Kategorie
Bez kategorii

Oranssi Pazuzu – Mestarin Kynsi (2020)

Dawno nic z Finlandii nie słyszałem. Tak się akurat złożyło, że, wszędzie w muzyce algorytm pewnej aplikacji proponował mi Oranssi Pazuzu. Fińską grupę grającą ponoć psychodeliczną odmianę black metalu. Co ciekawe, 17 kwietnia 2020, wydali oni swój piąty album Mestarin Kynsi, nadkładem Nuclear Blast. Czy okaże się aż tak dobry? Krążą bowiem różne opinie na temat tej płyty, więc tym bardziej chętnie wyrobie sobie własną.

Pierwszy utwór Ilmestys, już wieje grozą. Do tego przyczynia się gitara akustyczna, połączona z basową. Doskonale budująca napięcie. Minimalizm perkusji też jest temu bardzo pomocny. Wreszcie pojawia się wokal. Choć bliżej mu do deklamacji. Stemple dokładają się do efektu. Jednak mimo wszystko nie jest odkrywczy. Potem dochodzi jeszcze tzw. noise. Znany mi trochę ze stylu granego między innymi przez Cult of Luna. Nie zostałem powalony na kolana, ale kompozycja, sama w sobie zła nie jest.

Tyhjyyden sakramentti, do początkowe uspokojenie. Te Stemple są podobne do tych wykorzystanych w jednym z klasyków polskiego kina. Dokładnie w filmie Seksmisja, kiedy to główni bohaterowie (Albert i Maks) uciekając przed funkcjonariuszkami Ligi, natrafili w podziemiach, na prześladowane; ,,koczowisko” Dekadencji. Na co nigdy nie zwróciłem uwagi. Owe przedstawicielki, grały muzykę, którą można by uznać za noise, po części, ale jednak. Kto oglądał, ten wie, o czym mówię. Z gitar bowiem można wychwycić wcześniejsze brzmienie lat siedemdziesiątych. Zwłaszcza kiedy pojawia się dynamiczniejszy fragment. Co do całości kompozycji, tu już zespół postarał się bardziej.

Uusi teknokratia jest znowu z tych utworów, które ukazują to czego się można po grupie spodziewać. Dlatego jako singiel się sprawdził. Jednak jeśli chodzi o płytę, to jest nieco inaczej. Jest na nim bowiem trochę więcej dynamiki oraz inne stemple. Na ich szczęście dobrze dobrane. Choć od Ilmestys jest przez to lepszy. Dobra przyznaję, Uusi teknokratia jest lepszy, bo na płycie mamy jego pełną wersję.Przez trzy minuty faktycznie można mieć wrażenie, zanurzenia się w bezdennej otchłani. To ostatecznie przeważyło na korzyść tego utworu.

Oikeamielisten sali to trochę inne riffy, ale swego rodzaju powtórka z rozrywki. Pozwala na dalszą ,,podróż”, jednak to nie to samo. Nawet rytm, pomimo usilnych starań nie wprowadza mnie już w ,,ten” stan, w jakim byłem, słysząc, chociażby wcześniejsze Uusi teknokratia. Słabo oj słabo. Tu mam tylko pochodną a One mnie nie interesują. Tym bardziej że pod koniec tego noisu jest k…a za dużo!

Przedostatni Kuulen ääniä maan alta, zaczyna się od sampli i noisu. Tutaj jednak perkusja wreszcie wybija dobry dla mnie rytm. Nawet wokal jak ja mnie jest tu odpowiedni, co jest dobrą oznaką. Potem jednak znowu jednak zespół wszystko z…..! Macie jednak k…a szczęście. Bowiem wachlarz stempli, jaki zaserwowaliście, uratował to co sch……….e !

Zamykająca kompozycja Taivaan portti, zaczyna się z mocnym akcentem. Pozostawiając mnie całkowicie zdezorientowanym! Tak nie wolno. Choć dawno tak nie miałem z drugiej strony. Ta skondensowana dawka noisu, a prędzej post metalowych dźwięków, wyrwała by z jakiegokolwiek stanu, nawet umarłego. Jednak mimo wszystko tu było tego za dużo, choć z czasem było ciszej. To jednak zabrakło równowagi.

Sama płyta Mestarin Kynsi, jest niejednoznaczna. Album sam w sobie jest spójny. Jednak tutaj mogę wskazać dwie kompozycje, do których ewentualnie może kiedyś wrócę, są to Uusi teknokratia (wersja z płyty) oraz Kuulen ääniä maan alta, z najlepszym zestawem stempli autorstwa Evil-a. Reszta jest taka sobie i jako samodzielne utwory się nie sprawdza. Jeśli nie jest się fanem grupy, albo słucha się ich pierwszy raz, to można się zachwycić lub przejść obojętnie. Mnie bliższa jest druga opcja. Jednak jako całość album jest bardzo spójny. Jeast on również psychodeliczny, lecz nie aż tak, żebym był oczarowany. Gdyż nie jestem. Bliżej mi do rozczarowania się, choć stan, w jakim byłem po przesłuchaniu tego albumu, określę jako ,,neutralny” z lekką namiastką dezorientacji. Mimo wszystko grupa ma swój unikatowy styl, który jednych zachwyca innych nieco mniej. Chociażby przez to warto się z tym krążkiem zapoznać.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Czort – Apostoł (2020)

Polski Śląsk jest drugą ,,Skandynawią”, jeśli chodzi o black metal. Przynajmniej dla mnie. Czemu tak jest? Jest ku temu wiele powodów. Wiadomo mi jednak, że jest to tylko moje zdanie. Ja dziś, wedle polecenia mojej dobrej przyjaciółki. Tak, ,,Tej zagorzałej fanki Satyricona”, zabiorę się za drugi album zespołu Czort. Płyta nosi tytuł Apostoł. Została wydana 30 kwietnia 2020 roku przez Under the Sign of Garazel Productions. Sam tytuł płyty już jest przewrotny. Jak będzie z muzyką? No cóż, czas się przekonać.

Sam tytuł wstępu. Oczywiście chodzi o pierwszy utwór. Manicheistyczny Dualizm Wszechświata. Udowadnia jedną prostą rzecz, black metal nie jest dla głupich ludzi. Czemu? Niech ten kto, bez zaglądania do przeglądarki google, wiedział co to, jest manicheizm? Ja się domyślałem, ale i tak sprawdziłem, dla pewności. Prosty i banalny wydaje się sam satanizm. Przy tej syntezie trzech innych religii, czyli zoroastryzmu, buddyzmu i chrześcijaństwa. Wyższa liga, zatem już Czort, za nie postawienie na proste rozwiązania liryczne, ma u mnie plus. Muzycznie natomiast Manicheistyczny Dualizm Wszechświata, ma bardzo post-balck metalowy riff, choć sama perkusja trzyma się stylistyki. Czasami słychać trochę więcej blastów. Potem dochodzi dość melancholino – refleksyjna solówka gitarowa, ze zwolnionym tempem perkusji. Wszystko ma bardzo przebojowy charakter, jak na black metal. Dobry materiał na singiel.

Schody Podświadomości, są trochę cięższe, ale mam wrażenie, że tu przeplatają się dwa style. Death i black. Poza tym oprócz tego w paru momentach ten utwór przypomina mi, bardzo kompozycję Lucyfer zespołu Behemoth, pod kątem muzycznym oczywiście. Narodziny Końca, od samego początku są dynamiczniejsze. Czuć tu mocno speed metalowy powiew. Perkusja natomiast jest bardzo jednakowo corowa, jeśli chodzi o momenty przejść. Lecz nie brakuje tu blackowego zacięcia. Ewidentnie speed black metal, potem bardziej black.

Manifest Niepodległej Woli, pędzący gdzieś riff, rozpoczyna tą kompozycję. Dość intrygująco, nie przeczę. Znacznie więcej blastów jeśli chodzi o perkusję. Moment przerwy, w postaci marszówki, też zasługuje na uwagę. Nie jest gorzej niż było wcześniej. Choć solówka gitarowa nie jest imponująca. Genialny singiel!

Grając w Szachy w Diabłem, to interesujący popisy gry na gitarze jako początek. Sama perkusja brzmi tu akurat mocno progresywnie. Tu mamy jak dla mnie, powrót do koncepcji manicheizmu, a dokładnie momentu stworzenia. Wokalista nie śpiewa, a deklamuje tu bardziej, niż wcześniej. Przynajmniej jak dla mnie bardziej się stara.

Tchnienia Egzystencji, wydaje mi się monotonny. Nie przeczę, jest dalej tu zawarty mrok, ale jakość tak, jakby minimalna dawka. Sam tekst po raz kolejny, dotyka kwestii manicheistycznych. Pomału zacząłem się nudzić, a to chyba źle. Prawda?

Dysonans Duszy, to po części powrót, tego czego mi było brak. Namiastki pierwotnego blacku. Jeśli chodzi o riffy, to tutaj zespół, wykonał kawał dobrej pracy. Poważnie, do tego też przejścia są tu dopracowane perfekcyjnie. Obawiałem się złego kierunku, lecz ta kompozycja mnie uspokoiła. Tym bardziej, że nastąpił intensywny koniec.

Zamknięcie płyty. W Sercu Chaosu, spełnia swoją rolę. Tu jest black. Z najmniejszą ilością kombinowania. Jedynie pod sam koniec znowu pojawia się nutka progesji, jeśli chodzi o gitary i perkusje.

Podsumowując to wszystko, jeśli chodzi o krążek Apostoł. Po pierwsze, jak dla mnie teksty, mają swoje muzyczne odzwierciedlenie. Wszystkie. Ta płyta jest jak sam system religijny, do którego grupa, moim skromnym zdaniem świadomie nawiązała. Od początku do samego końca. Czerpie z blacku, deathu oraz dodaje szczyptę progresji. Album nie jest dla każdego oraz nie na każdą okazję. Aby zrozumieć jego spójność, trzeba go przesłać przynajmniej ze trzy razy, albo i więcej. Ja znalazłem na nim, kilku faworytów. Manicheistyczny Dualizm Wszechświata, Narodziny Końca, Grając w Szachy w Diabłem, Dysonans Duszy oraz W Sercu Chaosu. Na pewno będę śledził ich poczynania. Czekając na informację o ich koncercie w mojej okolicy. Krótko mówiąc: Chapeau bas Czort za ten krążek! Jak dla mnie na razie najlepszy album polskiego śląskiego podziemia black metalowego!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Guerra Total – War Is The Pursuit Of Death – A Hymnal For The Misanthrope (2020)

Ostatnio dotarłem do mało znanej grupy Guerra Total. Pochodzącej ze stolicy Kolumbii, Bogoty. Ostatnio nakładem rosyjskiej wytwórni Satanath Records, w nakładzie 500 sztuk, 17 kwietnia 2020 roku wydali swój najnowszy album, zatytułowany War Is The Pursuit Of Death – A Hymnal For The Misanthrope. Co już po samym tytule może sugerować, jaka tematyka będzie poruszona w dziewięciu utworach z tej płyty. Pomimo iż jest to dziewiąty, w ich dorobku album, ja będę ich słuchał po raz pierwszy. Czy owy pierwszy raz okaże się ostatnim? Z racji wielu niewiadomych, tym prędzej zakładam słuchawki, aby się przekonać.

Spokoju to tu nie znajdę, oj nie. Poza mikroskopijnym, ale jednak gitarowym intro, w Ancient Hymns To The Goddess of War (Inanna). Potem partie perkusyjne, przypominają jak, powinien brzmieć death metal. Natomiast wokal brzmi bardzo blackowo, słychać, że, wokalista lubi norweski black metal, ale to tylko moje wrażenie. Zmiany tempa, znowu podkreśla bas, a solówka gitarowa pojawia się znikąd, doceniam aspekt techniczny, lecz przez dominującą perkusję, ja przynajmniej ledwo ją słyszę. Na Battle Of Ypres (Song For My Funeral), riffy są bardziej thrashowe, przez co sam utwór, jest odrobinę dynamiczniejszy. Lecz znowu partie perkusyjne, są ponad partiami gitarowymi, w pełni nie współgrają ze sobą, choć tutaj solówkę słychać od początku do końca. Co ciekawe, mi ona przypomina bardziej heavy metalową stylistykę. Końcowa druga solówka, jest bardziej thrashowa, a nie blackowa.

Black Horror Kommando II (Sinfonía Del Odio) to jest black metal! Jakbym słyszał norweski black, nie mówię tu o inspiracji, lecz bardziej o odtworzeniu, albo granicy, bardzo cienkiej. Odpowiednie przejścia, a perkusista słychać, że lubi Frosta i Hellhammera. Do tego wokalista też lepiej śpiewa po hiszpańsku, niż po angielsku. Do tego jeszcze wokal wspierający. Jak na razie najlepszy utwór na płycie.

Ethnocide (World Cenotaph) to dobry rytm nadany od samego początku. Choć z riffami mogłoby być lepiej. Lekką monotonią zaczyna ,,pachnieć”. Przykuwający uwagę okazuje się scream wokalu wspierającego. Perkusista też słychać, iż, jest w dobrej formie. Natomiast główny wokal, trochę stracił na jakości. Szczerze, wpada i wypada. Niczego nowego nie odkrywa. Natomiast Himnos Rituales De Guerra Y Total Devastación, to znowu powrót szybkości a co za tym idzie dynamiki. Wokal się poprawia. Słychać, że, Venom lub „nowszy” Midnight, chłopakom z Bogoty, obcy nie jest. Zaserwowali mi właśnie dobrą porcję black speed metalu. Na Holomodor (La Muerte Roja) wraca to co, ,, poznałem” z pierwszych dwóch utworów, no pomijając hiszpański język w wykonaniu wokalisty. Szału brak. Słuszny okazuje się krzyk wokalisty, bo dla mnie jest to krzyk rozczarowania. Tak samo Tapias De Pilatos, jedyne co mnie powstrzymało od wyłączenia go, to fakt, iż perkusja jest moją słabością. Tylko tyle.

Przedostatni Uranium – 235 (Trinity), również nie odkrywczy, jedynie jest w pewnych momentach dynamiczniejszy. Ostatni Whisky Bitch, jak na moje ucho jest grany szybciej. Znowu wraca opcja black speed metalu. Co jest paradoksalne, jest to drugi utwór, jaki można określić mianem przebojowego. Wokal po angielsku nawet nie przeszkadza. Zamknięcie płyty zostało zrobione z przytupem. To fakt.

Mimo to szczerze oczekiwałem czegoś więcej, po zespole reprezentującym kolumbijskie podziemie. Oprócz inspiracji, których moim zdaniem, zespół nie potrafił przerobić na miano nowych klasyków. Moje uszy otrzymały bardzo mocno niespójny album, z którego od biedy można wyłowić dwa utwory Black Horror Kommando II (Sinfonía Del Odio) oraz Himnos Rituales De Guerra Y Total Devastación. Ja rozumiem, że nie zawsze wszystko wychodzi. Jednak w przypadku Guerra Total, nie umiem być strasznie wyrozumiały. Bo War Is The Pursuit Of Death – A Hymnal For The Misanthrope, jest ich dziewiątym albumem. Inna sprawa, jakby to był drugi, może trzeci. Druga rzecz, może też wpływa na to częstotliwość wydawania? Jeśli tak, to niech będzie. Mimo to znam lepsze zespoły od tego, choć do Kolumbii wrócę, ale tylko po to, aby poszukać innego, lepszego reprezentanta. Gdyż pobieżnie przesłuchany ich album sprzed dwóch lat, czyli El Cosmicismo y el desamparo existencial de la humanidad en el universo Parte II & III, okazał się dla mnie bardziej spójny i nienagrywany na siłę. Także, tyle w temacie zespołu Guerra Total i ich najnowszego albumu. Mogło być o wiele lepiej. Sam nie skuszę się na jedną z 500 sztuk tego albumu.

4/10

Kategorie
Bez kategorii

Satyricon – The Shadowthrone (1994)

Po raz kolejny powracam do zespołu, który znowu przypomina mi, czasy szkolne i nie mówię tu tylko o gimnazjum, dla jasności. Tak jest! Znowu norweski Satyricon, z jego drugim studyjnym albumem, zatytułowanym The Shadowthrone, wydanym przez wytwórnię Moonfog Productions, dokładnie 12 września 1994 roku, która to została założona przez członków tej grupy, Tormoda Opedalaoraz Sigurda Wongravena, znanego wtedy i dziś, jako Satyr. Prawdziwe norweskie muzyczne podziemie wydawnicze, które diabelnie szanuję, mające na swoim koncie nie tylko wydawnictwa swojego zespołu. Czemu o tym wspominam? Z prostych powodów. Po pierwsze postanowiłem sobie znowu odświeżyć wcześniejsze dokonania muzyczne, tej jednej, z wielu norweskich legend black metalu, a po drugie do owego powrotu namówiła mnie, ultra fanka Satyricona oraz moja bardzo dobra przyjaciółka. Czy po 26 latach, a w moim przypadku licząc pierwszy kontakt to lat piętnaście, dalej ma w sobie to ,,coś”? Czy dalej mogę ten krążek, uważać za jeden z klasyków norweskiego black metalu? No cóż, tylko wielokrotne odsłuchy mogą mi to ukazać.

Kompozycję Hvite Krists Dod, rozpoczyna dość agresywna, krótka, lecz treściwa deklamacja, bo myślę, że, można ją tak nazwać. To już nadaje odpowiedni ton oraz nastrój. Wokal Satyra mówi jedno, gitary Satyra i Samotha drugie, a perkusja Frosta trzecie, lecz tym samym głosem! To akurat ważne. Do tego ta oszczędność riffów, dająca niedosyt. Potem jednak mamy do czynienia z prawdziwą deklamacją, a keyboard emitujący trąby i inne instrumenty dodatkowo, utrzymuje napięcie. Przemyślanie skomponowane blasty oraz przejściach perkusyjnych autorstwa Frosta, to ukoronowanie tego utworu. Znowu chce mi się śpiewać: ,,Vi brenner guds barn på bålet/ Vi brenner guds hus/ Tidens mørke skal dekke for solen/ Perleporten skal knuses! ’’. Znowu też na 666 procent Hvite Krists Dod wraca na moją playlistę. Tak jak kiedyś, tak i dziś, mam ciarki za każdym razem jak słyszę to arcydzieło. Mistrzostwo i tyle!

In the Mist by the Hills, dobrze kontynuuje, lub jak kto woli, podtrzymuje, wcześniej wyrobione napięcie. Jest trochę bardziej dynamiczne, lecz uważam, że to dobrze, oprócz tego Frost, dalej uprawia swoją perkusyjną magię, bo nie mogę wyjść z transu, w który mnie jego perkusja właśnie wprowadziła od 50 sekundy tego utworu. Gitary, dalej odpowiednio oszczędne. Lecz potem Frost poszedł trochę bardziej w deathową intensywność, a jeśli nie to mocno nią inspirowaną. Choć przejścia przy zmianie tempa, też robią swoje. Tak czy inaczej, ta kompozycja jest, jak i była, doskonałym uzupełnieniem do Hvite Krists Dod, dlatego po nim właśnie na playliście, na długi czas będzie umieszczony.

Woods to Eternity, po prawie dwu i pół minutowej dawce nieokiełznanej, moim zdaniem, fuzji deathu z black metalem, przychodzi do tłumiącej to wszystko solowej, ale też bardziej wirtuozerskiej partii gitary akustycznej, a przynajmniej ja ją tam słyszę. Ten element pozwala na powrót tej tajemniczości, co jeszcze bardziej ułatwiają partie keybordu, emitujące namiastkę symfonicznych instrumentów, co daje ten upragniony mrok. No i na koniec powrót transowej perkusji Frosta, aż headbanging się mi uruchomił na moment.

W Vikingland, oprócz Satyra, głosu użyczają jeszcze inni członkowie zespołu, próbując technik operowych, lub też antycznych sposobów bardów śpiewających sagi, bo jakby nie było tytuł, odnosi się do krainy wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, nie jest źle. Lecz z racji, iż, jednak wybredny jestem trochę, to pomieszanie trochę elementów, które już znam, daje efekt w postaci, umieszczenia tego utworu w kategorii, ,,dobre tylko przy słuchaniu całej płyty, a nie osobno” . Także tyle w temacie jeśli chodzi o mnie.

Dominions of Satyricon zaczyna się dobrze, wreszcie pojawia się, przynajmniej na moje ucho, nowa partia riffów gitarowych. Popisy Frosta przypominają mi, czemu to jego próbowałem, naśladować kiedy to sam grałem na perkusji. Mistrzowskie zmiany temp, wraz z wreszcie większym natężeniem gitar. Wokal Satyra oczywiście również bardzo dobry. Jak na prawie dziesięciu -minowy utwór, pomimo upływu czasu, potrafi skutecznie przykuwać moją uwagę, za każdym razem, co też łatwe nie jest. Co w sumie sprawia, że zostaje moją nową ulubioną kompozycją z tej płyty, którą dopiero po czasie doceniłem.

https://www.youtube.com/watch?v=fD7OYc-bGus

Przedostatni The King of the Shadowthrone, jak na króla przystało ma, mocne wejście, podczas którego towarzyszy mu istna lawina gitarowych riffów. Mających ponownie wreszcie wirtuozerski potencjał. Po królewsku wykonany wokal przez Satyra też daje odpowiedni efekt końcowy. Sprawiający, że, to drugi utwór, który po czasie zostaje umieszczony na mojej playliście. Zamykający płytę I En Svart Kiste, jest końcowym instrumentalnym pokazem zdolności wszystkich członków grupy. Jednak utrzymuje mrok oraz tajemniczość, a mnie to wystarcza. Zwłaszcza za partie keyboardu odpowiada tu osobiście Satyr.

Co do moich wcześniejszych pytań. Tak po 26 latach, a piętnastu, no nie licząc powrotów do pojedynczych utworów, ta płyta dalej ma w sobie to, co mnie wcześniej w niej urzekło. Sprawiając, że, słuchałem jej naprawdę dość spory czas. Ten mrok, te teksty. Nie wiem, czy to dość odpowiednie stwierdzenie, ale jak na black metal, momentami bardziej wpadające w ucho riffy. Bo rok 1994 był bogaty w black metalowe wydawnictwa, oj i to bardzo. Może do któregoś z nich kiedyś wrócę, aby wyrazić swoją opinię? Kto wie, może tak będzie. Na chwilę obecną, pomimo lekkich niedociągnięć. Jak dla przykładu momenty monotonii oraz zniechęcenia, mam tu na myśli Vikingland. To jako całość, The Shadowthrone , pomimo wiecznego mrozu, dalej majestatycznie stoi, jak kiedyś. Z lekkimi tylko rysami. Okładka też jest urzekająca. Także jeśli jakimś cudem nie znasz tego arcydzieła, to nie zastanawiaj się i zakładaj słuchawki! Warto, pomimo wspomnianej ,,rysy” , udać się przed norweski tron cieni, mozolnie zbudowany przez Satyricona. Chętnie też poznam twoje zdanie przyjaciółko, odnośnie tej płyty, jak i innych fanów Satyricona. Ja swoje wyraziłem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Reaper – Unholy Nordic Noise (2020)

Szwecja jest jednak bardzo bogata, jeśli chodzi o zespoły. Z racji większego zainteresowania grupami pokroju Midnight, akurat skandynawski Reaper przykuł moją uwagę. Tym bardziej iż 31 stycznia 2020, wydał swój debiutancki album, zatytułowany Unholy Nordic Noise. Czy okazał się równie dobry jak najnowszy materiał Midnight? Trzeba przesłuchać, aby się przekonać, więc to zamierzam zrobić.

Intro samo w sobie jest bardzo intrygujące. Tym bardziej iż rozpoczyna się bardzo tajemniczą deklamacją. Już pierwsze Hero of the Graveyard Flies jest plugawe do samego szpiku kości. Do tego wokal przypomina mi tu zarówno Shagratha z Dimmu Borgir lub Abbatha z Immortal. Natomiast w Severing Tentacles of Faith gitary brzmią bardzo podobnie, jak w polskim zespole blackowym Morowe, oprócz tego przynajmniej ja, słyszę tu więcej speed metalu, a solówka jest naprawdę godna uwagi. Na Arctic Wrath – Blood and Bone panuje istna blackowo-thrashowa rzeźnia. Poważnie. Order of the Beelzebub natomiast rozpoczyna się piekielnie chwytliwym riffem, a potem leci już z przysłowiowej górki. Choć tu zastosowanie chórków, jest bardzo interesujące. Horn of Hades, The Birth of War, Surrender to the Void , This Crystal Hell, Ravenous Storm of Piss oraz De krälande maskarnas kör to na początku wolny wstęp , lecz potem jest już tylko szybciej i mocniej. Na sam koniec otrzymujemy równie intrygujące Outro.

Dodając jeszcze parę słów na koniec. Jest to solidny debiut dla fanów polskiego Voidhungera czy norweskiej Aura Noir, choć jak wspomniałem, usłyszeć w nim da się też tam nawet Morowe Nihila. Jak na niecałe półgodziny materiału, jest dobrze. Może nie genialnie, ale potencjał moim zdaniem jest. Jestem ciekaw drugiej płyty szwedzkiego Reaper-a, bo debiut nie wypadł aż, tak fatalnie jak zakładałem na początku.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

WERVOLF – BLUT UND SCHMERZ (2007)

WERVOLF, nazwa, która sama w sobie jest marką i gwarancją jakości. Kto nie zna niech, padnie na kolana i błaga o wybaczenie. Istny tytan podziemia, jednoosobowa horda najczystszego zniszczenia prosto z USA, której wasze ulubione zespoły black metalowe mogą buty czyścić. Co oznacza WERVOLF? BLACK METAL, ale nie bezduszną, nudną aż do pochlastania się, monotonię, Darkthrone czy Burzum, lecz BLACK METAL! Uwarzona w szatańskim kotle mikstura Black/Speed/Thrashu i NWOBHM, doprawiona wpływami takich zasłużonych formacji jak Celtic Frost, Venom, Bathory, Carnivore, Satanic Warmaster czy Carnifex. Nie jest to jednak bezmyślny worship czy zżynanie już znanych chwytów i zagrywek, a proces transformacji, inspiracji, moment spojrzenia na ewolucję black metalu jako gatunku, i stwierdzenia: „Zrobię to lepiej”.

Gitary w Wervolf niszczą, miażdżą, i nie biorą jeńców. Frost jest w mojej opinii jednym z najlepszych w swoim fachu, ma on niesamowite zdolności zarówno kompozycyjne, jak i wykonawcze. Gitary przekazują nam furię, smutek, przerażenie, gniew i bezsilność, jednak nad wszystkim tym panuje i dominuje duma. Wynikająca ze zdawania sobie sprawy z własnej wartości i zdolności. Wokale idealnie pasują do stylu muzyki, szarpane, ostre szczęknięcia przywodzące na myśli wygłodniałego ogara wojennego, na przemian z wyjącymi płaczami udręczonych banshee, umiejętnie podkreślają teksty i muzykę, bez jaki znaczenia nastrój próbuje wywołać poszczególny kawałek na tym wyjątkowym krążku. Bębny istnieją, by stopniowo wgnieść resztki twojej czaszki w ziemię, i ułatwić przejazd niesamowitym partiom gitarowym i solówkom, i wywiązują się z tego zadania ponad normę. I gdy już przyswoisz wszystkie te informacje, raz jeszcze przypomnij sobie, że wszystkiego tego dokonała jedna osoba, od tekstów, przez wszystkie instrumenty i wokale, aż po artwork i dystrybucję. A ty czego dzisiaj dokonałeś dla szatana, pozerze?

Jedyny powód, dla którego Wervolf, nie jest znany, chociażby w promilu stopnia, na jaki zasługuje, to fakt pozostania wiernym założeniom piwnicznego black metalu w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jest to pierwszy i jedyny longplej zespołu, wydany jedynie w nakładzie 50 kopii. Poprzednie dokonania zespołu pozostają tak samo lub nawet bardziej obskurne, wydawane na kasetach w nakładach między 5 a 20 sztuk. Dlatego też dziś jest wasz szczęśliwy dzień, jako iż Frost jest z bardzo dobrym znajomym mojego znajomego. Dzięki niemu posiadam dużo dzieł Wervolf i innych jego projektów, którymi chętnie się podzielę (Ba, przez chwilę mój znajomy miał garażową wytwórnię, która wypuszczała tylko jego muzykę, taki ziomek jest produktywny!). E-mail kontaktowy do tego mojego znajomego znajdziecie na końcu recenzji.

Przechodząc do samej zawartości albumu, mamy tu do czynienia ze swoistym skatalogowaniem. Album składa się w całości z nowego materiału, którego nie znajdziemy na poprzednich wydawnictwach (oprócz singla „Cutting”, ale to przypadek szczególny, posłuchajcie, a się na pewno przekonacie). Mimo to udało się przedstawić na krążku wybitnie i równomiernie różne kierunki i nurty, których krwi Wervolf posmakował przez lata egzystencji w czarnych kazamatach undergroundu. Mieszanka szybkiego black-thrashu z melodiami i solówkami inspirowanymi najlepszymi tradycjami metalu jako całości gatunku. Może czytaliście już tego typu wychwalanie już tysiące razy, i teraz przewracacie oczami, myśląc, że macie przed sobą kolejny pustą wydmuszkę, ale przykro mi, niestety nie. WERVOLF tworzy swoje własne, unikalne brzmienie, którego nie da się opisać inaczej niż WERVOLF.

Otwierające „Aryan Black Metal”, pędzi i galopuje bezlistosnym riffem w stronę lekkich wpływów punkowych, ale gdy już myślicie, że wiecie o co, chodzi, robi totalny zwrot o 180 stopni i wrzuca nas w środek black metalowej otchłani. „Fog of Despair” wyciąga nam dywan spod nóg, wyrzucając przez okno standardową formułę WERVOLF, i zaciąga słuchającego w lochu surowego, brutalnego, zimnego black metalu. „Cutting”, służący oniegdyś jako singiel promujący tę genialną płytę, to pełny emocji, dziewięcio-minutowy utwór składający się tylko z wokalu i gitary, której blade, ulotne brzmienie nadaje atmosfery idealnie podkreślącej inne walory tego utworu. Reszty kawałków nie będę wam zdradzał, bo uważam, że przesłuchanie tego albumu od A do Z to coś, czego osoba nazywająca się fanatykiem black metalu, albo po prostu fanem metalu, musi dokonać chociaż raz w życiu. Płyta nigdy nie określa się do końca, i to jest jedną z jej największych zalet. Lubisz czerń? Tu masz jej całą paletę. Ponadczasowy klasyk, słuchajcie i podziwiajcie!

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Aby otrzymać album w całości, pisz! ———-> hindyzwezda@gmail.com

Kategorie
Bez kategorii

Midnight- Satanic Royalty (2011)

Kolejny zespół, o którym dowiedziałem się na czeskim festiwalu Brutal Assault. Amerykański Midnight, który przez większą część życia funkcjonował jako ,,one man band” pod wodzą niejakiego Athenara, do którego przed wydaniem drugiej płyty dołączył kolega o wdzięcznej ksywie SS. Projekt powstał w 2003 roku i w zamyśle miał grać miks black metalu ze speed metalem. Dziś jednak zamierzam odnieść się do debiutanckiego krążku Midnight zatytułowanego wdzięcznie Satanic Royalty , wydanego 8 listopada 2011 roku. Czy album okaże się równie dobry, co parę utworów zagranych z niego na wspomnianym wcześniej festiwalu? Czy jest dalej godny nazwania go pionierskim w nowym nurcie metalu? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Tytułowe Satanic Royalty idealnie otwiera album. Już bowiem od początkowych wolniejszych riffów, pierwszy wrzask Athenara , następuje zmiana tempa na dynamiczniejsze. Pojawia się też bardzo dobra, choć krótka, solówka gitarowa. Wyraziste przejścia oraz partie perkusyjne, które średnio podchodzą pod blackowe, a raczej bardziej punkowe dopełniają wszystko Do tego genialnie dobrany wokal. Owo tempo pozostaje utrzymane przy You Can’t Stop Steel, tej motoryki jest o wiele więcej, do tego dograny drugi wokal też daje genialny efekt. Tutaj natomiast znajduje się jedna z najlepszych solówek gitarowych na tym krążku. Na Rip This Hell tak naprawdę tylko riffy trochę się równią. Dalej jest energia, przez co dalej z automatu headbangingu mi się chce. Natomiast Necromania jest już cięższa i trochę wolniejsza, może przez dużą ilość blastów oraz przejść, ale dalej pomimo pozorów, daje mi tylko chwilę oddechu, bo w połowie wraca odpowiednia prędkość.

Black Damnation rozpoczyna mylnie solówka gitarowa, która mogłaby zapowiadać balladę. Jednak to nie ballada, bardziej spokojny utwór, choć sam zamysł szanuję, to może przez sam wokal, skłonny do rozważań nie jestem. Druga solówka gitarowa jest równie dobra, choć nie tak jak otwierająca. W Lust Filth and Sleaze dla odmiany znowu usłyszałem najszybszą solówkę gitarową na tej płycie. Powróciła piekielnie dobra prędkość. Podobnie jest zresztą na Violence On Violence oraz Savage Dominance. Na Holocaustic Deafening bardzo podoba mi się podkreślenie partii basu od samego początku. Zamykający płytę Shock Til Blood rozpoczyna się znowu solówką gitarową innego typu, bardziej heavy metalową. Potem znowu diabelska prędkość i tak jak początek, tak również koniec jest spektakularny.

Tak się akurat złożyło, iż to na Midnight wypadło, aby opisać, ich debiutancki album jako jeden z wielu które miały wpływ na muzykę metalową. W czasie kiedy po dość długim czasie, licznych (trzech) EP-kach, (czterech) splitach, Athenar wypuścił pierwszy pełno metrażowy album, stał się pionierem. Stworzył bowiem nurt nazwany potem słusznie blackn’rollem. Połączeniem brytyjskigo Venom, znanego z kultowego Black Metal z 1982 roku, oraz legendarnego amerykańskiego Motorhead. Po ośmiu latach nie stracił na swej świeżości w żadnym stopniu. Dostarczone różnego rodzaju typy samych solówek gitarowych skutecznie przyprawiają o ból głowy jak po wypiciu wielu litrów mocnych trunków. Za każdym razem zarzekasz się, że, nie będziesz pił, a jednak to robisz, bo to lubisz. Tak samo ja mam z tym albumem. Do tego w tym przypadku tutaj mam swoich ulubieńców, tytułowy Satanic Royalty, Black Damnation, Lust Filth and Sleaze, Holocaustic Deafening oraz zamykający ten genialny krążek Shock Til Blood. Kto wie, może kiedyś odniosę się do najnowszego ich albumu, który planują wydać 24 stycznia przyszłego roku? Sam tego nie wiem. Dzieło wieńczy też okładka. Plyta okazała się naprawdę przełomowa i sprawiła, iż narodził się nowy muzyczny nurt. Jest on obecny nawet w naszym kraju. Mam tu nam myśli, chociażby zespół Brüdny Skürwiel. Jeśli nie znacie amerykańskiego Midnight, nadróbcie koniecznie zaległości, bo naprawdę warto! Athenar jest dla mnie mistrzem blackn’rollu, a już na pewno wykorzystania gitary elektrycznej. Ocena może być zatem tylko jedna.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Satyricon – Now, Diabolical (2006)

Po bardzo udanym koncercie jednego z norweskich klasyków black metalu na tegorocznej edycji Masters of Rock, postanowiłem odświeżyć sobie album, dzięki któremu mogłem tę grupę poznać. Mówię oczywiście o norweskim zespole Satyricon oraz płycie Now, Diabolicol , która ma już aż 13 lat, gdyż została wydana 13 kwietnia 2006 roku. Jak słuchało mi się jej pierwszy raz? Czy czas zadziałał na korzyść płyty a może wręcz na odwrót? Czy są inne zespoły, które może inspirują się tą płytą? Na te pytania chętnie Wam odpowiem, jeśli oczywiście jesteście ich ciekaw.

U mnie kwestia rozpoczęcia muzycznej przygody z tą grupą, to trochę zabawna sprawa, gdyż dzięki mojemu dobremu koledze Szymkowi, z którym chodziłem do jednej klasy w szkole podstawowej, a potem gimnazjum, miałem z nimi pierwszą styczność. Puścił mi po prostu kiedyś właśnie ten album, kiedy dyskutowaliśmy o konkretnym problemie, który nie dotyczył tylko nas, ale i naszej całej klasy. To tak tytułem wstępu.

Rozpoczynając już więc tytułowy Now, Diabolicol, kiedyś był dla mnie połączeniem dobrego riffu oraz dynamicznej perkusji, oczywiście wraz z doskonałym wokalem Satyra. Dziś, kiedy już po paru latach jeszcze bardziej zrozumiałem przekaz tej kompozycji, podoba mi się ona jeszcze bardziej i jest bardzo dobrym otwarciem płyty. Do tego ta blackowa gitarowa solówka i umiejętne dobrane blasty.

Drugim utworem i chyba po upływie trzynastu lat, jedna z muzycznych wizytówek tego zespołu, królującym na ich koncertach, jest K.I.N.G . Dla mnie kiedyś, szóstoklasisty, był to bardzo przebojowy kawałek. Co ciekawe kiedyś, na dyskotece szkolnej jak go puściliśmy z Szymkiem, oczywiście bez zgody osoby odpowiedzialnej za oprawę muzyczną, wszyscy się przy nim świetnie bawili, choć i tak dostaliśmy uwagi od wychowawczyni, ale było warto. Teraz, śmiało mogę stwierdzić, że i tak po 15 odtworzeniu z rzędu, dynamika perkusji nadaje tu klimat, takiego trochę black’rollu, lecz riff otwierający jest genialny, do tego ta surowa perkusja.

Z Pentagram Burns na samym początku miałem problem, ale tylko jako puszonym oddzielnie, bo wtedy wydawał mi się trochę nijaki. Nie wiedzieć czemu. Bo jako trzecia kompozycja dodawał odrobinę więcej mroku. Był też jednym z trzech utworów Satyricona, na którym wraz z Szymonem ćwiczyliśmy swoje perkusyjne umiejętności. Choć wielokrotnie frazy : ,,Rise my friend – march to war
/Time is up – shadows dance/ Fight my friend – tyrants pull /Time is up – burn the world ’’ w różnych okolicznościach śpiewaliśmy z Nim wielokrotnie. Dziś mogę oddać od siebie fakt, iż, wydaje mi się dobrą kontynuacją K.I.N.G, choć w pewnym momencie przejścia i zmiana temp, przykuwają uwagę mych uszy, do tego te subtelne blasty.

Na New Enemy aż takiej uwagi kiedyś nie poświęcałem, bo w głowie z całej płyty miałem maksymalnie trzy utwory. Natomiast po przesłuchaniu go z przerwami, intensywność perkusji, a potem tak zwane uspokojenie, w postaci niby siarczystych, lecz lżejszych riffów, dało balans, do tego jeszcze deklamacja Johna Woza jako gościa. Jeszcze to kilka sekund ciszy.

The Rite of Our Cross rozpoczyna mroczna a do tego lekko jazzowa perkusja, potem cisza oraz istna nawałnica riffów, nie brakuje też dobrych blasów ,a gitarowy breakdown z towarzyszącymi blastami. Jak kiedyś aż tak mi nie utkwił w pamięci, tak teraz już tak, przez co stał się jednym z moich nowych ulubionych utworów na tym albumie. Do tego sekcja dęta dała o sobie znać. Natomiast jak kiedyś tak i dziś That Darkness Shall Be Eternal jest tylko dobrym kawałkiem,bo dla mnie niczym szczególnym się nie wyróżnia, no dobra, może tą marszówką.

Delirium to znowu inna sprawa. Jak dla mnie tytuł idealnie odzwierciedlił, to co jest, na nim zawarte. Osobiście uważam, iż, na nim zmiany tempa z intensywnego na spokojne osiągnęły poziom perfekcyjny. Dynamiki też nie można mu oczywiście odmówić, bo breakdowny ma znakomite.

Przedostatni To the Mountains jako najdłuższy utwór miał i nadal ma sporo do zaoferowania, co ciekawe jako samodzielny, też daje radę. Dla mnie z sentymentu najistotniejsze są partie perkusji, które są dla mnie istną ucztą. Choć trochę lekko jazzowe połączenia riffów z perkusją właśnie, też są interesujące. W pewnym momencie wraz z sekcją dętą brzmieniowo przypomina zbliżającą się burzę, a raczej jej epicentrum. Tym właśnie epicentrum burzy był i nadal pozostaje Storm (Of The Destroyer). Najbardziej intensywny utwór na płycie, co w przypadku utworu zamykającego jak dla mnie było dość śmiałym posunięciem.

Podsumowując to wszystko. Z dawnych ulubieńców pozostał mi tylko Now, Diabolicol oraz K.I.N.G. Po powrocie do tego albumu, po latach doszły jeszcze dwa, kiedyś niedoceniane, albowiem The Rite of Our Cross oraz Delirium. Tak samo, jak kiedyś, tak i dziś. Ta płyta jest bardzo spójna, choć nie idealnie. Jest może na niej utwór, który nie musiał, That Darkness Shall Be Eternal, ale nie zawsze można mieć wszystko. Natomiast dodatkowym wręcz plusem jest fakt, iż tym albumem, w swojej twórczości, inspirował się Nihil, który dla wielu jest ojcem polskiego post-black metalu, a to jednak świadczy o kultowym statusie tej płyty. Czas zadziałał w moich odczuciach zdecydowanie również, na plus, bo odkryłem, na tym krążku coś, czego nie znałem. Przez co znowu intensywniej słucham tego zespołu. Uważam, że byłoby wręcz genialnie, gdyby okazało się, iż Satyricon ogłasza z okazji 15-lecia wydania tej płyty trasę, na której zagraliby go w całości. Wtedy na pewno wraz z Mirkiem i Beatą, pojedziemy, jeśli nie do jakiegoś miasta w Polsce, to w Czechach na pewno. Jeśli jakimś cudem, nie znaliście tego albumu, polecam nadrobić zaległości, choć uważam, iż, jest to raczej nie możliwe. Sentymentalizm z nim związany, nowe muzyczne odkrycie oraz inne wymienione powyżej czynniki, wskazują na tylko jedną ocenę tego kultowego dzieła. Podzielcie się też swoimi opiniami, na jego temat, a jak będziecie chcieli to też wspomnieniami.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Völur – Ancestors (2017)

Völur to nazwa kanadyjskiego zespołu, a raczej tria, które powstało w 2013 roku. Od tego czasu mają już na koncie swój debiut. Jednak nie spoczęli na laurach i już 2 czerwca 2017 wydali swój drugi album zatytułowany Ancestors. Czy drugi album okazał się lepszy od debiutu? Jakie miałem wrażenia po przesłuchaniu jej nawet po dłuższej przerwie? Czy ktoś mi ją polecił? Wszystkie odpowiedzi po kolei.

Zacznijmy od tego, iż z zespołem zetknąłem się, gdyż kolega Grzegorz mi go polecił. Zabrałem się zatem za ich najnowsze dzieło. Pomimo znajomości debiutu nie miałem oczekiwań, po prostu będąc w lekkim dołku, odpaliłem ów krążek. Otrzymałem w zamian już od pierwszych minut eksplozję wrażeń. Kawałek otwierający Breaker of Silence to delikatny stuk wiatru dzwonków, głęboki pogłos wiolonczeli i pierzasty głos przypominający syreny, przeplatają się przez warstwy mgły. Stopniowo budował napięcie, aż naturalnie pękło niczym napięta struna. W czterominutowym fragmencie zwięzły i wyrazisty dźwięk basu grany przez Lucasa Gadke z Blood Ceremony- łączy się z nagą prostotą perkusji. Potem wzrasta intensywnie. Bębny również rosną do agresywnego tupotu, a strunowe instrumenty rzucają ostrzejsze partie. Wszystkiego dopełnia burza czystych wokali, męskiego oraz żeńskiego, drapiące dźwięki skrzypiec w tle, ostre warczenie, zepsute linie basu i zderzające się bębny. Dysonans idealnie wręcz łączy się z melodią.

Breaker of Skulls jest jeszcze cięższy. Bas ma wagę co najmniej czterech gitar, a jego fuzja łączy się z ostrością skrzypiec. Dziwnie dysonansowe linie basu, łączą się z ostrymi growlami, liniami skrzypiec i basowym ciężkim bębnieniem. Kompozycja sprawia, że słychać głośny szum otoczenia i nieostre efekty co jednak nie pomaga w odbiorze.

Breaker of Oaths to znowu inna bajka. Zaczyna się piękną klasyczną muzyką, którą słychać w poprzednim utworze, a następnie przesuwa się z gitarami, aż trafia w grubszy doom, z kojącym wokalem i bardzo chwytliwym riffem. Dźwięk zmienia się kilka razy, przez co po prostu ukazuje eksperymentalną stronę grupy.

Ostatni utwór Breaker of Famine jest najcięższy w sensie dźwiękowym. Otwiera się w stylu funeral doom metal, ale zawiera kilka różnych stylów. Zagłębia się również w black metal. Następnie kontynuuje ładnie progresywny rytm, później dołączył do nich na krótko eterycznie brzmiący chóralny wokal. Po dłuższym fragmencie solowym kompozycja delikatnie wsuwa słuchacza w ciszę, któremu towarzyszy jedynie delikatna melodia z gitary, do której wkrótce dołącza spokojny, pozytywny wokal. Po tym utworze zaczyna się odzyskiwać bardziej pozytywną, pełną nadziei i spokojną atmosferą i zatrzymuje się go na jego resztę. Z kolei utwór oraz całą płytę, zamyka delikatna melodia skrzypiec.

Tak czy inaczej, zespół swym albumem zabiera mnie jako słuchacza w podróż. Nie łatwą, w pewnych momentach wymagającą wytrwałości, oraz przez cały jej przebieg, muzycznej odwagi. Jest ona jednak barwna i tego warta, moim skromnym zdaniem. Jednak nie jest to album dla każdego i na każdą okazję. Jeśli jednak znajdziecie się w odpowiednim czasie i nie będziecie się bali przesłuchać tej płyty, na pewno będziecie bogatsi o nowe muzyczne doświadczenia. Ja uwzględniając odpowiedni nastrój oraz czas jestem zmuszony do jednego, w tym przypadku zasłużonego werdyktu. Tym bardziej że bardzo szanuję zespoły eksperymentujące, a przez to nie bojące się nowych, nieznanych rozwiązań. Dodatkowym plusem jest też fakt, iż, po dokładnym roku przerwy moje wrażenia i odczucia są identyczne. Trio z Kanady stworzyło po prostu arcydzieło.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Morowe — Piekło. Labirynty i Diabły. (2010)

Osoby Nihila przedstawiać chyba nie trzeba. Znany założyciel zespołów takich jak Furia czy Massemord, ma jeszcze kilka pobocznych muzycznych projektów/zespołów. Ja dziś pozwolę sobie, ponownie zapoznać się , z debiutanckim albumem zespołu czy też projektu ( choć w sumie koncertowali, to bardziej to pierwsze) Morowe, zatytułowanego Piekło. Labirynty i Diabły, wydanego w 2010 roku przez wytwórnię Witching Hour. Zobaczymy czy coś, co 9 lat było godne polecenia, nadal takim pozostanie.

Psychodeniczny Wstęp nadal takim został. Komenda, która pod kątem lirycznym wspomina o zagładzie gatunku ludzkiego przez nazistów, wspomina też o eksperymentach genetycznych, które nie były tylko ich domeną. Pokazuje nie koniecznie dobry obraz, tego, co nas czeka. Stękania, screamy oraz wokal Nihila o tym świadczy. Do tego te riffy. Charakterystyczna black metalowa perkusja. Zwrot tempa na bardziej dynamiczne też jest nadal dobry. Sarkastyczne wykorzystanie niemieckiego dopełnia niesiony przekaz.

Tytułowa kompozycja to znowu doskonale smolisty riff, że tak powiem. Doprawiony dynamiczną perkusją wraz z wokalem. Lirycznie Nihil, chce nam przekazać, iż nawet połączone siły znaków zodiaku, doskonała symbolika zabobonu, jakim są horoskopy, nie znalazły Boga, tylko Diabła. Piekło, labirynty i Diabły. Czyli tylko zło, ból, smutek oraz rozpacz. Końcowe gitarowe solo też nadal robi swoje. Po prostu: ,,Tylko piekło, labirynty i diabły”. Tu nadal niczego nie brakuje.

W Czas Trwanie Zatrzymać mamy do czynienia z nawiązaniem do Janusa, staroitalskiego Boga wszelkiego początku. Stąd poruszona kwestia czasu czy szeroko rozumianej wieczności. Muzycznie ku mojemu zdziwieniu zamiast spokoju, jest intensywność, która może pod wpływem czasu, przestała mi się już podobać. Szanuję samą koncepcję, lecz nie aż tak bardzo, jak kiedyś.

Jego Oblicza zresztą jak sama nazwa wskazuje, jest kompozycją o Bogu. Mroczne blasy, z zachowawczymi już, nieco innymi riffami są nadal dobre. Perkusja jest zresztą nieco inna. Tak samo nieschematyczne wejścia gitar. Całość jako struktura, ciekawie balansuje pomiędzy muzycznym chaosem a porządkiem. Jednak mimo to, u mnie zanikł efekt ,,wow”, jaki miałem. Może też, zdałem sobie sprawę, że ten numer jest nieco za długi, mimo wszystko.

Głęboko pod Ziemią za swój jazzowo/blusowo gitarowo/perkusyjny początek nadal przykuwa moją uwagę. Potem następuje gwałtowna zmiana, na intensywność, potem znowu zwrot w postaci intrygującego riffu, oraz partiami bardziej thrashowymi drugiej z nich. Charakterystyczny wokal Nihila również sprawia, iż nie było oraz nudno nie jest. Ta kompozycja zachowała w sobie to coś.

Wężowa Korona ma znowu bardziej polityczny charakter, może ze względu na fakt, iż, trzy mocarstwa kłucą się, o symboliczną koronę, którą jest w moim odczuciu, władza w Polsce. Nhilil z całych sił, skutecznie nadaje demoniczne przydomki naszej ojczyźnie. Mimo to na samym końcu nadal nie wiadomo, kto dostanie ową koronę. Przez samą trafność oraz aktualność tematyki, czapki z głów. Muzycznie też jest nadal bardzo dobrze, choć miałem i nadal mam nieodparte wrażenie, że Satyricon słychać w tym numerze. Tak czy inaczej, zachwyt pozostał. Zakończenie jest zakończeniem płyty, po prostu. Takim jak trzeba jednak.

Podsumowując: Nihil zaprezentował mocno transową, lecz też eksperymentalną, podróż. Gdyż Furia była znana z black metalu, tak samo Massemord. Morowe natomiast serwuje nam, fuzję blusa, blacku, thrashu, jazzu oraz muzyki psychodenicznej. Połączenie było nowością na polskim rynku, wątpię też, czy w innych krajach również stosowanym. Tak czy inaczej, pionierskie podejście, przez co próba zdefiniowania na nowo polskiego black metalu, zakończyła się sukcesem. Nihil stał się godnym następcą Varga Vikernesa, nie musząc podpalać żadnych kościołów, ani nie zabijając żadnego z muzyków. Czy te dziewięć lat od wydania tego krążka coś zmieniło? Owszem, pomimo iż W Czas Trwanie Zatrzymać oraz Jego Oblicza mój muzyczny zachwyt nieco opadł, to jako całość, nadal ten album jest godny polecenia przeze mnie, gdyż przez ten czas, kwestia gatunkowych priorytetów u mnie również uległa pewnej zmianie, co nie zmienia faktu, iż, Nihil był i nadal pozostanie u mnie polskim pionierem black metalu.

9/10

https://www.youtube.com/watch?v=BRX3bdkDj68