Powerwolf – The Sacrament of Sin (2018)

Na to wszyscy, nie wyłączając mnie, czekali. Kolejny albumu grupy Powerwolf zatytułowany „The Sacrament of Sin” ujrzał światło dzienne 20 lipca 2018 roku. Chociaż jest już trochę po premierze, mogę podzielić się z Wami swoją opinią na temat tego krążka. Jeśli jesteście jej ciekawi, serdecznie zapraszam.

Fire & Forgive już od samego początku zapowiada się dobrze i jest właśnie dobrym kawałkiem. Zdecydowanie więcej tu symfonii, choć chwytliwych riffów i solówki też nie brak — jednak w końcu był to singiel. Utwór, z tego, co mi wiadomo, pod kątem lirycznym nawiązuje do historii opętanej Polki, a co ciekawe sam teledysk był kręcony na Dolnym Śląsku. Następnie pojawia się kolejny singiel Demons Are a Girl’s Best Friend, który jest luźnym nawiązaniem do piosenki Marylin Monroe Diamonds are a Girl’s Best Friend. W moich uszach ten kawałek wypada mocno przeciętnie. Muszę przyznać, że kiedy oczekiwałem na ukazanie się albumu w całości, po pierwszym zetknięciu z tą kompozycją byłem i nadal jestem mocno rozczarowany. Może to wynika też z samej kolejności, bo ten utwór pojawił się jako pierwszy singiel, jednak efekt pierwszego wrażenia pozostał.

Na szczęście inna sprawa jest z Killers with the Cross, mroczny szept Attili na samym początku idealnie zbudował napięcie, poprzedzając mocne muzyczne wejście całego zespołu. Riffy w połączeniu z blastami perkusji, wraz z genialną solówką, to po prostu mistrzostwo, co sprawia, że to jeden z trzech moich ulubionych utworów z tej płyty. Oprócz tego teledysk do niego też wyszedł im świetny. W Incense & Iron zespół eksperymentalnie postawił na elementy folkowe na samym początku, co dało bardzo dobry rezultat. Jest dzięki temu na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o kompozycje z tego krążka. Na żywo zresztą miałem okazję oglądać go na Masters of Rock w tym roku.



Ciekawe jest, że pierwszą w historii zespołu balladą okazał się kawałek Where the Wild Wolves Have Gone. Czemu Powerwolf aż tyle zwlekał? Może kiedyś się tego dowiemy … W każdym razie utwór ma to, co potrzebne w balladzie, czyli przede wszystkim nastrój, który sprawia, że uwalniają się emocje. Jak na pierwszy raz było bardzo dobrze, partie pianina zrobiły swoje. Zbudowany nastrój podtrzymuje skutecznie Stossgebet, na którym moim deklamacje Attili są najlepsze. Więcej w tym utworze symfonii niż metalu, co akurat wychodzi na dobre, ponieważ dodaje epickości. O ile mnie pamięć nie zawodzi, od czasu albumu „Preachers of the Night”, zespół nie nagrał nic, co zawierałoby nawet po części język niemiecki, ale ten utwór pokazuje, że wiedzą, kiedy to zrobić. Na początku Nightside of Siberia, trzeciego i ostatniego z moich muzycznych ulubieńców, występuje element operowej grozy. Taki nastrój genialnie zbudował napięcie, potem weszły riffy z perkusją, natomiast prawdziwą magią są momenty zmian tempa oraz sam refren, który można nucić bez końca.

Tytułowy The Sacrament of Sin też daje radę, choć mnie jakoś na kolana nie powala, nawet pomimo krótkiego folkowego fragmentu i deklamacji Attili. Tytułowa kompozycja albumu jest po prostu dobra, teledysk do niej robi jednak większe wrażenie. Venom of Venus to znowu inna sprawa: pojawia się tam operowy śpiew, udane chóry, bardzo dobra solówka, świetna perkusja. Dzięki tym wszystkim elementom do kompozycji chce się wracać (zresztą z tego, co wiem, znalazł się na koncertowej setliście zespołu). Nighttime Rebel nie jest zły, ale też nie jest wspaniały, jest jednym z tak zwanych powerwolfowych średniaków, tak samo, jak utwór zamykający Fist by Fist (Sacralize or Strike).

Zespół zdecydowanie się rozwinął, gdyż zastosował po raz pierwszy elementy folkowe w dwóch utworach. Cechy powerwolfowej przebojowości oraz wypracowanego stylu zostały zachowane w stu procentach. Dużym plusem jest też rozszerzenie symfonicznych partii oraz chórków przy jednoczesnym zachowaniu genialnych deklamacji Atilli. Jak dla mnie jest to bardzo dobry album, oczekiwania tak naprawdę pokryły się z rzeczywistością. Sama okładka (której autorką jest Zsofia Dankova – chapeau bas) jest odzwierciedleniem przekazu zawartego w tekstach. Zło i dobro to pojęcia względne i to nie tylko dobro leży po stronie kościoła. Tak ja zrozumiałem ten przekaz, zespół nie stosuje ślepego antyklerykalizmu opartego na nienawiści, tylko na zdrowym rozsądku. Jak dla mnie ta spójność muzyczna oraz liryczna, sprawia, że jako wieloletni fan z jednej strony jestem zadowolony, lecz z drugiej czuję pewien nie dosyt. Chętnie poznam też Wasze opinie.

9/10

Beast in Black – Berserker (2017)

  • Beast in Black to zespół, który w 2015 roku w Helsinkach został założony przez Antona Kabanena, współzałożyciela Battle Beast. Moim skromnym zdaniem chyba sam nie wiedział, że dzięki takiemu posunięciu jego zespół zapisze się w historii szeroko pojętego heavy metalu. Debiutancki album Berserker został wydany 29 listopada 2017 roku. Dziś zaprezentuję swoją zapewne już mocno spóźnioną, ale jednak opinię na temat tego krążka.

Zainteresowani zespołem już pewnie wiedzą, że sam album powstał na podstawie materiału, który Anton Kabanen tworzył w przeszłości, kiedy był członkiem oraz współzałożycielem) Battle Beast.
Już sama okładka odzwierciedla motyw z debiutu Battle Beast. Bardziej świadomy słuchacz, skupiający się na tekstach, znajdzie tak jak ja, mocne inspiracje japońską mangą Berserk. Teraz podzielę się z Wami tym, co sądzę o ich albumie pod muzycznym kątem i ta opinia pozostaje bez zmian.

Już od samego początku wyraźnie słychać, że zespół się nie patyczkuje. On po prostu eksploduje heavy/power metalową energią. Może nie jak atomówka, ale na pewno jak dobry plastik. Mocne wokalne wejście, elementy elektroniczne, a dzięki temu epickie, bogactwo instrumentalne dwóch gitar. Jest też pierwsze odniesienie do samego zespołu i metafor odnośnie do bestii samej w sobie.

Sam album nie ma, moim skromnym zdaniem, złej kompozycji. Jest wypełniony piosenkami które z czasem, nie mówię od razu, zapiszą się jako niezapomniane hity: „Blind And Frozen”, „Blood Of A Lion”, „Born Again”, „Zodd The Immortal”, „Crazy, Mad,Insane”, „Go To Hell” oraz „End Of The World”. Bardzo duża przebojowość i chwytliwość wynika z mocnej inspiracji latami osiemdziesiątymi, i nie mówię tu tylko o metalu. Kiedy usłyszałem klawisze, pomyślałem o EUROPE (z czasów „TheFinal Countdown”/„Out of this World”). Strzałem w dziesiątkę i jednym z moich trzech ulubionych kawałków z tejże płyty jest„Crazy, Mad, Insane”. Co do reszty moich wrażeń pod instrumentalnym kątem albumu: „Zodd The Immortal” jest dla mnie jak Judas Priest na sterydach, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

No i zapomniałbym o dwóch nastrojowych kawałkach: „Born Again” i „Ghost in the Rain”. Ten drugi, czyli tak naprawdę ballada, skojarzyła mi się trochę z Roxette. Tak czy inaczej, po każdym obcowaniu z tą piosenką wzruszam się albo po prostu mam łzy w oczach, co oddaje to, jak dobrym jest kawałkiem.

Poza instrumentalnym atutem pozostaje kwestia wokalu. Yannis Papadopoulosma dużą parę w płucach i doskonale radzi sobie zarówno z drapieżnymi wokalami, jak również wyższymi rejestrami (których na płycie nie jest mało), a także i z nastrojowymi utworami jak„Born Again” czy „Ghost in the Rain”. Kiedy go słucham, nawet gdy odtwarza covery, za każdym razem czuję, jak odpowiednio (czasem i ekspresyjnie) wyraża to, o czym śpiewa. Nie wiem, gdzie go Anton znalazł, ale dobrze, że to zrobił! Ten człowiek z czasem zostanie kolejnym z Bogów Metalu.

Podsumowując: jak dla mnie, jeśli Beast in Black będą kroczyć obraną ścieżką, bez żadnych zawirowań, (zwłaszcza jeśli chodzi o wokal) to zczasem zastąpią godnie tak znakomite kapele jak Judas Priest czy DIO. Tym bardziej się cieszę, że miałem okazję ich usłyszeć na żywo 17 listopada w Krakowie, a potem będę mieć, w maju 2019 roku na Metalfest. Wiem, że będzie ogień!!! Ocena dla tego arcydzieła może być tylko jedna. Żeby było jasne, oceniałem oczywiście wersję rozszerzoną.

10/10