Kategorie
Bez kategorii

Aenimus – Dreamcatcher (2019)

Jeśli chodzi o Szwecję, to szukając kolejnej odskoczni od prostoty, natrafiłem na zespół Aenimus. Okazuje się, że całkiem nie dawno, bo 22 lutego 2019 roku wydali dzięki Nuclear Blast, swój najnowszy album zatytułowany Deamcatcher. Sam jestem ciekaw czy po sześciu latach przerwy, kiedy ze dwa razy miałem okazje posłuchać ich ostatniego albumu, w jakiś sposób mnie zaskoczą? Pozytywnie czy też negatywnie? Tylko w jeden sposób można się o tym przekonać.

Before the Eons zaczyna się bardzo intensywnie. Choć z typowym death metalem wspólnego do za wiele nie ma, już prędzej z deathcorem. Dobre przejścia oraz corowe riffy. Dobrze chociaż ze wokal to growl połączony ze screamem. Eternal to natomiast inna sprawa. Tu mamy do czynienia już z bardziej mrocznym klimatem, który podkreślają oparte na basie riffy. Wszystko brzmiało naprawdę dobrze ,ale czysty pseudo wokal któregoś z gości to skutecznie zepsuł. Zamiast genialnej kompozycji została zaledwie dobra. Nawet solówka tutaj nie pomogła. W The Ritual ten klimat jest bardziej podkreślony, do tego dobra wreszcie solówka gitarowa. Lecz ten elektroniczno-symfoniczny przerywnik z kolejną solówką, a potem sama symfonia? Interesująca rzecz. My Becoming jako bonus nic odkrywczego poza dużą ilością corowych brzmień nie wnosi. Natomiast The Dark Triad oraz nieco dłuższy Between Iron and Silver, samą bardziej złożoną strukturą się bronią. Choć w Between Iron and Silver ten czysty ,gościnny” wokal był znowu niepotrzebny. Serio.

Potem znowu corowy The Overlook, w którym jednak te perkusyjne przejścia są więcej niż przeciętne. Dobre trzy różne solówki też tam słyszę. Drugi bonus Caretaker też jakoś nie zachwyca. Kontynuacja poprzedniego utworu tylko z innym tekstem, tylko po co jest w nim na samym końcu partia czystego fortepianu? Pewnie jako wprowadzenie do następnej kompozycji. Bo na Second Sight słychać fortepian również. No i znowu jest przeciętnie. Wokal ze screamem daje radę, choć tu solówka gitarowa daje radę. Przedostatni Day Zero sprawił, że już się totalnie nudziłem. Bez istnego szału. Zmykający ten krążek tytułowy instrumentalny Dreamcatcher swoją funkcję niby spełnił, ale też nie na najwyższym poziomie.

Po prostu nie wierzę w to, co słyszę. Tak jak jeszcze poprzedni album Transcend Realitybył więcej niż dobry, liczyłem, że następca będzie lepszy. Jednak Dreamcatcher w dość mizerny, lecz trochę skuteczny sposób, przed całkowitą kompromitacją się obronił za pomocą jednak progresywnych utworów takich jak The Ritual,The Dark Triad oraz Between Iron and Silver. Choć jeśli na tym ostatnim nie byłoby czystego wokalu, efekt okazałby się lepszy i pewnie zamierzony. Ogólnie album nie przyprawił mnie o zawał, lecz w dużej mierze dzięki różnorodności solówek gitarowych. Kolejną też kwestią są bonusy, które na to miano wcale w moich uszach nie zasługują. Tak czy inaczej, Dreamcatcher nie okazał się snem, bardziej koszmarem, a muzyka wraz z tekstami nie przyprawiła mnie też ani dreszcz grozy. Kolejne rozczarowanie zatem, jeśli lubicie ryzyko, to je podejmijcie, dla mnie ten album, był jednorazowym, do którego wracać nie zamierzam.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10