KAT & Roman Kostrzewski – Popiór (2019)

Historia zespołu Kat&Roman Kostrzewski z powodu samej nazwy daje do zrozumienia, że, został on stworzony na podwalinach jednej z największych legend polskiego thrash metalu w Polsce, co samo w sobie jest smutne. Czemu o tym wspominam? Ponieważ ostatnio, dokładnie 1 marca tego roku, sami wydali, już drugi swój album zatytułowany Popiór. Pomijając już okoliczności, w jakich został stworzony oraz co, stało się, przed ogłoszeniem trasy promującej, to teraz owa sytuacja zespołu jest tragedio komiczna. Jakiego są moje wrażenia po wielokrotnym przesłuchaniu tego albumu? Czy w jakimś stopniu ów krążek jest lepszy od debiutanckiego? Czy nawiązuje do macierzystego zespołu KAT, przed odejściem Romana Kostrzewskiego? Czy muzyka oraz liryki były warte czekania ośmiu lat? Czy będę chciał do nie wracać? Jeśli jesteście ich ciekawi oraz odpowiedzi na te pytania z mojej strony, chętnie się z Wami nimi podzielę, udzielając wyczerpujących odpowiedzi.

Utwór otwierający Łossod nie jest zły, gdyż można usłyszeć wirtuozerskie popisy na gitarze akustycznej, a wszystko zachowane w mistyczno-klimatycznej otoczce. Ośle to trochę inna historia. Bardzo szybkie rozpoczęcie heavy/hard riffem. Potem zmiana tempa. Solówka gitarowa, bez szału, ale też nie jest źle. Tarło i jego gitarowy początek jest zupełnie inny, bardziej popisowy. Solówka gitarowa warta uznania, nie powiem, że nie. Breakdowny z drugim bardzo dobrym solo w tle-mistrzostwo świata. Serio. Mdłości znowu doskonałe i nastrojowe intro. Potem się rozkręcił i to na dobre. Dobre i riffy i znowu kolejna godna uwagi solówka, no i powrót do spokojnych i wolnych fragmentów. Potem znowu kolejne dobre solo i ten riff prowadzący no i tajemnicze zakończenie. Baba zakonna to najbardziej energetyczny numer na całym krążku jak dla mnie, do tego przekaz jest najbardziej antyreligijny. Potem zwolnione breakdowny z blastami. Bardzo dobra solówka. Potem znowu energia oraz moc. Jest dobrze. Tytułowy Popiór to bardzo dobra ballada. Z odpowiednio zachowanym klimatem. Zakończona takim też gitarowym solo. Głowy w dół spuszczone to kolejna petarda. Wisienką jest nie tyle dobre solo, ile bardzo wyrazisty bas. Ostatnia kompozycja Dali na Mszę to trzeci potężny cios. Blasty z breakdownami proszę bardzo. Potem następuje zwolnienie jednak. Jednak potem powrót i bardzo dobre solo. Riffy w tle jednak tej mocy nie odbierają. Czy sprawdził się jako utwór zamykający? Tak i nie, kwestia względna. Jest dobry, ale czegoś zabrakło.

Mam bardzo mieszane odczucia nawet po dziesięciokrotnym przesłuchaniu tego krążka, rozłożonym bardzo w czasie. Najpierw byłem nastawiony jak pies do jeża. Potem ogarniała mnie jednak pozytywna euforia jako fana KAT-a z Romanem, gdyż jednak jego specyficzny wokal oraz liryki zapadają w pamięć. Jednakże po ochłonięciu ze skrajności, doceniając, bądź co bądź fakt wydania płyty, to mam nieodparte wrażenie, że, Roman to nagrał, bo bał się oraz czuł może presję fanów? Nie mam pojęcia. Dla mnie ta przerwa ośmiu lat była zbyt długa i już! Jeśli chodzi o bycie lepszym od debiutanckiego albumu Czarno-Biała, szczerze to przy pierwszym wydawnictwie wielokrotnie ruszałem głową do rytmu oraz miałem ochotę pójść w pogo, przy tym albumie czegoś takiego nie miałem, w przypadku Czarno-Białej zawsze! O czymś to świadczy prawda? Nawiązania do przekazu starego KAT-a z Romkiem, nic się nie zmieniło przekaz taki sam, co jest akurat malutkim światełkiem w dość długiej drodze z ciemnego tunelu. Muzycznie? Heh. Niby próby są, lecz jednak niepodejmowane z całkowitym sukcesem. Bez obrazy dla Krzysztofa „Pistolet” Pisteloka oraz Jacka Hiro, czy zastępującego już Irka Lotha, Jacka Nowaka. Dla Mnie idealny KAT, to skład z czasów Ich ostatniego, dla mnie albumu Szydercze Zwierciadło z 1997 roku. Gdyż do tego czasu liryki oraz wokal Romana, partie gitarowe w wykonaniu Piotra Luczyka, bas Krzysztofa Oseta to skład idealny, choć nie nagrał wszystkich płyt KAT-a, ale mam pewność, że, brzmiałyby tak, jak zostały nagrane, bo dwoma mózgami byli Roman i Piotr. Czyli pod tym względem jako fan jestem mocno nienasycony, może nie tanią, lecz podróbką przez którą, nie wyjdę z ,,owego tunelu” będąc w połowie drogi już przy debiucie, lecz przy albumie Popiór, ta droga nie uległa skróceniu, zwłaszcza jeśli chodzi o czas oczekiwania, wręcz powiedziałbym, iż, uległa drobnemu wydłużeniu. Czy warto było czekać? Osoba niebędąca wiernym fanem KAT-a z Romanem do nagranej płyty z 1997 roku, pewnie nie zauważy większej różnicy, tym bardziej niż zacznie przygodę z twórczością pana Kostrzewskiego od czasu zespołu Kat&Roman Kostrzewski, to już tym bardziej. Inni zatwardziali fani zapewne będą też zachwyceni, iż, ,,mistrz” Kostrzewski coś wydał z muzykami pod szyldem Kat&Roman Kostrzewski, choć z pierwotnej grupy został tylko on, więc powinno się to nazywać Kostrzewski Band, nazywając rzeczy po imieniu. Ja odpowiem, iż Nie. Jeśli chodzi o powroty, to do debiutu wróciłem w sumie raz po 3 latach, a potem kolejny tuż po wydaniu następcy i czwarty przed recenzją, raczej więc nie planuję. Do samego KAT-a wracam ciągle co parę miesięcy, więc jest to spora różnica. No ale cenę, to sobie zespół zaśpiewał sobie, zdecydowanie za dużą, w porównaniu do debiutu. Biorąc aż tak, wiele czynników pod uwagę, nie miałem ułatwionego zadania, lecz nie będę strasznie surowy, bo w sumie nie o to chodzi, to mam osobisty apel do pana Romana i Piotra, aby stworzyli zespoły sygnowane swoimi nazwiskami, bo to oszczędzi żenującej już sytuacji, w której legenda KAT-a dla mnie umiera! Moja ocena całościowa jest jedna i nie zmienna, pokreślę, iż byłaby, diametralnie inna, gdyby dwa albumy, Biało-Czana i Popiór, były sygnowane Roman Kostrzewski, a nie próbami stworzenia KAT-a na nowo, z innymi muzykami. Jestem ciekaw waszych odczuć, reakcji, licząc a rzeczową oraz kulturalną dyskusję pod Waszymi komentarzami. Gdyż jak wspomniałem kiedyś, każdy ma prawo do własnego zdania, moje jest jedno, jak i ocena.

5/10

Amon Amarth – Berserker (2019)

Jeden z najpopularniejszych zespołów grających viking metal, wydał swój kolejny album. Mówię oczywiście o szwedzkim Amon Amarth. Płyta nosi tytuł Berserek i została wydana 3 maja 2019 roku. Czy jest lepszy od Jomsviking? Czy Amon Amarth wrócili znowu do pełnej formy? Jeśli jesteście ciekawi moich wrażeń odnośnie do ich najnowszego krążka, serdecznie zapraszam.

Pierwszy Fafner’s Gold rozpoczyna się bardzo spokojną, wręcz łagodną partią gitar. Pojawiają się oczywiście breakdowny oraz melodyka typowa dla Amonów. Choć pod sam koniec wreszcie jest strike deathowo, zarówno jeśli chodzi o perkusję, jak i riffy. Pojawia się też krótka deklamacja. Początek płyty bardzo dobry. Drugi Crack the Sky gitarowo jest bardzo zbliżony do heavy metalu. Czy to dobrze? Trudno powiedzieć, jest to coś innego. Dodającego na pewno dynamiki do tej kompozycji. Mjölner, Hammer of Thor będący oczywiście o słynnym młocie Thora, brzmieniowo nie różni się zbytnio od poprzedniej kompozycji. Choć, nie moment, zastosowano w połowie utworu, dość interesujące przejście, co jednak go nie uratowało.

Shield Wall rozpoczyna się iście bojowo, riffy gitar tak dobrze współgrają z perkusją, że trudno je usłyszeć. Tytuł tu idealnie pasuje. Słynna bojowa formacja wikingów, bo do niej nawiązuje ten utwór. Dla mnie jest po prostu genialna. Wszystko, co musi zawierać tzw. przebój Amonów, ta kompozycja posiada w 100 procentach. Stawiam w ciemno, iż, będzie mocnym kandydatem do przyszłej set listy koncertowej zespołu na lata.

W Valkyria bardzo podkreślony został bas, dynamika też jest zastosowana. Riffy też są dobre, ale szału u mnie nie ma. Choć partie pianina na koniec, jestem ciekaw w sumie po co. Gitarowy początek w Raven’s Flight, który dla osoby niebędącej za pan brat z metalem może ,okazać się elektroniczny, lecz wcale taki nie jest. Potem konkretne breakdowny. Jest moc. Tu akurat heavy metalowe riffy idealnie równoważą ciężką perkusję. Do tego jedna z najlepszych solówek na płycie.

Ironside to kompozycja o legendarnym Bjornie Żelaznobokim. Spokojny wstęp, a potem wejście, którego raczej się nie spodziewałem, gdyż okazały się, lżejsze niż przewidywałem. Breakdowny też są, ale też gorsze niż zakładałem. Szkoda. Natomiast The Berserker at Stamford Bridge dopiero po upływie połowy, nabiera odrobiny rozpędu. Gdyż przejścia oraz breakdowny są wreszcie znośne. Nie pomogła nawet dość niezła solówka na końcu. Oj słabo panowie.

When Once Again We Can Set Our Sails też nie jest zły. Jest dobry. Zawiera też godną uwagi solówkę. W przypadku Skoll and Hati mam podobnie, choć ta kompozycja jest szybsza, oparta na bardziej thrashowych riffach. Przedostatni Wings of Eagles też jest w miarę ok. Ostatni jak to w zwyczaju Amon Amarth, najdłuższy utwór na płycie, czyli Into the Dark, ma bardzo pompatyczny początek, potem staje się cięższy, z dobrymi przejściami oraz riffami. Plus należy się za to, że, nie jest on sztucznie wydłużony, jak to czasem bywało, dokładnie na trzech poprzednich albumach. Jak początek tak i koniec jest epicki, dzięki fortepianowi oraz skrzypcom. Chyba wreszcie wiem, po co one były.

Podsumowując owy krążek. Ogólnie jak go przesłuchałem, mam wrażenie, iż, poziom został utrzymany. Co to znaczy? Oprócz The Berserker at Stamford Bridge oraz Valkyria, które są dla mnie nieporozumieniem. Serio. Jak dla mnie, jeśli zespół, nie umieściłby ich na płycie, nie straciłby, a wręcz zyskał. Wiele utworów jak na Amonów jest po prostu dobrych, bądź czasem ,,ni dobrych ni złych” (Crack the Sky, Ironside). Jednak jak zwykle moimi ulubieńcami są te, które w jakimś stopniu urywają pewna część ciała. Pierwszym w kolejności, jest niebędący singlem, Shield Wall, istna petarda koncertowa. Drugim jest elektryzujący do czerwoności, Raven’s Flight, udowodniając, iż, heavy metal z death metalem może współistnieć na jednej kompozycji, która może wpisać się, w kanon przyszłych przebojów koncertowych tego zespołu. Dajcie znać, co Wy sądzicie o najnowszym krążku Amon Amarth. Ja biorąc wszystkie wady i zalety, swoją opinię, mogę wyrazić w jednej ocenie. Odpowiadając na początkowe pytanie, Berserk jest inny odrobinę od Jomsviking, ale czy lepszy? Trudno powiedzieć, choć pod kątem liczby moich ulubionych kompozycji z poprzedniego albumu, ten jest nieco uboższy.

8/10

U.D.O – Steelfacktory (2018)

Dziś sięgam po najnowszy album, kolejnej ikony niemieckiego heavy metalu. Mam tu na myśli zespół założony przez Udo Dirkschneidera, znany jako U.D.O. Ich najnowszy album Steelfactory wydany 31 sierpnia 2018 roku przez wytwórnię AFM, polecony mi przez Beatę oraz Mirka, na długi czas mną całkowicie zawładną. Zrobiłem sobie od niego krótką przerwę, aby mieć czysty ogląd w kwestii tego krążka. Jakie są moje wrażenia? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, serdecznie zapraszam.

Otwierający płytę Tongue Reaper nie daje taryfy ulgowej. Potężne wejście gitar, wraz ze specyficznym wokalem Uda. Energiczne riffy wraz z dobrymi przejściami, a chórki wspierające frontmana w odpowiednich momentach zrobiły swoje. Make the Move przenosi nas w sumie do tytułowej fabryki, bo rytm występujący w utworze, można właśnie porównać do linii produkcyjnej. Sam przekaz jest jasny i konkretny, jeśli chcesz być bad boyem a przede wszystkim sobą, to heavy metal wraz z wiarą w siebie, to wszystko, czego Ci trzeba. Oprócz tego dobre chwytliwe riffy, wraz z kilkoma wirtuozerskimi wstawkami.

Na Keeper of My Soul nie wiem czemu, ale po samych gitarach słychać bliskowschodnie dźwięki. Ten wątek bardzo rozwinął skrzydła, jeśli chodzi znowu o kwestie gitar, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W przypadku In the Heat of the Night mam wrażenie, że, jest odrobinę spokojniejszy, dający chwilę wytchnienia. Nie jestem pewien, czy cały czas w roli głównego wokalisty występuje Udo, ale czysty śpiew to istny majsertsztyk.

No dobra przerwa obiadowa była, czas znowu do pracy. Bo takie wrażenie odniosłem po usłyszeniu Raise the Game oraz trochę Blood on Fire . Serio. Nie jest to zarzut, przy takich rytmach to normę z ochotą się robi, przynajmniej w moim przypadku. Rising High jak dla mnie brzmi całkowicie rock’n’rollowo i hard rockowo. Na Hungry and Angry znowu wraca motyw fabryki.

One Heart One Soul jedna z najlepszych, jeśli chodzi o samo przesłanie utworów, na tej płycie. Jako jeden z dwóch singli, spełniła swoją funkcję wyśmienicie. Trzy partie solowe gitar? Proszę bardzo. Symboliczny głos większej ilości ludzi, aby bardziej oddać sens kompozycji? Proszę bardzo. Do tego jeszcze genialny klip. Czego chcieć więcej. No tak przepraszam, na sam koniec konkretne dłuższe solo gitarowe.

Po A Bite of Evil jestem lekko rozczarowany. Jest mniej dynamiczny, mniejsza czy jest o wilkołakach, czy nie. Po upływie czasu, jak dla mnie odstaje, odrobinę lekko od reszty, choć doceniam podkreślenia gitary basowej. Eraser to znowu inna sprawa. Dynamika i energia robią jednak swoje. Do tego dobre riffy, do tego druga jak dla mnie partia solowa na płycie. Rose in the Desert nie jest zła. Niezłe zmiany temp, jednak to nie to. Niby ballada a nią nie jest. Natomiast The Way ową balladą jest i do tego bardzo dobrą. Oprócz tego na niej znajduje się solówka numer trzy, jeśli chodzi o cały krążek. Jeśli chodzi o tzw. zamknięcie albumu, utwór wybrany bardzo dobrze.

Sam album faktycznie zabrał mnie do tytułowej fabryki. Kipiącej heavy metalową oraz rock’n’rollową mocą, oraz dynamiką ( Make the Move , Raise the Game, Blood on Fire, Hungry and Angry , Eraser ). Jednak nie przebywałem w niej cały czas, gdyż były momenty refleksji (Keeper of My Soul, One Heart One Soul, The Way) . Muzycznie nie da się nie usłyszeć wirtuozerskiego wręcz podejścia do gitary elektrycznej, co jest akurat dla mnie sporym atutem. Spójność płyty jest dla mnie dyskusyjna, choć jak dla mnie, nie kłóci się, z różnorodnością niektórych kompozycji. Jeśli miałbym podać trzy utwory, do których najchętniej wracam, są to: Make the Move , Raise the Game (ex aequo), Eraser oraz One Heart One Soul. Korzystając z okazji, mieliście rację, Beato oraz Mirku, ten album w kategorii heavy metal, całkowicie jest wart przesłuchania, w moim nie jednego. W lutym tego roku miałem okazję zobaczyć U.D.O pierwszy raz na żywo, czego też nie żałuję, bo warto było. Czekam na wasze kolejne propozycje, serdecznie pozdrawiając. Chętnie też poznam zdanie, innych, ja biorąc pewne drobne mankamenty pod uwagę oraz ochłonięcie z emocji, tak czy inaczej, ocenę wystawię prawie idealną.

9,5/10

Children of Bodom – Haxed 2019

Wiadomość o wydaniu przez Children of Bodom dziesiątego albumu, zelektryzowała mnie do szpiku kości. Jestem ich fanem, choć po wydaniu Are You Dead Yet?, stracili nieco werwy. Tym bardziej jestem ciekaw ich najnowszego dzieła Haxed, wydanego 8 marca tego roku. Czy wrócili po latach, w dobrym stylu? Czy znowu albumem mocno przeciętnym? Zobaczymy.

This Road to jest konkretny początek. Dynamika jak trzeba, no i znowu przypomniał mi się ten dźwięk ostrzonej kosy. Dobra solówka Alexa, połączona z blastami. Jeszcze ten keybord. Under Grass And Clover z racji tego, iż też był singlem, swoją funkcję spełnił dobrze. Choć sam numer ratują dobre solówki. Gitary oraz keyborda. Serio.

No i tu rozpoczynają się pretensje z mojej strony. Dlaczego Glass Houses nie został singlem, Ja się k…. pytam? Moim skromnym zdaniem to najlepsza kompozycja na tym albumie. Keybord przywołuje na myśl Follow the Reapier, gitary Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet?. Natomiast intro Hecate’s Nightmare przywołuje trochę klimat rodem z opuszczonego wesołego miasteczka. Zresztą samo lyric viedo nawiązuje do symbolu, jakim dla Children of Bodom jest żniwiarz. Muzycznie jest przyzwoicie, choć szału ni ma, tym bardziej, jeśli chodzi o Alexa i jego solówkę, nie jest ona najlepszą na tym krążku.

Początek Kick in a Spleen to ewidentne nawiązanie do utworu Are You Dead Yet. Czy to zarzut? Nie, wręcz przeciwnie. Dodali coś od siebie jak, chociażby kolejną świetną solówkę keybordów, jak i breakdown. Kolejna dobra solówka gitar. Tak kolejna dobra kompozycja to Platitudes And Barren Words, która została singlem. Tylko tym razem jest chwytliwe i na odpowiednim poziomie.

W tytułowym Hexed pożądany efekt daje wzmocniony wokal Alexa, samo brzmienie jest trochę bardziej agresywne, przejścia klawiszy inne, co nie znaczy gorsze. Znowu kolejne solówki gitar i klawiszy. Ciekawa jest końcówka, która przypomniała mi klimat, jaki niosła za sobą kompozycja Downfall, z drugiego albumu Children of Bodom zatytułowanego Hatebreeder. No dobrze, było miło, ale też bez przesady. Relapse (The Nature of My Crime) uważam za numer przeciętny, bo mnie nie powalił. Tak samo jest z Say Never Look Back. Jeśli chodzi o, Soon Departed jest nieco lepiej, bo breakdown oraz wolniejsze tempo robi swoje. Nawet lepiej jest z zamykającym album Knuckleduster, zmiany temp oraz towarzyszące im klawisze, sprawiają, że jest to doskonałe zamknięcie płyty.

Podsumowując to wszystko, chodzi mi po głowie jedno. Powiem szczerze, nie spodziewałem się tak pozytywnego obrotu sprawy. Children of Bodom zaprezentowali mi, jak i jeszcze innym starszym fanom, bardzo sentymentalną podróż w przeszłość, z nowymi akcentami, dającymi nowe życie. Nowi fani, nieznający takich płyt jak Hatebreeder, Follow The Reapier, Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet? Mają doskonałą okazję, aby nadrobić muzyczne zaległości. Wreszcie po wielu latach wydawania albumów, powiedziałbym nijakich lub przecietnych ( dobrych, ale bez ochoty powracania do nich z mojej skromnej strony), mamy do czynienia z przebojowym wydawnictwem. Nowe solówki zarówno gitarowe, jak i keybordowe są o niebo lepsze, niż na poprzednich krążkach, są chwytliwe i zapadające w pamięć, jak być powinno. Nie jest to, może album bez wad, ze względu na dwie mocno przeciętne kompozycje (Relapse (The Nature of My Crime) oraz Say Never Look Back), ale żaden jeszcze taki nie był, poza tym nie są one też aż tak fatalne. Dla mnie jest to powrót to doskonałej formy, śmiało mogę stwierdzić, że, Haxed jest bardzo dobrym dziesiątym albumem, w dorobku Children of Bodom, co zresztą słychać i czuć (headbanging oraz pogo czy deathwall mam na myśli). Osobiście nie mogę doczekać się ich koncertu na tegorocznym Masters of Rock, licząc, że, zawitają też do Polski, będzie ogień. Tym którzy jeszcze nie mieli okazji przesłuchać, serdecznie polecam. Może jest to stwierdzenie lekko na wyrost, ale to moje zdanie. Ten album to jeden z niewielu, który oprócz oczywiście Follow the Reapier i nie tylko, zasługuje na miano swego rodzaju opus magnum Children of Bodom. Dziesiąty album okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę jak dla mnie.

10/10

Battle Beast – No More Hollywood Endings (2019)

Battle Beast, fiński zespół heavy metalowy, który został sformowany przez znanego teraz z Beast in Black, Antona Kabanena, Juuso Soinio oraz perkusistę Pyry’ego Vikki. Z trzech współzałożycieli kapeli pozostali tylko Pyry Vikki oraz Juuso Soinio. To akurat ma znaczenie, gdyż produkcją to czasu bycia członkiem Battle Beast, zajmował się właśnie Anton. Z czystej ciekawości przesłuchałem ich drugi album od czasu kiedy ich skład się uszczuplił, zatytułowany No More Hollywood Endings, wydany 22 marca tego roku przez Nuclear Blast. Czy zespół radzi sobie radzi? Czy pozytywnie zaskoczył? Czy raczej rozczarował? Jeśli jesteście tego ciekawi, serdecznie zapraszam do zapoznania się z moimi wrażeniami, odnoście tejże płyty.

Pierwszy utwór Unbroken to tak naprawdę niczym szczególnym się dla mnie nie wyróżnia. Aranżacja orkiestrowe, wokal Noory dobry, lecz pod kątem gitar, ubogo, oj bardzo ubogo. W tytułowym No More Hollywood Endings wejście skrzypiec, serio. No dobra można i tak. Nawet wzmocnienie wokal Noory jakoś nie pomogło. Eden to skrzypce i pianino, wejście chóru, trochę więcej dynamiki. Wreszcie się coś dzieje. Solówka gitarowa nawet daje radę, do tego blasty, jeśli chodzi o perkusję. Jest lepiej.

Unfairy Tales zaczyna się też lekko intrygująco, a nie moment to oddech Noory, eh myślałem, że to coś więcej. Jak te oddechy w trakcie utworu miały spowodować, jego większą chwytliwość, wyszła lipa, choć tutaj też solówka gitarowa, utrzymuje jeszcze jakikolwiek poziom. Endless Summer sobie podaruję, bo jednym uchem wpada, a drugim wypada. Nic też nie chcę spekulować, ale, The Hero, zwłaszcza początek to mocna zrzynka, bądź żałosna próba, zastosowania podobnych patentów, które sprawiły, że, utwór Blind and Frozen, zespołu Beast in Black okazał się hitem. Tego się nie spodziewałem, słabe było, to posuniecie, zadziałało, ale wywołując efekt kiczu, poza tym słuchać w tle sample, które powstały, jeszcze, kiedy Anton był członkiem tej grupy.

Na Piece of Me jest znowu odrobinę lepiej, bo jest w końcu dynamika, zwłaszcza jeśli chodzi o riffy gitarowe, zmiany temp też są w porządku. I Wish w założeniu miał być balladą, lecz okazał się jej parodią, grupa ma w dorobku kilka dobrych ballad, tutaj natomiast coś nie wyszło. Raise Your Fists też odpuszczam, bo jest on nijaki, zastanawiam się, czy pojawił się na płycie, bo nie było żadnych rezerwowych kompozycji. Niby brzmi jak, trzeba, ale co z tego, ja go nie czuję. The Golden Horde ratuje jedyna dobra część instrumentalna na tym albumie. Chodzi mi o gitary. World on Fire też jakoś do mnie nie przemawia. Bent and Broken to niestety znowu kolejna parodia ballady, bo utwór jest zrobiony, jak trzeba, ale nie ma klimatu oraz nastroju, jaki powinien mieć. Zakończenie płyty jest chociaż ,, jakieś ”, chodzi mi o My Last Dream. Riffy dobre, zmiany temp też, choć pewnej części ciała mi nie urwało. Ci mądrzejsi wiedzą, o co chodzi.

Krótko i zwięźle, bo inaczej się nie da. Kiedyś naprawdę, byłem fanem Battle Beast. Pierwszą płytę po odejściu Antona z zespołu, przesłuchałem i był na niej tylko jeden dobry kawałek-Bastard Son of Odin. Teraz liczyłem, że będzie lepiej. Jednak nie, teraz nie ma już dzikiej bestii, jest rozleniwiony kotek, który stracił kły, ale zostały mu jeszcze dwa pazurki. Na płycie znajdują się tylko trzy, znośnie kawałki, czyli; Eden, Piece of Me oraz My Last Dream. Osobiście nie mam pojęcia, co doprowadziło do odejścia Antona, lecz skoro wizja Antona się Wam nie spodobała, to wprowadźcie własną, a nie bazujcie na tym, co stworzyliście razem z Antonem, lub nieudolnie róbcie podróbki, tego, co On stworzył już sam w Beast in Black. Mam tu na myśli początek The Hero, żeby było jasne. Bo prawda jest taka, że, bez Niego (Antona) nie dajecie rady. Takie jest moje zdanie. Ten krążek jest największym rozczarowaniem, z jakim miałem do czynienia. Ni to heavy, ni power metal, jest on po prostu nijaki. No i był zapomniał najgorsza okładka, jaką widziałem, zrobiona delikatnie mówiąc na kolanie. Współczuję tylko Noorze, bo mam wrażenie, że, zaczyna marnować w tym zespole swój potencjał wokalny, no ale cóż jest dorosła i to jej wybór. Jeśli ktoś chce ktoś wyrobić sobie własne zdanie i ono okaże się inne od mojego, chętnie podejmę kulturalną dyskusję w komentarzach. Dla mnie całokształt tej płyty, a raczej jego brak oraz fakt, że, przez nią już po wielu latach przestałem być fanem tego zespołu, może mieć tylko jedną ocenę.

4/10

Children of Bodom -Follow the Reaper (2000)

Jeśli chodzi o nurt zwany melodic death metal, to w moim odczuciu jest tylko jeden zespół, który wiele lat temu, był i nadal jest w czołówce przedstawicieli tego podgatunku death metalu. Mówię tu o fińskim Children of Bodom. Dziś pochylę się nad ich albumem wydanym prawie 19 lat temu, czyli Follow The Reaper. Czy po latach mnie rozczarował? Czy wywołał u mnie coś więcej niż tylko nutę sentymentalizmu? Sam jestem tego ciekaw.

Tytułowy kawałek, wraz z recytowanym fragmentem kiedyś wywołał u mnie dreszcze. Nadal jest dla mnie najlepszym utworem otwierającym, jeśli chodzi o Children of Bodom. Oprócz tego, jest jeszcze kilka kompozycji przy których, tak kiedyś, jak i dziś, nogi oraz reszta ciała podświadomie, chce odreagować w pogo. Są to Bodom After Midnight, Children of Decadence, Everytime I Die oraz Kissing the Shadows. Reszta jest po prostu dobra, może czas zabrał im to ,,coś” . Sam skorzystałbym z okazji, zobaczyć ich specjalny koncert, na którym zagraliby tą płytę w całości. Ze względu na sentyment. Oby kiedyś zrealizowali taką trasę,zahaczając oczywiście o Polskę bądź Czechy.

Tak czy inaczej, album jest tak spójny, że trudno wyłapać jego złe momenty. Bo tak naprawdę tak dziś oraz kiedyś, ich po prostu brak. Każdy utwór posiada inne, co nie znaczy, że, złe solo Alexa oraz keybordzisty Jannego. Jeszcze do tego jeszcze dźwięki gitar, dają efekt żniwiarza ostrzącego swą kosę osełką. Przez wielu ta płyta jest też uważana za swoistą kopalnię lub biblię gitarowych riffów, ja również podzielam to zdanie. Choć bywają momenty, kiedy owa płyta bywa mocno przewidywalna, więc jeśli ktoś nie jest fanem starych Children of Bodom, będzie miał trochę inne wrażenia, do których ma oczywiście prawo. Moim skromnym zdaniem ten album jest i będzie wizytówką Children of Bodom w pełnej formie. Na początku myślałem ,że oprócz samej masy wspomnień, nie będę czuł nic. Jednak płyta mnie pozytywnie zaskoczyła, gdyż znowu poczułem przypływ energii oraz jeszcze większy szacunek do zespołu, od którego rozpoczęła się moja przygoda z melodic death metalem.

10/10

Morowe — Piekło. Labirynty i Diabły. (2010)

Osoby Nihila przedstawiać chyba nie trzeba. Znany założyciel zespołów takich jak Furia czy Massemord, ma jeszcze kilka pobocznych muzycznych projektów/zespołów. Ja dziś pozwolę sobie, ponownie zapoznać się , z debiutanckim albumem zespołu czy też projektu ( choć w sumie koncertowali, to bardziej to pierwsze) Morowe, zatytułowanego Piekło. Labirynty i Diabły, wydanego w 2010 roku przez wytwórnię Witching Hour. Zobaczymy czy coś, co 9 lat było godne polecenia, nadal takim pozostanie.

Psychodeniczny Wstęp nadal takim został. Komenda, która pod kątem lirycznym wspomina o zagładzie gatunku ludzkiego przez nazistów, wspomina też o eksperymentach genetycznych, które nie były tylko ich domeną. Pokazuje nie koniecznie dobry obraz, tego, co nas czeka. Stękania, screamy oraz wokal Nihila o tym świadczy. Do tego te riffy. Charakterystyczna black metalowa perkusja. Zwrot tempa na bardziej dynamiczne też jest nadal dobry. Sarkastyczne wykorzystanie niemieckiego dopełnia niesiony przekaz.

Tytułowa kompozycja to znowu doskonale smolisty riff, że tak powiem. Doprawiony dynamiczną perkusją wraz z wokalem. Lirycznie Nihil, chce nam przekazać, iż nawet połączone siły znaków zodiaku, doskonała symbolika zabobonu, jakim są horoskopy, nie znalazły Boga, tylko Diabła. Piekło, labirynty i Diabły. Czyli tylko zło, ból, smutek oraz rozpacz. Końcowe gitarowe solo też nadal robi swoje. Po prostu: ,,Tylko piekło, labirynty i diabły”. Tu nadal niczego nie brakuje.

W Czas Trwanie Zatrzymać mamy do czynienia z nawiązaniem do Janusa, staroitalskiego Boga wszelkiego początku. Stąd poruszona kwestia czasu czy szeroko rozumianej wieczności. Muzycznie ku mojemu zdziwieniu zamiast spokoju, jest intensywność, która może pod wpływem czasu, przestała mi się już podobać. Szanuję samą koncepcję, lecz nie aż tak bardzo, jak kiedyś.

Jego Oblicza zresztą jak sama nazwa wskazuje, jest kompozycją o Bogu. Mroczne blasy, z zachowawczymi już, nieco innymi riffami są nadal dobre. Perkusja jest zresztą nieco inna. Tak samo nieschematyczne wejścia gitar. Całość jako struktura, ciekawie balansuje pomiędzy muzycznym chaosem a porządkiem. Jednak mimo to, u mnie zanikł efekt ,,wow”, jaki miałem. Może też, zdałem sobie sprawę, że ten numer jest nieco za długi, mimo wszystko.

Głęboko pod Ziemią za swój jazzowo/blusowo gitarowo/perkusyjny początek nadal przykuwa moją uwagę. Potem następuje gwałtowna zmiana, na intensywność, potem znowu zwrot w postaci intrygującego riffu, oraz partiami bardziej thrashowymi drugiej z nich. Charakterystyczny wokal Nihila również sprawia, iż nie było oraz nudno nie jest. Ta kompozycja zachowała w sobie to coś.

Wężowa Korona ma znowu bardziej polityczny charakter, może ze względu na fakt, iż, trzy mocarstwa kłucą się, o symboliczną koronę, którą jest w moim odczuciu, władza w Polsce. Nhilil z całych sił, skutecznie nadaje demoniczne przydomki naszej ojczyźnie. Mimo to na samym końcu nadal nie wiadomo, kto dostanie ową koronę. Przez samą trafność oraz aktualność tematyki, czapki z głów. Muzycznie też jest nadal bardzo dobrze, choć miałem i nadal mam nieodparte wrażenie, że Satyricon słychać w tym numerze. Tak czy inaczej, zachwyt pozostał. Zakończenie jest zakończeniem płyty, po prostu. Takim jak trzeba jednak.

Podsumowując: Nihil zaprezentował mocno transową, lecz też eksperymentalną, podróż. Gdyż Furia była znana z black metalu, tak samo Massemord. Morowe natomiast serwuje nam, fuzję blusa, blacku, thrashu, jazzu oraz muzyki psychodenicznej. Połączenie było nowością na polskim rynku, wątpię też, czy w innych krajach również stosowanym. Tak czy inaczej, pionierskie podejście, przez co próba zdefiniowania na nowo polskiego black metalu, zakończyła się sukcesem. Nihil stał się godnym następcą Varga Vikernesa, nie musząc podpalać żadnych kościołów, ani nie zabijając żadnego z muzyków. Czy te dziewięć lat od wydania tego krążka coś zmieniło? Owszem, pomimo iż W Czas Trwanie Zatrzymać oraz Jego Oblicza mój muzyczny zachwyt nieco opadł, to jako całość, nadal ten album jest godny polecenia przeze mnie, gdyż przez ten czas, kwestia gatunkowych priorytetów u mnie również uległa pewnej zmianie, co nie zmienia faktu, iż, Nihil był i nadal pozostanie u mnie polskim pionierem black metalu.

9/10

Wywiad z Piotr Sopek (Devaner)

Dziś trochę bardziej undergrandowo. Wywiad z założycielem zespołu Devaner. Jeśli jesteś miłośnikiem oldschoolowego thrashu, grupa przypadnie Ci do gustu. Sam Piotr odpowie nam na wiele interesujących pytań. Dotyczących jego pasji oraz zespołu.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką?

Z sama muzyką rozpocząłem na dobre przygodę gdzieś w okolicach 1983 roku, słuchając wszystkiego co było wtedy dostępne. Powstawała wtedy cała masa polskich zespołów rockowych takich jak Lady Pank, Oddział Zamknięty, Maanam, Perfect itd. Wychodziły pierwsze płyty na vinylach i tego się wtedy słuchało. Nie minęło sporo czasu i poznałem heavy metal. Pamiętam jak w telewizji publicznej puścili koncert brytyjskiego UFO a ja siedziałem i oglądałem to jak wryty. Jednak pierwszym zespołem który zrobił na mnie największe wrażenie był niemiecki Accept. Przegrywałem od znajomych każdą możliwą kasetę z jakąkolwiek płytą metalową tj. Iron Maiden, Judas Priest i tym podobne zespoły. Później przyszedł czas na thrash metal, który to zaczął dochodził do głosu i tak tkwię głównie w nim do czasów teraźniejszych, chociaż nie zamykam się na inne gatunki muzyczne.

Sam zacząłem grać na gitarze i założyłem własny zespół na początku lat dziewięćdziesiątych. Po zagraniu kilku koncertów i wydaniu jednej taśmy demo zespół się rozpadł, a ja powiesiłem gitarę na „kołek”. Już nie grałem, ale nadal słuchałem wszystkiego, co w metalu się pojawiało.

Jak doszło do powstania zespołu Devaner?

W knajpie przy piwie mój kumpel Bartek z zespołu Divine Weep zadał mi pytanie – dlaczego nie gram na gitarze? Pomyślałem – no właśnie dlaczego? Po powrocie do domu wyciągnąłem z futerału mego starego Mensfelda, który siedział tam od 1994 roku. Struny były stare, pordzewiałe, ale zacząłem powoli ćwiczyć po parę minut dziennie. Z dnia na dzień coraz mocniej wciągałem się w granie. Ćwiczyłem godzinę, dwie, a nawet trzy wszystkie możliwe gamy, pasaże i superpozycje. Pomyślałem, że fajnie by było znowu zagrać z zespołem na scenie. Rozpocząłem poszukiwania chętnych do zespołu i natrafiłem na problem, ponieważ takich ciężko było znaleźć. W miarę upływu czasu skład się ustabilizował, ale nie byli to ludzie przesiąknięci metalem i raczej luźno podchodzili do tematu. W końcu wszystko się posypało i zostałem tylko ja i basista. Przez Fejsa znalazłem drugie gitarzystę i tak w trójkę zrobiliśmy album Fear Of Being Born. Zespół na początku powstał w mojej głowie, następnie powstała nazwa, która to określa tylko i wyłącznie zespół. Z góry wiedziałem, że skład ma być czteroosobowy i jaki rodzaj muzyki będziemy grać. Być może, iż nie udało mi się zarazić swoją ideologią pozostałych ludzi w zespole a może po prostu teraz mamy takie czasy, że metal niestety, ale nie stanowi dominacji. Obecnie mam nowy skład zespołu i ludzi, którzy żyją metalem od lat. Mam nadzieję, że w tym składzie rozruszam zespół.

Jakimi zespołami się inspirowałeś, tworząc debiutancki album Fear of Being Born?

Na początku lat osiemdziesiątych byłem zainspirowany Metallicą, ale tylko pierwszymi czterema płytami. To dzięki nim nauczyłem się grać na gitarze. Przestali grać thrash metal, więc trzeba było poszukać kogoś innego. Do głosu doszła Sepultura i to na nich wzorowaliśmy się z pierwszym zespołem. Po latach na nowo odkryłem albumy Sepultury z Maxem na wokalu i chciałem stworzyć album z podobną muzyką. Słyszałem wypowiedzi, że nikt już tak nie gra, no i co z tego, ja tak gram. Po Sepulturze powstała nisza, która była do wypełnienia i to przynajmniej próbowałem zrobić. Album miał bardzo dobry odbiór wśród starej gwardii metalowej i chociaż według mnie brzmi zupełnie inaczej, to właśnie głównie do płyt Sepultury był porównywany, co dla mnie było ogromnym wyróżnieniem. Tym się inspirowałem i taki był odbiór a czy słychać tam jeszcze jakieś naleciałości, bo przecież słucham dużo i wszystkiego zostawiam do indywidualnej oceny.

Widziałem, że reaktywowałeś zespół, masz w planach nagrać drugi album czy tylko na chwilę obecną koncertowy powrót?

Bardzo ciężko wbrew pozorom jest znaleźć dobrych muzyków do grania. Wstawiłem na swoim Fejsie info, iż szukam perkusisty. Odezwał się do mnie Piotrek z Lublina. Sam znalazł nam nowego basistę Mikołaja również z Lublina. Mój drugi gitarzysta jest ze Świnoujścia, ale niebawem zjedzie do mnie. Udało mi się znaleźć świetnych ludzi i muzyków, którzy tak jak ja są przesiąknięci metalem. Bardzo dobrze się dogadujemy i ćwiczymy na próbach materiał z płyty. W planach mamy już zaklepane koncerty. Jeśli wszystko potoczy się, zgodnie z moimi planami to nie tylko będziemy koncertować, ale tez nagrywać. Na chwilę obecną zespół powstał na nowo i musimy się skupić na tym, co już pod szyldem Devaner wyszło. Czas pokaże co, będzie dalej, ale normalną koleją rzeczy jest fakt, iż trzeba nagrać album.

Z tego, co mi wiadomo, jesteś bardzo wielkim miłośnikiem szeroko rozumianej muzyki metalowej. Wydałeś zresztą ostatnio własną książkę ,,Cały ten Metal”. Co można w niej przeczytać? Skąd w ogóle pomysł na jej wydanie? Planujesz ogólnopolskie wydanie?

Metal czy też ogólnie pojęta muzyka towarzyszy mi już ponad 36 lat. To moje życie i wydaje mi się, że trochę się na niej znam, a przynajmniej mam na ten temat jakąś wiedzę. Swego czasu zrobiłem do radia Prorock audycję na temat thrash metalu. Słuchając tego mój kumpel, stwierdził, iż się marnuje i powinienem o tym napisać książkę. Musiałem przespać się z tematem i pomyślałem, dlaczego nie? Nie było sensu pisać tylko i wyłącznie o muzyce, więc wplotłem to wszystko w swoje życie prywatne, a że metal to ja tak więc oba wątki non stop się przeplatają. Prawie każdy, wydaje teraz jakieś książki, wychodzi to jako ogólnopolskie wydawnictwo, aby tylko na tym zarobić. Ja miałem trochę inny w tym cel. Po pierwsze to chciałem swojej najbliższej rodzinie zostawić jakąś pamiątkę po sobie i po swoim życiu. Moja starsza córka, czytając ją, mówiła – o! Tego nie wiedziałam. Po drugie chciałem, aby najbliżsi mi ludzie dowiedzieli się tez trochę o mnie. Taka odsłona bardzo dobrze wpływa na relacje i buduje więzi. Co innego jest opowiedzieć, a co innego jest samemu przeczytać, to bardziej zostaje w głowie. Wydanie takiej książki z kolorowymi zdjęciami to też bardzo duży koszt, a nie jest to pozycja do ogólnopolskiego wydania, bo kogo interesowałoby życie jednego metala z Podlasia. Książka rozpoczyna się w 1983 roku, bo to właśnie do tego roku byłem w stanie, cofnąć się wspomnieniami a kończy w 2018. Przez całą książkę opowiadam o sobie i muzyce, która na przełomie lat mi towarzyszyła. Podobno wyszło bardzo fajnie i ciekawie się to czyta, ale to już nie mnie oceniać.

Czym zajmujesz się oprócz muzyki?

Na co dzień pracuję i zajmuję się samochodami od strony logistycznej. Same samochody nigdy mnie nie interesowały, ale strona logistyczna wciągnęła mnie – lubię swoją pracę. Bardzo dużo czytam. Mam w domu kolekcję książek Masterton, czyli horrory, ale nie tylko. Do tego w ostatnim czasie odkryłem twórczość Remigiusza Mroza i głównie na jego książkach skupiam uwagę. Nie oglądam telewizji, czasem może jakiś film. Nie interesuje mnie polityka. W sumie można powiedzieć, że nudne życie, gitara, muzyka i książki.

Co wziąłbyś ze sobą na bezludną wyspę?

Przeniósłbym ze sobą swój niewielki pokój, moją samotnię i ona w pełni by mi wystarczyła. Tutaj ma cały swój świat, czyli to, co podawałem wyżej, gitary, płyty i książki. Nie musiałbym z nikim gadać i tyle do życia by mi wystarczyło.

Czy jest inny kraj oprócz Polski, w którym chciałbyś mieszkać, jeśli tak to, jaki i dlaczego?

To, że nie oglądam telewizji, nie znaczy, że nie wiem co się w kraju dzieje. Często absurd goni absurd i powala mnie ogólna głupota, ale da się tu żyć. Swego czasu byłem w Hiszpanii i bardzo mi się tam podobało, to, że nikt się nigdzie nie spieszył i ludzka życzliwość, ale kto wie, jak by było, gdybym tam zamieszkał na stałe? Jestem gdzie, jestem, żyję, gdzie żyję i na razie nie zmieniam tego.

Czego mogę Ci życzyć na przyszłość?

Życz mi wytrwałości i zdrowia. Jedno i drugie z racji na wiek. Wytrwałości, ponieważ nie jestem już w tym wieku, że mogę sobie coś odkładać na za rok lub trzy. Chciałbym jak najszybciej ograć się z zespołem i zagrać jeszcze kilka koncertów a może nawet wydać kolejną płytę. A zdrowia? Niby nie choruję i nic mi nie dolega, ale jak zacznę to, nie zrealizuję tego pierwszego założenia.

A Pale Horse Named Death – When The World Becomes Undone (2019)

Ostatnio naszła mnie ochota, na posłuchanie czegoś, co wywołałoby u mnie paletę emocji. Mając taką chęć, natknąłem się na nowojorską formację A Pale Horse Named Death. W styczniu tego roku wydali oni, swój trzeci pełnometrażowy album zatytułowany When the World Becomes Undone. Określani są jako połączenie doom i gothic metalu. Czy sprostali moim oczekiwaniom? Jeśli jesteście ich ciekawi, chętnie się z Nimi z Wami podzielę.

Samo intro As it Begins to faktycznie mrok, płacz kobiety oraz w tle brzmiący strikte blackowy riff gitar. Kompozycję When the World Becomes Undone rozpoczyna, wejście pianina, czysty śpiew, riffy wraz z perkusją, dochodzi wyraźny bass, wszystko brzmi w jednym rytmie. Zmiana wokalu z czystego na scream, też jest dobra. Znowu na Love the Ones You Hate riffy, brzmią bardziej pustynią. Typ wokalu znowu przypomina mi lekko Merlina Mensona, dodatkiem jest dobra solówka gitarowa. To samo jest w przypadku Fell in My Hole, które zawiera jedynie dobre mroczne intro.

Succumbing to the Event Horizon to przerywnik, w sumie nie wiadomo po co, moim zdaniem niepotrzebny. Vultures– akustyczna gitara, wzmocnione brzmienie dwóch gitar wyraźnym basem. Jedna z gitar ma lepsze riffy, później niektóre z nich, przypominają mi brzmienie starego Black Sabbath. Zespołu, który był i jest uważany, tak naprawdę za prekursora doomowych brzmień. End of Days to również dwa rodzaje wokalu, ten drugi przypomina mi Marlina Mansona. Podobnie znowu jest, jeśli chodzi o We All Break Down.

The Woods, to kolejny przerywnik, znowu motyw kobiety, chór mężczyzn, rytualne bębny symbolizujące jakiś osąd? Trudno powiedzieć. Na We All Break Down intrygująca jest rozmowa w tle. Faktycznie mroczniejszy riff, znowu przypominający mi Black Sabbath i wokal w stylu Marlina Mansona, tak samo, jak niektóre riffy. Trzy kolejne utwory Lay With the Wicked, Splinters , Dreams of the End to dla mnie jest już coraz mocniej odczuwalne zmęczenie materiału. Closure jako zamykające outro to, dzwony, płacz kobiety, syreny, rozmowy w tle.

Połączeń między tymi kawałkami odmówić nie można, jest to swego rodzaju spójność, lecz czy która mi się podoba? Trudno powiedzieć ,z jednej strony szanuję odważne połączenie riffy przywodzące na myśl wspomniane już przeze mnie kapele, wraz z dołożeniem czego od siebie, jednak to nie jest dzieło, pod którym kolana mi się ugięły. Słychać pustynnego ducha, tak samo okładka, przywodzi na myśl nazwę zespołu. Muzycznie do pewnego momentu jest interesująco, zwłaszcza mając do czynienia z innym rodzajem wokalu. Jednak mimo wszystko, to nie jest typ dla mnie, bo pomimo rzekomo, mających doomowo riffów, mimo iż niektóre teksty są o zakładzie czy śmierci, nie czuję melancholii i bez nadziei, tylko krótkotrwałe przygnębienie. Natomiast znudzenie już przy Splinters, Dreams of the End, czy zupełnie niezrozumiałym dla mnie outro Closure. Rozumiem, że, jak się ma trzech gitarzystów, to inaczej odbiera się materiał, jednak mimo wszystko jest słabo. Moim jednak zdaniem widać nie jest to wystarczająco gotycko-doomowy dla mnie album, więc w tym przypadku jestem bardziej rozczarowany, niż zachwycony. Jest to album dla tych, którzy chcą czuć przygnębienie, które jednak nie potrwa ono zbyt długo. Ja do tej płyty raczej nie zamierzam wrócić, gdyż nie sprostała ona moim oczekiwaniom. Jeśli nie znaliście, to posłuchajcie i wyróbcie sobie własną opinię, ja wyraziłem swoją.

7/10

Wywiad z Justyna Szatny

Na scenie metalowej, zwłaszcza polskiej niewiele jest kobiet, które ją kreują. Ostatnio miałem okazję zamienić z jedną z nich parę słów. Justyna Szatny, bo o niej mowa opowie nam o pasjach, muzyce oraz o zbliżającym się widać wielkimi krokami nowym materiale zespołu Iscariota.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką?

Wcześnie. W przedszkolu stał stary fortepian, do którego mnie ciągnęło od 5 roku życia. Później rodzice zapisali mnie na prywatne lekcje gry na pianinie, do dość wymagającego nauczyciela. Trenowałam tak kilka lat. Uwielbiałam grać Jana Sebastiana Bacha. Nauczyciel zauważył, że potrafię tchnąć w muzykę uczucia i dziś wykorzystuję tę umiejętność w tworzeniu muzyki.

Od samego początku grałaś na keyboardzie?

Na początku miałam takie małe organki Yamahy, później, gdy rozpoczęłam lekcje rodzice, zakupili mi czarne pianino Hüttner. W syntezatory zaczęłam się bawić wiele lat później, gdy zadecydowałam, że chcę być na scenie.

Czy oprócz muzyki masz jeszcze jakieś zainteresowania/hobby?

Tak, interesuję się kulturą Japonii. Mało kto wie, ale w latach 2003-2004 trenowałam wschodnie sztuki walki mieczem samurajskim – iaido. Niestety z braku czasu musiałam sobie odpuścić. Tak – mam swój wykuty u płatnerza miecz samurajski. Nie ukrywam, że bardzo bym chciała wrócić na treningi. Poza tym interesuje mnie historia i kultura naszych przodków, kiedy Słońce było Bogiem.

Jak to się stało że dołączyłaś do zespołu Iscariota?

Piotrek Piecak mnie wypatrzył, jak jeszcze grałam w innych projektach. Potem ktoś mu sprzedał mój numer telefonu (chwała mu za to), zadzwonił, porozmawialiśmy i postanowiłam dołączyć do Iscarioty. Oczywiście nie bez wątpliwości, bo wcześniej grałam w bardziej gotyckich projektach. Bałam się też, że ta poprzeczka będzie dla mnie za wysoka, ale jakoś sobie radze od 8 lat.

W jakim stopniu współtworzysz piosenki zespołu Iscariota?

Różnie. Czasem zrodzi się pomysł na cały numer, czasem zarzucam jakimś motywem i go rozbudowujemy. Pracuję nad efektami, przestrzenią. Zatem w każdy utwór wkładam jakiś swój pomysł.

Czym się inspirujesz kiedy tworzysz teksty?

Teksty pisze w całości Piotr Piecak i nikt mu w tym nie przeszkadza. Pisze o otaczającej nas rzeczywistości, swoich przeżyciach, spostrzeżeniach. Bardzo lubię jego teksty.

Czy masz jakieś ulubione zespoły muzyczne które uwielbiasz słuchać, mając z nimi związane jakieś szczególne wspomnienia?

Jestem wierną fanką zespołu Katatonia. Słucham ich już od 20 lat! Zaczęłam jeszcze w szkole podstawowej. To dla mnie niesamowicie głęboka, pełna emocji muzyka, która towarzyszyła mi zawsze na różnych etapach mojego życia. Zawsze moja dusza odnajdywała w tych melodiach siebie. Twórczość Katatonii miała i ma bezwzględnie wpływ na mój muzyczny rozwój.
Oczywiście są też inne zespoły które bardzo lubię i czerpię inspirację, a mianowicie: Dream Theater z moim klawiszowym czarodziejem Jordanem Rudess’em, mistyczny Emperor, Dimmu Borgir, Moonspell, Nightwish, Slayer, Evanescence.

Wiadomo już kiedy Iscariota planuje nagrać kolejny album?

Tak, we wrześniu planujemy wejść do studia. Bardzo mi się podoba nowy materiał i mam nadzieję, że spotka się z dobrym przyjęciem.

Co wzięłabyś na bezludną wyspę?

Pianino – prądu nie trzeba, a bez muzyki nie potrafię żyć.

Czy są jakieś inne państwa poza Polską, w których chciałabyś zamieszkać, a jeśli tak to dlaczego?

Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Wolę siedzieć na polskiej ziemi, nigdzie indziej mnie nie ciągnie. Pozwiedzać sobie mogę.

Czego mogę Ci życzyć na przyszłość?

Energii, pasji w graniu i Korga Kronosa SE.

Bardzo dziękuję Ci za wywiad, tego więc będę Ci życzył. Do tego nie mogę się doczekać najnowszego albumu Iscariota.

Fot. Kinga Dziwota