Kategorie
Bez kategorii

Circle of Ouroborus – Viimeinen juoksu (2020)

Drugi raz w tym roku sięgam po szeroko rozumiany black metal z Finlandii. Tym razem, padło na nieznany mi wcześniej zespół Circle of Ouroborus. Przeglądając ich dyskografię, mogę stwierdzić, że owy duet muzyków nie próżnuje. Wydany bowiem 12 lutego album Viimeinen juoksu, jest ich osiemnastym albumem studyjnym. Czy okaże się na tyle dobry, aby do niego wracać? Zobaczymy.

Otwierający Yö Kestää, niczym szczególnym mnie nie zachwycił. Typowe blackowe riffy. Dziwne otwarcie. Bardzo słabe otwarcie. Bardziej melancholijny jest już Alaston Tietoisuus. Tu też wreszcie słychać wokal. Fragmenty mówione nie są złe, lecz mocno przeciętne. Dość dobre gitary, przerwane są wolniejszym przejściem, pełnym blasów. Choć sama solówka gitarowa w tle do najgorszych nie należy. Mimo to dalej , ,,czegoś” mi brakuje.

Irti można określić mianem dynamiczniejszej kompozycji. Słucha się jej trochę lepiej, ale jednak tu dalej poziom nie jest odpowiednio wysoki. Fakt jest to bardziej już atmospheric black. Na razie utwór najlepszy z całej płyty. Podobnie jest z Varjonhauta, choć tu pojawia się ciekawy dla mnie riff. Potem pojawia się melancholijna cześć złożona z riffów. Lecz tylko tyle. Valmiina Virtaan jest dla mnie kontynuacją poprzedniej kompozycji. Nawet solówka gitarowa nie ratuje tego utworu! Auringon Portti rozpoczyna się intensywną perkusją. Tu akurat wokal też nie zwala z nóg. Gitarowo również mnie rozczarował. Choć po solówce jest trochę lepiej. Raunioita Ja Oksanlehviä też powiela znany mi schemat. Może ostatni Viimeinen Juoksu jakoś ten zespół obroni? Gdzie tam. Tylko solówka jest dobra. Choć sama kompozycja jest mocno przygnębiająca.

Zatem. Dwóch Finów z Circle of Ouroborus, jak dla mnie dało ciała. Chociażby za mocno inspirując się black metalem z lat dziewiędziesiątych, nie dodając przy tym, nic od siebie, a przynajmniej nic ciekawego. Jedynym utworem, zasłującym na powtórną uwagę, jest tutaj Alaston Tietoisuus. Jak na rok 2020 w moich uszach ,ten album jest kandydatem do najgorszego albumu blackmetalowego z 2020 roku. Choć sama okładka nie zapowiada tragedii. Tak muzyka to już inna sprawa …

3/10

Kategorie
Bez kategorii

Behemoth – Demigod (2004)

Polski zespół Behemoth pomimo pozorów i krytyki części środowiska black metalowego, posiada wiele oblicz. Udowadnia to od samego początku swojego funkcjonowania i odwagi do eksperymentowania. Dzisiaj po wielu latach przerwy ponownie sięgnę po jeden z najbardziej znanych albumów tego zespołu, czyli „Demigod” wydany 11 października 2004 roku. Ja swój pierwszy kontakt z tym krążkiem miałem pomiędzy 2006, a 2007 rokiem, więc trochę czasu od tego momentu minęło. Czy po latach odbiór tego albumu przeze mnie jest wciąż taki sam? Aby się o tym przekonać, trzeba ten krążek przesłuchać kilkukrotnie.

Otwierający płytę „Sculpting the Throne Ov Seth” poprzez gitarę akustyczną w dalszym ciągu wprowadza intrygujący klimat oraz umiejętnie buduje napięcie. Jeśli chodzi o partie perkusyjne grane przez Inferno, jak dla mnie, bardziej pasują do death metalu. Podwójne stopy,
blasty, etc. Pasują do tego riffy gitarowe, dodające trochę orientalnej egzotyki. Problemem nadal jest jednak dla mnie growl Nergala. Dlaczego? Z jednej strony trzeba się bardziej skupić na tekście, więc słowa będą zrozumiałe tylko dla tych, którzy go przeczytają. Stąd mam, jeśli chodzi o jego wokal, mieszane odczucia. Natomiast solówka gitarowa trzyma poziom w równym stopniu co kiedyś.

W tytułowym „Demigod” instrumenty dęte, rozpoczynające utwór, nadal mi się podobają. Tekst jest pełen symboliki. Na samym końcu wpadająca w ucho solówka. „Conquer All” jako kompozycja nie bierze jeńców! Tu
akurat blasty na początku i riff, były i są nadal dla mnie jednymi z najlepszych na tej płycie. Oprócz tego genialna solówka gitarowa na sam koniec, mistrzostwo samo w sobie! Może przez komercyjny charakter utworu tak go odbieram? Bynajmniej, jest to dla mnie epicki kawałek.

„The Nephilim Rising” charakteryzuje większa ilość przejść corowych oraz nieco breakdownów. Deklamacja w tle robi wrażenie, nie zaprzeczę, choć tu pod sam koniec sytuację ratuje niezła solówka oraz partie akustyczne. „Towards Babylon” jakoś nadal wpada jednym uchem, a wypada drugim.

Podobnie jest z „Before the Æons Came”. Oprócz tekstu opartego na dziele Algernona Charlesa Swinburnea, którego dzięki tej płycie poznałem i dalszej porcji ,,intensywności” nie znajduję, niczego co by mnie rozłożyło na przysłowiowe łopatki. Tak samo jest z „Mysterium Coniunctionis (Hermanubis)”, chociaż tutaj solówka „próbuje” urozmaicić utwór. Może na „Xul” trochę lepiej słychać te gitary. Pod koniec kawałka mogę nawet rzec, że bardzo dobrze.

Kolejny singiel, czyli „Slaves Shall Serve”. Za każdym razem robi na mnie ogromne wrażenie! Tekst utworu zaintrygował nawet jednego z gospodarzy programów typu talk-show o imieniu Kuba. Zresztą sam często podczas tego kawałka krzyczę:,, Slaves shall serve!
Slaves shall serve! Slaves shall fucking serve!’’
. Epickim zakończeniem jak dla mnie jest dający odrobinę wytchnienia „The Reign Ov Shemsu-Hor”. Po przysłowiowej ciszy następuje burza! Dla miłośników perkusji kompozycja jest istnym bogactwem dźwięków, czystym, synkopowanym szaleństwem! Tym bardziej dla tych, którzy chcą się uczyć od najlepszych, mam tu na myśli oczywiście Inferno. Wcześniej kawałek był przeze mnie niedoceniany, a teraz ląduje na mojej playliście.

Na podsumowanie, dla mnie album „Demigod” tworzy absolutną całość. Chociaż ma słabsze strony, którymi są :„Towards Babylon”, „Before the Æons Came”, „Mysterium Coniunctionis (Hermanubis)” oraz „XUL”. Może dlatego, że wiedziałem, z czym mam do czynienia? Kiedyś intensywność tych kompozycji, zwłaszcza jeśli chodzi o perkusję i riffy, „zwaliła mnie z nóg”. Najwidoczniej Nergal chciał udowodnić, że da się ciężej i szybciej. To mu się udało. Poza tym był to pierwszy krążek zagrany w składzie, w którym zespół tworzy do dzisiaj. Do tego płyta zawiera tzw. koncertowe dodatki jak „Conquer All” oraz „Slaves Shall Serve”. Znalazłem też na nim, po latach, nowego ulubieńca, czyli „The Reign Ov Shemsu-Hor”. Ogólnie rzecz biorąc, album nadal jest dobry, w szczególności dla spragnionych bardziej deathowego oblicza tej kapeli. Tym, którzy jednak nie znają „Demigod”, polecam go serdecznie. Pomimo drobnych niedoskonałości, jak dla mnie nawet po kilkuletniej przerwie, materiał wart jest tego, aby do niego wracać. Chętnie też poznam zdanie moich przyjaciół, Kingi i Mateusza, wiernych fanów Behemotha na temat tego albumu.

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Odraza – Rzeczom (2020)

Po wielu sugestiach znajomych oraz własnej ciekawości, jak wiecie, postanowiłem wrócić na rodzimy rynek muzyczny, do znanej mi już krakowskiej, blackowej kapeli Odraza, która wydała 8 maja 2020 roku swój drugi album zatytułowany „Rzeczom” dzięki Godz Ov War Productions. Bez nastawiania się specjalnie na wielki „sztos” z chęcią przesłucham nowy materiał po sześcioletniej przerwie składu. Zaczynamy!

„Schadenfreude” pomimo niepozornego wstępu, od razu serwuje to co lubię – intensywność, ale z polotem. Perkusja nie zatrzymuje się aż do momentu gdy słychać dzwonki oraz dość kojący, lecz budujący napięcie bas. Gitary brzmią trochę podobnie jak w utworach Nihila z
Furii. Wokal kopie tu jak trzeba. To rozumiem! Istne zniszczenie. Do tego te bębny! Tak się gra black w 2020 roku!

Jeśli chodzi o utwór „Rzeczom” to tu możemy złapać oddech, chociaż późniejszy riff wydaje się znajomy – może kojarzyć się z norweskim metalem. Potem wchodzi bas i dynamiczne przejście! Wokal wsparty drugim jest odpowiednio mroczny – dostarcza mi całej sinusoidy emocji, które chcę z siebie wyrzucić! Genialne jest to, że cała płyta nie zwalnia ani na moment!

„W godzinie wilka” jest integralną częścią wcześniejszych kompozycji. Na początku kawałek dozuje emocje, w kolejnej części jest bardziej dynamiczny niż w poprzednich utworach. Do tego w sposób bardziej
chwytliwy. Headbanging odruchowo obowiązkowy! Potem tempo znowu trochę zwalnia przy okazji popisów perkusisty. Jak dla mnie?Mistrzostwo! Taki trochę polski Hellhammer.
„…twoją rzecz też” zaczyna się melancholijnie. Następnie słyszymy jakby zabawy instrumentalne rodem z debiutu System of a Down. Właśnie ta płyta przyszła mi na myśl. Jednak jest, to jak najbardziej zasłużony komplement bowiem dodaje temu krążkowi elementów wirtuozerskich.
Wokal natomiast przywodzi na myśl mroczny cyrk niczym z horroru, co wszystko razem jest bardzo efektowne.

„Na Długa 24” słyszymy genialną deklamację, do tego czysty wokal. Co ciekawe sposób deklamacji brzmi bardzo znajomo, w stylu „sir. Maleńczuka”. „Świt opowiadaczy” to już znana nam intensywność wraz z chwytliwym riffem. Potem wraca deklamacja, jakby głos starca, do tego łagodne, transowe brzmienie gitary. „Młot na małe miasta” to znowu mocne wejście z kolejną porcją genialnych riffów. Do tego nienaganny wokal. Co tu dużo pisać, świetny singiel!

„Najkrótsza z wieczności” ma jak dla mnie najlepszy tekst na tej płycie. Marszówka przy deklamacji okazuje się dobrym rozwiązaniem. Azur wykonał tu jedną z najlepszych solówek gitarowych. Drugą, genialną zagrał Bempo, która spokojnie buduje napięcie w całym utworze. Kompozycja „Ja nie stąd” jest doskonałym, instrumentalnym zwieńczeniem całego albumu w sposób epicki!

Podsumowując, krakowska Odraza jak dla mnie powraca w całej klasie! Szczerze? Mgła przy niej przestała dla mnie istnieć. Na chwilę obecną „Rzeczom” jest mocnym kandydatem do tytułu najlepszej black – metalowej płyty 2020 roku. Czemu? Całościowo album nie ma słabych stron. Jest perfekcyjnie spójny i nie jestem w stanie wskazać kompozycji, która nie obroniłaby się jako samodzielna. Zastanawiam się sam kiedy teraz zrecenzuję coś z blacku, bo przez Odrazę nie będzie to łatwe. Jedynie składanka „Apostoł” kapeli Czort jest poważną konkurencją dla tego krążka! Choć może się to zmienić, kto wie? Na chwilę obecną to właśnie Odraza ponownie „odrażająco” mnie zaczarowała, tyle w temacie!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

The Breaching Experiment – Altschmerz (2020)

Znowu Szwecja. Tym razem nieznany zespół The Breaching Experiment. 6 marca 2020 roku wydali swój już trzeci album „Altschmerz”. Określają się bardziej jako eksperymentalny projekt niż zespół. Tym bardziej chętnie przesłucham krążek. Czy najnowsza płyta okaże się lepsza od poprzednich? Jestem bardzo ciekaw. Zaczynamy!

Od pierwszego „Mountains” wiemy już, że mamy do czynienia z blackiem, z doomowymi wstawkami. W połowie utwór jest intensywny, co mnie akurat cieszy, jednak nie powala na kolana. Chociaż słyszy się tutaj różnorodność. „Fail Again” to kontynuacja początku, aczkolwiek  bardziej dynamiczna. Wokal natomiast jest fatalny. Solówka za to daje radę z przejściem na deathowy ciężar. Mniej blacku.

„Dysphoria” charakteryzuje zmniejszone tempo. Minimalistyczna gitara wraz z pianinem. Następnie wchodzi dobry riff, bardziej stonerowo – doomowy. Wokal też się poprawia. Trochę, ale jednak. Co ciekawe, można tu usłyszeć deathcorowe przejścia. Wszystko to razem jakoś się trzyma. „The Bloody Machine of Robespierre” zagrane jest według sprawdzonego wcześniej schematu, z tą jednak różnicą, że więcej tu blastów, popisów strunowych. Instrumentalnie, bardzo dobrze. Do tego dużo lepszy wokal. Jako singiel daje radę.

„A World For Our Sponsors” otwiera zupełnie inny riff, chociaż potem wraca black wraz z blackowym wokalem. Jednakże dziwne przejścia tego utworu nie ratują. „Red” nie wnosi nic nowego. Słychać jakby fragment utworu był powtórką z „Dysphoria”. Oczywiście tego cięższego. Przedostatni „A Distant Howl” zaskakuje deklamacją. Riffy jednak są już znane, co zalatuje nudą. Oprócz tego wokal jest jakby na siłę dołożony do kawałka. Koniec krążka to „Scarecrow”. Czysty black, ale przeciętny niestety, dlatego według mnie to naprawdę koniec, nic więcej nie da się na jego temat napisać.

Podsumowując. Moim zdaniem kapela za mocno poszła w łączenie stylów i nurtów. Szanuję eksperymenty, ale ten Wam, Panowie, za bardzo nie wyszedł. Miał być black i niby jest, ale za mocno przekombinowany wstawkami z innych gatunków, które okazały się lepsze od samego blacku. K…. poza tym gdzie tu alternatywna muzyka? Nie ma jej. Blackowe riffy, które niewątpliwie się pojawiały, były delikatnie mówiąc, nieudane. Dlatego też The Breaching Experiment mnie rozczarował swoim trzecim krążkiem „Altschmerz”. Płyta nie ma żadnej spójności. Okładka też jakby trochę niedopracowana. Za odwagę, szanuję, ale za jej końcowy efekt…? Niekoniecznie!

Korekta: Sylwia Prekurat

4/10

Kategorie
Bez kategorii

KŁY – Wyrzyny (2020)

Tak, znowu Polska. Najwidoczniej rodzimy black jeszcze mi się nie znudził, tym bardziej że ten rok jest na polskiej scenie black metalowej dość obfity. Tym razem z wielką przyjemnością sięgam po kielecki zespół KŁY i ich drugi album „Wyrzyny”, wydany nakładem Pagan Records 8 maja 2020 roku. Czy okaże się lepszy od debiutu z 2018 roku? Tylko słuchając go, kilkakrotnie możemy się o tym przekonać.

„Burza (My, rozgwiazdy)”, otwierająca album, rozpoczyna się od dźwięku dzwonu, wprowadzając nas skutecznie w mistyczny charakter utworu. Słychać wyraźnie post – metalowe brzmienie gitar. Wokal przywodzi na myśl i jednocześnie kojarzy się z Nihilem z Furii. Linia basowa to istny majstersztyk. Dobrze akcentowane przejścia. Deklamacja w połączeniu z czystym śpiewem to idealne podsumowanie. Na koniec blackowa powtórka. W tym kawałku nie ma monotonii, muzyczny rollercoaster utrzymuje go na wysokim poziomie. Mistrzowskie otwarcie k….!

W „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyńcza” czuć lekką zmianę klimatu, aczkolwiek ponownie słyszymy dzwony, głosy się powtarzają, jakby słuchacz był na lekkim haju. Dobra dawka psychodeli. Trochę mniej blacku. Jeśli chodzi o tempo, jest dosyć dynamiczne. Typowe, blastowe napier…..! Po raz pierwszy pojawia się na tej płycie growl. Uruchomił mi się headbaging, a to jest dobry znak. Pomimo dawki znacznie lżejszych riffów niż się spodziewałem, o dziwo, okazały się one równie chwytliwe i przyjemne dla ucha. Do tego jeszcze na koniec te magiczne stemple. Chcę więcej!

„Krajobraz jako oko” to kontynuacja poprzedniej kompozycji, ale z drobnymi, folkowymi elementami. Tutaj akcent jest położony na bas, tempo też znacznie wolniejsze. Może trochę za dużo progresji jak na mój gust. Pomimo tego nie jest źle, bo w dalszej części kawałka pojawia się perkusyjna nawałnica. „Trójząb„, ni z tego ni z owego, przenosi mnie do… Japonii (kraju kwitnącej wiśni)? Tak…tylko po co? Przychodzi mi jedynie do głowy nawiązanie do demo. Tu natomiast progresja jest dobrze wyważona. Gdy go słucham, pojawia się, u mnie stan, jaki chciałem, muzycznego uniesienia. Sam tytuł nawiązuje oczywiście do nazwy zespołu.

Przedostatni „Gwiezdny wiatr” to ponownie dobre stemple. Wraca tutaj dynamika, zdecydowanie jest mniej blacku na rzecz post – metalu. Mówiąc kolokwialnie, utwór jest przebojowy niczym „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyncza”. Album zamyka „Zakorzenienie”, które idealnie podsumowuje całą płytę.

Jeśli chodzi o „Wyrzyny” to KŁY postawiły na transowy klimat. Okładka przedstawiająca grzyby halucynogenne nie jest myląca. Naprowadza na właściwą ścieżkę doznań muzycznych, szerzej ukazanej w kompozycji zamykającej płytę. Jeśli chodzi o brzmienie całości, zderzamy się z przemieszaniem nurtów i miksem gatunków, w różnych proporcjach. Jednak ośmielam się sądzić, że wypadli lepiej od Finów z Oranssi Pazuzu, gdyż mają zdecydowanie więcej samodzielnie broniących się kompozycji, bez wpływów innych, podobnych im kapel. Na podsumowanie, „(My, rozgwiazdy)”, „Burza”, „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyncza”, „Gwiezdny wiatr” i „Zakorzenienie” to dosyć oryginalne utwory w swej strukturze.

Reasumując, za każdym razem jednak gdy kończę słuchać ten album, trans, z jakiego wychodzę, nie jest jeszcze tym kompletnym. Odczuwam lekki niedosyt…choć tak niewiele brakowało.

Korekta: Sylwia Prekurat

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Oranssi Pazuzu – Mestarin Kynsi (2020)

Dawno nic z Finlandii nie słyszałem. Tak się akurat złożyło, że, wszędzie w muzyce algorytm pewnej aplikacji proponował mi Oranssi Pazuzu. Fińską grupę grającą ponoć psychodeliczną odmianę black metalu. Co ciekawe, 17 kwietnia 2020, wydali oni swój piąty album Mestarin Kynsi, nadkładem Nuclear Blast. Czy okaże się aż tak dobry? Krążą bowiem różne opinie na temat tej płyty, więc tym bardziej chętnie wyrobie sobie własną.

Pierwszy utwór Ilmestys, już wieje grozą. Do tego przyczynia się gitara akustyczna, połączona z basową. Doskonale budująca napięcie. Minimalizm perkusji też jest temu bardzo pomocny. Wreszcie pojawia się wokal. Choć bliżej mu do deklamacji. Stemple dokładają się do efektu. Jednak mimo wszystko nie jest odkrywczy. Potem dochodzi jeszcze tzw. noise. Znany mi trochę ze stylu granego między innymi przez Cult of Luna. Nie zostałem powalony na kolana, ale kompozycja, sama w sobie zła nie jest.

Tyhjyyden sakramentti, do początkowe uspokojenie. Te Stemple są podobne do tych wykorzystanych w jednym z klasyków polskiego kina. Dokładnie w filmie Seksmisja, kiedy to główni bohaterowie (Albert i Maks) uciekając przed funkcjonariuszkami Ligi, natrafili w podziemiach, na prześladowane; ,,koczowisko” Dekadencji. Na co nigdy nie zwróciłem uwagi. Owe przedstawicielki, grały muzykę, którą można by uznać za noise, po części, ale jednak. Kto oglądał, ten wie, o czym mówię. Z gitar bowiem można wychwycić wcześniejsze brzmienie lat siedemdziesiątych. Zwłaszcza kiedy pojawia się dynamiczniejszy fragment. Co do całości kompozycji, tu już zespół postarał się bardziej.

Uusi teknokratia jest znowu z tych utworów, które ukazują to czego się można po grupie spodziewać. Dlatego jako singiel się sprawdził. Jednak jeśli chodzi o płytę, to jest nieco inaczej. Jest na nim bowiem trochę więcej dynamiki oraz inne stemple. Na ich szczęście dobrze dobrane. Choć od Ilmestys jest przez to lepszy. Dobra przyznaję, Uusi teknokratia jest lepszy, bo na płycie mamy jego pełną wersję.Przez trzy minuty faktycznie można mieć wrażenie, zanurzenia się w bezdennej otchłani. To ostatecznie przeważyło na korzyść tego utworu.

Oikeamielisten sali to trochę inne riffy, ale swego rodzaju powtórka z rozrywki. Pozwala na dalszą ,,podróż”, jednak to nie to samo. Nawet rytm, pomimo usilnych starań nie wprowadza mnie już w ,,ten” stan, w jakim byłem, słysząc, chociażby wcześniejsze Uusi teknokratia. Słabo oj słabo. Tu mam tylko pochodną a One mnie nie interesują. Tym bardziej że pod koniec tego noisu jest k…a za dużo!

Przedostatni Kuulen ääniä maan alta, zaczyna się od sampli i noisu. Tutaj jednak perkusja wreszcie wybija dobry dla mnie rytm. Nawet wokal jak ja mnie jest tu odpowiedni, co jest dobrą oznaką. Potem jednak znowu jednak zespół wszystko z…..! Macie jednak k…a szczęście. Bowiem wachlarz stempli, jaki zaserwowaliście, uratował to co sch……….e !

Zamykająca kompozycja Taivaan portti, zaczyna się z mocnym akcentem. Pozostawiając mnie całkowicie zdezorientowanym! Tak nie wolno. Choć dawno tak nie miałem z drugiej strony. Ta skondensowana dawka noisu, a prędzej post metalowych dźwięków, wyrwała by z jakiegokolwiek stanu, nawet umarłego. Jednak mimo wszystko tu było tego za dużo, choć z czasem było ciszej. To jednak zabrakło równowagi.

Sama płyta Mestarin Kynsi, jest niejednoznaczna. Album sam w sobie jest spójny. Jednak tutaj mogę wskazać dwie kompozycje, do których ewentualnie może kiedyś wrócę, są to Uusi teknokratia (wersja z płyty) oraz Kuulen ääniä maan alta, z najlepszym zestawem stempli autorstwa Evil-a. Reszta jest taka sobie i jako samodzielne utwory się nie sprawdza. Jeśli nie jest się fanem grupy, albo słucha się ich pierwszy raz, to można się zachwycić lub przejść obojętnie. Mnie bliższa jest druga opcja. Jednak jako całość album jest bardzo spójny. Jeast on również psychodeliczny, lecz nie aż tak, żebym był oczarowany. Gdyż nie jestem. Bliżej mi do rozczarowania się, choć stan, w jakim byłem po przesłuchaniu tego albumu, określę jako ,,neutralny” z lekką namiastką dezorientacji. Mimo wszystko grupa ma swój unikatowy styl, który jednych zachwyca innych nieco mniej. Chociażby przez to warto się z tym krążkiem zapoznać.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Czort – Apostoł (2020)

Polski Śląsk jest drugą ,,Skandynawią”, jeśli chodzi o black metal. Przynajmniej dla mnie. Czemu tak jest? Jest ku temu wiele powodów. Wiadomo mi jednak, że jest to tylko moje zdanie. Ja dziś, wedle polecenia mojej dobrej przyjaciółki. Tak, ,,Tej zagorzałej fanki Satyricona”, zabiorę się za drugi album zespołu Czort. Płyta nosi tytuł Apostoł. Została wydana 30 kwietnia 2020 roku przez Under the Sign of Garazel Productions. Sam tytuł płyty już jest przewrotny. Jak będzie z muzyką? No cóż, czas się przekonać.

Sam tytuł wstępu. Oczywiście chodzi o pierwszy utwór. Manicheistyczny Dualizm Wszechświata. Udowadnia jedną prostą rzecz, black metal nie jest dla głupich ludzi. Czemu? Niech ten kto, bez zaglądania do przeglądarki google, wiedział co to, jest manicheizm? Ja się domyślałem, ale i tak sprawdziłem, dla pewności. Prosty i banalny wydaje się sam satanizm. Przy tej syntezie trzech innych religii, czyli zoroastryzmu, buddyzmu i chrześcijaństwa. Wyższa liga, zatem już Czort, za nie postawienie na proste rozwiązania liryczne, ma u mnie plus. Muzycznie natomiast Manicheistyczny Dualizm Wszechświata, ma bardzo post-balck metalowy riff, choć sama perkusja trzyma się stylistyki. Czasami słychać trochę więcej blastów. Potem dochodzi dość melancholino – refleksyjna solówka gitarowa, ze zwolnionym tempem perkusji. Wszystko ma bardzo przebojowy charakter, jak na black metal. Dobry materiał na singiel.

Schody Podświadomości, są trochę cięższe, ale mam wrażenie, że tu przeplatają się dwa style. Death i black. Poza tym oprócz tego w paru momentach ten utwór przypomina mi, bardzo kompozycję Lucyfer zespołu Behemoth, pod kątem muzycznym oczywiście. Narodziny Końca, od samego początku są dynamiczniejsze. Czuć tu mocno speed metalowy powiew. Perkusja natomiast jest bardzo jednakowo corowa, jeśli chodzi o momenty przejść. Lecz nie brakuje tu blackowego zacięcia. Ewidentnie speed black metal, potem bardziej black.

Manifest Niepodległej Woli, pędzący gdzieś riff, rozpoczyna tą kompozycję. Dość intrygująco, nie przeczę. Znacznie więcej blastów jeśli chodzi o perkusję. Moment przerwy, w postaci marszówki, też zasługuje na uwagę. Nie jest gorzej niż było wcześniej. Choć solówka gitarowa nie jest imponująca. Genialny singiel!

Grając w Szachy w Diabłem, to interesujący popisy gry na gitarze jako początek. Sama perkusja brzmi tu akurat mocno progresywnie. Tu mamy jak dla mnie, powrót do koncepcji manicheizmu, a dokładnie momentu stworzenia. Wokalista nie śpiewa, a deklamuje tu bardziej, niż wcześniej. Przynajmniej jak dla mnie bardziej się stara.

Tchnienia Egzystencji, wydaje mi się monotonny. Nie przeczę, jest dalej tu zawarty mrok, ale jakość tak, jakby minimalna dawka. Sam tekst po raz kolejny, dotyka kwestii manicheistycznych. Pomału zacząłem się nudzić, a to chyba źle. Prawda?

Dysonans Duszy, to po części powrót, tego czego mi było brak. Namiastki pierwotnego blacku. Jeśli chodzi o riffy, to tutaj zespół, wykonał kawał dobrej pracy. Poważnie, do tego też przejścia są tu dopracowane perfekcyjnie. Obawiałem się złego kierunku, lecz ta kompozycja mnie uspokoiła. Tym bardziej, że nastąpił intensywny koniec.

Zamknięcie płyty. W Sercu Chaosu, spełnia swoją rolę. Tu jest black. Z najmniejszą ilością kombinowania. Jedynie pod sam koniec znowu pojawia się nutka progesji, jeśli chodzi o gitary i perkusje.

Podsumowując to wszystko, jeśli chodzi o krążek Apostoł. Po pierwsze, jak dla mnie teksty, mają swoje muzyczne odzwierciedlenie. Wszystkie. Ta płyta jest jak sam system religijny, do którego grupa, moim skromnym zdaniem świadomie nawiązała. Od początku do samego końca. Czerpie z blacku, deathu oraz dodaje szczyptę progresji. Album nie jest dla każdego oraz nie na każdą okazję. Aby zrozumieć jego spójność, trzeba go przesłać przynajmniej ze trzy razy, albo i więcej. Ja znalazłem na nim, kilku faworytów. Manicheistyczny Dualizm Wszechświata, Narodziny Końca, Grając w Szachy w Diabłem, Dysonans Duszy oraz W Sercu Chaosu. Na pewno będę śledził ich poczynania. Czekając na informację o ich koncercie w mojej okolicy. Krótko mówiąc: Chapeau bas Czort za ten krążek! Jak dla mnie na razie najlepszy album polskiego śląskiego podziemia black metalowego!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Guerra Total – War Is The Pursuit Of Death – A Hymnal For The Misanthrope (2020)

Ostatnio dotarłem do mało znanej grupy Guerra Total. Pochodzącej ze stolicy Kolumbii, Bogoty. Ostatnio nakładem rosyjskiej wytwórni Satanath Records, w nakładzie 500 sztuk, 17 kwietnia 2020 roku wydali swój najnowszy album, zatytułowany War Is The Pursuit Of Death – A Hymnal For The Misanthrope. Co już po samym tytule może sugerować, jaka tematyka będzie poruszona w dziewięciu utworach z tej płyty. Pomimo iż jest to dziewiąty, w ich dorobku album, ja będę ich słuchał po raz pierwszy. Czy owy pierwszy raz okaże się ostatnim? Z racji wielu niewiadomych, tym prędzej zakładam słuchawki, aby się przekonać.

Spokoju to tu nie znajdę, oj nie. Poza mikroskopijnym, ale jednak gitarowym intro, w Ancient Hymns To The Goddess of War (Inanna). Potem partie perkusyjne, przypominają jak, powinien brzmieć death metal. Natomiast wokal brzmi bardzo blackowo, słychać, że, wokalista lubi norweski black metal, ale to tylko moje wrażenie. Zmiany tempa, znowu podkreśla bas, a solówka gitarowa pojawia się znikąd, doceniam aspekt techniczny, lecz przez dominującą perkusję, ja przynajmniej ledwo ją słyszę. Na Battle Of Ypres (Song For My Funeral), riffy są bardziej thrashowe, przez co sam utwór, jest odrobinę dynamiczniejszy. Lecz znowu partie perkusyjne, są ponad partiami gitarowymi, w pełni nie współgrają ze sobą, choć tutaj solówkę słychać od początku do końca. Co ciekawe, mi ona przypomina bardziej heavy metalową stylistykę. Końcowa druga solówka, jest bardziej thrashowa, a nie blackowa.

Black Horror Kommando II (Sinfonía Del Odio) to jest black metal! Jakbym słyszał norweski black, nie mówię tu o inspiracji, lecz bardziej o odtworzeniu, albo granicy, bardzo cienkiej. Odpowiednie przejścia, a perkusista słychać, że lubi Frosta i Hellhammera. Do tego wokalista też lepiej śpiewa po hiszpańsku, niż po angielsku. Do tego jeszcze wokal wspierający. Jak na razie najlepszy utwór na płycie.

Ethnocide (World Cenotaph) to dobry rytm nadany od samego początku. Choć z riffami mogłoby być lepiej. Lekką monotonią zaczyna ,,pachnieć”. Przykuwający uwagę okazuje się scream wokalu wspierającego. Perkusista też słychać, iż, jest w dobrej formie. Natomiast główny wokal, trochę stracił na jakości. Szczerze, wpada i wypada. Niczego nowego nie odkrywa. Natomiast Himnos Rituales De Guerra Y Total Devastación, to znowu powrót szybkości a co za tym idzie dynamiki. Wokal się poprawia. Słychać, że, Venom lub „nowszy” Midnight, chłopakom z Bogoty, obcy nie jest. Zaserwowali mi właśnie dobrą porcję black speed metalu. Na Holomodor (La Muerte Roja) wraca to co, ,, poznałem” z pierwszych dwóch utworów, no pomijając hiszpański język w wykonaniu wokalisty. Szału brak. Słuszny okazuje się krzyk wokalisty, bo dla mnie jest to krzyk rozczarowania. Tak samo Tapias De Pilatos, jedyne co mnie powstrzymało od wyłączenia go, to fakt, iż perkusja jest moją słabością. Tylko tyle.

Przedostatni Uranium – 235 (Trinity), również nie odkrywczy, jedynie jest w pewnych momentach dynamiczniejszy. Ostatni Whisky Bitch, jak na moje ucho jest grany szybciej. Znowu wraca opcja black speed metalu. Co jest paradoksalne, jest to drugi utwór, jaki można określić mianem przebojowego. Wokal po angielsku nawet nie przeszkadza. Zamknięcie płyty zostało zrobione z przytupem. To fakt.

Mimo to szczerze oczekiwałem czegoś więcej, po zespole reprezentującym kolumbijskie podziemie. Oprócz inspiracji, których moim zdaniem, zespół nie potrafił przerobić na miano nowych klasyków. Moje uszy otrzymały bardzo mocno niespójny album, z którego od biedy można wyłowić dwa utwory Black Horror Kommando II (Sinfonía Del Odio) oraz Himnos Rituales De Guerra Y Total Devastación. Ja rozumiem, że nie zawsze wszystko wychodzi. Jednak w przypadku Guerra Total, nie umiem być strasznie wyrozumiały. Bo War Is The Pursuit Of Death – A Hymnal For The Misanthrope, jest ich dziewiątym albumem. Inna sprawa, jakby to był drugi, może trzeci. Druga rzecz, może też wpływa na to częstotliwość wydawania? Jeśli tak, to niech będzie. Mimo to znam lepsze zespoły od tego, choć do Kolumbii wrócę, ale tylko po to, aby poszukać innego, lepszego reprezentanta. Gdyż pobieżnie przesłuchany ich album sprzed dwóch lat, czyli El Cosmicismo y el desamparo existencial de la humanidad en el universo Parte II & III, okazał się dla mnie bardziej spójny i nienagrywany na siłę. Także, tyle w temacie zespołu Guerra Total i ich najnowszego albumu. Mogło być o wiele lepiej. Sam nie skuszę się na jedną z 500 sztuk tego albumu.

4/10

Kategorie
Bez kategorii

Satyricon – The Shadowthrone (1994)

Po raz kolejny powracam do zespołu, który znowu przypomina mi, czasy szkolne i nie mówię tu tylko o gimnazjum, dla jasności. Tak jest! Znowu norweski Satyricon, z jego drugim studyjnym albumem, zatytułowanym The Shadowthrone, wydanym przez wytwórnię Moonfog Productions, dokładnie 12 września 1994 roku, która to została założona przez członków tej grupy, Tormoda Opedalaoraz Sigurda Wongravena, znanego wtedy i dziś, jako Satyr. Prawdziwe norweskie muzyczne podziemie wydawnicze, które diabelnie szanuję, mające na swoim koncie nie tylko wydawnictwa swojego zespołu. Czemu o tym wspominam? Z prostych powodów. Po pierwsze postanowiłem sobie znowu odświeżyć wcześniejsze dokonania muzyczne, tej jednej, z wielu norweskich legend black metalu, a po drugie do owego powrotu namówiła mnie, ultra fanka Satyricona oraz moja bardzo dobra przyjaciółka. Czy po 26 latach, a w moim przypadku licząc pierwszy kontakt to lat piętnaście, dalej ma w sobie to ,,coś”? Czy dalej mogę ten krążek, uważać za jeden z klasyków norweskiego black metalu? No cóż, tylko wielokrotne odsłuchy mogą mi to ukazać.

Kompozycję Hvite Krists Dod, rozpoczyna dość agresywna, krótka, lecz treściwa deklamacja, bo myślę, że, można ją tak nazwać. To już nadaje odpowiedni ton oraz nastrój. Wokal Satyra mówi jedno, gitary Satyra i Samotha drugie, a perkusja Frosta trzecie, lecz tym samym głosem! To akurat ważne. Do tego ta oszczędność riffów, dająca niedosyt. Potem jednak mamy do czynienia z prawdziwą deklamacją, a keyboard emitujący trąby i inne instrumenty dodatkowo, utrzymuje napięcie. Przemyślanie skomponowane blasty oraz przejściach perkusyjnych autorstwa Frosta, to ukoronowanie tego utworu. Znowu chce mi się śpiewać: ,,Vi brenner guds barn på bålet/ Vi brenner guds hus/ Tidens mørke skal dekke for solen/ Perleporten skal knuses! ’’. Znowu też na 666 procent Hvite Krists Dod wraca na moją playlistę. Tak jak kiedyś, tak i dziś, mam ciarki za każdym razem jak słyszę to arcydzieło. Mistrzostwo i tyle!

In the Mist by the Hills, dobrze kontynuuje, lub jak kto woli, podtrzymuje, wcześniej wyrobione napięcie. Jest trochę bardziej dynamiczne, lecz uważam, że to dobrze, oprócz tego Frost, dalej uprawia swoją perkusyjną magię, bo nie mogę wyjść z transu, w który mnie jego perkusja właśnie wprowadziła od 50 sekundy tego utworu. Gitary, dalej odpowiednio oszczędne. Lecz potem Frost poszedł trochę bardziej w deathową intensywność, a jeśli nie to mocno nią inspirowaną. Choć przejścia przy zmianie tempa, też robią swoje. Tak czy inaczej, ta kompozycja jest, jak i była, doskonałym uzupełnieniem do Hvite Krists Dod, dlatego po nim właśnie na playliście, na długi czas będzie umieszczony.

Woods to Eternity, po prawie dwu i pół minutowej dawce nieokiełznanej, moim zdaniem, fuzji deathu z black metalem, przychodzi do tłumiącej to wszystko solowej, ale też bardziej wirtuozerskiej partii gitary akustycznej, a przynajmniej ja ją tam słyszę. Ten element pozwala na powrót tej tajemniczości, co jeszcze bardziej ułatwiają partie keybordu, emitujące namiastkę symfonicznych instrumentów, co daje ten upragniony mrok. No i na koniec powrót transowej perkusji Frosta, aż headbanging się mi uruchomił na moment.

W Vikingland, oprócz Satyra, głosu użyczają jeszcze inni członkowie zespołu, próbując technik operowych, lub też antycznych sposobów bardów śpiewających sagi, bo jakby nie było tytuł, odnosi się do krainy wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, nie jest źle. Lecz z racji, iż, jednak wybredny jestem trochę, to pomieszanie trochę elementów, które już znam, daje efekt w postaci, umieszczenia tego utworu w kategorii, ,,dobre tylko przy słuchaniu całej płyty, a nie osobno” . Także tyle w temacie jeśli chodzi o mnie.

Dominions of Satyricon zaczyna się dobrze, wreszcie pojawia się, przynajmniej na moje ucho, nowa partia riffów gitarowych. Popisy Frosta przypominają mi, czemu to jego próbowałem, naśladować kiedy to sam grałem na perkusji. Mistrzowskie zmiany temp, wraz z wreszcie większym natężeniem gitar. Wokal Satyra oczywiście również bardzo dobry. Jak na prawie dziesięciu -minowy utwór, pomimo upływu czasu, potrafi skutecznie przykuwać moją uwagę, za każdym razem, co też łatwe nie jest. Co w sumie sprawia, że zostaje moją nową ulubioną kompozycją z tej płyty, którą dopiero po czasie doceniłem.

https://www.youtube.com/watch?v=fD7OYc-bGus

Przedostatni The King of the Shadowthrone, jak na króla przystało ma, mocne wejście, podczas którego towarzyszy mu istna lawina gitarowych riffów. Mających ponownie wreszcie wirtuozerski potencjał. Po królewsku wykonany wokal przez Satyra też daje odpowiedni efekt końcowy. Sprawiający, że, to drugi utwór, który po czasie zostaje umieszczony na mojej playliście. Zamykający płytę I En Svart Kiste, jest końcowym instrumentalnym pokazem zdolności wszystkich członków grupy. Jednak utrzymuje mrok oraz tajemniczość, a mnie to wystarcza. Zwłaszcza za partie keyboardu odpowiada tu osobiście Satyr.

Co do moich wcześniejszych pytań. Tak po 26 latach, a piętnastu, no nie licząc powrotów do pojedynczych utworów, ta płyta dalej ma w sobie to, co mnie wcześniej w niej urzekło. Sprawiając, że, słuchałem jej naprawdę dość spory czas. Ten mrok, te teksty. Nie wiem, czy to dość odpowiednie stwierdzenie, ale jak na black metal, momentami bardziej wpadające w ucho riffy. Bo rok 1994 był bogaty w black metalowe wydawnictwa, oj i to bardzo. Może do któregoś z nich kiedyś wrócę, aby wyrazić swoją opinię? Kto wie, może tak będzie. Na chwilę obecną, pomimo lekkich niedociągnięć. Jak dla przykładu momenty monotonii oraz zniechęcenia, mam tu na myśli Vikingland. To jako całość, The Shadowthrone , pomimo wiecznego mrozu, dalej majestatycznie stoi, jak kiedyś. Z lekkimi tylko rysami. Okładka też jest urzekająca. Także jeśli jakimś cudem nie znasz tego arcydzieła, to nie zastanawiaj się i zakładaj słuchawki! Warto, pomimo wspomnianej ,,rysy” , udać się przed norweski tron cieni, mozolnie zbudowany przez Satyricona. Chętnie też poznam twoje zdanie przyjaciółko, odnośnie tej płyty, jak i innych fanów Satyricona. Ja swoje wyraziłem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Reaper – Unholy Nordic Noise (2020)

Szwecja jest jednak bardzo bogata, jeśli chodzi o zespoły. Z racji większego zainteresowania grupami pokroju Midnight, akurat skandynawski Reaper przykuł moją uwagę. Tym bardziej iż 31 stycznia 2020, wydał swój debiutancki album, zatytułowany Unholy Nordic Noise. Czy okazał się równie dobry jak najnowszy materiał Midnight? Trzeba przesłuchać, aby się przekonać, więc to zamierzam zrobić.

Intro samo w sobie jest bardzo intrygujące. Tym bardziej iż rozpoczyna się bardzo tajemniczą deklamacją. Już pierwsze Hero of the Graveyard Flies jest plugawe do samego szpiku kości. Do tego wokal przypomina mi tu zarówno Shagratha z Dimmu Borgir lub Abbatha z Immortal. Natomiast w Severing Tentacles of Faith gitary brzmią bardzo podobnie, jak w polskim zespole blackowym Morowe, oprócz tego przynajmniej ja, słyszę tu więcej speed metalu, a solówka jest naprawdę godna uwagi. Na Arctic Wrath – Blood and Bone panuje istna blackowo-thrashowa rzeźnia. Poważnie. Order of the Beelzebub natomiast rozpoczyna się piekielnie chwytliwym riffem, a potem leci już z przysłowiowej górki. Choć tu zastosowanie chórków, jest bardzo interesujące. Horn of Hades, The Birth of War, Surrender to the Void , This Crystal Hell, Ravenous Storm of Piss oraz De krälande maskarnas kör to na początku wolny wstęp , lecz potem jest już tylko szybciej i mocniej. Na sam koniec otrzymujemy równie intrygujące Outro.

Dodając jeszcze parę słów na koniec. Jest to solidny debiut dla fanów polskiego Voidhungera czy norweskiej Aura Noir, choć jak wspomniałem, usłyszeć w nim da się też tam nawet Morowe Nihila. Jak na niecałe półgodziny materiału, jest dobrze. Może nie genialnie, ale potencjał moim zdaniem jest. Jestem ciekaw drugiej płyty szwedzkiego Reaper-a, bo debiut nie wypadł aż, tak fatalnie jak zakładałem na początku.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10