. Zastanawia mnie trochę lekko zbyt z manieryzowany wokal Aarona. Skrzypce komponujące się z organami, wprowadzają odpowiedni nastrój, choć dobrą robotę robią też odpowiednie riffy. Black Voyage dalej natomiast mogę uznać za swoistą kontynuację poprzedniego utworu. Sam w sobie po upływie tylu lat nie wywołuje u mnie jakiś większych emocji, ma jakąkolwiek wartość gdy słucha się go podczas odsłuchu całego albumu. Solówki instrumentalne gitar, strzypiec czy nawet perkusji, są godne uwagi, ale nie na tyle, aby uratować Black Voyage jako samodzielny utwór. Niestety.

Fortepianowy początek A Sea to Suffer In jednak dalej doprowadza mnie do stanu uwielbienia. Potem słychać dobrze znany riff z początku płyty, ale pojawiają się też kolejne nieznane, do tego tu perkusja współgra ze skrzypcami, a co najważniejsze z wokalem Aarona. Znowu więc jest dobrze, melancholijnie jak trzeba. Na Two Winters Only gitara akustyczna potęguje refleksyjny charakter, do tego akurat tu minimalistyczny wokal Aarona nadaje się idealnie. Można się w niej zatracić, jeśli ma się odpowiedni nastrój. Natomiast w zamykającym ten krążek Your Shameful Heaven, skrzypce po raz trzeci, prezentują się wręcz obłędnie. Skutecznie wyciskając z nadwrażliwych romantyków kilka łez, przy każdym odtworzeniu, tak się akurat składa, że, osobiście naliczam się do ich grona. Uwadze przejść też nie może jedna z dwóch najlepszych solówek gitarowych na tej płycie.

Krótko mówiąc, jeśli chodzi o wybranie ulubionych kompozycji z tej płyty, to nigdy nie było łatwe. Cała płyta była i jest o tyle specyficzna, że najlepiej słuchać ją w całości, lecz jeśli chodzi o najlepsze momenty, to oczywiście otwierający, The Cry of Mankind, czwarty A Sea to Suffer In , oraz ostatni Your Shameful Heaven. Czy owy album dalej potrafi jednocześnie zachwycić i doprowadzić do stanu mizantropii? Owszem i to bardzo umiejętnie, jednak czas, sprawił, iż, nie jest już dla moich uszu tak doskonała, jak to było w pierwszej gimnazjum, kiedy to pierwszy raz słuchałem jej na własnym discmanie, a potem wieży aiwa, w domowym zaciszu. Może też dlatego, że, od 2006 roku wydanych zostało również wiele dobrych płyt z gatunku gothic/doom. Tak czy inaczej, moim zdaniem, The Angel and the Dark River, nie wiele stracił na swojej wartości muzycznej, pomimo upływu dwudziestu pięciu lat, od jej wydania, a w moim przypadku po ponad dziesięcioletniej przerwie od wielokrotnego jej słuchania, aby ponownie w tym roku znowu do niej wrócić, z racji, chociażby iż w tym roku wydali swoją najnowszą płytę, którą też zamierzam przesłuchać. Jeśli ktoś szuka albumu, aby rozpocząć swoją przygodę z gatunkiem gothic/doom, ten album mogę śmiało polecić.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Midnight – Rebirth by Blasphemy (2020)

Ostatnio dość pozytywnie wypowiedziałem się na temat debiutu amerykańskiego zespołu Midnight z 2011 roku zatytułowanego Satanic Royalty, twórcy połączenia black’n’rolla ze speed metalem. Teraz z niecierpliwością biorę na odsłuch premiery najnowszego albumu Midnight, zatytułowanego Rebirth by Blasphemy, wydanego przez Metal Blade Records 24 stycznia 2020. Akurat byłem wtedy w stolicy, co nie przeszkodziło mi zapoznać się wielokrotnie z tym krążkiem. Czy Rebirth by Blasphemy, okaże się równie dobry jak debiut? Zaczynamy

Fucking Speed and Darkness to dobry speed połączony z thrashowymi rifffami oraz dynamiką. Oprócz tego Athenar dostarcza bardzo dobrą solówkę. Jak na utwór otwierający jest bardzo dobrze. Piekielne baterie zaczynają się ładować jeśli o mnie chodzi. Nieodzowną kontynuacją wcześniejszej kompozycji jest oczywiście tytułowy Rebirth by Blasphemy. Prędkość jest dalej podkręcona, choć nacisk jest bardziej na thrash niż speed, lecz przejścia robią swoją robotę. No i oczywiście solówka gitarowa obowiązkowa musi też być. Więcej black’n’rolla który lubię, usłyszeć można, natomiast na Escape the Grave oraz Devil’s Excrement.

Bardzo intrygująca natomiast perkusja rozpoczyna piąty na tym krążku Rising Scum. Gitara jest też trochę przytłumiona. Krzyki Athenara połączone z jego już klasycznym wokalem też robią dobry efekt. Jest to bardzo dobry refleksyjny utwór. Pozwalający trochę odpocząć.

Na Warning from the Reaper wracamy do piekielnie rozpędzonego black’n’rolla. Zresztą sam żniwiarz nas przed nim ostrzega. Nawet poprzez jedną z dłuższych solówek gitarowych na tym piekielnym krążku. Dalej jest już tylko bardziej diabelsko. Ponieważ przez kolejne cztery utwory Cursed Possessions, Raw Attack, The Sounds of Hell oraz You Can Drag Me Through Fire , piekielny black’n’roll trwa do samego końca. Dostarczając moim uszom, w międzyczasie kilku solówek oraz perkusyjnych popisów autorstwa jednoosobowego mistrza piekieł, czyli Jamiego Waltersa ,,Athenara”. Czekam aż, Midnight przybędzie do Polski promować ten krążek, który nie ma słabych punktów, bo jest kompletną i spójną całością. Jak dla mnie Rebirth by Blasphemy jest taka, jak być powinna, trochę innowacyjna, ale przede wszystkim odrodzeniem smolistego black’n’rolla, którego autor miał gdzieś ograniczenia prędkości, gdyż jak zawsze wszystko bluźnierczo pisał dla samego Lucyfera. Zresztą teksty mówią same za siebie. Ocena tego arcydzieła więc może być tylko jedna. Zakładać więc słuchawki i słuchać Rebirth by Blasphemy dla samego Lucyfera. Ja będę to robił dobre parę miesięcy.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Children Of Bodom – Something Wild (1997/1998 )

Ostatnio słychać tylko złe wieści z obozu Children of Bodom. Okazało się bowiem, iż zespół uległ rozwiązaniu i muzycy chcą realizować się w zupełnie innych projektach. Dziś sentymentalnie wrócę do ich pamiętnego debiutu Something Wild, w Finlandii wydanego 16 listopada 1997, a na świecie 28 sierpnia 1998 roku. Czy po prawie 22 latach coś się zmieniło? Może niektóre utwory dostały nowe życie? Nie przesłuchując gruntownie, tego krążka się nie przekonam.

Deadnight Warrior już od samego początku, chociażby przez dźwięki pioruna, wprowadza nastrój rodem z horroru. Piekielnie szybka solówka Alexia, sprawia, że, cała kompozycja jest bardzo dynamiczna. Na sam koniec dorzucona zostaje druga solówka autorstwa oczywiście Alexia. In the Shadows otwiera natomiast bardzo wyraźna partia gitary basowej. Do tego partie keyboardu, są tu też dopasowane idealnie. Co bardziej interesujące wokal Alexia, jak dla mnie jest tu bardziej blackowy, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Do tego potem w połowie gitary zaczynają tzw. rzeź, upiększoną potem keybordowym dźwiękiem klawesynu a na sam koniec organów.

Pierwsza część Red Light in My Eyes jest bardziej nastrojowa, choć później to zostaje trochę zaprzepaszczone. Przynajmniej dla mnie, nawet w drugiej części, gdzie jest bardziej wirtuozersko pod kątem gitarowym oraz bardziej heavy metalowo, jeśli chodzi o gatunki. Mimo to w obu kompozycjach wokal Alexa, jest zbyt surowy. Piąty Lake Bodom jest już strike heavy, położony jest nacisk bardziej na gitarowy aspekt popisów Alexia, gdzie keyboard jest na zupełnie drugim planie, to akurat źle. Przedostatni The Nail chociażby przez wprowadzającą deklamację, potrafił przyprawić o mały dreszcz przerażenia, a to akurat dobrze, bo pomału zaczynało wiać ewidentnie nudą. Mimo strachu, tu też jednak wokal jest niedopracowany. Z gitarami jest znacznie lepiej, to tu znajduje się moim zdaniem solówka z tej płyty. Zamykający płytę Touch Like Angel Of Death pomimo iż ma ponad siedem minut, wokalnie jest chyba najbardziej dopieszczonym utworem. Oprócz tego partie keyboardu też są idealne, tak samo jak gitarowe popisy Alexia.

Jeśli chodzi o Something Wild, nie interesowały mnie covery, takich zespołów jak Slayer, Scorpions czy Sepultura, które znalazły się na tym krążku. Całą uwagę poświęciłem autorskim kompozycją, do których powróciłem znowu po paru latach przerwy, dokładnie siedmiu. Jak na tamte czasy, czyli ponad dwie dekady temu, nie był to doskonały materiał. Wokal Alexia przede wszystkim potrzebował dopracowania, zespół bowiem eksperymentował z trzema gatunkami: heavy metalem (tu akurat Alexi odnalazł się ze swoją gitarą i popisami) , black/death metalem z elementami grozy (mam tu na myśli złowrogie partie keyboardu). Czy coś się zmieniło u mnie jeśli chodzi o ten krążek? Owszem. Z perspektywy czasu Something Wild, ukazał niedoskonałości zespołu oraz w jakich obszarach muzycznych prowadzili poszukiwania własnego brzmienia. Czy to dobrze? Moim zdaniem jak najbardziej, od tego są bowiem błędy, aby się na nich uczyć prawda? Mimo paru mankamentów znalazły się z tego krążka utwory, które dostały ode mnie tzw. drugie życie. Mam tu na myśli The Nail oraz Touch Like Angel Of Death. Na koniec stwierdzę jeszcze jedno, jak na debiut nie było wielkiej tragedii.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Kategorie
Bez kategorii

Five Finger Death Punch – F8 (2020 )

Dawno nic z USA nie słuchałem, jednak do czasu. Wczoraj bowiem miał premierę ósmy studyjny albumu amerykańskiej heavy metalowej grupy, zatytułowany po prostu F8. Skusiłem się też na niego przez namowę Wiktora. Czy jest rzekomym odrodzeniem grupy, jak go określa jej frontman? Chętnie się przekonam. Uprzedzam, że, z Five Finger Death Punch do czynienia miałem tylko jeśli chodzi o pojedyncze utwory, więc będzie tym bardziej interesująco.

Tytułowy F8 okazuje się symfonicznym intrem, z marszówką w tle. Nic specjalnego. Otwierający Inside Out okazał się jednocześnie też, pierwszym z trzech singli promujących. Cóż, corowe, a raczej deklamacyjno – raperskie dokładniej, są na odpowiednim poziomie jeśli chodzi o Ivana Moodyiego. Wokal wspierający też daje radę, choć muzycznie jest tylko p, bo przeciętnie, jednak szybka solówka nie jest jakaś wybitna. Kolejny singiel Full Circle zaczyna się zbyt elektronicznie jak dla mnie. Przebojowości odmówić mu nie można, ale jednak za dużo elektroniki mimo wszystko. Natomiast trzeci i ostatni z singli Living The Dream zaczyna się fajnie jeśli chodzi o riffy. Potem dobre przejścia i zmiany temp, dobre breaki, a do tego wokal też nie jest przesadzony, wychodzi na to, że okazuje się najlepszy z tej całej trójki singli. Serio.

A Little Bit Off jest niby balladą, ale najwidoczniej nie dla mnie. Po pierwsze rozumiem kwestię akustycznej gitary nastroju i tak dalej, ale w tym utworze tego nastroju czy nawet refleksyjności samej w sobie ewidentnie nie ma, albo ja jej nie znalazłem. Wleciał jednym i wyleciał drugim uchem. W szóstym Bottom Of The Top duet wokalny jest wykonany perfekcyjnie. Do tego jest wreszcie więcej groove metalu. Gitarowy popis, krótki, ale jednak też wypada nie najgorzej. Na To Be Alone riff otwierający też jest odpowiedni. Do tego partie perkusyjne, a potem szybsza, lecz dłuższa solówka splatają się w jedną spójną całość. Mother May I (Tic Toc) można określić w sumie jako tykającą bombę, tylko zamiast spodziewanej atomówki, otrzymałem plastik, do tego niepierwszorzędny. Szkoda, naprawdę szkoda. Sytuacji nie naprawił nawet nie najgorszy breakdown i solówka. Darkness Settles In jest drugą balladą na tym albumie. Tylko tu jest coś takiego jak nastrój, a do tego nie byle jaki tekst.

This Is War zaczyna się intensywnie, co akurat mnie cieszy. Jest na tyle przebojowy, że głowa sama mi się rwie do headbangingu. Muzycznie jest dobrze, bo znowu więcej groove metalu, choć ta heavy metalowa cześć z gitarowymi popisami ujdzie w tle. Leave It All Behind to dalej przeważający groove z rapującym Ivanem, oraz powtarzające się breaki. Przedostatni Scar Tissue jest bardziej dynamiczny, a jednocześnie przebojowy, zły nie jest. Natomiast ostatni Brighter Side Of Grey jest trzecią balladą, która znowu, niby jest, ale dla mnie nie spełnia odpowiednich kryteriów. Dwa bonusy, czyli Making Monsters oraz Death Punch Therapy okazały się lepszym zamknięciem tego krążka, od wcześniej wspomnianej przeze mnie pseudo ballady w postaci Brighter Side Of Grey

Dodając jeszcze kilka słów na koniec, chcę podkreślić, że wrażenia mam mieszane. Dlaczego? Głównym powodem jest fakt, że, heavy metalu, który niby miał być, na tym krążku prawie że nie ma, a jak jest to w postaci umieszczonych na siłę riffach lub solówkach. Przykład? Proszę bardzo, chociażby Inside Out, Full Circle czy Living The Dream. Tu też mamy inny przykład. Jak złe okazują się single, bo te single są najgorszymi utworami na całej płycie, no może oprócz dwóch pseudo ballad w postaci A Little Bit Off oraz Brighter Side Of Grey. Jeśli miałbym wybrać trzy naprawdę dobre kompozycje, to wskazałbym te groove metalowe. Czyli Bottom Of The Top, To Be Alone oraz Scar Tissue, a no i dwa bonusy Making Monsters i Death Punch Therapy . Mimo paru plusów płyta F8 ma zbyt mało dobrych momentów, żebym ocenił ją jednak wyżej, niż finalnie zamierzam. Moje odczucia po trzech solidnych przesłuchaniach się po prostu zrównoważyły, ale mimo to jest nieco rozczarowany. Jak dla mnie bowiem nie jest to jakieś wielkie zapowiadane odrodzenie.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10