Kategorie
Bez kategorii

Knieja – I-V (2020)

W Polsce, po raz drugi natrafiam na tajemniczy zespół. Dość sporą do tego. Jest nią krakowska Knieja. Zespół stworzony przez nieznanego, przynajmniej mi Ad Tara. 25 stycznia 2020 roku jednoosobowy zespół Knieja wydał mini album zatytułowany po prostu I-V. Chcę się przekonać, co kryje w sobie ten mini album.

I to dość dynamiczne otwarcie. Choć z czasem jest powtarzane, dopiero potem dodany inny riff, który trochę przypomina trąby. Mimo to jednak można poczuć swą obecność w lesie. W II idę dalej przez ten ,,Las” jednak mając dość mieszane odczucia. Ta kompozycja jest rozczarowująca, bo nie dostałem tego, czego nie znałem już kiedyś. III znowu jest intensywniejsza. W końcu jestem w owej kniei. Pod koniec IV usłyszałem wreszcie stemple, te odpowiadające miejscu w którym jestem. Dzięki temu się na moment zatrzymałem, aby pomyśleć. Ostatni utwór V znowu przypomniał mi gdzie jestem.

Cóż, powiem wprost, po informacji o tym, że, mam do czynienia z instrumentalnym albumem. Oczekiwałem czegoś więcej. Zamiast gęstego lasu, ze zwierzyną, czym knieja powinna być, okazało się, że, wybrałem się na spacer do lasku. Może ze skałami, ale jednak. Jak dla mnie Ad Tar się niczym szczególnym nie popisał. Co ciekawe okładka to stary obraz autorstwa:Wojciecha Gersona ,, Zwał skalisty w Dolinie Białej Wody w Tatrach” z 1892 roku. Jak dla mnie drugie z największych blackowych rozczarowań tego roku. Zachęcam do wyrażenia swojej opinii innych. Jak dla mnie Knieja nie prezentuje jakiegoś olbrzymiego potencjału.

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Rammstein – Herzeleid (1995)

Dziś wracam do twórczości, jednych z pionierów indrustial metalu, niemieckiego zespołu Rammstein. Do ich debiutu wydanego 29 września 1995 roku, czyli jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Zatytułowanego Herzeleid. Ja miałem z nim pierwszy kontakt muzyczny w 2002, czyli osiemnaście lat temu. Czy nadal ma w sobie to ,,coś”? Czy lista ulubieńców ulegnie zmianie? Czym w swojej muzyce zjednali sobie tak ogromną ilość fanów? Odpowiedzi oczywiście po przesłuchaniu. Zaczynamy!

Już po samym tytule pierwszego utworu, można było się czegoś spodziewać. Ognia! Do tego to krótkie, lecz umiejętnie budujące napięcie intro. Keyboard i perkusja (marszówka i nie tylko) Majstersztyk! Potem wchodzą dynamiczne riffy do tego wszystkiego. Do tego wokal Tilla. Ni to scream, ni to growl. Powiem szczerze, że kiedyś przy pierwszym kontakcie, było to dla mnie coś nowego. Innego. Wokale wspierające potęgowały to wrażenie. Jeszcze w trakcie sampel bądź dźwięk przeładowania broni. A w trakcie frazy, które utkwiły w mojej młodej wtedy jeszcze głowie:„ Sex ist eine Schlacht/Liebe ist Krieg /Sex ist eine Schlacht, ja/ Liebe ist Krieg’’. Do tego na sam koniec manifest: ,, Rammstein/ Rammstein/Rammstein!’’. Dalej Wollt Ihr Das Bett In Flammen jest dla mnie jednym z kultowych utworów tej grupy.

Der Meister kontynuuje energetyczną burzę. Choć tu riffy mogą po upływie czasu podchodzić nawet lekko pod thrashowe. Takie jest moje wrażenie. Nie jest on moim ulubionym, lecz zły też nie jest. Sposób, w jaki został napisany, oddaje, iż, jak słyszę jego fragment, to od razu nucę: „Es kommt zu euch / Es kommt zu euch / Es kommt zu euch / ’’ …

Weisses Fleisch ma elektroniczny wstęp , znowu zapowiadający brak nudy. Energia jest bowiem odpowiednio dawkowana. Krótki nawałriffów, potem częściowy spokój, a następnie powtórka. Lecz tu mamy do czynienia z pierwszą solówką gitarową. W sumie całkiem nieźle. Do tego ten tekst. ,, Jetzt hast du Angst und ich bin soweit/ Mein krankes Dasein nach Erlösung schreit/ Dein weisses Fleisch wird mein Schafott/ /In meinem Himmel gibt es keinen Gott. ’’. Tu ponownie zostaje oddany motyw tytułu album, czyli Ból Serca.

Na Asche Zu Asche, znowu sinusoida dynamiki. Pierwsza do tego solówka na keybordzie. Potem słychać uspokojenie za pomocą basu. Ja dalej śpiewając w kółko : „Asche zu Asche / Und Staub zu Staub / Asche zu Asche /Und Staub zu Staub ”. Poziom oczekiwań całkowicie spełniony.

Natomiast z kompozycją Seemann, nadal mam ten sam problem. W założeniu ballady, chociaż w pewnym stopniu powinny urzekać, albo sprawiać, aby słuchacz coś poczuł. Ja poczułem dwie rzeczy: Najpierw ulgę, a potem zniecierpliwienie. No niestety Seemann Wam nie wyszedł, w moim odczuciu. Pomimo przerwy z mojej strony, a nie słuchałem go od 2007 roku, tak przynajmniej pamiętam. Szkoda.

Przy pierwszych dźwiękach Du Riechst So Gut, samoczynnie na mojej twarzy zagościł uśmiech. Nie przeszkadza mi zupełnie powrót do znanego schematu. Trochę inne riffy oraz elementy elektroniczne. Nie szkodzi jednak bo mimo to, dalej jest wśród moich ulubionych. Zatem: ,,Du riechst so gut/ Du riechst so gut /Ich geh dir hinterher”.

Można zrobić wolniejszą kompozycję, posiadającą trochę więcej corowych elementów? Można. Das Alte Leid to właśnie udowadnia. Cieszy fakt, iż, nie jest balladą. Tylko jednym z tych, przy których można odpocząć. Mimo to ma swój urok. Flake miał tu tez swój moment na popisy , jak również gitarzysta Richard Kruspe. Tylko nadal nie rozumiem co zespół, miał na myśli. Dodając jako sampel płacz dziecka? Uwypuklić przekaz? Być może.

Heirate Mich, to deklamacja Tilla, którą osobiście znam na pamięć. Tekst jest dla jednych poważny i romantyczny zarazem , a ale drugich mocno ironiczny. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy ludzi. Muzycznie wszystko, co znane nie jest mi obce. Elektronika mocno współgra ze wspomnianą wcześniej deklamacją, a riffy dobrze oddają dramatyzm sytuacji. Z ciekawostek utwór ten został użyty w filmie pod tytułem Zaginiona Autostrada. Heirate Mich to nadal jeden z moich ulubieńców.

Tytułowy Herzeleid, to mocny akcent Tilla, z ponownie mocno corowym zacięciem. Na wyraźne sylabizowanie tekstu wokalista też położył nacisk, aby podkreślić przekaz. Kiedyś to robiło większe wrażenie, teraz trochę mniej. No nic efekt czasu. Szkoda.

Laichzeit to kolejny hit, który ma w sobie, to co lubię. Odrobina partii keybordku i potem od razu energia z gitar i petardy. Zmiany temp? Owszem. Budowanie napięcia? Jak najbardziej. Kontrowersyjne miłosne metafory dozwolone ,, Od lat osiemnastu”? Oczywiście! Jeden z lepszych popisów Richarda? Proszę bardzo. Zadowolony śpiewam zatem: „Die Mutter hat das Meer geholt/ Laichzeit / die Schwestern haben keine Zeit /Laichzeit /der Hund steht winkend am Gestade /Laichzeit /der Fisch braucht seine Einsamkeit Laichzeit’’. Dodam też, iż przez ten utwór parę razy w szkole na zajęciach z języka niemieckiego zostałem upomniany, przez nauczycielkę za używanie niestosownego języka. Niemieckiego oczywiście.

Zamykający utwór Rammstein, znowu buduje to napięcie. Skutecznie. Cięższe riffy wraz z perkusją, do tego Till znowu sylabizujący, lecz połączenie tego wszystkie nadal daje z……y efekt. Zakończenie z tak zwanym hukiem. Do tego tu znajduje się najlepsza jak dla mnie solówka gitarowa na tej płycie.

Herzeleid jako płyta, była i jest jedną z najlepszych z dorobku grupy Rammstein. Lista najlepszych kompozycji zmianie nieuległa i jest to osiem z jedenastu numerów z listy. To o czymś świadczy. Pomijam oczywisty fakt, że Rammstain zrobił też, coś, czego nikt inny przedtem. Dorzucił ogromną dawkę pirotechniki do swoich występów, co sprawiło, podnieśli jakoś koncertów na nieznany wcześniej poziom. Oprócz tego Rammstein był jednym z kilku zespołów, dzięki któremu, mój niemiecki, może był na poziomie dostatecznym, ale tylko przez zaspokajanie ciekawości sensu, jaki za sobą niosły teksty tej grupy. Jeśli jakimś cudem ich nie znacie to ,nie zwlekajcie zbyt długo. Naprawdę warto!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

An Evening With Knives – Sense Of Gravity (2020)

Dziś, po raz pierwszy zawitałem do Holandii. Zespół, na który natrafiłem to An Evening With Knives. 6 marca 2020 roku wydali oni swój drugi album zatytułowany Sense Of Gravity, nakładem Agronauta Records. Osobiście jestem ich bardzo ciekaw, bo spotkałem się ze skrajnymi o nich opiniami. Nie wiem, czy ich autorzy słuchali najnowszego albumu, lecz ja zamierzam to zrobić. Czy doom z Holandii mnie zachwyci? Na to liczę. Jak się okaże w praktyce? Czas się przekonać.

Już na otwierającym Sacrifice, słyszę ewidentne stonerowe brzmienie. Typ wokalu też wydaje mi się znajomy, choć przekazu emocjonalnego w nim nie brak. Co akurat jest atutem. Dominuje też znacznie bardziej spokojne tempo, bez skrajności, co nie znaczy, że, nie ma tzw. momentów zwrotnych. Gitary je doskonale określają. Po prostu w moim mniemaniu cały utwór jest lżejszy, niż zakładałem, ale to akurat również zaskoczenie bardziej na plus, niż minus. Przy przejściu pojawia się godna uwagi solówka. Potem znowu spokój i nagle nie wiadomo skąd znowu zwrot akcji. Jestem pod wrażeniem.

W Escape nacisk jest położony na bas. Co daje pewnego rodzaju wytchnienie. Lecz potem pojawia się, jak dla mnie lekko jazzowy break down. Jest też więcej doomowych elementów, co ja przynajmniej słyszę po partiach perkusji. Równolegle natomiast słychać dalej w innych riffach gitarowych, a potem bardziej melodyjna solówka będąca połączeniem heavy i stoner metalu, jak dla mnie. Jedna z lepszych na tej płycie. Na samym końcu genialny break down, gdzie doom spotyka death.

Początek Levitate, brzmi jak dla mnie bardzo podobnie do basu z Right Now, zespołu Korn. Ma trochę inspiracji nu-metalowych, pomimo dalej lekko jazzujących riffów w tle. Moment uspokojenia jest fajny, bo jest ewidentnie słyszalny, przez co można docenić kunszt perkusisty. W Turn The Page wkrada się rutyna. To, co poznałem wcześniej, choć solówka gitarowa nie jest zła. Lecz nawet w wokalu jakby zabrakło tych emocji. Tutaj zostaje zaburzona równowaga, muzycy bardziej skupili się na samej muzyce, niż na przedstawieniu poprzez muzykę, napisanego przez siebie tekstu tego utworu, a szkoda.

On Your Own okazuje się spokojniejszy. Przynajmniej na samym początku, napięcie widać jest skutecznie budowane stopniowo. Muzycy dają pełen popis swoich umiejętności. Jednocześnie można się przy tej kompozycji zrelaksować. Minimalizm wokalny udowadnia, że wyrażanie ich, poprzez śpiew, we właściwy jak na moje uszy sposób, powrócił. Co mnie cieszy. Miałem już pewne obawy, w jakim kierunku będzie szedł ten album.

Przedostatni Endless Night jest wydanym wcześniej osobno singlem. Czy spełnił swoją rolę? Szczerze? Nie wiem. Lecz powiedziałbym, że, oprócz długiej, ale bardzo dobrej solówki. Jest na Endless Night zawarta prawie cała esencja An Evening With Knives, pomijając ich nieprzewidywalność, więc chyba spełnił. Utwór sam w sobie zły nie jest, choć pod sam koniec odrobinę wirtuozerii też słychać. Kończący za to album Every Ordinairy Day, spełnia swoją rolę bardzo dobrze. Tu bowiem ekspresja wokalisty jest też odpowiednia. Muzycznie też jest odpowiednio, bo w pewnych momentach nawet transowo, przynajmniej dla mnie.

Czy holenderski An Evening With Knives mnie zachwycił? Owszem. Moją uwagę przykuł zapewne na dość długi czas. Cały album jest spójny muzycznie, lecz niestety lirycznie nie zawsze jest zachowana równowaga. Marco serwuje jak na swoje możliwości i unikalny trochę typ wokalu, wiele emocji, a przynajmniej robi co w jego mocy, co ewidentnie słychać. Ja przekonuje się, że, jednak Ivo jako perkusista więcej niż, daje radę. Najlepsza solówka na płycie? Ewidentnie Escape. Mankament, czyli Turn The Page, jest w porównaniu do całości płyty Sense Of Gravity, tak mały, że do zniesienia. Album to ewidentne arcydzieło. Gorąco polecam, ja będę do niego wracał. Do tego ta prosta, a z…….a okładka! An Evening With Knives dobra robota. Czekam na wasz koncert w Polsce. Na pewno się na nim pojawię!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Oranssi Pazuzu – Mestarin Kynsi (2020)

Dawno nic z Finlandii nie słyszałem. Tak się akurat złożyło, że, wszędzie w muzyce algorytm pewnej aplikacji proponował mi Oranssi Pazuzu. Fińską grupę grającą ponoć psychodeliczną odmianę black metalu. Co ciekawe, 17 kwietnia 2020, wydali oni swój piąty album Mestarin Kynsi, nadkładem Nuclear Blast. Czy okaże się aż tak dobry? Krążą bowiem różne opinie na temat tej płyty, więc tym bardziej chętnie wyrobie sobie własną.

Pierwszy utwór Ilmestys, już wieje grozą. Do tego przyczynia się gitara akustyczna, połączona z basową. Doskonale budująca napięcie. Minimalizm perkusji też jest temu bardzo pomocny. Wreszcie pojawia się wokal. Choć bliżej mu do deklamacji. Stemple dokładają się do efektu. Jednak mimo wszystko nie jest odkrywczy. Potem dochodzi jeszcze tzw. noise. Znany mi trochę ze stylu granego między innymi przez Cult of Luna. Nie zostałem powalony na kolana, ale kompozycja, sama w sobie zła nie jest.

Tyhjyyden sakramentti, do początkowe uspokojenie. Te Stemple są podobne do tych wykorzystanych w jednym z klasyków polskiego kina. Dokładnie w filmie Seksmisja, kiedy to główni bohaterowie (Albert i Maks) uciekając przed funkcjonariuszkami Ligi, natrafili w podziemiach, na prześladowane; ,,koczowisko” Dekadencji. Na co nigdy nie zwróciłem uwagi. Owe przedstawicielki, grały muzykę, którą można by uznać za noise, po części, ale jednak. Kto oglądał, ten wie, o czym mówię. Z gitar bowiem można wychwycić wcześniejsze brzmienie lat siedemdziesiątych. Zwłaszcza kiedy pojawia się dynamiczniejszy fragment. Co do całości kompozycji, tu już zespół postarał się bardziej.

Uusi teknokratia jest znowu z tych utworów, które ukazują to czego się można po grupie spodziewać. Dlatego jako singiel się sprawdził. Jednak jeśli chodzi o płytę, to jest nieco inaczej. Jest na nim bowiem trochę więcej dynamiki oraz inne stemple. Na ich szczęście dobrze dobrane. Choć od Ilmestys jest przez to lepszy. Dobra przyznaję, Uusi teknokratia jest lepszy, bo na płycie mamy jego pełną wersję.Przez trzy minuty faktycznie można mieć wrażenie, zanurzenia się w bezdennej otchłani. To ostatecznie przeważyło na korzyść tego utworu.

Oikeamielisten sali to trochę inne riffy, ale swego rodzaju powtórka z rozrywki. Pozwala na dalszą ,,podróż”, jednak to nie to samo. Nawet rytm, pomimo usilnych starań nie wprowadza mnie już w ,,ten” stan, w jakim byłem, słysząc, chociażby wcześniejsze Uusi teknokratia. Słabo oj słabo. Tu mam tylko pochodną a One mnie nie interesują. Tym bardziej że pod koniec tego noisu jest k…a za dużo!

Przedostatni Kuulen ääniä maan alta, zaczyna się od sampli i noisu. Tutaj jednak perkusja wreszcie wybija dobry dla mnie rytm. Nawet wokal jak ja mnie jest tu odpowiedni, co jest dobrą oznaką. Potem jednak znowu jednak zespół wszystko z…..! Macie jednak k…a szczęście. Bowiem wachlarz stempli, jaki zaserwowaliście, uratował to co sch……….e !

Zamykająca kompozycja Taivaan portti, zaczyna się z mocnym akcentem. Pozostawiając mnie całkowicie zdezorientowanym! Tak nie wolno. Choć dawno tak nie miałem z drugiej strony. Ta skondensowana dawka noisu, a prędzej post metalowych dźwięków, wyrwała by z jakiegokolwiek stanu, nawet umarłego. Jednak mimo wszystko tu było tego za dużo, choć z czasem było ciszej. To jednak zabrakło równowagi.

Sama płyta Mestarin Kynsi, jest niejednoznaczna. Album sam w sobie jest spójny. Jednak tutaj mogę wskazać dwie kompozycje, do których ewentualnie może kiedyś wrócę, są to Uusi teknokratia (wersja z płyty) oraz Kuulen ääniä maan alta, z najlepszym zestawem stempli autorstwa Evil-a. Reszta jest taka sobie i jako samodzielne utwory się nie sprawdza. Jeśli nie jest się fanem grupy, albo słucha się ich pierwszy raz, to można się zachwycić lub przejść obojętnie. Mnie bliższa jest druga opcja. Jednak jako całość album jest bardzo spójny. Jeast on również psychodeliczny, lecz nie aż tak, żebym był oczarowany. Gdyż nie jestem. Bliżej mi do rozczarowania się, choć stan, w jakim byłem po przesłuchaniu tego albumu, określę jako ,,neutralny” z lekką namiastką dezorientacji. Mimo wszystko grupa ma swój unikatowy styl, który jednych zachwyca innych nieco mniej. Chociażby przez to warto się z tym krążkiem zapoznać.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Kamelot – Eternity (1995)

Z racji powrotu mojego zamiłowania do power metalu i jego pochodnych, po dłuższej przerwie ponownie wziąłem się za amerykański zespół power/heavymetalowy Kamelot. Wybór padł na jego debiut Eternity, wydany przez Noise Records 23 sierpnia 1995 roku, czyli równe dwadzieścia pięć lat temu. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? No i czy lub w jakim stopniu zespół muzycznie ewoluował? Kilka przesłuchań i przynajmniej dla mnie to będzie na tyle jasne, aby udzielić jednoznacznych odpowiedzi.

Pierwszy kawałek, tytułowy Eternity, ma pompatyczny symfoniczny wstęp, co skutecznie przykuwa uwagę, później natomiast pojawia się riff otwierający. Kiedyś sam utwór wydawał mi się nijaki, może dlatego, że byłem dość mocno zakręcony na punkcie innych zespołów, kiedy w 2005 roku parę płyt Kamelota pojawiło się na moim discmanie. Dziś solówka oraz zmiany tempa, niepozwalające jednoznacznie go zakwalifikować, no i oczywiście bardzo dobry wokal Marka Vanderbilta sprawiają, że Eternity ponownie trafia na moją playlistę. Bardzo dobry numer otwierający płytę. Black Tower również nie jest gorszy. Zwiększona jest oczywiście dynamika samej kompozycji, pojawia się też więcej dobrych gitarowych popisów Thoma.

Na Call of the See słyszę riff, który wydaje mi się znajomy. Serio, albo to inny zespół inspirował się tym utworem, albo na odwrót. Tak czy inaczej, jest bardzo chwytliwy. Kolejna dobra solówka Thoma. Tu znowu przebojowość oraz budowanie napięcia wygrywają i mam kolejnego nowego ulubieńca z tego albumu. Jest bardzo dobrze. „The see is calling me!”. Równie dynamicznemu Proud Nomad też nie mam nic do zarzucenia, gdyż pomimo przewidywalności pewnego rodzaju różnorodność riffów gitarowych autorstwa Thoma nie pozwala mi się znudzić. Co ciekawe, mam wrażenie, że Red Sands jest swego rodzaju kontynuacją poprzedniego utworu. Jeśli nie liryczną, to muzyczną, bo zaczyna się z tak zwanym przytupem, do tego chyba pierwszy raz słyszę w nim wokal wspierający Thoma. Tu też jest jedna z czterech najlepszych jak dla mnie solówek na tej płycie, co z miejsca klasyfikuje Red Sands jako mój trzeci „nowy” ulubiony utwór z tego albumu. Z One Of The Hunted mam podobnie. Kiedyś wydawał mi się taki sobie, bez jakiegoś szału, a teraz wręcz przeciwnie. Krótko mówiąc, pierwsza połowa albumu Eternity jest rewelacyjna!

Z Fire Within jest odrobinę gorzej, bo z jednej strony może być to ballada, a z drugiej utwór balladopodobny. Zakładając, że mam do czynienia z balladą, to ratują ją tylko nastrojowe partie gitarowe, bo słuchając tekstu, jakoś nie poczułem potrzeby refleksji czy też wzruszenia. Warbird natomiast jak szybko wlatuje, tak wylatuje. Jeśli chodzi o dobrą balladę, a przynajmniej lepszą od poprzedniej, to jest nią What About Me. Tu wokal jest jednoznacznie ukierunkowany, tekst też jest refleksyjny, więc nie jest może genialnie, ale tragedii nie ma. Etude Jongleur jest instrumentalnym przerywnikiem przed zamykającym płytę The Gleeman, który swoją rolę spełnia po latach znakomicie. W porównaniu do moich nowych ulubionych kompozycji jest przebojowy, choć już bardziej przewidywalny (co w jego przypadku nie jest zarzutem),a partie keyboardowe są w nim wręcz magiczne.

Podkreślę to jeszcze raz: o dziwo, czas okazał się bardzo łaskawy dla debiutanckiego albumu Kamelotu. Dowodzi to, że nawet po latach można zostać pozytywnie zaskoczonym. Sam zespół oczywiście ewoluował, dodając trochę więcej elementów symfonicznych do swoich następnych płyt. Jak dla mnie z perspektywy czasu ten konkretny debiut można uznać za bardzo udany. Sam żałuję, że nie od niego zaczynałem swoją przygodę z amerykańskim Kamelot. Czy powrócę do następnych płyt tego zespołu? Sam nie wiem, możliwe, że tak. Na chwilę obecną Eternity staje się dla mnie ulubionym albumem Kamelotu, pomimo iż znam ich późniejsze dokonania.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Czort – Apostoł (2020)

Polski Śląsk jest drugą ,,Skandynawią”, jeśli chodzi o black metal. Przynajmniej dla mnie. Czemu tak jest? Jest ku temu wiele powodów. Wiadomo mi jednak, że jest to tylko moje zdanie. Ja dziś, wedle polecenia mojej dobrej przyjaciółki. Tak, ,,Tej zagorzałej fanki Satyricona”, zabiorę się za drugi album zespołu Czort. Płyta nosi tytuł Apostoł. Została wydana 30 kwietnia 2020 roku przez Under the Sign of Garazel Productions. Sam tytuł płyty już jest przewrotny. Jak będzie z muzyką? No cóż, czas się przekonać.

Sam tytuł wstępu. Oczywiście chodzi o pierwszy utwór. Manicheistyczny Dualizm Wszechświata. Udowadnia jedną prostą rzecz, black metal nie jest dla głupich ludzi. Czemu? Niech ten kto, bez zaglądania do przeglądarki google, wiedział co to, jest manicheizm? Ja się domyślałem, ale i tak sprawdziłem, dla pewności. Prosty i banalny wydaje się sam satanizm. Przy tej syntezie trzech innych religii, czyli zoroastryzmu, buddyzmu i chrześcijaństwa. Wyższa liga, zatem już Czort, za nie postawienie na proste rozwiązania liryczne, ma u mnie plus. Muzycznie natomiast Manicheistyczny Dualizm Wszechświata, ma bardzo post-balck metalowy riff, choć sama perkusja trzyma się stylistyki. Czasami słychać trochę więcej blastów. Potem dochodzi dość melancholino – refleksyjna solówka gitarowa, ze zwolnionym tempem perkusji. Wszystko ma bardzo przebojowy charakter, jak na black metal. Dobry materiał na singiel.

Schody Podświadomości, są trochę cięższe, ale mam wrażenie, że tu przeplatają się dwa style. Death i black. Poza tym oprócz tego w paru momentach ten utwór przypomina mi, bardzo kompozycję Lucyfer zespołu Behemoth, pod kątem muzycznym oczywiście. Narodziny Końca, od samego początku są dynamiczniejsze. Czuć tu mocno speed metalowy powiew. Perkusja natomiast jest bardzo jednakowo corowa, jeśli chodzi o momenty przejść. Lecz nie brakuje tu blackowego zacięcia. Ewidentnie speed black metal, potem bardziej black.

Manifest Niepodległej Woli, pędzący gdzieś riff, rozpoczyna tą kompozycję. Dość intrygująco, nie przeczę. Znacznie więcej blastów jeśli chodzi o perkusję. Moment przerwy, w postaci marszówki, też zasługuje na uwagę. Nie jest gorzej niż było wcześniej. Choć solówka gitarowa nie jest imponująca. Genialny singiel!

Grając w Szachy w Diabłem, to interesujący popisy gry na gitarze jako początek. Sama perkusja brzmi tu akurat mocno progresywnie. Tu mamy jak dla mnie, powrót do koncepcji manicheizmu, a dokładnie momentu stworzenia. Wokalista nie śpiewa, a deklamuje tu bardziej, niż wcześniej. Przynajmniej jak dla mnie bardziej się stara.

Tchnienia Egzystencji, wydaje mi się monotonny. Nie przeczę, jest dalej tu zawarty mrok, ale jakość tak, jakby minimalna dawka. Sam tekst po raz kolejny, dotyka kwestii manicheistycznych. Pomału zacząłem się nudzić, a to chyba źle. Prawda?

Dysonans Duszy, to po części powrót, tego czego mi było brak. Namiastki pierwotnego blacku. Jeśli chodzi o riffy, to tutaj zespół, wykonał kawał dobrej pracy. Poważnie, do tego też przejścia są tu dopracowane perfekcyjnie. Obawiałem się złego kierunku, lecz ta kompozycja mnie uspokoiła. Tym bardziej, że nastąpił intensywny koniec.

Zamknięcie płyty. W Sercu Chaosu, spełnia swoją rolę. Tu jest black. Z najmniejszą ilością kombinowania. Jedynie pod sam koniec znowu pojawia się nutka progesji, jeśli chodzi o gitary i perkusje.

Podsumowując to wszystko, jeśli chodzi o krążek Apostoł. Po pierwsze, jak dla mnie teksty, mają swoje muzyczne odzwierciedlenie. Wszystkie. Ta płyta jest jak sam system religijny, do którego grupa, moim skromnym zdaniem świadomie nawiązała. Od początku do samego końca. Czerpie z blacku, deathu oraz dodaje szczyptę progresji. Album nie jest dla każdego oraz nie na każdą okazję. Aby zrozumieć jego spójność, trzeba go przesłać przynajmniej ze trzy razy, albo i więcej. Ja znalazłem na nim, kilku faworytów. Manicheistyczny Dualizm Wszechświata, Narodziny Końca, Grając w Szachy w Diabłem, Dysonans Duszy oraz W Sercu Chaosu. Na pewno będę śledził ich poczynania. Czekając na informację o ich koncercie w mojej okolicy. Krótko mówiąc: Chapeau bas Czort za ten krążek! Jak dla mnie na razie najlepszy album polskiego śląskiego podziemia black metalowego!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Amon Amarth – Twilight of the Thunder God (2008)

Tak mi się wydaje, ale oczywiście mylić się mogę, że mało kto, zwłaszcza jeśli miał ze zdecydowanie cięższymi dźwiękami do czynienia, nie słyszał o szwedzkim Amon Amarth, czyli naczelnej grupie wykonującej szeroko rozumiany viking metal, którego może nie byli prekursorami, lecz na pewno odpowiadają za jego obecnie wielką popularność. No właśnie. Sam osobiście padłem ich ofiarą. Za sprawą wydanego 19 września 2008 roku, ich siódmego albumu zatytułowanego Twilight of the Thunder God, wydanego przez Metal Blade Records. Kiedy to ja rozpoczynałem pierwszy roku szkolny w liceum. Dostając ten album, od kumpla, który stwierdził, że: ,,Muszę go przesłuchać i tego nie pożałuję”. Faktycznie tak kiedyś było. Nie żałowałem. Byłem wręcz zachwycony! Czy po dwunastu latach nadal ma tej krążek w sobie to ,,coś”? No i czemu po zapoznaniu się z nim, przez wiele lat byłem ultra fanem Amonów, a później już trochę mniej? Tylko ponownie słuchając tego krążka, się to okaże. Tak zamierzam z dziką ochotą bowiem zrobić!

Już od samego początku nadal jest tak jak kiedyś. Za sprawą tytułowego singla Twilight of the Thunder God. Czemu? Po pierwsze iśćie ,,wojenny” wstęp. Scream Johana Hegga, perkusja i co najważniejsza od razu wpadający w ucho riff. Przebojowość na najwyższym poziomie. Po drugie, stopniowe zmiany tempa. Gościnny występ, jeśli chodzi o solo gitarowe Roppego Latvali (ówczesnego członka zespołu Children of Bodom, o tym akurat zespole pisałem nie raz na tym blogu). Solówka mistrzostwo świata! Breakdowny również, przez co headbanging zawsze jest! Po samym tytule można się domyślić, że, jest to pieśń o gromowładnym Thorze, walczącym z mitycznym wężem Jormungandem. Ciekawostką jest fakt, że od tego utworu, jeśli chodzi o teledyski, rozpoczęła się współpraca szwedzkiej grupy z polskim domem produkcyjnym Grupa 13 S.p.z.o.o. .

Na Free Will Sacrifice, dynamika nie zwalania, oj nie. Na samym początku nawet bardziej są podkreślone gitary, mam tu na myśli riffy oczywiście. W połowie znowu istna perkusyjna – gitarowo – wokalna nawałnica! Potem popisowe przejście gitar i perkusji. Czuć klimat mitycznego Ragnaröku. Choć ta kompozycja jest z tych dobrych.

Kolejny singiel, który nadal zwala z nóg. Kto czuwa nad Asgaardem? No kto?Guardians оf Asgaard! Ta sama przebojowość. Mamy kolejnego gość również, w postaci wspierającego wokalu, czyli Larsa-Görana Petrova znany z równie kultowej szwedzkiej grupy Entombed. Samemu zawsze jak słyszę, ten singiel śpiewam tak: „We’re the guardians /Guardians of Asgaard /Guardians/Guardians of Asgaard/Guardians/Of Asgaard ”. Nie bez powodu należy też ten utwór do tak zwanego niezbędnika koncertowego tej grupy. W pełni na to zasługuje!

Where Is Your God, jest z tych zdecydowanie intensywniejszych. Naprawdę deathowych utworów. Melodyki w riffach tam zdecydowanie mniej, paradoksalnie sam tekst, jest też idealnie tu muzycznie odzwierciedlony. Choć momentami Hegg brzmi jak, w pewnym sensie rapował scremując, może to głupie, ale po latach dopiero, odniosłem takie wrażenie. Mimo to tak jak kiedyś Where Is Your God był nieszczególny, niby tylko intensywniejszy. Tak po latach odkryłem w nim ukryty pełny potencjał. Zatem wpisuję go na listę ulubionych utworów, z tego krążka.

Varyags of Miklagaard, daję odrobinkę odpoczynku. Bardzo żałuję faktu, iż ta kompozycja nie została singlem . Bo ma wszystkie atuty, nie singlu, a bardzo dobrego singla. Tu nawet breakdowny przez liczniejsze blasty są podkreślone. Riffy dodają też tą melodyjność. Tu też headbanging jest pewny. W moim przypadku jeszcze nucąc : ,,We were loyal warriors / That’s the oath we gave To protect the emperor Even to the grave/ It’s time to take farewell / We have been resolved / From the sacred oath we gave It’s time to go back home/ ’’.

Tattered Banners Аnd Bloody Flags, ma wstęp trzech rodzajów riffów, waz z iście epicką marszówką na perkusji. Umiejętnym również budowaniem napięcia, jeśli chodzi, o rozwinięcie akcji, jeśli chodzi o tekst. Miłośnicy mitologii skandynawskiej przed odkryciem Amon Amarth, wiedzą, o co mi chodzi. Zatem nadal Tattered Banners Аnd Bloody Flags jest jedną z ulubionych kompozycji. Choć w sumie jeśli chodzi o epickość to w tym momencie albumu, jest najlepszy!

No Fear For the Setting Sun, jest kolejnym strikte deathowym utworem, z odrobiną bardziej thrashowych gitar. Potrzebnym na albumie, bo to po latach zrozumiałem, ale jako samodzielna kompozycja, średnio. No może w sumie solo gitarowe go by uratowało. The Hero zaskakuje. Mocno heavy metalowy start, jeśli chodzi o riffy gitar. Poza tym bardziej popisowym tłem to się nie wyróżnia. Jeśli miałbym wskazać najsłabsze ogniwa? No Fear For the Setting Sun i The Hero. Pomimo bardzo dobrych tekstów, muzyka wypada przeciętnie, na tle 12 lat.

Przedostatni Live For the Kill jest natomiast o wiele lepszy. Podkreślony jest też wokal wspierający gitarzystów. Gościnnie też fińska Apocalyptica zrobiła genialne tło ze swoich trzech wiolonczeli. Do tego jeszcze na sam koniec jednak z lepszych solówek gitarowych, a potem to ,,wiolonczelowe uspokojenie”. ,,Kropką na i” jest zbiorowy scream wszystkich. Epickość osiągnęła szczyt.

Zamykająca ,,ballada” Embrace of the Endless Ocean, owy szczyt skutecznie zachowuje. Słuchając tekstu Hegg, doskonale wie, jaki rodzaj screamu zastosować, a mimo to nadal chwyta za serce. Kiedy pierwszy raz słuchałem Embrace of the Endless Ocean, nie potrafił do mnie dotrzeć fenomen tej kompozycji. Jakim cudem z viking metalu, można stworzyć balladę? Gdzie nie dość, że nie ma czystego śpiewu. Męskiego lub żeńskiego? W końcu do mnie dotarło. Skoro do Embrace of the Endless Ocean, regularnie wracałem, zawsze towarzyszyły mi przy nim ,te same emocje, to znaczy, że k**** można! Zamknięcie genialne.

Twilight of the Thunder God jako płyta nadal jest dla mnie jednym z opus magnum szwedzkiego zespołu Amon Amarth. Ma w sobie to ,,coś”. Energię. Epickość. Co najważniejsze utwory tworzą spójną całość. Malutkimi potencjalnymi do tego, słabymi ogniwami, muzycznie, tylko żeby było jasne, są Fear For the Setting Sun i The Hero. Jeśli chodzi o teksty, tematyka skandynawskiego ragnareku, jeśli chodzi o jakość i autentyczność, jest absolutnie profesjonalna. Czemu po tym albumie byłem ultra fanem Amonów? Właśnie dlatego. Z czasem ta jakość się rozmyła. Muzyczna i liryczna. Zainteresowanych odsyłam do recenzji albumu Berserker, to poznacie temat bliżej, z mojej perspektywy. Krążek Twilight of the Thunder God dał temu zespołowi niebywałą wręcz popularność! Gdyby nie ta płyta, to bym ich, też nie odkrył. Również to jest też powód, dla którego ta płyta jest nadal dla mnie numerem jeden w dokonaniach Amonów, no i dlatego że, osiem kompozycji jest genialnych, a dwie dobre. Z genialną okładką! Na sam koniec dodam też, że Jacku poznałeś więc mój ulubiony album Amon Amarth, który przeszedł próbę czasu. Chętnie poznam twój!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Wardruna – Runaljod – Gap Var Ginnunga (2009)

Nie samym metalem człowiek żyje, dlatego dziś zamierzam  odnowić sobie debiutancki album grupy Wardruna. Dla tych, którzy nie wiedzą, jest to zespół wykonujący muzykę folkową, założony przez Einara „Kvitrafna” Selvika, byłego perkusistę blackmetalowej grupy Gorgoroth. Członkiem Wardruny  był przez dwanaście lat również były wokalista Gorgoroth, Kristian „Gaahl” Eikvind Espedal. Albumu Runaljod -Gap Var Gunnunga po raz pierwszy miałem okazję przesłuchać rok po premierze. Wydany bowiem został 19 stycznia 2009 roku przez Indie Recordings. Jak brzmi w 2020 roku, po jedenastu latach przerwy? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Już samo intro, Ár Var Alda, pokazuje, z czym będziemy mieć do czynienia.  Deszcz, burza. Głos Einara jako swoiste „wezwanie”. Bębny oraz inne nordyckie instrumenty. Słuchacz zostaje rozbudzony i zaciekawiony.

Hagal to już pełnometrażowa kompozycja. Tu Einar naprawdę postawił na klimat, choć burza i deszcz nadal w pełni. Rytm wygrywany na pomocniczych instrumentach perkusyjnych, że tak to ujmę, niezmiennie wprowadza mnie w stan transu. W minimalistycznym tekście pojawia się motyw śmierci, który  oddają  także instrumenty. Do tego sposób, w jaki ten tekst jest wypowiadany, jest iście szamański. Jeszcze ta  tajemnicza końcówka na flecie czy fletopodobnym instrumencie – mistrzostwo. A deszcz pada dalej.


W Bjarkan po raz pierwszy  pojawia się Lindy-Fay Hella. Zawsze to jakieś urozmaicenie, pomyślałem, gdy słuchałem tego utworu po raz pierwszy. Teraz wiem, że była tam potrzebna. Bardziej gardłowy wokal dodaje kolejny pierwiastek mistyki. Drumla doskonale uzupełnia znowu tak istotne podtrzymanie
rytmu, będąc słusznie na pierwszym planie. W połowie, kiedy Einar i Gaahl wypowiadają kolejne „zaklęcie”, urok zostaje rzucony. Wokalne ekspresje Lindy dodają mu mocy. 

Løyndomsriss to z kolei powrót mroku.  Świadczy o tym, chociażby szczęk łańcuchów, jak również technika wokalna Einara. Motyw niedającego się określić zła pojawia się, przynajmniej jak dla mnie, w słowie Thurs, które jest wieloznaczne, ale to jedno znaczenie szczególnie pasuje mi do muzyki. Heimta Thurs, który wydaje się kontynuacją tamtego utworu, rozwiewa moje wątpliwości.  Thurs jest natomiast takim outro, gdzie owo „zło” chyba walczy lub opętuje kogoś. Nie wiem do dziś tak naprawdę.



Stan transu dalej  trwa u mnie w najlepsze.

W Jara , wreszcie pojawia się tchnienie innej pory roku niż zima czy jesień.  Cóż, lepiej późno niż wcale. Już wiem, czemu we wcześniejszych lirykach była wymieniana liczba trzy.  Chodzi o Norny, boginie przeznaczenia. Nim bowiem jest poświęcona Jara, jako pieśń pochwalna, przynajmniej ja ją tak odbieram.  Tu też po raz pierwszy słychać  hardingfele ożywione przez Hallvarda Kleivelanda. Dla ciekawskich: hardingfele, czyli skrzypce z Hardanger, to instrument z rodziny smyczkowych, popularny oczywiście w Norwegii.


Kauna to odniesienie do kolejnej z run. Choć wstęp, przynajmniej dla mnie, brzmi po samym wokalu jak pieśń szamańska. Czy to źle? Nie. Wręcz przeciwnie. 

Od Algir – Stien Klarnar oraz Algir – Tognatale powracamy do hipnotycznych praktyk, nordyckiej magii i następnych run. Odczuć to można najsilniej w Algir – Stien Klarnar. Tam intensywnie pracuje całe trio wokalne (Einar, Lindy i Gaahl). Potem ten wzniosły: „Algir!”. Tego mi brakowało. Następnie cisza, a po niej druga, a zarazem ostatnia część rytuału, czyli Algir – Tognatale. Zwieńczeniem całości jest Dagr. Pomimo pozornie spokojnego początku, czyli dźwięków rogu i śpiewu ptaków, Einar nie zapomniał o niczym, także o deklamacji. Sam koniec jest równie klimatyczny jak cała płyta. To doskonałe zakończenie tego arcydzieła.


Płyta Runaljod – Gap Var Ginnunga, kiedyś wywołała swoim powstaniem istną nordycką rewolucję. Nikt się bowiem Wardruny nie spodziewał – nawet w formie projektu, który na początku stanowiła. Einar „Kvitrafn” Selvik na przestrzeni sześciu lat wykonał iście tytaniczną pracę, nagrywając wszystko prawie samodzielnie.

Mimo próby czasu album brzmi tak samo rewelacyjnie jak ponad jedenaście lat temu. Ta płyta stała się niedoścignionym jak na razie wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o rytualny nordycki folk. Do tego rozpoczęła trwającą do tej pory modę na ten gatunek. Jestem ciekaw, co Wardruna pokaże po latach nieobecności, gdyż 22 stycznia 2021 roku ukaże się ich kolejny album, Kvitravn. Jako fan czekam z niecierpliwością. Natomiast Runaljod – Gap Var Ginnunga nadal jestem zachwycony. Wciąż pozostaję pod wpływem nordyckiego uroku, jaki ten album na mnie rzucił.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Vader – Solitude in Madness (2020)

Dziś znowu Polska. Całkiem niedawno, bo 1 maja tego roku, jeden z kultowych przedstawicieli polskiej sceny metalowej wydał swój dwunasty studyjny album – Solitude in Madness. Mam tu oczywiście na myśli olsztyński zespół Vader. U mnie z tym zespołem bywało różnie. Dziś, za sprawą namowy Sebastiana i obietnicy złożonej Pawłowi, zamierzam uważnie przesłuchać najnowszy krążek grupy Piotra Wiwczarka.

Otwierający Shock and Awe jakoś mną nie wstrząsnął. Mocne wejście, typowy wokal Petera. Jedyne, co przykuło moją uwagę, to wyraźne gitary w pewnym momencie, zakrawające na solo. Perkusja „strzela” tu jak dobrze naoliwione działo. Końcowy śmiech Petera jest jedyną przerwą. Oprócz tych gitar nie byłem jakoś szczególnie zaskoczony. 

Singiel Into Oblivion swoimi przejściami i riffami w tle przypomniał mi trochę pewne rozwiązania z jakiegoś utworu z Tibi et Igni, tylko nie mogę sobie przypomnieć, z którego. Na sam koniec scream Spidera, wraz z głosem Petera, dalej dobrze współgra.


Despair ma bardziej gitarowy wstęp. Więcej przejść, wreszcie pojawia się wyraźne solo gitarowe. Jest trochę lepiej. 

Incineration Of The Gods to dalej dynamika, ale też więcej blastów. Jednak przy lekkiej zmianie tempa pojawiają się bardzo dobre thrashowe riffy, no i solówka gitarowa niczego sobie. Dobry kierunek zmian. Perkusja dalej strzela. Choć breakdown jest tu wyraźniejszy, co mnie jeszcze bardziej cieszy.

Sanctification Denied też jest dobry, ponieważ tu dłużej można posłuchać gitarowego kunsztu Petera i Spidera. Mam   na myśli wyszukane riffy oraz solo. Perkusja też odrobinę zwolniła, co mnie jako słuchaczowi pozwoliło trochę odpocząć (jeśli można to tak ująć). 

And Satans Wept to powrót intensywności. Nie znalazłem tu niczego, czego nie poznałem wcześniej, oprócz kolejnych dwóch solówek gitarowych. Co nie zmienia faktu, że jest to jeden z niewielu przebojowych utworów na tej płycie.

Już zdążyłem spisać ten album na straty, kiedy zrozumiałem, że jednak się pomyliłem. Szansą na ratunek okazał się kawałek Emptiness. Rozpoczęcie od wpadającej w ucho solówki, jednej z najlepszych na płycie. Potem ten riff, jak i dynamika, bardzo podobna do When the Sun Drowns in Dark z Necropolis z 2009 czy też nawet do riffu z kultowej Wyroczni zespołu KAT. Strzał w dziesiątkę! Pomimo niecałych trzech minut długości Emptiness to istna petarda. Bardzo heavymetalowa nawet (przynajmniej dla mnie). Mimo iż Peter w dużej mierze skopiował samego siebie, jestem w stanie mu to wybaczyć, bo i tak dodał coś nowego.

Final Declaration znowu niczym nie zachwyca, choć breakdowny są tu w moim guście. Wszystko jest na miejscu, ,,działo” z grubej berty zmieniło się w samobieżne, na całe szczęście. 

Następny w kolejce jest cover Acid Drinkers, czyli Dancing In The Slaughterhouse, z płyty Infernal Connection z 1995 roku. Utwór dostał tylko większą dawkę dynamiki oraz wokal Petera i Spidera. Jakby jednak nie było, Vader dał oryginalnej wersji ,, drugie życie ”. Tu śmiech jest lepszy niż w pierwszej kompozycji z tej płyty, bardziej szalony.

Stigma Of Divinity to nic nowego, choć dostarcza ogromną dawkę energii. 

I wreszcie Bones – drugi singiel, a zarazem utwór zamykający ten krążek. Tu także breakdowny są dobre, choć nie rewelacyjne. Słychać thrashowe riffy, wokale Spidera i Petera znowu się przeplatają, ale solówki nie zwaliły mnie z nóg. Przebojowość tego singla jest dla mnie lekko naciągana. Byli lepsi kandydaci. Mimo wszystko jest to bardzo dobry finał.


Jak na album trwający niecałe pół godziny, Solitude In Madness ma różne odcienie intensywności. Choć dwie pierwsze kompozycje są bardzo deathowe, a zwłaszcza perkusja. Później, jak wspominałem, jest lepiej. Bardziej melodyjnie, powiedziałbym. Moi ulubieńcy to Despair, Incineration Of The Gods, Sanctification Denied, a przede wszystkim Emptiness. Przy nim headbanging murowany! Sama płyta jest lepsza od poprzedniej, to na pewno. Biorąc też pod uwagę, od kiedy sam zespół jest aktywy i w jaką stronę idzie tzw. stara gwardia, Vader udowadnia, że trzydzieści lat po debiucie wciąż można zrobić dobry, momentami lekko skomplikowany album. Zagorzali fani tej grupy, czyli Sebastian i Paweł, zapewne są Solitude In Madness zachwyceni. Ja natomiast jestem po prostu zadowolony. Krążek w stylu ,, krótko, zwięźle i na temat z domieszką  nostalgii ”.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Dimmu Borgir – In Sorte Diaboli (2007)

Jak Norwegia, to w końcu musiała się pojawić grupa Dimmu Borgir. Ten zespół również towarzyszył mi niemal od początku mojej przygody z metalem. Nie zamierzam się tego wypierać. Szukając jednak w ich dorobku odpowiedniej płyty do omówienia, nie miałem łatwego wyboru. W końcu zdecydowałem się na album In Sorte Diaboli, wydany 24 kwietnia 2007 roku przez Nuclear Blast. Żeby też było jasne, będzie to wersja podstawowa, bez bonusów. Czy po trzynastu latach płyta ta dalej potrafi przyciągnąć moją uwagę na dłuższy czas? Co jest w niej lepszego od poprzednich? Czy to możliwie, że po jej wydaniu dla niektórych ta grupa się skończyła? Wielokrotnie słuchając tego albumu, chętnie odpowiem.

The Serpentine Offering dostarcza mi tego, czego na płycie Death Cult Armageddon z 2003 roku trochę mi brakowało: bardziej nastrojowych lub też skomponowanych pod emocje, rozbudowanych partii symfonicznych. Drugą kwestią są tu genialne partie perkusyjne, intensywność, w której echa podwójnej stopy słychać bardzo wyraźnie. Trzecia sprawa – czysty śpiew Vortexa to jest magia! Jego synchronizacja z Shagrathem też jest genialna! Czwarta rzecz, tekst. Metaforyczne ukazanie, że lekarstwem na całe zło może być samosąd dokonany na tych, którzy ciemiężyli człowieka od samego początku istnienia chrześcijaństwa (księża). Tak go przynajmniej rozumiem, choć dodać można tu też niebezpieczny aspekt fanatyzmu, jeśli chodzi o reprezentantów obu stron, dobra i zła. Tak czy inaczej, pomimo dwuznacznego przekazu jest to bardzo dojrzały tekst. Zresztą to też ukazuje, jaka będzie tematyka całej płyty. Krótko mówiąc, The Serpentine Offering nadal spełnia wszelkie wymagania, jeśli chodzi o dobry singiel, przez co był i jest jednym z moich ulubionych utworów z tej płyty.

The Chosen Legacy zaczyna się jeszcze mocniej. Tu wokalnie rządzi Shagrath. Bardzo dobre są też przejścia podkreślone nie tylko poprzez perkusję, ale też partie symfoniczne. Choć ta zbytnia głośność
perkusji ma dwie strony. Deklamacja też odbywa się w odpowiednim momencie. Utwór sam w sobie jest bardzo przebojowy, pomimo iż nie jest singlem. Zatem: ,, In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli! ”.

Na The Conspiracy Unfolds słychać wreszcie trochę inne riffy niż w poprzednich kawałkach. Końcowa deklamacja też robi wrażenie. Co nie zmienia faktu, że jest to jedynie dobry utwór, choć warto podkreślić, że dopiero po dziesiątym przesłuchaniu (przynajmniej jeśli o mnie chodzi) staje się męczący.

Pora na The Sacrilegious Scorn, drugi oficjalny singiel. Kolejny raz możemy usłyszeć Vortexa, a tego nigdy dla moich uszu nie jest za wiele. Serio. Do tego moment, kiedy Mustis gra partie fortepianu, będące koniecznym oddechem od intensywności, to swego rodzaju rytuał, tym bardziej że ma miejsce akurat tuż po tekście: ,,It all seems like an eternity/ This battle between us two./ Good and evil, me and you!/ Time has come to step up and/ take back what You take from Me/”. Idealne zbudowanie napięcia i epickości zarazem. Później znów deklamacja, też z tekstem dającym do myślenia. Kolejny idealny singiel, a także kompozycja warta wielokrotnego powrotu. Instrumentalny The Fallen Arises daje odetchnąć, ale jak na przerywnik nie jest zły. Bo jest małą zapowiedzią tego, co nadchodzi.

Mam na myśli The Sinister Awakening. W tej szóstej kompozycji dwie gitary wreszcie dają czadu. Tak kiedyś, jak i dziś. Poważnie! Do tego jeszcze jak dla mnie inne riffy. Odpowiednie przejścia symfoniczno – perkusyjne wraz z wokalem Shagratha są tu genialne. Potem jeszcze ten pędzący riff. Uruchamia się headbanging i śpiewanie: ,,Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis! ’’. No i ta finałowa partia symfoniczna… Popisy Mustisa jednym słowem! Kolejny przebojowy utwór, pomimo iż nie jest singlem.

The Fundamental Alienation ma natomiast symfoniczny, a przez to intrygujący wstęp. Znowu skutecznie zbudowane napięcie. Niestety, potem to wszystko pomału się rozłazi, bo brak dobranych do perkusji gitar trochę rozczarowuje. Potem jest lepiej, nie przeczę, ale odrobinę za późno, choć może lepiej późno niż wcale? No dobra, lepiej, bo od drugiej minuty mam to, co chciałem. Intensywność z wieloma blastami, do tego z dobrymi riffami i deklamacją w tle. Growlujący Shagrath brzmi dziwnie, jednak tu znowu wkracza chwytliwość całości: „They say I am the cancer/ On the back of the Inquisition / I may well be the cancer /In the heart of the Inquisition ’’. Zatem następny tytuł do playlisty. Zresztą w moim przypadku nigdy z niej nie zszedł.

Przedostatni The Invaluable Darkness poza tym, że jest ostatnią okazją, aby usłyszeć genialnego Vortexa, dostarcza również (oprócz dalej utrzymującej się epickości) kolejną porcję nowych riffów, co cieszy moje ucho. Choć deklamacja Shagratha jest przewidywalna, wciąż robi wrażenie. No i ta chwytliwość, i znowu ta śpiewana bez końca przeze mnie część: ,,I will win this war /But never the peace /I am my own free spirit /Hence I will not rest!”. Oczywistości chyba pisać nie muszę.

Ostatni The Foreshadowing Furnace ma symfoniczno-gitarowy wstęp. Tu też jest bardzo przewidywalnie, bo najpierw perkusyjna nawałnica, później lekkie uspokojenie, a potem znowu pędzący riff. Co jednak broni tę strukturę, to fakt, iż przynajmniej partie gitarowe postarano się jakoś urozmaicić. Tak czy inaczej, nie można tej kompozycji odmówić epickości i potencjału do wpadania w ucho. No i znowu nucenie bez końca: ,,Sparks fly and fire licks my wings/ Tied to this wood–I was born for burning/ I rebelled against the flock/ Declined to submit to slavery/ As a token from my legions of the chosen few/ I reveal the secrets to the world’s most famous forgery! ”. Tak więc pomimo pewnych niedociągnięć oraz przewidywalności, The Foreshadowing Furnace i tak zostaje w głowie na długo.

Sam tytuł płyty, In sorte diaboli, nie jest moim zdaniem przypadkowy. Teksty oscylują wokół Szatana nie tylko jako oponenta Boga, ale też ducha prawdziwej wolności oraz buntu. Dlatego uważam tę płytę za
koncepcyjną. Koncepcyjną i bardzo udaną: każdy utwór, poza oczywiście przerywnikiem The Fallen Arises, można zaliczyć do tych, które pozostają ze słuchaczem na długi czas, w mniejszym lub większym stopniu. Przynajmniej ze mną tak było i pozostało. Choć jeśli albumu nie słuchamy więcej niż dziesięć razy, to wszystkie kawałki brzmią równie dobrze. Kolejnym powodem, dla którego to właśnie ta płyta jest najlepsza, jest udział Hellhammera jako perkusisty. Koncerty bez niego to jednak nie to samo, choć przyznam, że Dariusz ,,Darey” Brzozowski dobrze gra na żywo partie Norwega. Podsumowując, mimo upływu lat wszystkie elementy albumu – zarówno pod kątem muzycznym, jak i lirycznym – świetnie ze sobą współgrają. Do tego ta okładka! Joachim Luetke dał radę, cała reszta zespołu również. Po trzynastu latach ten album nadal jest z*******y!

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10