Kategorie
Bez kategorii

Katatonia – Tonight’s Decision (1999)

Dziś oto jest ten dzień, kiedy wracam, po krótkim, lecz dość intensywnym kontakcie, do zespołu, który dziwnym trafem został zastąpiony przez inny, w moim osobistym rankingu. Mam tu na myśli pionierów szwedzkiego doom metalu, czyli Katatonię, których swego czasu zastąpiłem amerykańskim Type of Negative. Jednak to uległo zmianie. Tonight’s Decision to album Katatonii, który słuchałem przed laty, a dziś do niego powróciłem dzięki Justynie Szatny. Co Ciekawe, w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne z 1999 roku. Co najlepsze w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? Czy w moim odczuciu, od 2007 roku, ta płyta zmieniła się na lepsze czy gorsze? Zobaczymy.

Otwierający płytę For My Demons dalej nadaje odpowiedni nastrój. Deklamacja, a potem śpiew Jonesa. Całość dopełniają dobrze nastrojone gitary wraz z blastami oraz odpowiednie klawisze. Breakdowny trafione w punkt. Jednakże wisienką na przysłowiowym torcie są te pojedyncze riffy uspokajające. W I Am Nothing bass wraz z rozpoczynającymi partiami perkusyjnymi nadal się moim uszom podoba. Tej kompozycji nic nie brakuje, a partie bassu brzmią mi wyraźniej. Swoje robi boczny wokal Andersa. In Death, A Song jest trochę cięższy, mam nawet wrażenie, iż riffy są trochę blackowe, lecz to tylko moje subiektywne odczucie. Tak czy inaczej, w tym przypadku, także wszystko dopracowane. Poza tym dość nietypowa struktura utworów w porównaniu do poprzednich, sprawia, że mam nowego ulubieńca. Ciekaw jestem kiedy będzie się do czego doczepić na tym krążku? Bo jak na razie nie ma.

Czwarty Had To (Leave) jest dobrą kontynuacją poprzedniego utworu, pod kątem muzycznym. Choć tu słychać wyraźniejsze breakdowny, a gitary w momencie uspokojenia wraz z partiami klawiszy, sprawiają wrażenie, jakbym przenosił się pomiędzy wymiarami jakimś tunelem. Natomiast This Punishment poprzez użycie klawisze brzmi na początku bardzo gospelowo. Moim zdanie w przypadku tego utworu partie perkusji brzmią bardzo jazzowo. Każdy jej element słychać bardzo wyraźnie. Nastrój uzupełnia mistrzowska solówka basowa oraz instrumentalny popis umiejętności na najwyższym poziomie.

W Right Into The Bliss warte według mnie wspomnienia są riffy podczas zmiany temp oraz dźwięk płyty winylowej, odtwarzanej z gramofonu. Daje to mistrzowski efekt. Całość dopełniają trochę cięższe partie gitar w kilku momentach oraz genialna solówka gitarowa. No Good Can Come Of This to kolejna kompozycja o bardzo złożonej strukturze. Choć jak dla mnie, nie jest ani zły, ani dobry. Docenić należy fakt różnorodności riffów, lecz to za mało. Podobnie jest z Strained, choć tu ratunkiem okazuje się bardzo dobra solówka i druga połowa tej kompozycji. Klasyczna gitara na Darkness Coming nadaje odpowiedni, trochę bardziej refleksyjny nastrój, lecz druga połowa przez bardziej nieco przygnębiający wokal Jonasa i niepotrzebne wejście gitary elektrycznej, trochę go burzy.

Nightmares By The Sea okazuje się coverem, choć w oryginale wykonywany przez Jeffa Buckleya. Moim zdaniem kompletnie nie pasuje do reszty, no i poddaje pod wątpliwość idealną spójność tego albumu. Ostatni natomiast Black Session okazuje się bardzo dziwnym zamknięciem płyty. Dzieje się tak ,chociażby przez skrajnie brzmiące riffy dwóch gitar. Z czasem można i do tego przywyknąć. Tak czy inaczej, tutaj po raz trzeci otrzymujemy bardzo złożony utwór.

Podsumowując, szwedzka Katatonia udowodniła, nawet mi, jako osobie, która miała z nią, krótką styczność, iż nadal jest warta uwagi. Po dwóch dekadach album Tonight’s Decision jeszcze bardziej niż na początku bardziej mnie zachwycił. Różnorodny wokal Jonasa, a zwłaszcza jego przygnębiające partie, udowodniły, że, jest jednym z lepszych wokalistów reprezentujących szeroko rozumiany doom metal. Domieszka blacku oraz gotyckiego brzmienia w riffach, sprawiła, iż, nie był i nadal to nie jest tylko doom. Nadal słychać eksperymenty i szukanie stylu, który uformował się z czasem, lecz, całe szczęście nie pozostał taki sam. Lecz jednak jest jedno, ale, spójność albumu, bardzo dosadnie zaburzył ją wyżej cover. Ostatni Black Session czy nawet bonusy z wersji z 2003 roku, czyli No Devotion oraz Fractured nie zdołały jej odbudować, choć same w sobie są świetnymi kompozycjami. Jednak nie jest to powodem, aby czuć pewien niedosyt. Tak czy inaczej, w moim odczuciu od 2007 roku, wydaje się być lepsza. Katalog moich ulubionych utworów poszerzył się o Had To (Leave), This Punishment oraz I Am Nothing. Jest więc więcej niż dobrze. Korzystając z okazji, chciałem podziękować Justynie, dzięki której ponownie do Katatonii powróciłem. Czy ostatni raz? Sam nie wiem. Tak czy inaczej, na razie był to powrót nie idealny, lecz bardzo udany.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Powerwolf – The Bible of the Beast (2009)

Jakiś czas temu wyraziłem swoją opinię na temat najnowszego albumu The Sacrament of Sin niemieckiego zespołu Powerwolf. Teraz po dłuższej przerwie, powróciłem do ich trzeciej płyty, wydanej 27 kwietnia 2009 roku, czyli ponad dekadę temu. Czy czas zadziałał na korzyść płyty? Czy moje ulubione utwory zostały zamienione na inne? No i czy nadal jest on jednym z opus magnum tego zespołu? Jest tylko jeden sposób, aby poznać odpowiedzi na te pytania.

Intro Opening – Prelude To Purgatory nadal doskonale wprowadza w klimat albumu. Utwór ten cechuje porządna dawka dramatyzmu. Całość dopełnia pompatyczność instrumentów symfonicznych, oczywiście z nieodzownymi organami kościelnymi, wraz z nadal mistrzowskim oratorskim warsztatem Attili Dorna. W pierwszym faktycznym utworze Raise Your Fist Evangelist. Attila nadal nie zawodzi, zwłaszcza jeśli chodzi o chórki. Kompozycja zawiera naprawdę dobre partie gitarowe z nieprzesadzonymi przejściami perkusji. Zaś na jego końcu znajduje się koniec naprawdę nadal dobra solówka gitarowa.

Moscow After Dark jest jednak bardziej przebojowy. Zawiera bowiem bogatsze riffy gitarowe oraz bardziej dynamiczną strukturę, przez co jest jedną z wielu najbardziej energetycznych kompozycji na tej płycie. Natomiast w Panic In The Pentagram już sam początek nadal przykuwa uwagę. Utwór cechują dobrze zagrane partie basowe oraz po zmianie tempa bardzo galopująca solówka gitarowa doskonale połączona z perkusją.

Catholic In The Morning… Satanist At Night pod kątem lirycznym idealnie pokazuje dwie ukryte natury człowieka, dobrą i złą. Pod kątem muzycznym niczego mu nie brakuje. Zwłaszcza kolejnej dawki pozytywnej energii. Seven Deadly Saints też jest dobry. Słychać, iż Attlia wręcz bawi się swoim głosem. Ma też kolejną bardzo dobrą solówkę gitarową.

Werewolves Of Armenia nadal jest nieśmiertelny. Legendarny wręcz już epicki wstęp wraz z odliczaniem po niemiecku ciągle daje rade. Do tego jeszcze to hu ha, nic dziwnego, że jest jednym z koncertowych hitów. Całość dopełniają przebojowe riffy oraz śpiew, z krótką deklamacja Attili. Na sam koniec otrzymujemy, chyba najbardziej chwytliwe gitarowe solo na tej płycie. We Take The Church By Storm ma mocno thrashowe riffy, co mogło umknąć mej uwadze, przy wcześniejszym odsłuchu. Jest to następny dynamiczny utwór. Lecz tutaj dwie solówki gitarowe mnie pozytywnie zaskoczyły. Oprócz tego tekst: Ohh, We take the church by strom ! Zapadnie mi mocno w pamięć.

Resurrection By Erection to kolejny wieloletni hit koncertowy. Tekst był i jest bardzo przewrotny, lecz ludzie rozumiejący grę słów, będą wiedzieć, że nie chodzi tylko o erekcję. Muzycznie znowu tak samo jak w przypadku Werewolves Of Armenia, bez żadnego zarzutu. Natomiast Midnight Messiah wydaje mi się niedoceniony. Dwie genialne wręcz solówki, mnóstwo przejść. Zbudowane napięcie idealnie podkreślą partie werbli. Przedostatni St. Satan’s Day rozpoczyna się dobrą marszówką. Całość uzupełniają partie chóru, zmienne tempo, dynamiczne riffy oraz znowu dobrze zagrane partie basowe. Tutaj natomiast solówka jest średnia. Na sam koniec mamy epicki Wolves Against The World, który w założeniu nie był balladą, jak dla mnie stał się nią, ponieważ zawiera wszystkie jej cechy. Uważam też, że Powerwolf miał już wcześniej w swoim repertuarze ballady oprócz niby tej ,,pierwszej” z ich ostatniej płyty. Choć ten temat nie jest prostym do zrozumienia.

Podsumowując. W przypadku tej płyty czas działa na jej korzyść. Pomijając nawet fakt, iż album ma równe 10 lat. Choć są na nim elementy, do których liczę, że grupa wróci w przyszłości, jak chociażby większa dramaturgia oraz partie basowe. Czas też dokonał pewnych zmian na mojej set liście płyty. Kiedyś moimi ulubionymi utworami z tego albumu były Werewolves Of Armenia, Catholic In The Morning… Satanist At Night orazResurrection By Erection, nadl są dobre. Lecz teraz zamieniałem je na Moscow After Dark, Midnight Messiah, We Take The Church By Storm oraz Wolves Against The World. Jako fan też chciałbym dożyć okazji, aby móc usłyszeć ten album wykonany w całości na żywo. Może na następnych trzech tegorocznych listopada (22 – Gdańsk, 24 – Wrocław oraz 25 – Kraków) występach w naszym kraju, zespół weźmie pod uwagę mijające dziesięć lat i zaprezentuje jakieś zapomniane utwory, jak chociażby We Take The Church By Storm, Midnight Messiah czy Moscow After Dark. Kto wie? Oby. Tak czy inaczej, jest to jeden z trzech albumów, na których zespół opiera swój styl. Jednym z opus magnum zespołu Powerwolf, pod względem muzycznym, jak i lirycznym. Biorąc to wszystko pod uwagę, ocena może być tylko jedna.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Babymetal – Metal Galaxy (2019)

Babymetal podobnie jak polski Nocny Kochanek budzi skrajne emocje. Jest to jednak zespół japoński. Ci, co mieli do czynienia odrobinę z japońską kulturą, nie zaprzeczą, że, jest ona pełna dziwnych zjawisk, czy też elementów, które wzajemnie się wykluczają. Nie ulega wątpliwości, iż, po wydaniu swoich dwóch albumów Babymetal, rozpoczął niekończącą się dyskusje w kwestii kiczu, a także przyczynił się do powstania nurtu kinder/ modern metalu. Dziś po raz kolejny ciekawość zwyciężyła i postanowiłem przesłuchać ich najnowszy album Metal Galaxy, wydany 8 października tego roku. Czy pożałuję swojej decyzji? Czy może jednak jako osobie nie stroniącej, od brzmień ścieżek dźwiękowych z licznych anime, się nie rozczaruje? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Już samo intro mające w swoim założeniu być kosmiczne, jest w rzeczywistości mocno depstapowe. Zastosowano także tutaj, coś, czego nie zdzierżę, a mianowicie audiotun. Tak więc już sam początek mnie nie przekonał. Potem jest już chyba tylko gorzej.

Na Da Da Dance, otrzymujemy bowiem fuzję j-popu z heavy metalem i dyskotekowym bitem. Dwu biegunowe tempo i trochę na siłę zaprezentowana solówka gitarowa nie przekonuje mnie, lecz trochę bawi. Na Elevator Girl podstawowym błędem był tekst po angielsku. Po japońsku mógł dać radę, no ale cóż trudno. Jak na razie tylko singiel Shanti Shanti Shanti do mnie dociera. Dlaczego? Dlatego iż, po pierwsze uwielbiam orientalnie brzmiące gitary. Po drugie jest tu zachowany umiar i jednobiegunowość, bez zbędnych twistów. Natomiast utwór Oh! Maijini! Z gościnnym udziałem Joakima, z zespołu Sabaton, jest dla mnie japońskim utworem, dobrym tylko do grania na mocno zakrapianej imprezie. Więc lubić go można tylko pod mocnym wpływem alkoholu.

Kolejne utwory znajdujące się na płycie, a więc Brand New Day, BBAD oraz Night Night Burn stanowią swoistą porcję misz maszu. Od dupstepu, po j-pop, a nawet cyfrową perkusję. Z całym szacunkiem, doceniam fakt rozwoju technologi w muzyce, jednak w tym przypadku nie poszło to w dobrym kierunku. Nadmienię tutaj, chociażby Night Night Burn na początku gitary brzmiały obiecująco. Szkoda. Jednak najbardziej mnie zaintrygował eksperymentalny In the name of, gdzie nie ma damskiego wokalu. Brzmi on bardzo death/grind corowo ,nie wiem, kto podkładał screma i growl ,ale zrobił kapitalną robotę. Wraz z utworami Distorion i Pa pa Ya! Znowu powracamy na ową imprezę, tylko z folku przerzucimy się na klimaty techno/disco. Szkoda mi trochę Allisy, bo w samym chórku jej growl brzmiał dobrze. Pozostałe utwory, nawet z przedostatniego Shine, który miał potencjał na całkiem dobrą balladę ,ale tego magicznego ,,czegoś” zabrakło.

Krótko i na temat. Jak jestem fanem podobnych brzmień ,może nie aż tak za bardzo innowacyjnych ,ale jednak rodem z wielu anime, ale tu tylko jedna kompozycja zachowała umiar. Mówię o Shanti Shanti Shanti. In the name of natomiast okazała się mocno eksperymentalna i odstawała od reszty, więc mnie do siebie również przekonała. Po przesłuchaniu wyżej wspomnianej płyty mam sprzeczne wrażenia. Z jednej strony niby żałuję, a jednocześnie cieszę się, że zaspokoiłem swoją ciekawość. Jednakże w żadnym razie polecam tej płyty w całości. Rozumiem próby wprowadzenia audiotunu, perkusji cyfrowej i dupstepu jako modern metalu jednakże drogie panie nie ze mną te numery. Mnie nie nabrałyście. Płyta jest bardzo niespójna i dwubiegunowa. Została skomponowana na zasadzie mieszanki heavy metalu oraz j-popu. Te dwa style przeplatają się w kółko. Mnie osobiście ten schemat mocno kuje w uszy. Doceniam tylko dwie z szesnastu kompozycji, jakie zalazły się na tej płycie. Mam świadomość, iż, na wschodzie Babymetal ma potężną armię swoich wyznawców. Tutaj jednak jest Europa i jak na razie takie rozwiązania się nie sprawdzają, nawet dla mnie jako miłośnika anime. Jeden czy dwa utwory jeszcze może od biedy, ale cała płyta to jednak nie moja bajka.

Korekta Paulina Wawrzusiak

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Judas Priest – Turbo (1986)

Zespołu Judas Priest nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Kiedyś wypowiedziałem się na temat ich ostatniego albumu Firepower wydanego w zeszłym roku. Dziś natomiast przekonam się, czy ich dziesiąty album Turbo, wydany 14 kwietnia 1986 roku, czyli 33 lata temu, przetrwał próbę czasu. Rozczarował czy zaskoczył? No i czy jakieś utwory pozwoliły ukazać swój ukryty potencjał.

Otwierający płytę singiel Turbo Lover zarówno kiedyś, jak i dziś, jest dla mnie bardzo przebojowy. Poza tym początek elektroniczno/gitarowy dalej robi wrażenie. Bogactwo riffów oraz umiejętne zmiany temp, pozwalają utrzymać dynamikę tego utworu, który jest jednym z klasyków koncertowych tego zespołu. Całość zostaje utrzymana w starym, heavy metalowym stylu, chociaż wstawki elektroniczne ukazują, że zespół eksperymentował i szukał nowych rozwiązań. Nawet dziś można to usłyszeć.

Przytłumiona gitara wykorzystana na początku numeru Locked In nadaje mu odpowiedni efekt. Dynamikę utworu wzmacniają gitarowe riffy oraz perfekcyjne solówki. Private Property również jest bardzo dobry. Tekst utworu może być przez niektórych odebrany jako antykomunistyczny przekaz. Taka interpretacja nie wydaje się jednakże właściwa, bowiem tematyka tekstu dotyczy po prostu ochrony własności prywatnej. Na początku mamy tu krótką elektroniczną, efektowną wstawką. Chór wspierający Roba oraz dobra solówka gitarowa, przyczyniły się do tego, iż utwór ten był i jest naprawdę dobry.

Partenal Guidance nie jest zły, lecz czegoś tutaj brakuje. Pomimo dobrej, solowej partii gitar, nadal nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia. Rock You All Around the World jest kolejnym, dynamicznym, jaki znajduje się na tej płycie. Zaczyna się dość ostro, choć brzmi on potem trochę rock’n’rollowo, co w tym przypadku akurat nie jest złe. Wręcz przeciwnie, nadaje mu swoistego charakteru, przez co wyróżnia tę kompozycję od pozostałych na tym albumie. Ponadto, zawiera całkiem dobrą gitarową solówkę oraz gustownie dobrane partie perkusyjne. Moim zdaniem to najlepszy z numerów na tym krążku.

Out In the Cold ma bardzo nastrojowy początek. Judas Priest nadal potrafi zbudować napięcie. Moim zdaniem melodyjny sposób, w jaki Rob wykonuje wyżej wspomniany utwór, klasyfikuje go w kategorii, pomimo iż kompozycja nie jest utrzymana w wolnym tempie. Wcześniej jakoś nie dostrzegłem tego faktu. Z Wild Nights ,Hot & Crazy Days mam pewien problem. Z jednej strony niby jest dynamiczna, a z drugiej dziwnie zaaranżowana, przez co nadal jest dla mnie nudna.

Hot For Love kipi energią od samego początku. Tutaj przynajmniej dla mnie, na większą uwagę zasługują dość specyficzne riffy Jest to kolejny utwór na krążku, zawierający w sobie wpływ elektroniki. Tak więc znowu nie mam się do czego w negatywny sposób przyczepić, jeśli chodzi o ten numer. Przedostatni Reckless jest dla mnie nieodkrytą perełką tej płyty, zasługującą na miano singla. Posiada on zarówno nastrojowy, jak i przebojowy charakter. Zawiera jedną z trzech najlepszych gitarowych solówek na płycie, co też mówi samo za siebie. Ostatni All Fired, w porównaniu do Turbo Lover, nie jest może aż tak dynamicznym zamknięciem albumu, lecz uważam, że nadal spełnia swoją funkcję. Warto odnotować, że utwór ten dograny w 2001 roku, kiedy to powstała nowa wersja tejże płyty. Nie ma go na pierwotnej wersji krążka z 1986 roku.

Podsumowując. Album Turbo po upływie 33 lat od premiery, nadal jest godny swojej nazwy. Jak na tamte czasy, był mocno innowacyjny, może przez umiejętne połączenie odrobiny elektroniki z mistrzowskimi partiami gitarowymi. Zresztą jak na ,,Boga Metalu” przystało, Rob, jako wokalista zrobił to, co, umie najlepiej. Dał z siebie więcej, niż od niego oczekiwano. Pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie fakt, iż pewne dotychczas słabo znane przeze mnie utwory, dołączyły do grona moich ulubionych Mam tu na myśli Locked In, Private Property, Reckless oraz Out in the Cold. Tak się akurat złożyło, iż, w tym roku mija dokładnie 50 lat od czasu, kiedy Judas Priest zaczął funkcjonować na rockowo-metalowej scenie muzycznej, dostarczając wiele innowacyjnych rozwiązań, dzięki którym ona ewoluowała. Ten album też zalicz się do tego typu innowacji, może to nie będzie ich ostatni album, o którym napiszę? Szczerze? Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, czas wszystko zweryfikuje. Tak czy inaczej, jak się domyśliliście, ocena tego arcydzieła może być tylko jedna. Chętnie też poznam wasze opinie na temat tej płyty.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Carolus Rex (2012)

Postanowiłem ponownie odświeżyć sobie kolejny, bo drugi już album zespołu Sabaton. Carolus Rex, bo o nim mowa, ma już ponad 6 lat od swojego wydania oraz jest szóstym albumem Sabaton u. Był to też pierwszy krążek, na którym zarówno po angielsku, jak i po szwedzku, przybliżone zostały dzieje Imperium Szwedzkiego. Dotyczoną onee zarówno jego powstania, jak i upadku. Wspominałem już, że ten zespół lubię, więc podzielę się swoimi odczuciami, po sześciu latach o oficjalnej premiery tej płyty. Czy nadal do niego wracam? Może jednak niektóre utwory odżyły na nowo a inne umarły? Przekonajmy się. Dodam też, iż, jest to ostatni krążek przed odejściem z zespołu Daniela Mÿhra (instrumenty klawiszowe), Daniela Mullbacka (perkusja), Rikarda Sundéna(gitara) oraz Oscar Monteliusa (gitara). Ich brak wprowadził lekki chaos, ale zespół, a raczej dwójka jego założycieli doskonale z tym sobie poradziła.

Na początku mamy do czynienia z doskonale budującym napięcie krótkim intrem Dominium Maris Baltici. Z którego od razu przenosimy się do pierwszego utworu The Lion From The North/ Lejonet Från Norden. Dynamika jest nadal utrzymana, całość uzupełniają wyraźne przejścia perkusji. Umiejętne wykorzystanie chórków śpiewających o chwale Gustawa II Adolfa: Gustavus! Adolphus! (Gustavus Adolphus gå fram, libera, impera) Libera et impera! Acerbus et ingens! (Acerbus et ingens gå fram, libera, impera) Augusta per augusta. Potem dochodzi do tego solo gitarowe i klawiszowe. Jest to Najbardziej epicki początek, z jakim miałem i mam do czynienia.

Gott Mit Uns/ Gott Mit Uns to również energetyczny utwór, choć nie tak epicki, jak pierwszy. Przedstawione są w nim okoliczności pierwszej bitwy pod Breitenfeld, w trakcie wojny trzydziestoletniej, którą Szwedzi stoczyli przeciwko Niemcom. W jej wyniku Gustaw II Adolf zmienił układ sił w ówczesnej Europie na korzyść Imperium Szwecji oczywiście. Muzycznie riffy, jak i sama melodia bardzo łatwo wpada w ucho. Nic dziwnego, że , utwór ten został umieszczony na set liście koncertowej zespołu na bardzo długi czas.

A Lifetime Of War/En Livstid I Krig jest naprawdę dobrą oraz nastrojową balladą. Jednak mnie osobiście tekst w języku szwedzkim jakoś tak bardziej porusza. Poza tym udział instrumentów smyczkowych nadaje podniosły charakter wyżej wspomnianemu utworowi. Wszystko jest tu dopracowane. Można się o tym przekonać zwłaszcza w momentach, kiedy gra staje się bardziej dynamiczna. Uwagi słuchacza zwraca końcowe, gitarowe solo.

1648/1648 to data jednej z bardziej spektakularnych porażek w historii Szwecji. Chodzi bowiem o nieudane oblężenie Pragi w trakcie wojny trzydziestoletniej. Tu wszystko jest ok, choć jakimś dziwnym trafem utwór ten zawsze mi wpadał i wypadał jednym uchem. Teraz też tak jest pomimo niezłego gitarowego solo. No cóż, tak czasem bywa.

The Carolean’s Prayer/Karolinens Bön to druga ballada na tej płycie. Moim zdaniem jest odpowiednia, choć nastroju na samym początku nadały partie organ kościelnych, odnosząc się do samego tytułu. Sama opowieść jest dość prosta, bo opowiada o niezłomności i wierze żołnierzy w samego Boga, jak i wodza Karola XII.

Tytułowy Carolus Rex kontynuuje dzieje Karola XII, wspominając czas jego oficjalnego wstąpienia na tron. Jak na singiel przystało, pod względem muzycznym jest to znowu jeden z najbardziej epickich utworów na płycie. Po raz kolejny mam do czynienia z bogatym dorobkiem perkusji oraz doskonale dobranymi riffami. Uroku dodają także breakdowny oraz solo gitarowe będące jednym z najlepszych na całej (może nawet najlepsze). Nic więc dziwnego, że Sabaton nie rezygnuje z niego na swoich koncertach.

Killing Ground /Ett Slag Färgat Rött to dobra dawka energii. Bez zbędnego patosu, utwór opowiada po prostu o męstwie szwedzkich żołnierzy nacierających na niemieckich wrogów bez żadnej litości. Nie mniej jednak ten utwór jest idealny do wyżycia się pod sceną, w tym do headbangingu.

Poltava to już troszeczkę inna sprawa. Tutaj znowu słyszymy o bardzo dotkliwej porażce Szwedów pod Połtawą, ze strony Cesarstwa Rosyjskiego, w którym rządził Piotr I Wielki. Poprzez dynamiczne riffy, jak i zmiany temp zespół oddał doskonale zarówno panikę, jak i strach Szwedów. Efekt uzupełnią jednakowo wspaniały głos Joakima. Jak i odpowiednie użycie chórków, to wszystko składa się na kolejny, dobry epicki utwór.

Trzecią a przy tym ostatnią balladą na płycie jest ta o śmierci Karola XII. Mowa oczywiście o Long Live The King/Konungens Likfärd. Jest równie pompatyczna oraz klimatyczna jak dwie pozostałe. Doskonałym zamknięciem płyty jest Ruina Imperii/ Ruina Imperii, która podkreśla już totalny upadek szwedzkiego, które jednak trwało ponad sto lat, dając nawet nam jako Rzeczpospolitej w kość. Utwór można określić jako elektroniczny majstersztyk połączony znowu z instrumentami smyczkowymi. Efekt nadaje nietypowo zmutowany wokal Joakima wraz z udziałem męskiego chóru.

Podsumowując. Płyta była i jest równie dobra, jak The Art of War. Sabaton nadal ukazuje na niej, wszystko, co miał i ma najlepsze. Warto pamiętać, iż jest to przecież pierwszy koncepcyjny album o historii Szwecji w dorobku tego zespołu. Pomimo iż jednakowe obie wersje (angielska oraz szwedzka) są dobre to moim zdaniem doskonale dopasowanym językiem pod skomponowaną muzykę, jest jednak wersja szwedzka. Jako Polacy doceniliśmy fakt, że, w końcu Sabaton przedstawił historię swojego kraju. Okoliczności związane z powstaniem płyty były smutne, ale cóż, czasu nikt nie cofnie. Ja mając w głowie wcześniejsze, mocno przeciętne jak dla mnie Coat Of Arms, album Carolus Rex uważam za wybitny, stawiając go na równi z Art of War, choć wiedząc, że jest nieco inny. To jest kolejna płyta, na której korzyść działa upływający czas. Dlatego też chętnie do niej wracam. Jak chociażby do kompozycji takich jak Lejonet Från Norden, Gott Mit Uns, En Livstid I Krig, Carolus Rex czy Ruina Imperii. Do tego dwie równie wspaniałe okładki. Oprócz tego wszystkiego wkrada się jeszcze pewna bardziej osobista historia, związana z faktem, że to na krakowskim koncercie promującym ten właśnie album, pierwszy raz ujrzałem Angelinę, najpierw swoją najlepszą przyjaciółkę a obecnie partnerkę. To dodaje jeszcze bardziej subiektywny czynnik sentymentalny. Dlatego ocena może być tylko jedna dla tego arcydzieła, nawet pomijając moje osobiste wspomnienia.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Borknagar – True North (2019)

Nareszcie! Po ponad trzech latach oczekiwania, norweski Broknagar wydaje swój kolejny krążek zatytułowany True North. Wydany został oczywiście przez Century Media Records, dokładnie 27 września tego roku. Kiedyś na łamach pewnego portalu miałem okazję wyrazić swoją opinię na temat ich poprzedniej płyty Winter Thrice, która bardzo mi przypadła do gustu. Chociażby z tego powodu najnowszy album nie ma łatwego zadania, gdyż poprzeczkę u mnie, ma zawieszoną bardzo wysoko. Czy True North mnie rozczaruje? Czy też może okaże się, iż, znowu Borkangar pozytywnie mnie zaskoczył. Tego dowiecie się w odpowiednim czasie. Tak czy inaczej, dziś podzielę się z Wami, swoimi wrażeniami odnośnie do najnowszego albumu Norwegów True North.

Otwierający płytę Thunderous spełnia swoje zadanie w pełni. Cieszy fakt, iż, nie tylko czyste wokale Vortexa wiodą tutaj prym. Mam tu na myśli nadal ten sam surowy scream. Sama struktura jest intrygująca i bardziej progresywna. Perkusja stanowi tu wyznacznik zmian temp, które w przypadku tego utworu występują czterokrotnie. Słuchając do tego dłuższego fragmentu spokojniejszych gitar, ma się wrażenie zatracenia w jakiejś nieokreślonej przestrzeni. Nie jest może genialnie, ale też nie jest źle.

W Up North pod względem brzmienia bardzo spodobały mi się gospelowe klawisze. Do tego ta narastająca dynamika perkusji, jak i gitar. Później znowu przejście na większą intensywność. Kunsztu nadaje śpiew Vortexa o śmierci, w dość o dziwo przyjemny dla ucha sposób. Do tego jeszcze filozoficzne nawiązanie do cyklu życia, związanego z czterema porami roku. Oprócz tego mam nieodparte wrażenie, iż, właśnie na tej kompozycji ,,Lazare” dał największy popis swoich muzycznych umiejętności. Może dlatego też jako singiel odniósł sukces? Pewnie tak.

Drugim singlem a trzecim utworem na płycie jest The Fire that Burns. Tutaj znowu zupełnie inne spokojne fragmenty dają ten sam efekt. Uwagę przykuwa jednak dość intrygująca gitarowa solówka. Co oprócz tego? No cóż. Może jednak za dużo czystego śpiewu Vortexa, ale końcowe chórki wyszły dobrze, wraz ze screamem, którego jednak było za mało.

W Lights podoba mi się początkowa partia perkusji. Do tego jeszcze wejście z czystym śpiewem Vortexa, jak i Larsa ,,Lazare”, a jeszcze później jeden screamuje a drugi śpiewa. Duet idealny. Z instrumentalnych kwestii, tutaj też solówka gitarowa zasługuje na uznanie.

Wild Father’s Heart rozpoczyna się bardzo nastrojowo. Nie tylko za sprawą akustycznych gitar, ale także instrumentów smyczkowych. Dopełnia to marszówka wraz z bardzo dobrą gitarową solówką. Powiem jedno. Jeśli to miała być refleksyjna a do tego relaksująca ballada, to Borknagar spisał się na szóstkę.

Mount Rapture z kolei sprowadza na początku trochę dobrych blackowych riffów. Prawdziwym screamem zaczyna się wokal. Choć jak zwykle następuje zamiana. Co interesujące tu też jest odrobinę tych gospelowych partii klawiszy, lecz zaraz potem całkiem niezła solówka gitarowa.

Tidal. Ten z pozoru znowu spokojnie się zaczynający utwór, wcale taki nie jest. Choć gitary oraz subtelna perkusja, a zwłaszcza brzmienie talerzy, wprowadza mnie na zupełnie inny wymiar. Tutaj Vortex poza klasycznym czystym śpiewem, wysila się jeszcze na coś innego. Natomiast po pierwszych partiach screamu Larsa miałem wreszcie gęsią skórkę. Potem jak Ich głosy łączą się w jeden. Istna bajka, mój blackowy głód zostaje w pełni zaspokojony. Potem znowu przejście, wraz z wyraźnie brzmiącymi chyba wszystkimi elementami perkusji. Od intensywnego do spokojnego. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż tutaj Bjørn Dugstad Rønnow miał swoje ,,pięć minut”, tak samo było też z gitarzystami. Moje uszy otrzymały dwie genialne solówki pod rząd. Do tego jeszcze wiele delikatnych riffów na koniec. Bardzo dobra muzyczna uczta oraz jak dla mnie nowa muzyczna wizytówka wszystkich umiejętności Borknagara.

Zamykający płytę Voices znowu przenosi mnie do innego wymiaru. Nastrojowe klawisze oraz spokojna perkusja, to wszystko skutecznie zbudowało napięcie. Potem potężnie brzmiące gitary. Wokal Larsa Nedlanda, nowego gitarzysty, istnie magiczny. Idealnie też odzwierciedlający dość bardzo znowu refleksyjną tematykę wolności oraz czym są te słyszane ,,głosy w głowie”. Sumienia przy czynieniu zła? Wezwaniem przodków albo objawem szaleństwa? Czy wszystkim naraz? Tak czy inaczej, lirycznie jest to drugi najlepszy utwór.

Podsumowując, True North jest bardzo przemyślanym albumem, zwłaszcza pod kątem struktury muzycznej. Jednak to nie zawsze idzie w parze ze spójnością. Tidal i utwór zamykający krążek, Voices, brzmią trochę, jakby je ktoś z zupełnie innego krążka dokleił. Tutaj więc w porównaniu do poprzedniej płyty jest troszkę słabiej. Oprócz tego instrumentalnie nie zawiedli, a wręcz zaskoczyli trochę nowym brzmieniem klawiszy, w tym trochę bardziej gospelowym brzmieniem. Z wokalistami tutaj mam lekki problem. Gdyż z jednej strony są momenty, kiedy tego czystego śpiewu ich obu jest dużo, scream Larsa to uzupełnia. Jednak jeśli chodzi o mnie, to całkowicie zostałem zaspokojony screamem, gdy usłyszałem Tidal. Moim zdaniem True North pod kątem lirycznym jest kontynuacją Winter Thrice. Lirycznie Up North, Tidal oraz Voices są najlepsze. Natomiast muzycznie rządzi despotycznie u mnie Tidal, potem Up North, a na końcu Lights. Czy się rozczarowałem? Wcale nie. Czy Borknagar mnie pozytywnie zaskoczył? Owszem. Czy jest to album równie dobry, jak poprzedni? Tak a do tego jest jego dobrą kontynuacją. No i tak jak w przypadku Winter Thrice z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywam go na nowo. True North jest płytą genialną. Polecam go każdemu fanowi progresji, a jeśli ktoś zna wcześniejszy Winter Thrice to tym bardziej. Nie zawiedziecie się! Jak jestem oczarowany i na kolejny ich krążek poprzeczka jest jeszcze wyżej zawieszona. Chociażby z powodu, że Tidal to istne arcydzieło. Nie mogę się doczekać informacji o ich europejskiej trasie koncertowej, która oby nie ominęła Polski.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Art of War (2008)

Tym razem przeniosę się do szwedzkiego Falun, miejsca narodzin Sabatonu, kapeli uwielbianej przez jednych, znienawidzonej przez innych. Sam lubię ich twórczość, może też z powodu mojego hobbistycznego zainteresowania historią. Tak czy inaczej, odświeżyłem sobie po prawie 11 latach przerwy, ich czwarty studyjny album zatytułowany The Art of War. Czy dalej mnie zachwyca lub nudzi? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Ogólnie tematyka płyty opiera się na szeroko rozumianej sztuce wojennej. Fakt, iż, w prologu (intrze) Sun Tzu Says jest cytowany fragment dzieła samego Sun Tzu, akurat o tym samym tytule, nie jest przypadkiem. Jednak samo zastosowanie go jako lektora z kobiecym głosem chyba tak.

Pierwszy utwór po intro, czyli Ghost Division oprócz tego, iż, paradoksalnie opowiada o legendarnej 7 Dywizji Erwina Rommla, to nadal pod kątem dynamiki sieje istne spustoszenie. Nie brakuje klawiszy dopełniających gitary oraz dużej ilość blastów. Efekt dopełnienia to solo na keybordzie.

Tytułowy The Art of War, zaczyna się kolejną mądrą deklamacją ze strony pani lektor, cytującą znowu Sun Tzu. Tutaj znowu jak kiedyś tak i teraz otrzymałem solidną porcję idealnie pokrywających się partii klawiszy i gitar. Plusem są też bardzo wyraźnie podkreślone przejścia przez perkusje, a zwłaszcza blasy, no i wpadający w ucho jednak rytm charakterystycznych klawiszy. Solówka gitarowa również nadal jest bardzo dobra. Oprócz tego wokale wspierające Joakima też robią swoje.

Czas najwyższy utwór, którym Szwedzi zjednali sobie serca wszystkich polskich fanów. Mam na myśli kultowy już 40:1. Opowiadający epicką historię naszych mężnych żołnierzy, którzy bronili Wizny przed Niemcami do ostatniej kropli krwi. Co ciekawe 40:1 pozwolił, aby świat dowiedział się o tym, że to w Polsce zaczęła się II Wojna Światowa. Pod kątem muzycznym jest to kolejny klasyk koncertowy, gdyż wszystkie elementy, czyli przejścia perkusyjne oraz gitary, a także wokale wspierające są dopięte najlepiej jak można, jak epickie solo gitarowe. Dla mnie paradoksem jest, że niektórzy nasi rodacy, potrafią żartować na ten temat i nie przyznawać się, że go nie słyszeli, bo w to akurat nie uwierzę.

Unbreakable jest kolejnym z dynamicznych utworów. Jednakże odrobiny czegoś mu zabrakło. Szkoda. Skoro nawet naprawdę dobre gitarowe solo go nie ratuje na tyle, abym zmienił zdanie. Później mamy kolejny barwny przerywnik w postaci The Nature of Warfare pozwalający nieco odpocząć. Oraz posłuchać wywodów Sun Tzu.

Natomiast kolejny utwór Cliffs of Gallipoli, mówi o beznadziejnym oraz niepotrzebnym poświęceniu wielu istnień ludzkich w bitwie o Gallipoli w 1915 roku podczas I Wojny Światowej. Zaczyna się od bardzo szybkiej partii pianina, które towarzyszy do samego końca tej kompozycji. Jednocześnie podkreśla dzięki temu epickość tej opowieści. Kolejny już kultowy przebój w dorobku zespołu, którego nie naruszył w żaden sposób upływający czas. Jak i kolejnego doskonałego solo gitarowego, jednego z trzech najlepszych na całym albumie.

Talvisota to natomiast pokazanie konfliktu znanego jako wojna zimowa, z perspektywy totalnie zaskoczonych Sowietów którzy, nie spodziewali się aż tak zażartego oporu ze strony Finów. Jednak w ostateczności fiński Dawid przegrał z sowieckim Goliatem, nie poddając się jednak tak łatwo, czego dowodem było aż 126 825 poległych samych żołnierzy radzieckich, przy zdecydowanie mniejszych stratach ze strony Fińskiej. My jako Polacy mieliśmy i nadal mamy z Finami wiele wspólnego, może więc dlatego mi ten utwór nawet muzycznie nadal przypada do gustu, a zwłaszcza jego szybkie tempo, o czym świadczą bardzo szybkie partie gitarowe.

Panzerkampf rozpoczyna się nawet bardzo dobrym gitarowym solo. Tutaj mamy przedstawiony kolejny konflikt, czyli tak zwaną wojnę ojczyźnianą z perspektywy Sowietów, jako ofiar ze strony agresji Niemców. Jako Polak tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć, bo nasz kraj oba te reżimy doświadczyły okrutnie, lecz mimo wszystko prości ludzie nie byli niczemu winni, bronili swoich domów przed wrogiem w największej bitwie pancernej II Wojny Światowej. Muzycznie znowu nie ma się do czego doczepić. Poza tym słyszę tu drugie równie dobre solo, dobre zmiany temp budujące nastój.

Union (slopes of st. Benedict) to opowieść o tak naprawdę międzynarodowych aż czterech bitwach o Monte Cassino. Warto podkreślić, że Polacy, dla których był to chrzest bojowy, w ostateczności po prawie 5 miesiącach działań Aliantów zdobyli Monte Cassino. Tu też niczego nie brakowało i nie brakuje. Wprowadzający głos pani lektor, też znowu zdaje egzamin. Jednak to drugi dobry, ale nie genialny utwór, któremu czas chyba zabrał to ,,coś”.

Kolejna niezwykle poruszająca, przynajmniej dla mnie historia o cenie ludzkiego życia jest ukazana w kolejnym już teraz kultowym The Price of a Mile. Może nie ma tu pianina, ale nie jest potrzebne, aby poczuć tak naprawdę klimat tej kompozycji. Tak samo, jak w przypadku Cliffs of Gallipoli. Mogę nawet rzec, iż to są dwa najbardziej nastrojowe, nietypowe ballady z całego muzycznego dorobku grupy.

Ostatni Firestorm to istna muzyczna burza gitar oraz ogromnej ilości przejść. Oprócz tego to w tym utworze znalazłem drugie najbardziej interesujące solo klawiszy z tej płyty. Jest to ostania dawka energii przed zamykającym płytę outro A Secret. Z wersji re-armed miałem do czynienia z dwoma bonusowymi utworami, przedstawiającymi szwedzkich wikingów w heavy metalowym stylu kolejnym, czyli Swedish Pagans oraz Glorius Land, który ogólnie opowiada o obronie własnej ojczyzny. Pierwszy okazał się kolejnym koncertowym hitem. W tym drugim natomiast jest bardzo dobre gitarowe solo oraz dość interesujący zabieg wokalny Joakima. Pomijam bowiem wersję demo Art of War czy wykonany na żywo Swedish National Anthem.

Podsumowując. Pomimo upływu 11 lat od wydania tej płyty, nadal jest ona istną kopalnią przebojów, poza tym tylko jeszcze dwie płyty mają porównywalna ilość kultowych kompozycji dla fanów zespołu Sabaton. O tych dwóch pozostałych płytach też napiszę parę słów. Tak czy inaczej. Moi byli i obecni faworyci z tego albumu, czyli 40:1, Ghost Division, Art of War, Cliffs of Gallipoli, Panzerkampf oraz The Price of a Mile, natomiast z bonusów Swedish Pagans. To wyraźnie jak bardzo dobry jest to album. Moim zdaniem nadal jednym z trzech najlepszych zespołu Sabaton.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Primal Fear – Rulebreaker (2016)

Jakiś czas temu wyraziłem opinię o najnowszym albumie niemieckiej grupy Primal Fear. Uznałem, że, warto jednak spróbować nie poprzestać tylko na jednym ich krążku. Tak też uczyniłem. Dziś opiszę swoje wrażenia dotyczące ich płyty z 2016 roku zatytułowanej „Rulebreaker”. Czy okazała się lepsza od najnowszej? Zobaczymy.

Już od samego początku nudno nie jest. Mocnym otwarciem jest Angels of Mercy, riffy gitarowe wraz z dobrą perkusją robią swoje. Wokal Ralfa jest, jak trzeba oraz do tego te wspaniałe chórki. No nie mogę uwierzyć, otwarcie idealne po prostu. Jego integralną a przez to doskonałą kontynuacją jest End is Near. Solówka zawarta na końcu tego utworu to istny majstersztyk. Bullets & Tears jest podobnie dynamicznym numerem. Do tego napisane bardziej pod lekko rock’ n’rollowy klimat solo jest dobre. Natomiast tytułowy Rulebreaker posiada inne atuty w postaci swobodnych przejść temp z wolnych w szybkie, czego nie usłyszałem we wcześniejszych kompozycjach. Riffy też trochę inne, ale równie dobre. In Metal we Trust to znowu przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach.

Podczas słuchania In Metal we Trust to znowu czułem przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach. W We Walk Without Fear występuje u mnie paradoks doznań. Początek otwiera dźwięk pozytywki. Symfoniczno/elektroniczne intro skutecznie buduje napięcie. Potem wchodzą gitary, ale elektronika pozostaje. Następuje zwolnienie tempa. Śpiew i zmiany wokali Ralfa dodają nastroju, lecz nie wiedząc czemu, lekko zaczynam się nudzić. Znowu z drugiej strony chce się tego słuchać, bo konstrukcja tego utworu jest intrygująca, szkoda, że nie jest to ballada. Jednak mimo wszystko za długa jak dla mnie.

At War With The World posiada jedną z najlepszych solówek na całej płycie. The Devil In Me też jest dobre. Nawet wiem, co mi przypomina, klimat Black Sabbath z czasów DIO, a może nawet Tony’ego Martina. Constant Heart to wokalne wejście Ralfa z buta, jego charakterystycznym falsetem. Tu uświadczymy go najwięcej, co akurat mnie bardzo cieszy. Potem następuje ballada The Sky Is Burning-1, która znowu o dziwo, jest bardziej nastrojowa od tej, której dane mi było słuchać wcześniej. Utwór Raving Mad to znowu Ralf, falset, dobre riffy, wspaniałe zamknięcie płyty. Jak dotąd ta kompozycja jest najlepszą, zamykającą heavy metalowy album. Serio. Moment. Nie ma się do czego doczepić. Nawet jakbym chciał. Czy ja śnię? Jeśli tak to mnie nie budźcie. Tak serio jednak, mamy tutaj do czynienia, z wieloma bardzo dobrymi utworami. Jednak dwie pierwsze petardy, czyli Angels of Mercy” oraz End is Near wskakują u mnie na pierwsze miejsce. Na drugim, przez co zamykającą najlepszą trójkę jest jednak Constant Heart. Wielkie słowa uznania kieruję w stronę gitarzystów, czyli Toma Naumanna, Alexa Beyrodta i Magnusa Karlssona. To dzięki wam ten album jest przepełniony heavy metalową energią, wiadomo, z momentami oddechu, ale jednak. Ja za to powiem jedno: ,,Od złego albumu zacząłem, jeśli chodzi o Primal Fear. Nie popełnijcie mojego błędu”. Ten bowiem uważam za najlepszy.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Skov recenzja

Skov to polski punk metalowy zespół z Wrocławia, powstały pod koniec 2017 roku. W skład zespołu wchodzą wokalista Marcin Niewiadomski, gitarzyści Mateusz Bajan i Wojciech Węgrzyn, basista Piotr Bolek oraz perkusista Michał Godzisz. Szczerze mówiąc o ile w młodości miałem przygodę z takimi kapelami jak Dezerter czy KSU, to w sumie na tym moja przygoda z punkiem się skończyła. Kiedy więc wkładałem płytę Skov do odtwarzacza, sam byłem ciekaw gdzie zaprowadzi mnie ta przygoda.

Na początku jak zawsze kilka słów o warstwie wizualnej. Okładka Skov jest po prostu na najwyższym poziomie. Na jej głównym planie widzimy Temidę (mitologiczną boginię sprawiedliwości) w otoczeniu zwierząt (wilka, sarny i krowy). Całość jest utrzymana w zielono czarnych barwach, a w tle widzimy zdewastowane budynki. Całość nawiązuje wg. mnie do zniszczeń, do których przyczynia się człowiek. Jakby Temida prowadziła zwierzęta na rewolucję w celu odzyskania Matki Ziemi. Środek digipacka jest utrzymany w podobnej stylistyce, jedyne czego mi zabrakło to książeczki z tekstami. Całość wizualnie robi ogromne wrażenie.

Jak pisałem, po krążki z pogranicza HC czy różnych mieszanek punkowo metalowych sięgam rzadko. Głownie dlatego że w Polsce ten gatunek mało kiedy ma coś ciekawego dla zaoferowania jeżeli chodzi o mój gust muzyczny. W przypadku Skov jest zdecydowanie inaczej. Pierwszy utwór „Release the Barabash” bez zbędnych długich muzycznych wstępniaków wali nas w morde solidną dawką muzyki. Tępo które narzuca kapela od samego początku gna jak wściekły dzik. Solidne wręcz brudne riffy gitar, z naprawdę zajebistym ciężkim wokalem i grzmotem perkusji powodują że od pierwszych akordów mamy ochotę skakać i biec do pogo. Całość muzycznie jest mieszanką wielu stylów muzycznych od punka po momenty black metalowe. Pewnie bałbym się takiej mieszaniny ale to co pokazują chłopaki z Wrocławia na tym krążku pokazuje że nie tylko warto mieszać te style ale wręcz trzeba. Świadczy to o ogromnym talencie muzycznym kapeli. Szczerze, w pewnym momencie tak bardzo skupiłem się na muzyce że myślałem że recenzuje jakiś topowy zagraniczny band. I nie żebym insynuował, że w Polsce nie ma dobrych zespołów ( patrzmy Vane o którym pisałem w ostatniej recenzji ) – ale dlatego, że Skov brzmi jak czołówka światowego Coru ( Bullet from my Valentine np.).

Podsumowując, mógłbym skupić się na każdym poszczególnym utworze z płyty, mógłbym pisać że zespół nie zwalnia tępa i wytacza naprawdę muzyczne działa, ale to bez sensu. Nie ważne czy bliżej wam z corami, metalem czy czystym punkiem tą płytę mieć u siebie w kolekcji. To zdecydowany top wśród wydawnictw tegorocznych na mojej półce.

(Ulwar)

Kategorie
Bez kategorii

Killswith Engage – Atonement (2019)

Jakiś czas od momentu zrecenzowania przeze mnie najnowszej płyty zespołu I Preival, ponownie zwróciłem uwagę na amerykańską scenę metal/death corową. Odkryłem na nowo zespół, który kiedyś po przesłuchaniu ich kilku singli, raczej do gustu mi aż tak bardzo nie przypadł. Mówię tu o Killswitch Engage. Jednak znowu po wielu latach przerwy, z własnej muzycznej ciekawości, przesłuchałem ich najnowszy album zatytułowany Atonement. Jakie są moje wrażenia odnośnie do tego krążka? Czy udało mi się polubić zespół, który wcześniej raczej był mi bardzo mocno obojętny? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi.

Otwierający płytę Unleashed jest istną energetyczną petardą. Melancholijnie trochę brzmiący riff otwierający jest genialny oraz jednocześnie klimatyczny. Do tego prawdziwy growl. Czysty śpiew wokalisty niebrzmiący jak ktoś byłby wykastrowany. Dobre breakdowny. Gitarowa zmian tempa w połowie też na plus. Do tego odpowiednio brzmiący scream wokalisty wspierającego.

The Signal Fire to utwór, w którym gości stary wokalista zespołu, czyli Howard Jones. Wraz z obecnym — Jessem, znowu serwują duet idealny i popis swoich umiejętności wokalnych. Muzycznie dalej jest moc, pozytywnym zaskoczeniem jest też bardzo dobra solówka gitarowa. Nieodparta chęć headbangingu przy nim świadczy, że jest bardzo dobry.

Us Agaist the World porównując do pierwszej kompozycji w sumie niczym szczególnie nowym, oprócz trochę inaczej brzmiących riffów, nie zaskakuje. Wpada i wypada jednym uchem, więc jest widać umieszczony na płycie, aby to nie była Epka. W następnym The Crownless King wyjątkowe jest to, że gościem na wokalu jest nie kto inny jak znany z Testament-Chuck Billy. Do tego bardziej thrashowe brzmienie, ogrom blastów oraz większa wirtuozeria gitar. Jest dobrze.

Jedynym z singli, który nie spełnił dla mnie swojej roli, to niby ballada I am Broken too. Rozumiem liryczny przekaz, ale jednak mimo wszystko, jakoś takie kompozycje do mnie nie trafiają. Co nie znaczy, że z wokalem jest coś nie tak, bo jest w porządku. Muzycznie też jest w miarę. Po prostu jak na razie metalcorowo-refleksyjne kawałki wykonywane po angielsku mi nie odpowiadają i tyle. Jedynie czasem Slipknot daje radę.

W As Sure as the Sun Will Rise oraz Know Your Enemy mam powrót, do czegoś mi brakowało. Intensywności oraz czystej energii. To druga i trzecia, najbardziej dynamiczna kompozycja muzyczna na tym albumie. Uzupełniające wokale. Odpowiednie przejścia oraz nawet riffowe uspokojenie i znowu breakdown. A na Know Your Enemy jeszcze bardzo dobra solówka gitarowa.

Take Control jest dobry. Wszystko jest, jak trzeba, ale nie ma tego czegoś. Z Ravenous natomiast jest nieco lepiej. Więcej intensywności brzmienia, przejścia oraz dobry riff. A jeszcze znowu powrót tego melancholijnego riffu.

Natomiast jeśli chodzi o I Can’t Be the Only One to tutaj już nie ma tworzenia czegoś na siłę, jak miałem, wrażenie słuchając I am Broken too. Nic nie brzmi sztucznie. Jest mniej dynamiczny, ale jest coś w nim, co pozwala do niego wracać. Do tego doskonała solówka gitarowa. Ostatni Bite the Hand That Feeds to petarda na koniec, z najbardziej w sumie głębszymi breakdownami na płycie. Do tego krótka deklinacja wokalisty jest pewnego rodzaju ciekawostką. Dużo blasów oraz dobre thrashowe riffy. Istne zakończenie z hukiem, w sumie doskonałe nawiązanie do tytułu.

Podsumowując. Zespół pozytywnie mnie zaskoczył. Gdyż nie tylko jeden z utworów na tym krążku stał się moim ulubionym. Oczywiście mowa o: Unleashed, The Signal Fire , As Sure as the Sun Will Rise , Know Your Enemy oraz I Can’t Be the Only One. Tylko dwa utwory wydają mi się zrobione dlatego, żeby to był album, a nie Epka. Może ta płyta nie jest dla mnie jakimś arcydziełem metal/deathcoru, ale jak dla moich uszu dorobek Killswitch Engage, jest jak dotąd najlepsza. Warta odsłuchania jej nie tylko jeden, ale może nawet wiele razy. Tak samo, jeśli chodzi o to, co I Pravail dostarczył moim uszom, jest jednak różnica. Wokaliści Killswith Engage, w tym i dwóch gościnnych, dali pokaz swoich wszystkich umiejętności. W tym Jesse, którego czysty śpiew był czysty, a nie emowski. Do tego robiąca bardzo pozytywne wrażenie okładka. Zbierając razem wszystkie za i przeciw. Ocena z mojej strony może być tylko jedna. Może skuszę się na ich koncert, który odbędzie się 4 listopada w warszawskim klubie Stodoła.

8,5/10