The Dark Element – The Dark Element (2017)

Po moim dość długim niezainteresowaniu losami jednej z poprzednich wokalistek Nightwish odkryłem, iż połączyła ona siły fińskim muzykiem Janim Liimatainenem (fani zespołów takich jak Sonata Arctica czy Stratovarius z pewnością go kojarzą). Artyści założyli zespół The Dark Element, wydając 10 listopada 2017 roku album o tej samej nazwie. Kierując się ciekawością, pozwoliłem sobie przesłuchać krążek. Czy popełniłem błąd? Czy Anette powróciła w dobrym stylu? Na te oraz inne z zadanych pytań postaram się odpowiedzieć.

Tytułowy kawałek już od samego początku jest bardzo energetyczny. Pełno w nim partii klawiszy, a co do podobieństw, przychodzą mi do głowy właściwie jedynie single z Dark Passion Play Nightwisha. Zaczerpnięto też trochę z twórczości wspomnianej wcześniej Sonata Arctica, ale to akurat całkiem dobrze. Wokal Anette sprawdza się w utworze świetnie. Do tego udana solówka Janiego oraz blasty, kiedy trzeba.

„My Sweet Mystery” otwierają znowu bardziej gotyckie klawisze, a refren zostaje powtarzany dużo częściej. Ponadto wokal nadal brzmi bardzo emocjonalnie, a Jani popisuje się kolejną naprawdę dobrą solówką. Co do „Last Good Day” to jest po prostu dobrze, lecz, według mnie, kawałek jest jednak „bez szału”. W „Here’s to You” tak naprawdę partie wokalne oraz pianina przechylają lekko szalę na korzyść tej kompozycji (jak również sam tekst tego utworu).

Ballada „Someone You Used To Know” jest jedną z największych atrakcji tego albumu. Sonicznie utwór koncentruje się głównie na głosie Olzon, która doskonale wyraża emocjonalnie lirykę. „Dead to Me” moim skromnym zdaniem jest osobistym tekstem Olzon jak dla mnie opowiadającym albo o utraconej miłości, albo o sytuacji związanej z zespołem Nightwish. Co do kwestii muzycznych najciekawszymi kwestiami są zmieniająca się intensywność elektroniki, fragmenty z wiolonczelą i pianinem, idealnie komponujące się z samym tekstem. Do tego można usłyszeć growl Niilo Sevänena z Insomnium. Przez to wszystko ten utwór zajmuje mocne pierwsze miejsce w moim rankingu ulubieńców z tego krążka.

„Halo” to znowu dobra kompozycja, zwłaszcza puszczona pojedynczo w oderwaniu od całości albumu. „I Cannot Raise The Dead” ratuje dobra solówka Janiego i wolniejsze fragmenty. Natomiast „The Ghost And The Reaper” to dla mnie numer dwa tego albumu. Doskonałe wejście elektroniczne, a gitary brzmią chyba na najostrzejsze z całej płyty. Do tego wokal Anette wraz z chórkami – mistrzostwo świata. Fragment z wiolonczelą przed ostatnim refrenem to w dodatku istna bajka, utwór spełnił więc rolę singla, tak jak należy.

„Heaven Of Your Heart” brzmi dla mnie jak główna ballada miłosna rodem z show na Broadwayu. Ostatnia kompozycja „Only One Who Knows Me” jest dobrym utworem zamykającym. Partie chóralne z wokalem Anette pokrywają się idealnie.

Na The Dark Element pojawiają się pobudzające oraz wzruszające momenty. Anette Olzon wraz z Janim Liimatainenem nagrali album, który wyciągnął z ich dorobku artystycznego to, co najlepsze. Album jest ponadto bardzo spójny, do tego stopnia, że tylko nieliczne utwory dobrze wypadają słuchane pojedynczo, przynajmniej tak brzmi to dla mnie. Czy Anette Olzon powróciła w dobrym stylu? Moim zdaniem tak. Czy jestem rozczarowany jej nowym zespołem? Zdecydowanie nie. Jeśli chodzi o grupę The Dark Element, czekam na więcej. Chętnie też poznam wasze opinie na temat tej płyty, która mi akurat, bardzo przypadła mi do gustu.

9/10

Last Tango – Bloody Dance (2018)

Poznański Last Tango został założony 11 września 2015 roku. Na początku 2018 roku wydali swoją pierwszą EP-kę zatytułowaną Bloody Dance. Jeśli jesteście zainteresowani moją opinią na jej temat, zapraszam.

Na Book of Face zauważyłem inspiracje (żeby nie nazwać ich „zapożyczeniami”) z najnowszej płyty Testament, typ wokalu również okazał się bardzo podobny. Na szczęście późniejsze riffy są już ewidentnie autorskie, poza tym blasty są świetne.
Void Land to znowu riff zaczerpnięty (a wręcz plagiat?) z Labiryntu Fauna, albumu Huntera z 2009 roku. Część autorska jest okej, choć numer nie kopie aż tak bardzo, może poza solówką z marszówką w tle, która wypada bardzo fajnie.
Wokal na The Highest One przypomina CoreyaTaylora, jeśli chodzi o manierę śpiewania. Z kolei riffy wraz z perkusją są zrobione przez zespół od A do Z, gdyż nie wychwyciłem tu żadnej zrzynki, a jedynie inspiracje. Jest dobrze.
Ostatni utwór z jednym na EPce polskim tytułem Zaćmienie jest równie dynamiczny, jak kompozycja otwierająca, gitary i perkusja sprawiają, że człowiek sam z siebie chce lecieć w pogo. Do tego pojawia się breakdown rodem z jak deathcoroewgo numeru. Solówka znowu genialna.

Zespół ma potencjał, powinien jednak moim zdaniem, unikać ewidentnego plagiatowania jak w przypadku trzeciego utworu. Ponadto słychać, że grupa szuka stylu, dlatego też ta EPka to mieszanka thrashu, heavy i odrobiny deathcoru. Co się z tej mieszkanki wyklaruje, czas pokaże. Jak na sam początek nie jest źle, jest nawet dobrze jak na pierwszy materiał. Jeśli nie znacie tej EPKi , z czystej muzycznej ciekawości warto się z nim zapoznać. Tym bardziej, jeśli nie obca jest Wam polska muzyczna scena metalowa oraz młode reprezentujące nią zespoły.

8/10

Judas Priest – Firepower (2018)

Judas Priest,zespołu, który istnieje już 50 lat na szeroko rozumianej scenie metalowej, nikomu nie trzeba go przedstawiać. Należy im się szacunek już z samego powodu, że wciąż chcą koncertować oraz nagrywać. Zeszły rok przyniósł dla fanów tej brytyjskiej ikony heavy metalu, w tym i dla mnie, wspaniałą wiadomość w postaci wydania ich najnowszego albumu Firepower. Może piszę o nim późno, ale na pewno szczerze, jeśli więc chcecie poznać moją opinię na temat tego krążka, zapraszam serdecznie.

Już na samym początku, mam na myśli tytułowy numer, nie jest nudno. Oj nie, wręcz przeciwnie. Od samego wokalnego wejścia Roba nasuwa się na myśl Painkiller. Może to również dzięki sekcji rytmicznej i podobieństwu riffów utwór skojarzył mi się z klasykiem Priestów?
h

Lightning Strike nie pozwala odpocząć, moim skromnym zdaniem jest ja kontynuacja pierwszego kawałka. Kompozycja jest świetna zarówno w wersji studyjnej, jak i koncertowej. Lekko elektroniczny początek Never the Heroes znowu coś mi przypomina. Ta przytłumiona gitara, następnie dobre riffy i niezawodna perkusja już są znakomite. Do tego tekst daje do myślenia-moim zdaniem, nawiązuje do współczesnych konfliktów zbrojnych prowadzonych na Bliskim Wschodzie. Intro Guardians zapowiada kolejny kawałek i daje chwilę wytchnienia. Rising from Ruins to bowiem doskonały przykład tego, jak stworzyć kompozycję z aż trzema partiami solowymi. Na Flame Thrower usłyszałem jedną z lepszych zmian temp wraz z blastami w tle.

Spectre porwało mnie już, od samego początku- bardzo charakterystyczne intro z pewnością zostanie w mojej głowie, na dłuższy czas. Traitors Gate to znowu cudowny warsztat wokalny Roba, szybkie frazesy mówione przez niego przed samym refrenem są po prostu cudowne. No Surrender już za sam przekaz, wskakuje na moją osobistą listę numerów motywujących do działania oraz egzystencji w trudnych chwilach. Pominę już, jak zapewne się domyślacie, genialny, lecz przy tym bardzo prosty aspekt muzyczny tej kompozycji.

Na sam koniec otrzymujemy dwie ballady. Co do tej pierwszej nie jestem co prawda w stanie stwierdzić, o ile można ją tak określić, gdyż muzyczna struktura owej kompozycji jest dla mnie niepewna, mam na myśli Lone Wolf. Za to ta druga, Sea of Red, jest świetna, a zwłaszcza jej końcówka.

Krótko mówiąc, giganci (bo tak ich trzeba nazywać), wydali arcydzieło heavy metalu, udowadniając, że na laurach nie spoczęli. Wprost przeciwnie, dalej pokazują innym zespołom, jak trzeba tworzyć taki typ muzyki. Nie brakuje różnorodności riffów, solówek i partii perkusyjnych.Poza tym wokal, który pomimo wieku Roba (68 lat) nadal jest utrzymany na poziomie Boga Metalu, (za którego słusznie jest uważany). Od siebie dodam, że mógłby to być ich ostatni album, jeśli, odpukać, tak by zdecydowali. Jakie jest wasze zdanie na temat tego krążka? Jeśli macie inne, chętnie je poznam. Jak dla mnie to jest ich drugie opus magnum, zaraz obok albumu Painkiller właśnie.

10/10

Nightwish – Oceanborn (1998)

Nightwish to jedna z tych grup, których raczej trudno nie znać. Mam tu też na myśli osoby które, tylko z doskoku słucha cięższej muzyki. Ja, uważając się za szczęściarza, miałem nosa, jeśli chodzi o album, z którym rozpocząłem, trwającą już ponad 20 lat przygodę z nimi… Mam tu na myśli ich drugi krążek — Oceanborn. Jeśli jesteście ciekawi mojej opinii na ten temat, serdecznie zapraszam.

Już od samego początku jest intensywnie. Stargazers, bo o nim mowa, po prostu zachwyca. Symfoniczne wejście, magiczne klawisze, gitarowe solówki, Tarja Turunen daje poznać słuchaczom swój liryczny sopran. Nic dziwnego, że zespół nawet po zmianie wokalistki nie zrezygnował z tego numeru. Dobre wrażenie kontynuuje Gethsemane, nic więc dziwnego, że podobnie jak poprzednia kompozycja zagościł na set liście ostatniego koncertu Nightwish w Krakowie. W mojej interpretacji bardzo wyraźnie słychać w nim nawiązania stricte chrześcijańskie, poza tym muzycznie utwór jest istną bajką, zwłaszcza z ostrzejsze riffami (solo?).

Na Devil & the Deep Dark Ocean po raz pierwszy usłyszymy Tapio Wilske, którego wybór był moim zdaniem doskonała decyzja, gdyż jego głos idealnie pasował do Tarji, zresztą podobnie było w przypadku The Pharaoh Sails to Orion. Sam kawałek jest bardziej mroczny od poprzednich, co nie czyni go jednak w żaden sposób gorszym. Nawet powiedziałbym że wręcz przeciwnie, zresztą jego też miałem okazję usłyszeć na krakowskiej Tauron Arena na ostatnim koncercie Nightwish.

Natomiast jeśli chodzi o, Sacrament of Wilderness to jest tu zawarta największa ilość mistycyzmu, zresztą w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zresztą ten utwór jest w ścisłej dziesiątce mojej subiektywnej listy ulubionych utworów Nightwisha. Nic dziwnego, że ten kawałek wydano jako singiel, gdyż wszystkie cechy, jakie singiel powinien posiadać, są w nim zawarte. Podobnie jest z Passion and the Opera. Przechodząc z kolei do ballad, Swanheart ma wszystkie jej cechy.

Następnie mamy do czynienia z bardzo dobrym, jedynym za czasów Tarji instrumentalnym utworem, Moondance. Ze spokojnego wstępu przeradza się on w bardzo dynamiczny kawałek. The Riddler zawiera w sobie dokładnie to, czego potrzeba, żeby stwierdzić, iż jest bardzo dobry. The Pharaoh Sails To Orion to znowu eksplozja grozy oraz kolejnego dobrego duetu Tapio Wilska wraz z Tarją. Zresztą muzycznie też się to wyraźnie da odczuć, zwłaszcza dzięki ostrzejszym partiom gitarowym.

Słysząc po raz pierwszy utwór Walking In The Air, nie miałem pojęcia, że, jest o cover Howarda Blake, w dodatku, że jest to po prostu genialna, bo inne słowo mi do głowy nie przychodzi, aranżacja melodii do serialu The Snowman z 1982 roku. Czapki z głów. Oprócz tego jest również prawdziwą balladą przez wielkie B. Ostatnie dwa utwory to Sleeping Sun i Nightquest. Sleeping Sun jak dla mnie to ocean wszelkich emocji, od smutku i tęsknoty przez żal i wzruszenia. Nightquest to znowu wyjątkowo dynamiczny numer, który też się sprawdził jako kompozycja zamykająca.

Podsumowując, drugi krążek Nightwisha był, jak na swoje czasy, bardzo eksperymentalny, przyznał to nawet sam współautor tego arcydzieła Tuomas Holopainen. Udział kwartetu smyczkowego oraz flecisty Esy Lehtinena dodały więcej symfonicznych elementów tej płycie, tak samo wyższe partie wokalne Tarji. Dodać do tego należy dwie genialne okładki autorstwa Marii Sandell. Muzycznie, wizualnie, lirycznie jest to kompletny i spójny album. Jeśli jakimś cudem ktoś go nie znał, polecam nadrobić zaległości. Chętnie natomiast poznam zdanie innych fanów grupy Nightwish na temat tejże płyty. Dla mnie jest ona w pierwszej trójce najlepszych albumów tej grupy.

10/10

Cradle of Filth – Cruelty And The Beast (1998)

Jeśli chodzi o brytyjskie zespoły to z tak zwanego nurtu dark extreme metalu (black/symphonic/gothic), dla mnie najlepszy jest tylko jeden – brytyjski Cradle of Filth. Moja przygoda z tym zespołem rozpoczęła się, kiedy przesłuchałem album Cruelty And The Beast. Tym, którzy lubią dźwięki nieraz rodem z dobrych horrorów, zespołu przedstawiać nie muszę. Jeśli jesteście ciekawi, jak go wtedy odebrałem, a jak jest po wieloletniej przerwie, zapraszam serdecznie do lektury.

Już samo intro zmroziło mi krew w żyłach, a raczej w uszach. Od razu czułem klimat Transylwanii. Również „Thirteen Autumns And A Widow” zrobiło, co trzeba. Typowo blackowy wokal Daniego, szepty i growl wraz z surową perkusją oraz riffami gitar-wszystko komponowało się w idealną całość. Fragmenty deklamacyjne to po prostu mistrzostwo świata, a do tego bardzo udany kobiecy wokal, za który odpowiada Danielle Cneajna Cottington .
Na samym początku „Cruelty Brought Thee Orchids” słyszymy główną bohaterkę tego koncept albumu, czyli Elżbietę Batory, która zgodnie z legendą miała kąpać się we krwi dziewic. Aktorkę Ingrid Pitt użyczającą jej głosu (a także odgrywającą jej rolę w filmie z 1971) można też usłyszeć na innych kompozycjach. Tak więc kompozycja była i jest po prostu perfekcyjna. Wszystko pod kątem muzycznym, jak i lirycznym współgra idealnie. Zawarte w niej zmiany tempa są jednocześnie jak skoki ciśnienia u słuchacza.
Następne „Beneath The Howling Stars” różni się wyraźniejszym basem, większą ilością organów, ot, szczegółami. O kolejny fragment deklamacyjny zadbał Dani jak i Danielle, nastroju dodają słyszalne organy w tle, do tego jeszcze jedna występująca gościnnie artystka, a dokładnie Sarah Jezebel Deva. Idealnie dobrane głosowo trio. Przerywnik „Venus In Fear” robił więc i nadal robi to, co powinien – buduje napięcie.
Co mogę powiedzieć ciekawego o „Desire In Violent Overture”? Na pewno demoniczny growl zrobił na mnie wrażenie, tak samo, jak solówki gitarowe. „The Twisted Nails Of Faith”, też wypadł dla mnie dobrze, ale może nie na tyle, by o nim coś więcej napisać.

Bathory Aria” to z kolei inna sprawa, przez długi czas była to dla mnie jedna z najlepszych ballad pomimo jej surowego klimatu. Mam tu na myśli black/gothic symfoniczną stylistykę jaką wtedy prezentował ten zespół. Sam tekst był dla mnie genialny, tym bardziej iż dotyczył Krwawej Hrabiny z Čachtic. Było i nadal jest to dla mnie mini arcydzieło. Kolejny przerywnik dalej, jak kiedyś tak samo dziś jest równie dobry, mowa o „Portrait Of The Dead Countess”. Z utworem zamykającym, czyli „Lustmord And Wargasm” mam problem, bo kiedyś mnie porywał, a dziś już tak nie jest. Po prostu przesłuchałem go, stwierdzając, że jest dosyć przeciętnym numerem.

Może nie aż z tak 100-procentowym przekonaniem, jak kiedyś, ale jednak ta płyta nadal jest przeze mnie uważana jako jedno wielu (w zależności od okresu twórczości i okoliczności zmian w składzie) opus magnum tej formacji. Dlaczego niejedyne? Dlatego, iż uważam, że mają na koncie tyle wydawnictw, że znajdą się przynajmniej jeszcze dwa. Tak czy inaczej, dziś również kupiłbym to wydawnictwo w ciemno. Bo ma ono klimat, muzycznie oraz lirycznie album ten zasługuje natomiast na miano najlepszej koncepcyjnej płyty z tego typu nurtu, czyli dark extreme metalu. Co Wy natomiast sądzicie? Czy zgadzacie się ze mną? Ten dwudziestoletni już album też przypadł Wam do gustu czy wręcz przeciwnie? Podzielcie się ze mną swoimi odczuciami w komentarzach. Pozdrawiam serdecznie.

10/10

Frontside – Zmartwychwstanie (2018)

Wreszcie! Dokonało się! Czekałem na najnowszy album jednego z moich ulubionych zespołów polskiej sceny metalowej, mam tu na myśli sosnowiecki Frontside. Zespół na przestrzeni lat pokazał swoim fanom różne oblicza. Dlatego miałem obawy, jakie to Zmartwychwstanie będzie. Czy spełniło moje oczekiwania? Jeśli jesteście tego ciekawi — zostańcie ze mną, a się przekonacie.

Tak formalnie płyta została wydana 14 września tego roku dzięki Mystic Productions. Co do kwestii muzycznej ewolucji, poruszę ten wątek kiedy indziej w innym, osobnym artykule, który poświęcę całej wspomnianej grupie, więc w tej recenzji postaram się go możliwie pominąć. Tak czy inaczej, przechodzę do rzeczy.

Album rozpoczyna się ciekawym intrem tytułowego kawałka „Zmartwychwstanie”. Specyficzne riffy i marszówka. Następnie już coś, czego mi brakowało: ta intensywność i ciężar. Ten deathcorowy duch, który, zwłaszcza wśród osób nieobytych w metalu, jest marką tego zespołu. Solówka zaprezentowana w tej kompozycji jest po prostu obłędna.
Kolejny utwór „Poznaj Swoich Wrogów” oprócz tego, że liryczny, ma bardzo dosadny przekaz i jest do tego życiowo prawdziwy. Muzycznie też jest dobrze. Perkusja ukazuje swoje atuty, których dawno nie słyszałem, potem to breakdownowe tempo, którego moim uszom brakowało. Głowa i ciało samo podświadomie myśli już o koncercie i oczywiście pogo. Historia jest kontynuowana przy „Bez Przebaczenia”, choć krótka deklamacja Demona w tym utworze nadaje większego klimatu. Znowu kolejna dobra solówka.

Krew, Ogień, Śmierć” rozpoczyna się od dźwięków deszczu oraz piorunów. Potem jest, znowu tak jak powinno: dobre riffy, blasty, zmiany tempa, a przekaz jasny i wyraźny.

Pieczęcią Niech Będzie Krew” to od samego początku siarczysty muzyczny cios w twarz, o odpoczynku nie może być mowy. Riffy, breakdowny, blasty, scream i growl bardzo przypominające mi album Zmierzch Bogów. Natomiast „Przynoszę Wam Ogień” swoim politycznym, buntowniczym i trochę aspołecznym aspektem i samą muzyczną też strukturą przypomina mi „Świat Tyranów” z Teorii Konspiracji. To nie jest żaden zarzut z mojej strony. Wręcz przeciwnie: jest to komplement, gdyż tę płytę (mam na myśli Teorię Konspiracji) po prostu uwielbiam.
Natomiast w „Kolejnej Niewinnej Ofierze” nietypowy wokal jest cudowny. Nietypowe riffy oraz samo brzmienie, przy jednoczesnym zachowaniu corowej konwencji, są kolejnym mega plusem. „Martwy Jak Ty” jest za to znowu kolejnym prostszym i bardziej dynamicznym numerem.
Jak Światłość i Mrok” oraz „Iluminacja” to natomiast kolejne gitarowe uczty. Zachowane breakdowny i blasty: wszystko jak trzeba.
Jako kompozycja zamykająca album „Bóg Cię Nie Ocali” jest wprost idealna, zachowuje klimat, tematykę oraz nie odbiega od innych utworów, pomimo iż jest nieco wolniejsza na samym początku.

Podsumowując, ta płyta to istne arcydzieło, a pod względem lirycznym w wielu aspektach jest kontynuacją Teorii Konspiracji, ale to tylko moje indywidualne odczucia. Muzycznie, chapeau bas Demon. Te solówki to po prostu perełki, które utkwią w mojej głowie na wiele lat. Daron – idealnie je wykonałeś. Auman, tego screamu i growlu mi brakowało, jak dla mnie po wykonaniu heavy metalowej „Legendy” jesteś wokalistą kompletnym. Co do perkusji, została ona pokazana najlepiej ze wszystkich waszych nagranych albumów, doskonała robota Toma. Ta płyta jest spójna i okazała się prawdziwym zmartwychwstaniem Frontside. Chętnie poznam wasze opinie. Czy też uważacie tę płytę za dobrą, a może jest wręcz przeciwnie? Napiszcie w komentarzach. Pozdrawiam.

10/10

Powerwolf – The Sacrament of Sin (2018)

Na to wszyscy, nie wyłączając mnie, czekali. Kolejny albumu grupy Powerwolf zatytułowany „The Sacrament of Sin” ujrzał światło dzienne 20 lipca 2018 roku. Chociaż jest już trochę po premierze, mogę podzielić się z Wami swoją opinią na temat tego krążka. Jeśli jesteście jej ciekawi, serdecznie zapraszam.

Fire & Forgive już od samego początku zapowiada się dobrze i jest właśnie dobrym kawałkiem. Zdecydowanie więcej tu symfonii, choć chwytliwych riffów i solówki też nie brak — jednak w końcu był to singiel. Utwór, z tego, co mi wiadomo, pod kątem lirycznym nawiązuje do historii opętanej Polki, a co ciekawe sam teledysk był kręcony na Dolnym Śląsku. Następnie pojawia się kolejny singiel Demons Are a Girl’s Best Friend, który jest luźnym nawiązaniem do piosenki Marylin Monroe Diamonds are a Girl’s Best Friend. W moich uszach ten kawałek wypada mocno przeciętnie. Muszę przyznać, że kiedy oczekiwałem na ukazanie się albumu w całości, po pierwszym zetknięciu z tą kompozycją byłem i nadal jestem mocno rozczarowany. Może to wynika też z samej kolejności, bo ten utwór pojawił się jako pierwszy singiel, jednak efekt pierwszego wrażenia pozostał.

Na szczęście inna sprawa jest z Killers with the Cross, mroczny szept Attili na samym początku idealnie zbudował napięcie, poprzedzając mocne muzyczne wejście całego zespołu. Riffy w połączeniu z blastami perkusji, wraz z genialną solówką, to po prostu mistrzostwo, co sprawia, że to jeden z trzech moich ulubionych utworów z tej płyty. Oprócz tego teledysk do niego też wyszedł im świetny. W Incense & Iron zespół eksperymentalnie postawił na elementy folkowe na samym początku, co dało bardzo dobry rezultat. Jest dzięki temu na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o kompozycje z tego krążka. Na żywo zresztą miałem okazję oglądać go na Masters of Rock w tym roku.



Ciekawe jest, że pierwszą w historii zespołu balladą okazał się kawałek Where the Wild Wolves Have Gone. Czemu Powerwolf aż tyle zwlekał? Może kiedyś się tego dowiemy … W każdym razie utwór ma to, co potrzebne w balladzie, czyli przede wszystkim nastrój, który sprawia, że uwalniają się emocje. Jak na pierwszy raz było bardzo dobrze, partie pianina zrobiły swoje. Zbudowany nastrój podtrzymuje skutecznie Stossgebet, na którym moim deklamacje Attili są najlepsze. Więcej w tym utworze symfonii niż metalu, co akurat wychodzi na dobre, ponieważ dodaje epickości. O ile mnie pamięć nie zawodzi, od czasu albumu „Preachers of the Night”, zespół nie nagrał nic, co zawierałoby nawet po części język niemiecki, ale ten utwór pokazuje, że wiedzą, kiedy to zrobić. Na początku Nightside of Siberia, trzeciego i ostatniego z moich muzycznych ulubieńców, występuje element operowej grozy. Taki nastrój genialnie zbudował napięcie, potem weszły riffy z perkusją, natomiast prawdziwą magią są momenty zmian tempa oraz sam refren, który można nucić bez końca.

Tytułowy The Sacrament of Sin też daje radę, choć mnie jakoś na kolana nie powala, nawet pomimo krótkiego folkowego fragmentu i deklamacji Attili. Tytułowa kompozycja albumu jest po prostu dobra, teledysk do niej robi jednak większe wrażenie. Venom of Venus to znowu inna sprawa: pojawia się tam operowy śpiew, udane chóry, bardzo dobra solówka, świetna perkusja. Dzięki tym wszystkim elementom do kompozycji chce się wracać (zresztą z tego, co wiem, znalazł się na koncertowej setliście zespołu). Nighttime Rebel nie jest zły, ale też nie jest wspaniały, jest jednym z tak zwanych powerwolfowych średniaków, tak samo, jak utwór zamykający Fist by Fist (Sacralize or Strike).

Zespół zdecydowanie się rozwinął, gdyż zastosował po raz pierwszy elementy folkowe w dwóch utworach. Cechy powerwolfowej przebojowości oraz wypracowanego stylu zostały zachowane w stu procentach. Dużym plusem jest też rozszerzenie symfonicznych partii oraz chórków przy jednoczesnym zachowaniu genialnych deklamacji Atilli. Jak dla mnie jest to bardzo dobry album, oczekiwania tak naprawdę pokryły się z rzeczywistością. Sama okładka (której autorką jest Zsofia Dankova – chapeau bas) jest odzwierciedleniem przekazu zawartego w tekstach. Zło i dobro to pojęcia względne i to nie tylko dobro leży po stronie kościoła. Tak ja zrozumiałem ten przekaz, zespół nie stosuje ślepego antyklerykalizmu opartego na nienawiści, tylko na zdrowym rozsądku. Jak dla mnie ta spójność muzyczna oraz liryczna, sprawia, że jako wieloletni fan z jednej strony jestem zadowolony, lecz z drugiej czuję pewien nie dosyt. Chętnie poznam też Wasze opinie.

9/10

Beast in Black – Berserker (2017)

  • Beast in Black to zespół, który w 2015 roku w Helsinkach został założony przez Antona Kabanena, współzałożyciela Battle Beast. Moim skromnym zdaniem chyba sam nie wiedział, że dzięki takiemu posunięciu jego zespół zapisze się w historii szeroko pojętego heavy metalu. Debiutancki album Berserker został wydany 29 listopada 2017 roku. Dziś zaprezentuję swoją zapewne już mocno spóźnioną, ale jednak opinię na temat tego krążka.

Zainteresowani zespołem już pewnie wiedzą, że sam album powstał na podstawie materiału, który Anton Kabanen tworzył w przeszłości, kiedy był członkiem oraz współzałożycielem) Battle Beast.
Już sama okładka odzwierciedla motyw z debiutu Battle Beast. Bardziej świadomy słuchacz, skupiający się na tekstach, znajdzie tak jak ja, mocne inspiracje japońską mangą Berserk. Teraz podzielę się z Wami tym, co sądzę o ich albumie pod muzycznym kątem i ta opinia pozostaje bez zmian.

Już od samego początku wyraźnie słychać, że zespół się nie patyczkuje. On po prostu eksploduje heavy/power metalową energią. Może nie jak atomówka, ale na pewno jak dobry plastik. Mocne wokalne wejście, elementy elektroniczne, a dzięki temu epickie, bogactwo instrumentalne dwóch gitar. Jest też pierwsze odniesienie do samego zespołu i metafor odnośnie do bestii samej w sobie.

Sam album nie ma, moim skromnym zdaniem, złej kompozycji. Jest wypełniony piosenkami które z czasem, nie mówię od razu, zapiszą się jako niezapomniane hity: „Blind And Frozen”, „Blood Of A Lion”, „Born Again”, „Zodd The Immortal”, „Crazy, Mad,Insane”, „Go To Hell” oraz „End Of The World”. Bardzo duża przebojowość i chwytliwość wynika z mocnej inspiracji latami osiemdziesiątymi, i nie mówię tu tylko o metalu. Kiedy usłyszałem klawisze, pomyślałem o EUROPE (z czasów „TheFinal Countdown”/„Out of this World”). Strzałem w dziesiątkę i jednym z moich trzech ulubionych kawałków z tejże płyty jest„Crazy, Mad, Insane”. Co do reszty moich wrażeń pod instrumentalnym kątem albumu: „Zodd The Immortal” jest dla mnie jak Judas Priest na sterydach, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

No i zapomniałbym o dwóch nastrojowych kawałkach: „Born Again” i „Ghost in the Rain”. Ten drugi, czyli tak naprawdę ballada, skojarzyła mi się trochę z Roxette. Tak czy inaczej, po każdym obcowaniu z tą piosenką wzruszam się albo po prostu mam łzy w oczach, co oddaje to, jak dobrym jest kawałkiem.

Poza instrumentalnym atutem pozostaje kwestia wokalu. Yannis Papadopoulosma dużą parę w płucach i doskonale radzi sobie zarówno z drapieżnymi wokalami, jak również wyższymi rejestrami (których na płycie nie jest mało), a także i z nastrojowymi utworami jak„Born Again” czy „Ghost in the Rain”. Kiedy go słucham, nawet gdy odtwarza covery, za każdym razem czuję, jak odpowiednio (czasem i ekspresyjnie) wyraża to, o czym śpiewa. Nie wiem, gdzie go Anton znalazł, ale dobrze, że to zrobił! Ten człowiek z czasem zostanie kolejnym z Bogów Metalu.

Podsumowując: jak dla mnie, jeśli Beast in Black będą kroczyć obraną ścieżką, bez żadnych zawirowań, (zwłaszcza jeśli chodzi o wokal) to zczasem zastąpią godnie tak znakomite kapele jak Judas Priest czy DIO. Tym bardziej się cieszę, że miałem okazję ich usłyszeć na żywo 17 listopada w Krakowie, a potem będę mieć, w maju 2019 roku na Metalfest. Wiem, że będzie ogień!!! Ocena dla tego arcydzieła może być tylko jedna. Żeby było jasne, oceniałem oczywiście wersję rozszerzoną.

10/10