Primal Fear – Rulebreaker (2016)

Jakiś czas temu wyraziłem opinię o najnowszym albumie niemieckiej grupy Primal Fear. Uznałem, że, warto jednak spróbować nie poprzestać tylko na jednym ich krążku. Tak też uczyniłem. Dziś opiszę swoje wrażenia dotyczące ich płyty z 2016 roku zatytułowanej „Rulebreaker”. Czy okazała się lepsza od najnowszej? Zobaczymy.

Już od samego początku nudno nie jest. Mocnym otwarciem jest Angels of Mercy, riffy gitarowe wraz z dobrą perkusją robią swoje. Wokal Ralfa jest, jak trzeba oraz do tego te wspaniałe chórki. No nie mogę uwierzyć, otwarcie idealne po prostu. Jego integralną a przez to doskonałą kontynuacją jest End is Near. Solówka zawarta na końcu tego utworu to istny majstersztyk. Bullets & Tears jest podobnie dynamicznym numerem. Do tego napisane bardziej pod lekko rock’ n’rollowy klimat solo jest dobre. Natomiast tytułowy Rulebreaker posiada inne atuty w postaci swobodnych przejść temp z wolnych w szybkie, czego nie usłyszałem we wcześniejszych kompozycjach. Riffy też trochę inne, ale równie dobre. In Metal we Trust to znowu przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach.

Podczas słuchania In Metal we Trust to znowu czułem przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach. W We Walk Without Fear występuje u mnie paradoks doznań. Początek otwiera dźwięk pozytywki. Symfoniczno/elektroniczne intro skutecznie buduje napięcie. Potem wchodzą gitary, ale elektronika pozostaje. Następuje zwolnienie tempa. Śpiew i zmiany wokali Ralfa dodają nastroju, lecz nie wiedząc czemu, lekko zaczynam się nudzić. Znowu z drugiej strony chce się tego słuchać, bo konstrukcja tego utworu jest intrygująca, szkoda, że nie jest to ballada. Jednak mimo wszystko za długa jak dla mnie.

At War With The World posiada jedną z najlepszych solówek na całej płycie. The Devil In Me też jest dobre. Nawet wiem, co mi przypomina, klimat Black Sabbath z czasów DIO, a może nawet Tony’ego Martina. Constant Heart to wokalne wejście Ralfa z buta, jego charakterystycznym falsetem. Tu uświadczymy go najwięcej, co akurat mnie bardzo cieszy. Potem następuje ballada The Sky Is Burning-1, która znowu o dziwo, jest bardziej nastrojowa od tej, której dane mi było słuchać wcześniej. Utwór Raving Mad to znowu Ralf, falset, dobre riffy, wspaniałe zamknięcie płyty. Jak dotąd ta kompozycja jest najlepszą, zamykającą heavy metalowy album. Serio. Moment. Nie ma się do czego doczepić. Nawet jakbym chciał. Czy ja śnię? Jeśli tak to mnie nie budźcie. Tak serio jednak, mamy tutaj do czynienia, z wieloma bardzo dobrymi utworami. Jednak dwie pierwsze petardy, czyli Angels of Mercy” oraz End is Near wskakują u mnie na pierwsze miejsce. Na drugim, przez co zamykającą najlepszą trójkę jest jednak Constant Heart. Wielkie słowa uznania kieruję w stronę gitarzystów, czyli Toma Naumanna, Alexa Beyrodta i Magnusa Karlssona. To dzięki wam ten album jest przepełniony heavy metalową energią, wiadomo, z momentami oddechu, ale jednak. Ja za to powiem jedno: ,,Od złego albumu zacząłem, jeśli chodzi o Primal Fear. Nie popełnijcie mojego błędu”. Ten bowiem uważam za najlepszy.

10/10

Skov recenzja

Skov to polski punk metalowy zespół z Wrocławia, powstały pod koniec 2017 roku. W skład zespołu wchodzą wokalista Marcin Niewiadomski, gitarzyści Mateusz Bajan i Wojciech Węgrzyn, basista Piotr Bolek oraz perkusista Michał Godzisz. Szczerze mówiąc o ile w młodości miałem przygodę z takimi kapelami jak Dezerter czy KSU, to w sumie na tym moja przygoda z punkiem się skończyła. Kiedy więc wkładałem płytę Skov do odtwarzacza, sam byłem ciekaw gdzie zaprowadzi mnie ta przygoda.

Na początku jak zawsze kilka słów o warstwie wizualnej. Okładka Skov jest po prostu na najwyższym poziomie. Na jej głównym planie widzimy Temidę (mitologiczną boginię sprawiedliwości) w otoczeniu zwierząt (wilka, sarny i krowy). Całość jest utrzymana w zielono czarnych barwach, a w tle widzimy zdewastowane budynki. Całość nawiązuje wg. mnie do zniszczeń, do których przyczynia się człowiek. Jakby Temida prowadziła zwierzęta na rewolucję w celu odzyskania Matki Ziemi. Środek digipacka jest utrzymany w podobnej stylistyce, jedyne czego mi zabrakło to książeczki z tekstami. Całość wizualnie robi ogromne wrażenie.

Jak pisałem, po krążki z pogranicza HC czy różnych mieszanek punkowo metalowych sięgam rzadko. Głownie dlatego że w Polsce ten gatunek mało kiedy ma coś ciekawego dla zaoferowania jeżeli chodzi o mój gust muzyczny. W przypadku Skov jest zdecydowanie inaczej. Pierwszy utwór „Release the Barabash” bez zbędnych długich muzycznych wstępniaków wali nas w morde solidną dawką muzyki. Tępo które narzuca kapela od samego początku gna jak wściekły dzik. Solidne wręcz brudne riffy gitar, z naprawdę zajebistym ciężkim wokalem i grzmotem perkusji powodują że od pierwszych akordów mamy ochotę skakać i biec do pogo. Całość muzycznie jest mieszanką wielu stylów muzycznych od punka po momenty black metalowe. Pewnie bałbym się takiej mieszaniny ale to co pokazują chłopaki z Wrocławia na tym krążku pokazuje że nie tylko warto mieszać te style ale wręcz trzeba. Świadczy to o ogromnym talencie muzycznym kapeli. Szczerze, w pewnym momencie tak bardzo skupiłem się na muzyce że myślałem że recenzuje jakiś topowy zagraniczny band. I nie żebym insynuował, że w Polsce nie ma dobrych zespołów ( patrzmy Vane o którym pisałem w ostatniej recenzji ) – ale dlatego, że Skov brzmi jak czołówka światowego Coru ( Bullet from my Valentine np.).

Podsumowując, mógłbym skupić się na każdym poszczególnym utworze z płyty, mógłbym pisać że zespół nie zwalnia tępa i wytacza naprawdę muzyczne działa, ale to bez sensu. Nie ważne czy bliżej wam z corami, metalem czy czystym punkiem tą płytę mieć u siebie w kolekcji. To zdecydowany top wśród wydawnictw tegorocznych na mojej półce.

(Ulwar)

Killswith Engage – Atonement (2019)

Jakiś czas od momentu zrecenzowania przeze mnie najnowszej płyty zespołu I Preival, ponownie zwróciłem uwagę na amerykańską scenę metal/death corową. Odkryłem na nowo zespół, który kiedyś po przesłuchaniu ich kilku singli, raczej do gustu mi aż tak bardzo nie przypadł. Mówię tu o Killswitch Engage. Jednak znowu po wielu latach przerwy, z własnej muzycznej ciekawości, przesłuchałem ich najnowszy album zatytułowany Atonement. Jakie są moje wrażenia odnośnie do tego krążka? Czy udało mi się polubić zespół, który wcześniej raczej był mi bardzo mocno obojętny? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi.

Otwierający płytę Unleashed jest istną energetyczną petardą. Melancholijnie trochę brzmiący riff otwierający jest genialny oraz jednocześnie klimatyczny. Do tego prawdziwy growl. Czysty śpiew wokalisty niebrzmiący jak ktoś byłby wykastrowany. Dobre breakdowny. Gitarowa zmian tempa w połowie też na plus. Do tego odpowiednio brzmiący scream wokalisty wspierającego.

The Signal Fire to utwór, w którym gości stary wokalista zespołu, czyli Howard Jones. Wraz z obecnym — Jessem, znowu serwują duet idealny i popis swoich umiejętności wokalnych. Muzycznie dalej jest moc, pozytywnym zaskoczeniem jest też bardzo dobra solówka gitarowa. Nieodparta chęć headbangingu przy nim świadczy, że jest bardzo dobry.

Us Agaist the World porównując do pierwszej kompozycji w sumie niczym szczególnie nowym, oprócz trochę inaczej brzmiących riffów, nie zaskakuje. Wpada i wypada jednym uchem, więc jest widać umieszczony na płycie, aby to nie była Epka. W następnym The Crownless King wyjątkowe jest to, że gościem na wokalu jest nie kto inny jak znany z Testament-Chuck Billy. Do tego bardziej thrashowe brzmienie, ogrom blastów oraz większa wirtuozeria gitar. Jest dobrze.

Jedynym z singli, który nie spełnił dla mnie swojej roli, to niby ballada I am Broken too. Rozumiem liryczny przekaz, ale jednak mimo wszystko, jakoś takie kompozycje do mnie nie trafiają. Co nie znaczy, że z wokalem jest coś nie tak, bo jest w porządku. Muzycznie też jest w miarę. Po prostu jak na razie metalcorowo-refleksyjne kawałki wykonywane po angielsku mi nie odpowiadają i tyle. Jedynie czasem Slipknot daje radę.

W As Sure as the Sun Will Rise oraz Know Your Enemy mam powrót, do czegoś mi brakowało. Intensywności oraz czystej energii. To druga i trzecia, najbardziej dynamiczna kompozycja muzyczna na tym albumie. Uzupełniające wokale. Odpowiednie przejścia oraz nawet riffowe uspokojenie i znowu breakdown. A na Know Your Enemy jeszcze bardzo dobra solówka gitarowa.

Take Control jest dobry. Wszystko jest, jak trzeba, ale nie ma tego czegoś. Z Ravenous natomiast jest nieco lepiej. Więcej intensywności brzmienia, przejścia oraz dobry riff. A jeszcze znowu powrót tego melancholijnego riffu.

Natomiast jeśli chodzi o I Can’t Be the Only One to tutaj już nie ma tworzenia czegoś na siłę, jak miałem, wrażenie słuchając I am Broken too. Nic nie brzmi sztucznie. Jest mniej dynamiczny, ale jest coś w nim, co pozwala do niego wracać. Do tego doskonała solówka gitarowa. Ostatni Bite the Hand That Feeds to petarda na koniec, z najbardziej w sumie głębszymi breakdownami na płycie. Do tego krótka deklinacja wokalisty jest pewnego rodzaju ciekawostką. Dużo blasów oraz dobre thrashowe riffy. Istne zakończenie z hukiem, w sumie doskonałe nawiązanie do tytułu.

Podsumowując. Zespół pozytywnie mnie zaskoczył. Gdyż nie tylko jeden z utworów na tym krążku stał się moim ulubionym. Oczywiście mowa o: Unleashed, The Signal Fire , As Sure as the Sun Will Rise , Know Your Enemy oraz I Can’t Be the Only One. Tylko dwa utwory wydają mi się zrobione dlatego, żeby to był album, a nie Epka. Może ta płyta nie jest dla mnie jakimś arcydziełem metal/deathcoru, ale jak dla moich uszu dorobek Killswitch Engage, jest jak dotąd najlepsza. Warta odsłuchania jej nie tylko jeden, ale może nawet wiele razy. Tak samo, jeśli chodzi o to, co I Pravail dostarczył moim uszom, jest jednak różnica. Wokaliści Killswith Engage, w tym i dwóch gościnnych, dali pokaz swoich wszystkich umiejętności. W tym Jesse, którego czysty śpiew był czysty, a nie emowski. Do tego robiąca bardzo pozytywne wrażenie okładka. Zbierając razem wszystkie za i przeciw. Ocena z mojej strony może być tylko jedna. Może skuszę się na ich koncert, który odbędzie się 4 listopada w warszawskim klubie Stodoła.

8,5/10

Slipknot – We Are Not Your Kind (2019)

Jednego z najbardziej znanych zespołów, łączących wiele nurtów, w tym i kultowe już szaleńcze występy na żywo, chyba przedstawiać nie trzeba, no ale dla formalności czemu nie. Szaleńcy z Iowa, na czele z Corey- em Taylor – em powracają po 5 latach z najnowszym krążkiem, gustownie zatytułowanym We Are Not Your Kind. Podzielę się swoimi wrażeniami co do tego krążka. Czy okazał się lepszy od poprzedniego albumu? Czy pozytywnie mnie zaskoczył? Co istotne czy Slipknot wprowadził coś nowego do swojego stylu? Odpowiedzi udzielę z miłą chęcią.

Ciekawą a jednoczenie dziwną kwestą jest niewykorzystany na standardowej edycji płycie, utwór All Out Life wrzucony na YouTube przez zespół a później na innych serwisach muzycznych. Szkoda, bo byłby wśród moich ulubieńców, no ale cóż. Nie stać mnie obecnie na kupno japońskiej edycji, tylko dla jednej kompozycji.

Samo intro Insert Coin nie jest złe, bo wprowadza znowu klimat znany ze stylu zespołu. Natomiast Unsainted to inna sprawa. Z mocno chóralnym wejściem chóru Angel City Chorale, kompozycja dosłownie jak wleciała, tak samo wyleciała zarazem, nie robiąc na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia.

Birth of the Crual natomiast okazał się odrobinę lepszy, poprzez znowu inny elektroniczny wstęp, ale też bardziej wyraźny riff otwierający. Oprócz tego tu wokal Coreya brzmi bardziej nastrojowo, a potem odpowiedni growl, choć breakdown wraz z wokalem wspomagającym okazał się strzałem w dziesiątkę, do tego jeszcze ten odgłos miksowanej płyty przypomniał mi kilka dobrych kompozycji z ich zdecydowanie odleglejszych albumów.

Death Because of Death okazał się genialnym przerywnikiem oraz wprowadzeniem do kolejnej kompozycji, o dziwo z bardzo dobrym wokalem. Z początkiem Nero Forte tak naprawdę zaczyna się dla mnie ten album, a nie przepraszam wcześniej z Death Because of Death jako intro. Serio. Wreszcie intensywne gitary wraz z perkusją oraz z genialnym thrashowym riffem. Wreszcie właściwa dynamika oraz energia. Elektroniki też nie brakuje. Do tego krótka deklamacja, pośród marszówki, a potem wsparcie w postaci krzyku innych członków zespołu. Na koniec jeszcze zaserwowana solówka.

Cristical Darling jest równie doskonały. Bo w po równaniu dwóch pierwszych kompozycji tu stemple są bardziej intensywne. Breakdowny też zdecydowanie lepsze. Wiele zabiegów z poprzedniego utworu się powtarza, oprócz momentu ciszy, który sprawdził się doskonale. Potem znowu intensywnie, a nawet Corey zaczął śpiewać jak do ballady. No i znowu solowa partia gitar. Baterie z 40 na 70 procent naładowane.

A Liar’sFuneral zaczyna się jak ballada, bo gitary akustycznej nie da się nie usłyszeć. To akurat dobrze, bo wprowadza to moment refleksji i zadumy, pomimo breakdownów oraz growlu wokalisty, ale robionego bardzo wolno i wyraźnie, co daje piorunujący efekt. Do tego też wokal wspomagający Clowna. Zakończony tak jak rozpoczęty, czyli spokojnie.

Red Flag w sumie to porcja dobrego intensywnego dethcorowego grania, choć z porcją nowych thrashowych riffów. Przy nim dobre pogo i deathwall na koncertach gwarantowany.

What’s Next to ostatni już przerywnik oraz intro zarazem. Spiders wraz z upiornym pianinem, wirtuozerską partią gitar oraz perkusji, co jest nowe, ale i dobre zarazem. Zresztą cała kompozycja jest taka. Popisem instrumentalnych zdolności grupy. Czego dowodem jest chyba najdłuższa solówka gitarowa na płycie. Coś takiego to ja lubię.

Orphan z dość przydługim, ale bardziej perksujno — gitarowym początkiem, później się rozkręca. No i znowu tak jak w przypadku Red Flag jest to bardziej deathcorowe, ale bardzo dobrze corowe. My Pain to druga ballada na tej płycie. Trudno mi powiedzieć czy jest równie depresyjno-nihilistyczna jak Snuff z albumu All Hope is Gone, ale podobieństwo nie tylko po pierwszym przesłuchaniu, nasunęło się samo. Jest inna, oczywiście, ale moim zdaniem stanie się równie kultowa dla prawdziwych fanów zespołu.

Not Long for This World oraz Solway Firth nie są złymi utworami, gdyż wpisują się we właściwy typ kompozycji, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni ze strony Slipknot. Po prostu wleciały i wyleciały mi jednym uchem, gdyż moja bateria został już wcześniej naładowana w stu procentach. Choć jako zamknięcie płyty Solway Firth jest taki sam jak jej początek.

Podsumowując. Pomimo pewnych mankamentów, o których za chwilę, ze strony Slipknot nie spodziewałem się jednak tak dobrej płyty, po mocno delikatnie mówiąc, nieudanym jak dla mnie 5: The Gray Chapter. Dali radę, choć faktem niezaprzeczalnym jest, że pewne kompozycje zostały w moim odczuciu zamieszczone, bo Corey-owi nie wiele, dosłownie odrobinę zabrakło do napisania tak genialnego albumu, aby określić go drugim opus magnum, w długoletnim dorobku grupy. Mam tu na myśli oczywiście pierwsze trzy kompozycje, licząc z intem otwierającym oraz ostatnie dwie ostatnie. Reszta na czele z moimi ulubionymi, czyli Nero Forte poprzedzającym go najlepszym na płycie intrem Death Because of Death, drugim Cristical Darling oraz dwoma balladami Spiders, oraz My Pain. Tworzą one idealną oraz totalnie szaleńczo spójną całość. Po wielokrotnym przesłuchaniu płyty wiem natomiast, że będę wracał do większości z tych utworów, a miałem tak ostatni raz w przypadku wydanego 11 lat temu All Hope is Gone właśnie, ale i nie tylko. Będąc głodnym znowu ich kolejnego występu w naszym kraju, licząc na prawdziwe szaleństwo, gdyż chodzę na ich samodzielne koncerty. Ocena pomimo lekkich niedociągnięć z mojej strony, tym bardziej jako fana, może być jedna.

9/10

Crystal Viper – Queen Of The Witches (2017)

Myślę sobie, coś znowu ze swojego kraju znaleźć dobrego trzeba, a nie tylko cudze chwalić. Z tego powodu odświeżyłem sobie, nie aż tak zakurzony album katowickiej grupy Crystal Viper, zatytułowany Queen Of The Witches, wydany 17 lutego 2017 roku przez AFM Records. Dlaczego oni? Czy może z faktu, iż, Marta Gabriel, przez niektórych określana ,,Polską Królową Heavy Metalu” jest ich wokalistką? Może też, dlatego iż od czasu mocnego rozczarowania Battle Beast jestem nienasycony żeńskim wokalem heavy metalowym? Wszystko po kolei.

Od samego początku nie jest źle. Mówię tu o The Witch Is Back, ten krzyk Marty na początku to mistrzostwo świata. Choć riffy nie są złe i motoryka gitar też, solówka gitarowa też jest niczego sobie. Otwarcie płyty może nie genialne, ale też nie złe, singiel spełnił swoją funkcję doskonale.

I Fear No Evil oprócz riffu wpadającego w ucho oraz ciekawych zmian temp. Dostarcza też w miarę dobrej partii solowej. When the Sun Goes Down jest natomiast znacznie wolniejszy i nie udaje czegoś, czym nie jest. Nawet w pewnych momentach podchodził mi pod balladę lub jakieś wprowadzenie muzyczne. Jako drugi singiel promujący był gorszy od pierwszego. Trapped Behind to typowa ballada, jednak dzięki wokalowi Marty nabrała ona klimatu, nawet płakać mi się po niej chciało.

Do or Die to już mocniejsza dawka energii i wirtuozerii gitarowej. Burn My Fire Burn pozostawię bez komentarza. Jest po prostu przeciętną kompozycją, która poza wirtuozerskimi zagrywkami i solówką nic mi nie daje. Flames and Blood to kolejny energetyczny zastrzyk, którego potrzebowałem, więc wreszcie jest dobrze. We Will Make It Last Forever o dziwo jest drugą balladą, ale lepszą od pierwszej, serio, bo chociaż więcej instrumentów można usłyszeć. Rise of the Witch Queen to po wytonowaniu, kolejna dawka mocy. Dynamiczno- statecznym zakończeniem albumu jest See You in Hell, bo tu standarty stylu też są zachowane. O dziwo zakończenie troszeczkę bardziej mi się podobało od utworu otwierającego.

Podsumowując. Sam zespół w porównaniu do poprzednich płyt zapętlił się trochę a przez to na przestrzeni czasu, nic pionierskiego do swojego stylu nie wniósł. Do tego, jak dla mnie, sama płyta nie jest do końca spójna muzycznie. Rozumiem potrzebę eksperymentów, naprawdę jednak jest kilka utworów, które ani nie są dynamiczne, ani nastrojowe, mam tu na myśli I Fear No Evil czy Burn My Fire Burn. Wokal Marty Gabriel jako kobiecy w heavy metalu jest bardzo charakterystyczny, jednak nie samym wokalem uszy żyją. Choć fakt jest Polską Królową Heavy Metalu. Jeśli chodzi o moich ulubieńców, to tutaj wygrywa druga ballada, czyli We Will Make It Last Forever a z dynamicznych pocisków Rise of the Witch Queen, See You in Hell oraz The Witch Is Back. Album jest też przepełniony oczywiście solówkami i popisami wirtuozerskimi, jednak dopiero po ponad połowie moje uszy odżyły, więc biorąc wszystkie te czynniki pod uwagę, nawet wokal werdykt z mojej strony może być jeden. Tak tylko jeszcze dodam, iż, ostatnio bardziej śledząc poczynania Crystal Viper, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany przez nich najnowszy album zatytułowany Tales Of Fire And Ice. Tak czy inaczej, Queen Of The Witches nie jest może albumem perfekcyjnym w każdym calu, ale nie jest też fatalny, lecz mimo wszystko od najnowszej płyty oczekiwać będę znacznie więcej.

8/10

Satyricon – Now, Diabolical (2006)

Po bardzo udanym koncercie jednego z norweskich klasyków black metalu na tegorocznej edycji Masters of Rock, postanowiłem odświeżyć sobie album, dzięki któremu mogłem tę grupę poznać. Mówię oczywiście o norweskim zespole Satyricon oraz płycie Now, Diabolicol , która ma już aż 13 lat, gdyż została wydana 13 kwietnia 2006 roku. Jak słuchało mi się jej pierwszy raz? Czy czas zadziałał na korzyść płyty a może wręcz na odwrót? Czy są inne zespoły, które może inspirują się tą płytą? Na te pytania chętnie Wam odpowiem, jeśli oczywiście jesteście ich ciekaw.

U mnie kwestia rozpoczęcia muzycznej przygody z tą grupą, to trochę zabawna sprawa, gdyż dzięki mojemu dobremu koledze Szymkowi, z którym chodziłem do jednej klasy w szkole podstawowej, a potem gimnazjum, miałem z nimi pierwszą styczność. Puścił mi po prostu kiedyś właśnie ten album, kiedy dyskutowaliśmy o konkretnym problemie, który nie dotyczył tylko nas, ale i naszej całej klasy. To tak tytułem wstępu.

Rozpoczynając już więc tytułowy Now, Diabolicol, kiedyś był dla mnie połączeniem dobrego riffu oraz dynamicznej perkusji, oczywiście wraz z doskonałym wokalem Satyra. Dziś, kiedy już po paru latach jeszcze bardziej zrozumiałem przekaz tej kompozycji, podoba mi się ona jeszcze bardziej i jest bardzo dobrym otwarciem płyty. Do tego ta blackowa gitarowa solówka i umiejętne dobrane blasty.

Drugim utworem i chyba po upływie trzynastu lat, jedna z muzycznych wizytówek tego zespołu, królującym na ich koncertach, jest K.I.N.G . Dla mnie kiedyś, szóstoklasisty, był to bardzo przebojowy kawałek. Co ciekawe kiedyś, na dyskotece szkolnej jak go puściliśmy z Szymkiem, oczywiście bez zgody osoby odpowiedzialnej za oprawę muzyczną, wszyscy się przy nim świetnie bawili, choć i tak dostaliśmy uwagi od wychowawczyni, ale było warto. Teraz, śmiało mogę stwierdzić, że i tak po 15 odtworzeniu z rzędu, dynamika perkusji nadaje tu klimat, takiego trochę black’rollu, lecz riff otwierający jest genialny, do tego ta surowa perkusja.

Z Pentagram Burns na samym początku miałem problem, ale tylko jako puszonym oddzielnie, bo wtedy wydawał mi się trochę nijaki. Nie wiedzieć czemu. Bo jako trzecia kompozycja dodawał odrobinę więcej mroku. Był też jednym z trzech utworów Satyricona, na którym wraz z Szymonem ćwiczyliśmy swoje perkusyjne umiejętności. Choć wielokrotnie frazy : ,,Rise my friend – march to war
/Time is up – shadows dance/ Fight my friend – tyrants pull /Time is up – burn the world ’’ w różnych okolicznościach śpiewaliśmy z Nim wielokrotnie. Dziś mogę oddać od siebie fakt, iż, wydaje mi się dobrą kontynuacją K.I.N.G, choć w pewnym momencie przejścia i zmiana temp, przykuwają uwagę mych uszy, do tego te subtelne blasty.

Na New Enemy aż takiej uwagi kiedyś nie poświęcałem, bo w głowie z całej płyty miałem maksymalnie trzy utwory. Natomiast po przesłuchaniu go z przerwami, intensywność perkusji, a potem tak zwane uspokojenie, w postaci niby siarczystych, lecz lżejszych riffów, dało balans, do tego jeszcze deklamacja Johna Woza jako gościa. Jeszcze to kilka sekund ciszy.

The Rite of Our Cross rozpoczyna mroczna a do tego lekko jazzowa perkusja, potem cisza oraz istna nawałnica riffów, nie brakuje też dobrych blasów ,a gitarowy breakdown z towarzyszącymi blastami. Jak kiedyś aż tak mi nie utkwił w pamięci, tak teraz już tak, przez co stał się jednym z moich nowych ulubionych utworów na tym albumie. Do tego sekcja dęta dała o sobie znać. Natomiast jak kiedyś tak i dziś That Darkness Shall Be Eternal jest tylko dobrym kawałkiem,bo dla mnie niczym szczególnym się nie wyróżnia, no dobra, może tą marszówką.

Delirium to znowu inna sprawa. Jak dla mnie tytuł idealnie odzwierciedlił, to co jest, na nim zawarte. Osobiście uważam, iż, na nim zmiany tempa z intensywnego na spokojne osiągnęły poziom perfekcyjny. Dynamiki też nie można mu oczywiście odmówić, bo breakdowny ma znakomite.

Przedostatni To the Mountains jako najdłuższy utwór miał i nadal ma sporo do zaoferowania, co ciekawe jako samodzielny, też daje radę. Dla mnie z sentymentu najistotniejsze są partie perkusji, które są dla mnie istną ucztą. Choć trochę lekko jazzowe połączenia riffów z perkusją właśnie, też są interesujące. W pewnym momencie wraz z sekcją dętą brzmieniowo przypomina zbliżającą się burzę, a raczej jej epicentrum. Tym właśnie epicentrum burzy był i nadal pozostaje Storm (Of The Destroyer). Najbardziej intensywny utwór na płycie, co w przypadku utworu zamykającego jak dla mnie było dość śmiałym posunięciem.

Podsumowując to wszystko. Z dawnych ulubieńców pozostał mi tylko Now, Diabolicol oraz K.I.N.G. Po powrocie do tego albumu, po latach doszły jeszcze dwa, kiedyś niedoceniane, albowiem The Rite of Our Cross oraz Delirium. Tak samo, jak kiedyś, tak i dziś. Ta płyta jest bardzo spójna, choć nie idealnie. Jest może na niej utwór, który nie musiał, That Darkness Shall Be Eternal, ale nie zawsze można mieć wszystko. Natomiast dodatkowym wręcz plusem jest fakt, iż tym albumem, w swojej twórczości, inspirował się Nihil, który dla wielu jest ojcem polskiego post-black metalu, a to jednak świadczy o kultowym statusie tej płyty. Czas zadziałał w moich odczuciach zdecydowanie również, na plus, bo odkryłem, na tym krążku coś, czego nie znałem. Przez co znowu intensywniej słucham tego zespołu. Uważam, że byłoby wręcz genialnie, gdyby okazało się, iż Satyricon ogłasza z okazji 15-lecia wydania tej płyty trasę, na której zagraliby go w całości. Wtedy na pewno wraz z Mirkiem i Beatą, pojedziemy, jeśli nie do jakiegoś miasta w Polsce, to w Czechach na pewno. Jeśli jakimś cudem, nie znaliście tego albumu, polecam nadrobić zaległości, choć uważam, iż, jest to raczej nie możliwe. Sentymentalizm z nim związany, nowe muzyczne odkrycie oraz inne wymienione powyżej czynniki, wskazują na tylko jedną ocenę tego kultowego dzieła. Podzielcie się też swoimi opiniami, na jego temat, a jak będziecie chcieli to też wspomnieniami.

10/10

Völur – Ancestors (2017)

Völur to nazwa kanadyjskiego zespołu, a raczej tria, które powstało w 2013 roku. Od tego czasu mają już na koncie swój debiut. Jednak nie spoczęli na laurach i już 2 czerwca 2017 wydali swój drugi album zatytułowany Ancestors. Czy drugi album okazał się lepszy od debiutu? Jakie miałem wrażenia po przesłuchaniu jej nawet po dłuższej przerwie? Czy ktoś mi ją polecił? Wszystkie odpowiedzi po kolei.

Zacznijmy od tego, iż z zespołem zetknąłem się, gdyż kolega Grzegorz mi go polecił. Zabrałem się zatem za ich najnowsze dzieło. Pomimo znajomości debiutu nie miałem oczekiwań, po prostu będąc w lekkim dołku, odpaliłem ów krążek. Otrzymałem w zamian już od pierwszych minut eksplozję wrażeń. Kawałek otwierający Breaker of Silence to delikatny stuk wiatru dzwonków, głęboki pogłos wiolonczeli i pierzasty głos przypominający syreny, przeplatają się przez warstwy mgły. Stopniowo budował napięcie, aż naturalnie pękło niczym napięta struna. W czterominutowym fragmencie zwięzły i wyrazisty dźwięk basu grany przez Lucasa Gadke z Blood Ceremony- łączy się z nagą prostotą perkusji. Potem wzrasta intensywnie. Bębny również rosną do agresywnego tupotu, a strunowe instrumenty rzucają ostrzejsze partie. Wszystkiego dopełnia burza czystych wokali, męskiego oraz żeńskiego, drapiące dźwięki skrzypiec w tle, ostre warczenie, zepsute linie basu i zderzające się bębny. Dysonans idealnie wręcz łączy się z melodią.

Breaker of Skulls jest jeszcze cięższy. Bas ma wagę co najmniej czterech gitar, a jego fuzja łączy się z ostrością skrzypiec. Dziwnie dysonansowe linie basu, łączą się z ostrymi growlami, liniami skrzypiec i basowym ciężkim bębnieniem. Kompozycja sprawia, że słychać głośny szum otoczenia i nieostre efekty co jednak nie pomaga w odbiorze.

Breaker of Oaths to znowu inna bajka. Zaczyna się piękną klasyczną muzyką, którą słychać w poprzednim utworze, a następnie przesuwa się z gitarami, aż trafia w grubszy doom, z kojącym wokalem i bardzo chwytliwym riffem. Dźwięk zmienia się kilka razy, przez co po prostu ukazuje eksperymentalną stronę grupy.

Ostatni utwór Breaker of Famine jest najcięższy w sensie dźwiękowym. Otwiera się w stylu funeral doom metal, ale zawiera kilka różnych stylów. Zagłębia się również w black metal. Następnie kontynuuje ładnie progresywny rytm, później dołączył do nich na krótko eterycznie brzmiący chóralny wokal. Po dłuższym fragmencie solowym kompozycja delikatnie wsuwa słuchacza w ciszę, któremu towarzyszy jedynie delikatna melodia z gitary, do której wkrótce dołącza spokojny, pozytywny wokal. Po tym utworze zaczyna się odzyskiwać bardziej pozytywną, pełną nadziei i spokojną atmosferą i zatrzymuje się go na jego resztę. Z kolei utwór oraz całą płytę, zamyka delikatna melodia skrzypiec.

Tak czy inaczej, zespół swym albumem zabiera mnie jako słuchacza w podróż. Nie łatwą, w pewnych momentach wymagającą wytrwałości, oraz przez cały jej przebieg, muzycznej odwagi. Jest ona jednak barwna i tego warta, moim skromnym zdaniem. Jednak nie jest to album dla każdego i na każdą okazję. Jeśli jednak znajdziecie się w odpowiednim czasie i nie będziecie się bali przesłuchać tej płyty, na pewno będziecie bogatsi o nowe muzyczne doświadczenia. Ja uwzględniając odpowiedni nastrój oraz czas jestem zmuszony do jednego, w tym przypadku zasłużonego werdyktu. Tym bardziej że bardzo szanuję zespoły eksperymentujące, a przez to nie bojące się nowych, nieznanych rozwiązań. Dodatkowym plusem jest też fakt, iż, po dokładnym roku przerwy moje wrażenia i odczucia są identyczne. Trio z Kanady stworzyło po prostu arcydzieło.

10/10

Follow The Cipher – Follow The Cipher (2018)

Już niestety po kolejnej edycji Masters of Rock. Uwierzcie-było świetnie. Tak się składa, iż, tegoroczna edycja pozwoliła mi, powrócić do płyty, z którą moje uszy nie miały pierwszego dobrego kontaktu. Mówię tu o debiutanckim albumie szwedzkiej grupy Follow The Cipher o dokładnie takim samym tytule, wydany 11 maja 2018 roku przez Nuclear Blast. Czy dobrze zrobiłem, wracając do tej płyty, po dość długiej przerwie? Zobaczymy.

W Enter the Cipher klawisze posłużyły jako dobre intra. Potem wkracza dość nietypowy wokal Lindy, a potem dwóch wokali wspierających. Mam tu na myśli Viktora. Ten duet o dziwo wypada dobrze, potem otrzymujemy bardzo dobrą solówkę gitarową. No i znowu uspokojenie tempa i ostatni break down. Powalony nie byłem, ale też nierozczarowany.

Druga kompozycja, czyli Valkyria to istna petarda energetyczna. Zarówno w wersji studyjnej, jak i na żywo. Choć wokal Lindy jest tu mocno na pograniczu krzyku, przynajmniej ja ciągle odnoszę takie wrażenie. Znowu dobry udział Viktora, lecz dodatkowej dynamiki i mocy dodają istnie metalcore break downy, blasty i scream. Mieszanka, która albo wypali, albo nie, w moim przypadku wypaliła tak, jak trzeba.

My Soldier jest dość mocno przeciętny, choć tu też Linda wraz z Vicktorem się bardzo się starają, muzycznie też to wszystko nie jest złe, bo są przejścia, odpowiednie klawisze, ale mimo to wpada i wypada mi to jednym uchem. Z Winterfall jest znowu inna sprawa, sam riff zmieniający się potem w dobrą gitarową solówkę to jest to. Wokal jest dobry, trzy jasno określone przejścia, no i bonusowa druga gitarowa.

Myślałem, że tego uniknę, ale jednak teraz wyłapię to, co wyróżnia pozostałe kompozycje autorskie na tej płycie. Titan’s Call zaczyna się trochę inaczej, a oprócz tego jest kolejnym utworem z dwoma naprawdę dobrymi solówkami. The Rising natomiast jest dla mnie najbardziej chwytliwym oraz energetycznym utworem na tym albumie. Do tego w trakcie wokalu Lindy, złowrogi głos i fraza: ,,Hunter will remember” pomysł genialny. Do tego gościnne solo Chrisa Rörlanda. Na żywo dla mnie również istny majstersztyk.

Z A Mind’s Escape mam problem, bo niby jest wszystko w miarę dobrze, zmiany temp etc. Okazał się dla mnie zbyt dziwny lub niekompletny. Tak samo z Play with Fire, choć fortepian jako początek zachęcał, ale oprócz tego, pomimo iż riffy nie były złe, jak i cała reszta.

I Revive oraz Starlight zaczynają się bardzo przebojowo. Tu nie ma żadnych eksperymentów, co jest dobre. Riffy, breakdowny, partie dwugłosowe. Na Startlight jednak Vicktor brzmiał bardzo podobnie do Nilsa z Astral Doors, oprócz tego znowu zaserwował bardzo dobry scream, a metalcorowe zabiegi sprawiły, że album, zakończony został z hukiem.

Inną zupełnie kwestią jest cover zespołu Sabaton utworu Carolus Rex, gdyż jeden z założycieli zespołu Karl Kängström pomagał przez długi czas w pisaniu piosenek tej grupie. Przerobiony dość pomysłowo, ale potraktowałem go jako dodatek do płyty, a nie jej integralną część.

Podsumowując. Debiut nie jest najgorszym, z jakimi moje uszy się spotykały. Część płyty gdzie utwory, nie były dopracowane, bo zespół badał, czy pewne rozwiązania się przyjmą, szkoda, tylko że to się przeplatało z kompozycjami gotowymi. Dokładnie pięć numerów jest naprawdę dobrych, a moimi ulubionymi aż trzy, czyli: The Rising, I Revive oraz Starlight. Jeśli chodzi o spójność muzyczną, niby jest, ale złe jak dla mnie ułożenie utworów powodowało, iż finalnie nie była ona dostateczna. Jeśli ktoś jest fanem futurystycznych brzmień i nie boi się posłuchać czegoś sprawdzonego, polecam sprawdzić. Spodoba się lub nie. Mnie ta płyta, jak na debiut, no i po 9-miesięcznej przerwie, bardzo przypadła do gustu, na, tyle że, będę śledził dalej poczynania tej grupy, oczekując, iż może kiedyś, zagrają koncert w Polsce, na tak wysokim poziomie, jak w tym roku na Masters of Rock. Na koniec dodam, że okładka sama w sobie jest bardzo mroczna.

8/10

I Prevail – Trauma (2019)

Kolejny raz postawiłem na nieznaną mi kompletnie grupę ze Stanów Zjednoczonych, dokładnie z Michigan, grającą metal/hardcore, mam tu na myśli I Prevail i ich najnowszy album TRAUMA. Czy zostałem pozytywnie zaskoczony? Czy wręcz przeciwnie znowu się rozczarowałem? Zobaczymy.

Otwierający Blow Down rozpoczyna się niepokojąco, a potem konkretny breakdown. Odpowiedni scream, choć obecność dupstepu o dziwo mi nie przeszkadzała. Potem nadchodzi czysty śpiew też odpowiedniej ilości. Potem znowu uspokojenie nawet gustowne. No i na koniec znowu breakdown jak trzeba, nie jest źle, wręcz przeciwnie.

Nakręcony i pobudzony słucham Paranoid i zaczynam umierać z nudów. Wokal może odpowiada do tak zwanego ,,klimatu” piosenki, ale nie jest dla mnie. Za dużo dup-stepu i elektroniki, zero dynamiki, żadnej energii, odrobina psychodenii podpartej naprawdę, jak dla mnie partią gitar i perkusji. Podobne jak nie takie same odczucia mam co do Every Time You Leave gdzie jeszcze w debiucie śpiewa jakaś Delaney Jane. Jeszcze pod koniec dla nastroju niby gitara akustyczna? Dobre dla początkujących. Mnie tym tanim zabiegiem dla nastolatków nie kupicie.

Rise Above It już bardziej przypomina początek płyty, bo scream, jak nie zawsze lubię dupstep, ale tu, doładował on tę piosenkę na moment, ale audiotune-u to nie zdzierżę, za dużo tego, no i zamiast dobrego utworu, wyszedł przeciętniak. Jednak Breaking Down jest odrobinę lepszy, bo jest tam mało tej elektroniki a więcej gitar, breakdownów i screamu u wokalisty.

Z DOA mam trochę mieszane odczucia, gdyż czasem ten czysty śpiew drugiego wokalisty po prostu mi przeszkadza. No i znowu dupstepowy breakdown. No nareszcie! Gasoline to solidana dawka metalcorowej mocy. Wracacie na odpowiednie tory. No i znowu ballada, niby Hurricane, ja rozumiem, że, jest to ważny przekaz od grupy, choć mimo tego nie jest aż, tak fatalna, jak myślałem, do zniesienia.

Let Me be Sad też, ale co za dużo do nie zdrowo, jeśli chodzi o mnie. Low znowu ten audiotune zaczyna. Reszta jako całokształt jest dobra, po połowie utworu dostajemy dość interesujący bardzo progresywny wręcz breakdown. Goodbye(Interlude) nie ma w sobie nic szczególnego, nie wiem po co, został umieszczony na tej płycie. Natomiast Deadweight to znowu zastrzyk energii. Na sam koniec znowu nużąca jak dla mnie ballada I Don’t belong here.

Krótko i na temat. Mam mieszane odczucia. Serio. Choć jednoznacznie mogę powiedzieć, że pierwsze wrażenie singla Blow Down, było mylące, niestety, bo oczekiwałem od tej płyty właśnie istnych petard, a otrzymałem trzy petardy oraz sztuczne ognie. Bo utwory takie jak Blow Down, Gasoline oraz Deadweight to za mało. Już nie wspomnę o tak naprawdę popowym wręcz używaniu audiotue. Bez przesady, choć jak z dupsteptem nie zawsze jestem za pan brat, tak w dwóch utworach został użyty z głową. Na całej płycie, było go jednak za dużo. Wokalista odpowiadający za czysty śpiew miał sporo momentów, że nie śpiewał, a jęczał. Moi ulubieńcy, do których może kiedyś wrócę? Tylko Blow Down. Jeśli metal/death core są dla Was za ciężkie, a chcecie etapowo rozpocząć przygodę z tymi nurtami, od biedy możecie, zacząć od tego krążka, ale to już będzie Wasza decyzja. Ja jestem rozczarowany płytą. Biorąc wszystkie czynniki pod uwagę, mogę dać jednoznaczną ocenę temu krążkowi.

6/10

Within Temptation – Resist (2019)

Dawno już nie wracałem do metalu symfonicznego, uznałem, że, warto nadrobić zaległości, tym bardziej iż weterani tegoż nurtu dość niedawno wydali swój najnowszy album zatytułowany Resist. Przyznam szczerze, że, nie wiem czego się spodziewać, gdyż zawsze byłem, w tak zwanej grupie fanów Nightwisha, a przez to nie znam aż tak dogłębnie ich całej dyskografii, choć wszystkie albumy słyszałem, coś ten z 2014 roku, czyli Hydra mnie trochę rozczarował. Zobaczymy, jak będzie w tym przypadku.

Utwór otwierający The Reckoning nie tylko za pierwszym, lecz potem za każdym razem, brzmiał jak intro do jakiegoś serialu sc-fi. Wokal Sharon den Adel niezmieniony jest odpowiedni jak dobrze również dobrany do duetu głos Jacoby Shaddixa z Papa Roach. Dużo elektroniki, lecz żadnego solo gitarowego, zmiany i przejścia temp nadaje Sharon, ni na koniec dup-step i to duża ilość. Za duża.

W drugim Endless War na początku perkusja jest bardziej słyszalna, lecz potem znowu elektronika i nawet cyfrowa perkusja. Pojawia się monotonia i nuda, bo przy pierwszym razie, chciałem wiedzieć, o czym jest tekst, potem już mi to było zupełnie obojętne. Jeżeli można znaleźć tu coś, co może się podobać to głos Sharon i jej zabiegi wokalne.

No dobra nie będę się bez potrzeby rozpisywać. W pozostałych utworach czy też nawet piosenkach wszystko zlewa się ze sobą, więc teraz skupię się na tym, co może je rozróżniać. W trzecim Raise Your Banner jest scream Andersa Fridéna, który buduje nastrój no i jest odrobina epickości, czyli elementów prawdziwej symfonii, no i wreszcie gitarowe solo, w sumie lepiej późno niż wcale jak to mówią.

Supernova to tytułowe w sumie kosmiczne dźwięki, no i kolejna próba zbudowania podniosłego nastroju za pomocą chóry, lecz dla moich uszu nieudana. Holy Graund ma inne intro, dość krótkie, ale jednak tak samo na In Vain. Firelight to zupełnie nieudana ,,nowoczesna” ballada gdzie jakikolwiek metal usłyszeć można w połowie. Szczerze to już przy drugim przesłuchaniu czekałem aż się skończy.

Mad World jest najmniej nasycony elektroniką, o i tu też jest zbudowany dobry nastrój i nie tylko przez Sharon. To czyni go w moich uszach jako drugą najmniej znośną piosenką na tym krążku. Mensy Mirror natomiast jest balladą, która spełnia tylko swoje zadanie, nie wywołując u mnie stanu, dzięki któremu w przeciągu jednego dnia posłucham jej z 10 razy. Ostatni Trophy Hunter zaczyna się ciężkim niby breakiem, lecz potem spokój, choć gitary są bardzo słyszalne, czyli elektronika i wokal Sharon i znowu break, no w sumie można i tak, co akurat można uznać za znośne, bo to ostatni utwór.

Podsumowując, nie będę owijał w bawełnę. Jestem totalnie rozczarowany, gdyż ta płyta zupełnie nie jest symfoniczna, lecz elektroniczna z elementami dup-stepu, a samego metalu usłyszeć można na niej tyle, co nic. Fakt nie brakuje bardzo dobrego wokalu Sharon, lecz to wciąż za mało. Ja rozumiem naprawdę eksperymenty i torowanie nowych ścieżek, kierunków, nawet fakt, iż, ponoć jest to najbardziej osobisty lirycznie album dla Sharon. Serio, ale przynajmniej dla mnie, sam tekst i sam wokal nie obronią muzyki, a raczej płyty, która wpada jednym uchem, a wylatuje drugim. Bo Raise Your Banner i Mad World, które są dla mnie najbardziej akceptowalne i po trzecim ich włączeniu nie miałem ochoty przerwać, no to nie wystarczy. Myślałem, że, jak dam tej płycie też 5-miesięczną przerwę to będzie inaczej, racja było, ale ważenia takie same. Tak też na sam koniec, jeśli ktoś nie znał wcześniej z dorobku tego zespołu ich opus magnum, czyli Mather Earth, pewnie Resist mu się spodoba, ja znałem nie tylko ten, bo pomimo mojej większej miłości do Nightwish, której się nie wyprę, ten zespół moim w odczuciu już nie reprezentuje tzw. nurtu metalu symfonicznego. Tak jak zawsze doceniam eksperymenty, to nie zawsze są one akceptowane przez moje uszy, choć obawiam się, że, dla holenderskiego Within Temptation to ich ,,nowa ścieżka” i ,,styl”. U mnie ta płyta na chwilę obecną dzierży tytuł najbardziej nieudanego albumu tego roku, takie jest moje zdanie. Jak znając życie, fanatycy Within temptation będą krzyczeć inaczej, mają do tego prawo tak jak ja do posiadania własnego zdania.

2/10