Wywiad z Justyna Szatny

Na scenie metalowej, zwłaszcza polskiej niewiele jest kobiet, które ją kreują. Ostatnio miałem okazję zamienić z jedną z nich parę słów. Justyna Szatny, bo o niej mowa opowie nam o pasjach, muzyce oraz o zbliżającym się widać wielkimi krokami nowym materiale zespołu Iscariota.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką?

Wcześnie. W przedszkolu stał stary fortepian, do którego mnie ciągnęło od 5 roku życia. Później rodzice zapisali mnie na prywatne lekcje gry na pianinie, do dość wymagającego nauczyciela. Trenowałam tak kilka lat. Uwielbiałam grać Jana Sebastiana Bacha. Nauczyciel zauważył, że potrafię tchnąć w muzykę uczucia i dziś wykorzystuję tę umiejętność w tworzeniu muzyki.

Od samego początku grałaś na keyboardzie?

Na początku miałam takie małe organki Yamahy, później, gdy rozpoczęłam lekcje rodzice, zakupili mi czarne pianino Hüttner. W syntezatory zaczęłam się bawić wiele lat później, gdy zadecydowałam, że chcę być na scenie.

Czy oprócz muzyki masz jeszcze jakieś zainteresowania/hobby?

Tak, interesuję się kulturą Japonii. Mało kto wie, ale w latach 2003-2004 trenowałam wschodnie sztuki walki mieczem samurajskim – iaido. Niestety z braku czasu musiałam sobie odpuścić. Tak – mam swój wykuty u płatnerza miecz samurajski. Nie ukrywam, że bardzo bym chciała wrócić na treningi. Poza tym interesuje mnie historia i kultura naszych przodków, kiedy Słońce było Bogiem.

Jak to się stało że dołączyłaś do zespołu Iscariota?

Piotrek Piecak mnie wypatrzył, jak jeszcze grałam w innych projektach. Potem ktoś mu sprzedał mój numer telefonu (chwała mu za to), zadzwonił, porozmawialiśmy i postanowiłam dołączyć do Iscarioty. Oczywiście nie bez wątpliwości, bo wcześniej grałam w bardziej gotyckich projektach. Bałam się też, że ta poprzeczka będzie dla mnie za wysoka, ale jakoś sobie radze od 8 lat.

W jakim stopniu współtworzysz piosenki zespołu Iscariota?

Różnie. Czasem zrodzi się pomysł na cały numer, czasem zarzucam jakimś motywem i go rozbudowujemy. Pracuję nad efektami, przestrzenią. Zatem w każdy utwór wkładam jakiś swój pomysł.

Czym się inspirujesz kiedy tworzysz teksty?

Teksty pisze w całości Piotr Piecak i nikt mu w tym nie przeszkadza. Pisze o otaczającej nas rzeczywistości, swoich przeżyciach, spostrzeżeniach. Bardzo lubię jego teksty.

Czy masz jakieś ulubione zespoły muzyczne które uwielbiasz słuchać, mając z nimi związane jakieś szczególne wspomnienia?

Jestem wierną fanką zespołu Katatonia. Słucham ich już od 20 lat! Zaczęłam jeszcze w szkole podstawowej. To dla mnie niesamowicie głęboka, pełna emocji muzyka, która towarzyszyła mi zawsze na różnych etapach mojego życia. Zawsze moja dusza odnajdywała w tych melodiach siebie. Twórczość Katatonii miała i ma bezwzględnie wpływ na mój muzyczny rozwój.
Oczywiście są też inne zespoły które bardzo lubię i czerpię inspirację, a mianowicie: Dream Theater z moim klawiszowym czarodziejem Jordanem Rudess’em, mistyczny Emperor, Dimmu Borgir, Moonspell, Nightwish, Slayer, Evanescence.

Wiadomo już kiedy Iscariota planuje nagrać kolejny album?

Tak, we wrześniu planujemy wejść do studia. Bardzo mi się podoba nowy materiał i mam nadzieję, że spotka się z dobrym przyjęciem.

Co wzięłabyś na bezludną wyspę?

Pianino – prądu nie trzeba, a bez muzyki nie potrafię żyć.

Czy są jakieś inne państwa poza Polską, w których chciałabyś zamieszkać, a jeśli tak to dlaczego?

Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Wolę siedzieć na polskiej ziemi, nigdzie indziej mnie nie ciągnie. Pozwiedzać sobie mogę.

Czego mogę Ci życzyć na przyszłość?

Energii, pasji w graniu i Korga Kronosa SE.

Bardzo dziękuję Ci za wywiad, tego więc będę Ci życzył. Do tego nie mogę się doczekać najnowszego albumu Iscariota.

Fot. Kinga Dziwota

Infernal War – Conflagrator (2009)

Jeśli chodzi o polską scenę muzyczną, nie znam nikogo, kto nie słyszał o Infernal War. Grupie muzycznej założonej przez Stormblasta i Triumphatora. Ich muzyka ewoluowała z czasem. Dziś jednak ponownie, po latach, zamierzam przyjrzeć się ich EPce Conflagrator, wydanej 15 lutego 2009 roku. Czy brzmi tak samo? Czy lata podziałały na korzyść, czy przeciwnie? Przekonacie się tylko wtedy kiedy, zapoznacie się z moimi odczuciami.

Utwór otwierający Spears of Negation poprzez dźwięk syren umiejętnie buduje napięcie. Dwie gitary brzmiące jednocześnie, do tego perkusja i wokal Herr Warcrimera dają efekt tzw. zbombardowania słuchacza. Plusem też są dobre breakdowny oraz solówki. Serio. Tak samo, jak wcześniej zachwyca mnie do dziś. Natomiast Of Nihilistic Contentment dostarcza jeszcze doskonałych blastów, które doskonale współgrają z gitarami i bassem. Trudno nie zauważyć także, że mimo iż jest to death metal, to riffy często brzmią zarówno black, jak i thrash metalowo. Do tego znowu breakdowny. Blazing Impious Adoration zaczyna się trochę inaczej, gdyż bez ogródek, sieje zniszczenie. Tak samo, jak The Holy Fall oraz The Purifier .

Krótko mówiąc, Conflagrator, tak jak kiedyś, jak i dziś, ukazuje częstochowski Infernal War, w pełnej formie. Wirtuozeria solówek, intensywność perkusji, do tego, co jakiś czas drobne elementy elektroniki. Wszystkie te środki doskonale ukazują wojenną intensywność, tego materiału, który nie posiada słabej kompozycji. Paradoksem w sumie jest to, że, zespół sławiący śmierć, zagładę oraz wojnę, wywodzi się z Częstochowy, która dla osób zupełnie niezwiązanych z metalem, kojarzy się tylko z katolickim klasztorem na Jasnej Górze. Od siebie też dodam, iż pomimo jest to Epka, jest dla mnie zdecydowanie lepsza od ich ostatniego albumu Axiom z 2015 roku. Powiem więcej, po latach Conflagrator, brzmi dla mnie jeszcze lepiej, niż kiedy pierwszy raz miałem z nim styczność. Jestem też ciekaw wasze zdania na temat tej Epki.

10/10

Tarja Turunen – The Shadow Self (2016)

Po dłuższej przerwie, zapoznałem się z kolejnym już albumem Tarji Turunen, dla wielu fanów Nightwisha, będącej nadal tą ,,najlepszą ”. Do tego namówiły mnie w sumie dwie osoby Joanna i Malwina. Mam tu na myśli płytę The Shadow Self z 2016 roku. Chętnie się przekonam czy Tarja pomimo posiadania doskonałego głosu, potrafi stworzyć dobry album. Czy będzie to pozytywne zaskoczenie? Jeśli chcecie wiedzieć, zapraszam do zapoznania się z moimi odczuciami.

Otwierający płytę singiel Innocence,od początkowych partii pianina wykonanych przez Tarją, brzmi dobrze, bardziej rockowe riffy wraz z jej śpiewem się dobrze komponują, mam tu też na myśli dobrą perkusję. Jedynym lekkim nad użyciem, jest dla mnie trochę zbyt długa solówka na pianinie. Wirtuozerska strona nie wypada źle, lecz mimo to uważam ją trochę za lekko zbędną. Do tego jeszcze te partie instrumentów dętych. Za dużo tego. Demons in You co ciekawe zaczyna się lekko funkowe brzmiącą gitarą, do tego wyrazisty bass. Wejście naprawdę jazzowe. Potem jest intensywnie. Deathowo wręcz trochę. Fuzja głosy Alise White-Gluz znanej już z Arch Enemy to dość specyficzne doświadczenie, które nie każdemu do gustu przypadnie. Dla mnie jest to dość odważne artystyczne połączenie dwóch zupełnie innych głosów. Alise jest demonem a Tarja aniołem. Solówka basowa natomiast to mistrzostwo. Końcowy break down daje efektywny koniec.

No Bitter End w porównaniu do poprzednich utworów brzmi najprościej. Co nie jest zarzutem, wreszcie można odpocząć. Doskonały wokal Tarji, dobre riffy oraz bardzo dobra solówka gitarowa. Love to Hate natomiast to najlepiej połączone partie skrzypiec oraz pianina, na tym albumie. Tu aranżacje orkiestrowe idealnie pokrywają się z tekstem. Choć ich chwilowe orientalne brzmienie zaskakuje. Supremacy miał być w założeniu coverem piosenki o tym samym tytule zespołu Muse. Dla mnie okazał się jej odtworzeniem, tylko że z Tarją na wokalu. Bardzo słabo, w sumie to nie wiem po co, został na tym albumie zamieszczony. The Living End jest wreszcie, spokojną, prosta, ale dobrą balladą. Diva czy Eagle Eye mnie niczym szczególnym nie powaliła, mogłem usłyszeć Toniego, który jest bratem Tarji. Undertaker pod kątem symfonicznym zajmuje u mnie drugie miejsce. Słucha się go naprawdę przyjemnie. Na Calling From The Wild intrygująca jest zmiana brzmienia na bardziej deathowe i nie mam tu na myśli, tylko break downów. Końcowa Too Many pomimo tytułu nie zapewnia zbyt wielu emocji, a raczej żadnej w sumie.

Podsumowując, tak szczerze powiedziawszy to mam twardy orzech do zgryzienia. Ponieważ z jednej strony album posiada kompozycje, które pod kątem różnorodności instrumentalnej, wirtuozerskiej również, nie są dla każdego. Choć nie kiedy czuć woń lekkiego przekombinowania, wręcz na siłę. Natomiast z drugiej są też takie, których słucha się dobrze jak, chociażby Love to Hate, Undertaker oraz Living End. Problem jest w tym, że u mnie powoduje to mocny dysonans. Przewaga jest bowiem po tej aranżacyjne/wirtuozerskiej części, co akurat tej płycie zaburza równowagę. Prostoty, która akurat sprawiłaby, że wracałbym do tego albumu, jest za mało. Oprócz tego mocno komiczny jak dla mnie cover, który nim nie jest, udowadnia, że, nie jest to album spójny. Doceniając kunszt muzyków, wraz z Tarją, ten krążek jest dla mnie dobry. Na raz. Nie wybitny, nie wspaniały, po prostu dobry. Mam pełną świadomość, że, narażam się fanom Tarji, ale swojego zdania nie zmienię. Czekam na wasze opinie na temat tego albumu. Mnie w nim czegoś, lepszy w moim osobistym odbiorze, okazał się Jej debiut My Winter Storm z 2007 roku.

7/10

Cradle of Filth – Midian (2000)

Jakiś czas temu, odświeżyłem sobie jeden z najlepszych krążków Cradle of Flith. Mam tu na myśli Cruelty and the Beast. Zespół nie osiadł po nim na laurach. Dziś natomiast podejmę się subiektywnej oceny ich czwartej płyty Midian. Co od 1998 roku się zmieniło? Czy na lepsze bądź gorsze? Jak patrzę na to też z perspektywy czasu? Na te oraz inne pytania, które kłębią się w mojej głowie, postaram się odpowiedzieć.

Już samo intro At The Gates Of Midian, zaciekawia, roztaczając odpowiednią dawkę grozy i mistycyzmu. Przynajmniej ja tak to odczuwałem zarówno 18 lat temu jak i teraz. W pamięć zapadły mi zwłaszcza te intensywne organy. Moment spokoju, ale tylko sekund kilkanaście. Cthulhu Dawn rozpoczyna się od intensywnych gitar oraz perkusji, lecz także intensywnego wokalnego wejścia Daniego. Do tego te chórki w tle, przejścia z klawiszami. Sam tekst piosenki, jest inspirowany postacią Cthulhu, bóstwa stworzonego przez Howarda Phillipsa Lovecrafta. Muzyka idealnie odzwierciedliła to co Dan opisał w tekście. Kolejny powiew mroku ,wraz z deklamacją daje nam Saffron’s Curse. Tutaj znowu ewidentnie słychać większy nacisk na dynamikę, przynajmniej mnie się tak wydaje. Kooperacja Daniego wraz z dwoma wokalistkami czyli Sarah Jezebel Deva oraz Miką Lindberg jest idealna. W połowie utworu pojawiają się, te magiczne dźwięki klawesynu, potem znowu zmiana tempa na bardziej intensywne. Co do samego przekazu, w tym utworze, po raz pierwszy jest nawiązanie do biblijnego miasta Midian, przeznaczonego dla delikatnie mówiąc zbłąkanych dusz ludzkich. Co do Death Magick for Adepts, mroczna narracja Douglasa Williama Bradleya okazała się doskonałym pomysłem, potrafiącym zrobić wrażenie. Mam tu na myśli fragmnt kiedy to znowu z intensywności tempo zwalnia, oprócz tego moim skromnym zdaniem tu też jest zawarta najciekawsza część tej kompozycji. Zresztą tak samo jest w przypadku utworu Lord Abortion. Te wolne fragmenty są najlepsze, choć gościnny wokal Toniego Kinga także pozostawił po nim dobre wspomnienie. W Amor e Morte jest natomiast ciekawa solówka, bo oprócz tego jest i był to dla mnie przeciętny numer. Przerywnik w postaci Creatures That Kissed in Cold Mirrors pozwala choć na chwilę niby opaść emocją, lecz też doskonale buduje napięcie i oczekiwanie. Z Her Ghost in the Fog mam znowu problem, bo jeśli chodzi o album to jest to jeden z trzech najlepszych utworów. Natomiast jeśli chodzi o singiel, którym był, mam i nadal będę mieć pretensję do Daniego że, nie została w formie teledysku zaprezentowana pełna wersja tej kompozycji.

Na początku jego otwarcia słychać znowu doskonały głos Douglasa Williama Bradleya. Doskonały przykład zawarcia doznań jakie może dostarczyć cały krążek. Co do Satanic Mantra to sam koncept nie jest głupi, wręcz przeciwnie, jednak tylko włączony pomiędzy Her Ghost in the Fog oraz Tearing the Veil from Grace słuchacz zwracający uwagę na słowa będzie wiedział o co chodzi.

W Tearing the Veil from Grace podoba mi się duet Daniego i Sarah. Na sam koniec głos Dauglasa i wolne tempo wraz z kolejną deklamacją Daniego w Tortured Soul Asylum, do tego to brzmienie gitar.Takie trochę no nie wiem dryfujące? Za to bonus w postaci coveru Sabbat o tytule For Those Who Died z gościnnym udziałem Martina Walkyiera to istna wisienka na torcie. Pomijajac iście aktorski wstęp to lekko thrashowe brzmienie nie zapobiegło zachowaniu grozy, lecz wręcz przeciwnie, oprócz tego ten duet też wypadł świetnie. Zarówno 18 lat temu,kiedy pierwszy raz go słuchałem jak i dziś.

Podsumowując, zespół dobrze zrobił, modyfikując brzmienie w kierunku bardziej gotyckim, jednak z zachowaniem elementów, które zapewniły sukces poprzedniej płycie. Znowu mamy do czynienia, ze spójnym zarówno pod względem muzycznym, jak i lirycznym dziełem, pomimo iż nie był to koncepcyjny album, to jednak związań do samego tytułu w wielu kompozycja nie brakuje. Moimi ulubionymi utworami natomiast za pierwszym razem były Her Ghost in the Fog oraz Lord Abortion. Dziś natomiast ta list poszerzyła się o bonusowy utwór For Those Who Died. Dla mnie zarówno kiedyś jak i dziś ten album jest wśród najlepszych albumów z dorobku Cradle of Filth. Zastanawia mnie tym bardziej, dlaczego Dani i jego twórczość, nie została doceniona w odpowiedni sposób, gdyż uważam, że, jego ścieżki dźwiękowe do jakichkolwiek filmów grozy były świetne, poza tym ekranizacja albumu Midian też byłaby, bardzo dobrym pomysłem. Tak kiedyś, jak i dziś ta płyta dostarcza mi takiej palety emocji, że ocena może być tylko jedna. Jestem też bardzo ciekaw waszych opinii w komentarzach, na temat tego krążka. Moja jest wam już znana. Pozdrawiam.

10/10

Amaranthe – Helix (2018)

Tym razem o grupie, istnieniu oraz wydaniu przez nią płyty dowiedziałem się, chcąc wybrać się 1 listopada do Warszawy na koncert Powerwolf. Amaranthe, bo o niej mowa, była jednym z supportów. Poleciła mi ich moja znajoma Malwina, twierdząc, że właśnie dla nich, a nie Powerwolfa, pojechała na ten warszawski koncert. Ciekawe czy miała rację? Ich krążek zatytułowany Helix, ujrzał światło dzienne 19 października, dzięki wytwórni Spinefarm Records. Ja dziś podzielę się z Wami, moimi wrażeniami co do ich najnowszego wydawnictwa, jeśli jesteście ich ciekawi, zapraszam.

Zespół tworzy sześć osób: Elize Ryd odpowiedzialna na damski wokal, Olof Mörck, który gra na gitarze oraz keybordzie, perkusista Morten Løwe Sørensen , Henrik Englund Wilhemsson, na którego głowie jest gwol oraz scream, w tym nowy wokalista, jeśli chodzi o czysty śpiew Nils Molin. Wspomnę tylko, iż pochodzą, że Szwecji, czy może mieć to jakieś znaczenie? Nie mam pojęcia …

Na The Score, czyli openerze płyty to Elize Ryd jest teraz głosem zespołu. Dochodzi tam potem wokal Nilsa oraz scream Henrika. Muzycznie natomiast elektronika przeplata się z prostymi breakdwonami i nieporywającymi jednak riffami, czy blastami. Dobrym ozdobnikiem, choć dla mnie sztucznym jest gitarową solówką. Znowu 365 zaczyna się jak utwór z gatunku dark wave by potem przejść do ,, corowej ” części, wraz z trzema różnymi typami wokali. Wyjątkiem od reguły jest naprawdę jedyna ballada, posiadająca najmniej metalowych naleciałości, czyli Unified. Jeśli miałbym wskazać kompozycje warte uwagi to Countdown, 365 oraz właśnie Unified.

Podsumowując, będąc całkowicie szczerym, to nie podskoczyłem z zachwytu. Nie mogę powiedzieć, że grupa nie radzi sobie, jeśli chodzi o łączenie elektroniki (nawet dup stepu) z elementami deathcorowymi, bo byłoby to kłamstwo. Jeśli chodzi o wrażenia co do wokali, ciekawe doświadczenie, bo raz słyszę Elizę, potem Henrik screamuje lub growluje, a zaraz Nils czysto śpiewa. Jest to do zniesienia, gdyż nie ma w tym przerostu formy nad treścią, przy najmniej dla mnie, wszystkiego po trochu. Słuchając dłużej Eilzy, to mam wrażenie, że, jej głos jest podobny do Kate Parry.

Czy mi się spodobali? Czas pokaże, gdyż jak na chwilę obecną byli dla mnie ciekawą odskocznią od typowego death/hard coru. Na pewno plus zgarniają u mnie za miks właśnie 3 typów wokali, elektroniki i death/hardcoru. Na chwilę obecną jednak są dla mnie ciekawostką, bo jakoś nie mam usilnej ochoty wracać do tego albumu. Może z czasem, kto wie do paru kompozycji. Bardzo jestem również ciekaw, jak zaprezentują się na tegorocznym Masters of Rock, gdzie będę miał okazje zobaczyć. Malwina muszę powiedzieć jedno, przykuli moją uwagę, ale nie na tyle, aby wpisać się na listę zespołów, do których warto wracać, a już nie mówiąc słuchać na okrągło. Chętnie też poznam wasze zdanie na temat tego krążka w komentarzach.

6/10

Beast in Black – From Hell With Love (2019)

Fiński Beast in Black już jest Wam zapewne znany. Wyraziłem swoją opinię na temat ich debiutu Berserker. Jeśli jej jeszcze nie znaci, bo nie czytaliście. Polecam nadrobić zaległości. Dziś mam zamiar podzielić się z Wami, swoimi odczuciami odnośnie do ich najnowszego dzieła. Drugiego albumu zatytułowanego From Hell With Love. Wydany On został 8 lutego 2019 przez Nuclear Blast. Czy mnie zaskoczył lub rozczarował? Czy jest to kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Na te oraz inne pytania, chętnie Wam odpowiem, jeśli jesteście ich ciekaw.

Już od pierwszego utworu Cry out for a Hero nie jest nudno. Klawisze idealnie przeplatają się z riffami dwóch gitar. Antona oraz Kasperiego. Do tego mocny wokal Yannisa. Ciekawym zabiegiem jest wzmacnianie jego wokalu poprzez wokal Antona. Do tego oczywiście solówka gitarowa.

W utworach takich: jak From Hell with Love, Die by the Blade, True Believer oraz Heart of Steel. Właśnie aranżacje partii klawiszowych, przypomniały mi zarówno zespół Modern Talking, jak i genialną wręcz piosenkę Knight Rider, otwierającą każdy odcinek serialu Nieustraszony, który był na antenie od 1982 do 1986 roku.

Co do kwestii samych gitar. Pomimo pewnego schematu, jaki opracował Anton. Każda solówka, jego autorstwa, niezależnie czy wykonana przez niego, czy Kasperiego, jest po prostu świetna oraz zapadająca w pamięć. Natomiast jeśli chodzi o kwestię samych riffów, to bardziej energetyczne, pomimo obowiązkowej obecności klawiszy, moim zdaniem znajdują się na Cry out for a Hero, Sweet True Lies, Unlimited Sin, This Is War oraz No Surrender.

Przechodząc do wokalu, Yannis, nie we wszystkich numerach, pokazał, na co go stać. Mam tu na myśli album Berserker. Są jednak utwory, gdzie naprawdę mnie pozytywnie zaskoczył, takie jak True Believer. Znowu jego ekspresyjny głos idealnie odzwierciedlał, a przy tym podkreślał treść kompozycji. Przez to właśnie jedyna ballada Oceandeep, przy doskonałej gitar akustycznych, znowu sprawiła, że, zawładnęła mną cała masa emocji. Dopełniły je, partie dwugłosowe, odpowiednie solo, ale wokal był tym kluczem, który otworzył te drzwi wzruszenia, smutku i łez. Wzmocniony wokal poprzez udział Antona, świetnie został zastosowany w Cry out for a Hero. Na kilku utworach jest on powtórzony i daje zamierzony efekt. Wykrzyczenie pojedynczych fraz przez Mata oraz Kasperiego, też było dobre. Zwłaszcza w Sweet True Lies, This is War oraz No Surrender. Perkusista Atte Palokangas również wykonał kawał dobrej roboty, bez jego udziału, to wszystko nie byłoby tak zgrane ze sobą.

Jednak mimo wszystko są pewne detale, które sprawiły, że nie wszystkie kompozycje mogę stawiać na równi. Mianowicie do moich ulubionych, nie tylko zaliczają się dwa single. Sweet True Lies dlatego, że, od samego początku poprzez riffy dwóch gitar, dobre perkusyjne przejścia, brzmiał dla mnie inaczej. Zwłaszcza solówka Antona. Oprócz tego tekst, w tym jego prawda życiowa, odnośnie do skomplikowanych relacji damsko-męskich. Na Die by the Blade, słychać ducha debiutanckiego albumu. Nie One jednak są u mnie na podium .

Te miejsca zarezerwowane są dla innych. Numerem dwa jest From Hell with Love. Połączenie energii z nieznanych klawiszy, bardzo chwytliwych riffów, ale i samej treść tekstu, do tego ten zmienny wokal Yannisa. Numerem jeden jest bezdyskusyjnie True Believer. Chociażby przez to, jak mnie zaskoczył, gdzie frontman pokazał, jak na chwilę obecną, wszelkie chyba umiejętności swojego fachu. Oprócz tego umiejętne budowane muzyczne napięcie też zrobiło swoje. Na uwagę a przez to na trzecie miejsce, zasługuje bardzo motywujący No Surrender, choć który przypomina pod kątem przekazu, przypomina bardzo numer o tym samym tytule, nagrany przez Judas Priest na ich najnowszym albumie Firepower. Wisienką na torcie do tego, w postaniu bonusów, są dwa covery: Killed By Death oraz No Easy Way Out. Jeden zespołu Motörhead a drugi Roberta Teppera. Zapomniałem też wspomnieć o kolejnej, okładce autorstwa Romana Ismailova, robi wrażenie.

Otrzymaliśmy od Beast in Black. Kolejny bardzo dobry album. Zespół dopracował swój już styl, wykonując muzyczny progres. Poprzeczkę postawili sobie bardzo wysoko, jestem ciekaw czy ją przeskoczą. Czy jestem tym albumem rozczarowany? Zdecydowanie nie. Czy jest to dla mnie mocny kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Zdecydowanie tak. Płyta jest kompletna i spójna, pod każdym możliwym względem. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy pod kątem lirycznym, jest kontynuatorką płyty Berserker .Tak czy inaczej, Die by the Blade nawiązuje do niej na 100 procent. Zresztą sam tytuł debiutu można usłyszeć parę razy, tak samo, jak odniesie do samej bestii. Dajcie znać, czy i wam spodobał się drugi album Beast in Black. Ja dla mnie dzięki duchowi lat osiemdziesiątych oraz dodaniu wielu od siebie muzycznych patentów, ponownie zapisali się w historii obu gatunków, zarówno heavy, jak i power metalu.

10/10

Kreator – Enemy of God (2005)

Niemieckiego Kreatora, jednego z klasyków niemieckiej szkoły thrash metalu, miłośnikom owego gatunku przedstawiać chyba nie muszę. Tym, którzy tegoż zespołu jakimś cudem nie znają, polecam serdecznie. Dziś ponownie po wielu latach w całości odsłuchałem sobie album Enemy of God z 2005 roku. Jesteście ciekawi, jak wtedy go odebrałem, a jak teraz go odbieram? Jeśli tak, to zachęcam do lektury.

Akurat się składa, że przy tym albumie miałem pierwszy kontakt z Kreatorem. Tak, zgadza się, nie przy Endless Pain czy Pleasure to Kill, tylko po przesłuchaniu tytułowego singla z Enemy of God właśnie. Wiem, że narażam się tu grupie konserwatystów metalu, no ale cóż, było, jak było, nie zmienię tego. Uwielbiałem wracać do tej płyty przynajmniej raz na miesiąc, dopiero po dwóch latach słuchania odłożyłem CD na półkę. Czternaście lat temu było tak, a dziś jest następująco…

Sam tytułowy numer wszedł od razu. Doskonałe wejście gitar, riff zapadający w pamięć, wokal Petrozzy. Przy okazji: jak na tamte czasy teledysk był, moim skromnym zdaniem, odważny, ale nie przesadzony. Tak samo było z „Impossible Brutality” idealnie połączonym z poprzednim numerem. Riff taki, jak trzeba, super solówki, żadnych słabych stron. Jednak dziś nie jestem aż tak oszołomiony, jak wtedy.

W „Suicide Terrorist” słychać już powtarzalność, przynajmniej dla mnie. Tylko końcowymi popisami Samiego Yli-Sirniö i Petrozzy się różni. „World Anarchy” słucha mi się nawet lepiej od tytułowej kompozycji. Poza tym tekst jest prawdziwy do bólu. Ta zmiana tempa i spokojny śpiew – cudo. „Dystopia” oraz „Voices Of The Dead” – takie sobie. Za to w „Murder Fantasies” zarówno tekst, jak i numer jest bardzo dobry, a solówka jedna z lepszych na płycie.

„When Death Takes Its Dominion”, wstęp bardzo dobry tak samo, jak i perkusja (breaki, crashe,etc.), co do gitar – również bardzo dobre. Solówka jest po prostu genialna, tyle na temat. „One Evil Comes (A Million Follow)” – cóż, dobry. Niby fajny, ale to jednak nie jest to. Wypada zbyt przeciętnie na tle innych kawałków. Przy „Dying Race Apocalypse” jak kiedyś, tak i teraz odpłynąłem do krainy muzycznych doznań. Akustyczne wprowadzenie, solówki cudnie pieszczące uszy, agresywny wokal, a w głowie tylko wyobrażenie pogo do tego utworu. Już kiedyś była i wciąż jest najlepszą piosenką tego albumu.

„Under A Total Blackened Sky” – dobry, ale jakoś nie został przeze mnie zapamiętany. „The Ancient Plague” jako piosenka zamykająca też nie jest zła ani przeciętna, tylko dobra. Podsumowując pod kątem muzycznym (bo pod lirycznym to kwestia względna), album nadal w moim odczuciu brzmi bardzo spójnie. Kiedy jednak słuchałem tej płyty, nie wiedząc czemu, w pewnych momentach chciałem, żeby pewne utwory przeleciały. Może nieodpowiedni nastrój? Brak chęci rozładowania gniewu czy stresu?
Do moich faworytów, czyli najlepszych trzech piosenek albumu, należą bezdyskusyjnie „Dying Race Apocalypse”, na równi „Murder Fantasies” i „World Anarchy”.

A co Wy myślicie o tym albumie? Też wam przypadł do gustu czy wręcz odwrotnie? Jak wypadłem w debiutanckiej recenzji thrash metalowej? O wszystkim dajcie znać w komentarzach, jestem otwarty na konstruktywną krytykę. Jeśli chodzi o mnie to ten album w porównaniu, do odczuć jak słuchałem go po raz pierwszy, wypada bardzo dobrze. Pozdrawiam serdecznie.

9/10

Vesania Distractive Killusions (2008)

Kolejny raz wiedziony opinią moich znajomych, tym razem Michała, wróciłem do dzieł pewnej formacji. Mam tu na myśli zespół Vesania, założony przez Tomasza Wróblewskiego Oriona, znanego z kapeli Behemoth oraz Dariusza „Daraya” Brzozowskiego, grającego w Dimmu Borgir oraz zespole Hunter. Pozostali członkowie to Filip „Heinrich” Hałucha oraz Krzysztof Oloś Siegmar. 21 stycznia 2008 miał premierę trzeci album Vesanii zatytułowany Distractive Killusions. Poprzez namowę Michała, postanowiłem do tej płyty wrócić. Czy popełniłem błąd? Przekonajcie się sami Jeżeli jesteście ciekawi mych spostrzeżeń, serdecznie zapraszam o lektury.

Już od samego początku jest intensywnie. Narrenschuff bowiem otwierają krótkie, lecz pompatyczne partie instrumentów dętych.
Do tego dobre blasty, przejścia, szaleńczy śmiech w tle, a potem dobra zmiana tempa i break, z bardzo wyraźnym w pewnym momencie basem oraz doskonały scream Oriona na sam koniec. Otwarcie idealne, mocno odzwierciedlające sam tekst.

Na The Dawnfall bardzo mocno w pamięć, przynajmniej mi, zapadła fraza ,,Each man kills the thing he loves By each let this be heard” , oprócz tego klawisze tu też sprawiają, że kompozycja ta ma mistyczne tło. Do tego dochodzą interesująco brzmiące riffy, a po zmianie tempa blasty z partią klawiszy stanowią jedność, a na sam koniec thrashowe gitary wraz z perkusją. Oj nudno nie jest, aż usiedzieć jest ciężko.

Kompozycja Infinity Horizon prezentuje natomiast doskonałe gitarowe solo oraz goscinny występ wokalny Piotra Gibnera, który z Orionem tworzy partie dwugłosowe, połączenie screamu z ekspresyjnym głosem osoby obłąkanej- genialny pomysł. Moim zdaniem Rage of Reason jako singiel wypadło dobrze, zwłaszcza dzięki chwytliwe brzmiącym przejściom perkusji wraz z riffami gitarowymi. Dobra jest także solówka na gitarze. Fragment gdzie klawisze Siegmara, dały efekt brzmienia pianina odtwarzanego z gramofonu, to znowu bardzo dobre posunięcie aranżacyjne.

Oprócz gitarowej solówki kompozycja Of Bitterness and Clarity, jakby ją przesłuchać osobno, nie zachwyca niczym szczególnym, gdyż instrumentalnie oraz wokalnie brzmi, jak trzeba, natomiast muzycy nie stosują jakiś wyjątkowych popisów. Silence makes noise rozpoczyna się mroczną, posiadającą pięć słów deklamacją Oriona. Zmiany brzmień klawiszy też są bardzo interesujące, do tego nadal doskonałe przejścia i breaki. Na koniec kolejna deklamacja Oriona oraz towarzyszący jej dźwięk spokojnej gitary.

Przy Hell is for Children oraz Aesthesis miałem takie same odczucia jak przy Of Bitterness and Clarity. Jako utwór zamykający Distractive Cryscendo daje radę, zachowując klimat. Instygującym zabiegiem jest też dźwięk tykających wskazówek zegara, oznaczających chyba koniec. Tak czy inaczej, zabieg wywołał u mnie zapewne zamierzony efekt.

Podsumowując: cieszę się, że, dałem się namówić Michałowi. Distractive Killusions jest albumem spójnym, zarówno pod kątem muzycznym, jak i lirycznym. Moim skromnym zdaniem wszyscy muzycy, którzy nagrywali tę płytę w 2007 roku, dali z siebie ponad 100 procent. Co do osobistych wrażeń, to dopiero kiedy przesłuchałem go kilkukrotnie, zdałem sobie sprawę, że Orion, na kilku utworach śpiewa, czy też brzmi identycznie jak Stain ,,Shagrath” Thoresen z Dimmu Borgir właśnie. Oprócz tego słysząc klawisze Krzysztofa Olosia Siegmara, dochodzę do wniosku, że album ten idealnie brzmiałby wraz z czwartym sezonem, serialu American Horror Story: Freak Show. Spójności muzycznej oraz lirycznej, dopełnia, okłada autorstwa tajemniczego Tanzteufel. To wszystko sprawia, że ten album mnie do siebie bardzo przekonał i stał się moim ulubionym albumem Vesanii. Jeśli zgadzacie się lub też macie inne zdanie, wyraźcie je w komentarzach. Jeżeli chodzi o mnie, to jest to opus magnum zespołu Vesania.

10/10

Primal Fear-Apocalypse(2018)

Naprawdę nie wiem, jak to możliwe, ale tak znany zespół, jak niemiecki Primal Fear poznałem dość niespodziewanie, dopiero w tym roku. Do rzeczy, 10 sierpnia dzięki włoskiej Frontiers Records dwunasty album tejże grupy, Apocalypse, został wydany. Tak gwoli ścisłości za ten krążek odpowiadają: Ralf Scheepers za mikrofonem, Mat Sinner na gitarze basowej oraz panowie Tom Naumann, Magnus Karlsson oraz Alex Beyrodt na gitarach. Za perkusją zaś zasiada Francesco Jovino. Jeśli jesteście ciekawi, jaką ja mam opinię na temat tej płyty, zapraszam serdecznie do lektury.

Paradoksalnie zwykle jest tak, że, jak piszę o jakimś zespole, to znam go na tyle dobrze, żeby być pewnym osądu. Wiadomo, że wyjątkiem są debiuty. W tym wypadku jednak jest inaczej. Szczerze się do tego przyznaję — także, żeby nie było, że nie uprzedzałem.

Samo intro jest w porządku, pompatyczność i epickość sama w sobie. Potem od samego „New Rise”, kiedy to Ralf Scheepers zaczyna odpowiednio mocno, trzy gitary dobrze ze sobą współgrają, ale jeśli o dublowanie wokalu chodzi, mam co do tego zabiegu mieszane uczucia. W samej kompozycji jest słyszalny pewnego rodzaju chaos.

The Ritual” też jest konkretny. Zarówno muzycznie, jak i wokalnie, a do tego niezła solówka. Spokojnie rozpoczyna się „King of Madness”. Wokal w tle, wraz z marszówką, gitary są już lepsze, choć nie wiem czemu, z grupą Accept mi się kojarzą. Tak samo dobry wokal, ale to nadal jakoś dla mnie za mało.

Na szczęście „Blood, Sweat & Fear” pozamiatał, jak trzeba, szybszy riff, a Ralf tu nie tylko daje radę, ale wręcz błyszczy, dzięki niezwykłym górkom Scheepersa wraz z doskonałą wymianą zdań gitar. Bardzo dobry wstęp otwiera kolejną kompozycję o tytule „Supernova”. W tym utworze pojawia się też bardzo dobra solówka – jakby sam DIO ją komponował. Kolejny mój ulubieniec. „Hail to the Fear” to też jest to, czego oczekiwałem, bardzo proste riffy, idealny wyważony dublet wokali. Czemu tak nie zaczęliście? No cóż, szkoda.

Singlowy „Hounds of Justice” też jest dobry, choć przez niecałą połowę utworu to przytłumiona gitara jest jego środkiem napędowym. Przynajmniej ja tak to odebrałem. Kolejna dobra solówka, nieprzekombinowana. „The Beast” to znowu inna sprawa, znowu wstęp i niby chaos, ale mnie ten kawałek przeciwieństwie do „The Ritual”, mniej przekonał. Zdecydował o tym drugi wokalista w refrenie, przy uwypukleniu słowa ,,Beast”.

Przedostatni „Eye of the Storm” to nie moja bajka, tu już słychać chaos i przekombinowanie w jednym. Pojadę skojarzeniami z Black Sabbath, wstawkami znanymi już z Epiki, Nightwisha, no i klawisze (skrzypce) z jednego z ostatnich singli Dimmu Borgir. Lepiej by jednak było, gdyby się nie ukazał na albumie. Ostatnia kompozycja jest dobra ale jako kompozycja zamykająca – niekoniecznie.

Podsumowując: dobrze, że recenzji nie pisałem na gorąco, tylko rozsądnie po opadnięciu ze mnie emocji i zapoznaniem się z, chociaż dwoma ostatnimi albumami Primal Fear. Nasunęły mi się po tym pewne wnioski. Najnowsze dzieło tego zespołu nie jest tak zwanym Painkillerem dla fanów Judas Priest. Nawet co do spójności muzycznej albumu mam mocne wątpliwości. Wokal Ralfa jest dobry, ale moim zdaniem nie pokazał swoich pełnych możliwości. Co do kwestii instrumentalnej, cóż … tak jak średnio przepadam za zespołami, które mają trzy gitary elektryczne, basową, perkusję i klawisze, ten mi się podoba. Jednak ten chaos, a zwłaszcza bubel w postaci „Eye of the Storm”, lekko narusza pierwsze odniesione przeze mnie wrażenie. Co do kwestii ulubionych kawałków, które mi zapadną w pamięć na dłuższy czas to w sumie teraz mam w głowie „Blood, Sweat & Fear” , ale czy w niej zostanie-czas pokaże. Dla osoby, która wchodzi, w świat heavy metalu na poważnie nie będzie to tak złe, jak w moim przypadku, ale dla osoby obytej — już niekoniecznie. Mogło być znacznie lepiej. Jestem też ciekaw waszych opinii na temat tego albumu. Moja jest jednoznaczna.

7,5/10

Norden-Z popiołów i krwi (2018)

Norden, gdyński zespół założony w 1993 roku, po nagraniu debiutanckiego albumu w 1997 roku zawiesił działalność. Powrócił jednak w 2018 roku z wydawnictwem ,,Z popiołów i krwi”. 
Już sam fakt, że nie wiem, czy to projekt, czy zespół, jest ciekawy. Mniejsza z tym, czas przejść do recenzji. Postanowiłem o tym napisać, gdyż paru moich znajomych z owym krążkiem się zapoznało, a kilku nawet polecało, w tym Sylwia. Stwierdziłem więc, że może warto. Czy popełniłem błąd, słuchając tej płyty? Jeśli jesteście ich ciekawi, jakie odczucia towarzyszyły mi podczas przesłuchiwania krążka, zapraszam serdecznie.

W utworze otwierającym , …I zaszczeka Garm” następuje dobre wejście gitary akustycznej. Wokalista tajemniczo szepcze (po polsku, jak można się domyślić po tytule utworu), później następuje gwałtowna zmiana wraz z surowymi riffami, perkusją i dopełniającym wszystkiego screamem. Utwór sprawia wrażenie prostego, jest jednak klimatyczny i mroczny. 
Puszczając wodze fantazji, to słuchając tego, znajduję się albo w naszych polskich lasach, albo w Skandynawii. W „Jam twym orłem” doszły kolejne elementy, w tym bardziej blackowy breakdown. Ponadto w utworze zaprezentowano dwie solówki, akustyczną i elektryczną.

Momentami do wokalisty dołączały również głosy w tle. Natomiast w ,,Powiedz Ojcze” pojawia się interesująca pół-deklamacja, pół-scream. Oprócz tego zarówno blasty, jak i solo są naprawdę dobre. Ostania kompozycja ,,To twój bóg” te partie akustyczne były dla mnie najbardziej chwytliwe, nie brakuje znowu dobrych breakdownów. Cover „The Land” legendarnego Bathory jest niesamowity, na swój sposób trochę inny, ale to akurat bardzo dobrze.

Podsumowując, ten album zabrał mnie w podróż wstecz. Głównie dlatego, że to ze Szwecji pochodzi zespół–legenda Bathory, którego wspomniany cover znajduje się na płycie. To nie wszystko, gdyż ten klimat, powiedziałbym nawet „mistycyzm”, połączony z duchem północy właśnie, te gitary akustyczne oraz wokal przywiodły mi na myśl właśnie twórczość Quorthona
Jak dla mnie „Z popiołów i krwi” to bardzo dobry album, jednak nie na każdą okazję. Tym, którzy jakimś cudem nie mieli styczności z Bathory, również płytę polecam, gdyż zapewne po jej przesłuchaniu porównacie twórczość Norden do tej legendarnej formacji. 
Ta płyta to również dobry przykład, że można stworzyć bardzo dobry materiał, inspirując się innym zespołem. To wszystko z mojej strony, chętnie poznam Wasze zdanie na temat tego krążka, który mi osobiście bardzo do gustu przypadł.

10/10