Kategorie
Bez kategorii

Crystal Viper – Tales of Fire and Ice (2019)

Polski Crystal Viper z Martą Gabriel, na wokalu i gitarze, wydał swój najnowszy album zatytułowany Tales of Fire and Ice nakładem niemieckiej wytwórni AFM Records 22 listopada 2019 roku. Mniejsza o celowy, bądź też nie, zabieg marketingowy zespołu. Umiejętnie wrzucono bardzo kiczowatą wersję okładki, którą potem zamieniono na właściwą. Brawo, skutecznie przykuło to uwagę publiczności przed premierą tego krążka. Sam byłem bardzo sceptycznie nastawiony jeśli chodzi o jego muzyczną zawartość. Mają tym bardziej w głowie ich album z 2017 roku, na którego temat, wypowiedziałem się już na łamach tego blogu. Ciekawych zapraszam do zapoznania się. Tak czy inaczej, czy album Tales of Fire and Ice pozytywnie mnie zaskoczył? Może wręcz przeciwnie? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi na owe pytania.

W intrze Prelude oprócz nastrojowej gitary słuchać też deszcz i szykującą się burzę. Pierwszy utwór Still Alive rozpoczyna dynamiczne riffy, potem pojawia się wokal w heavy metalowym stylu. Niby dalej siłowy, lecz bardziej naturalny. Nastroju dodają tu partie klawiszowe, brzmiące bardzo podobnie, jak nie identycznie, co organy kościelne. Mimo to kompozycja dynamiczna, ale jakoś mnie w pełni nie porwała. Choć pozytywnie zaskoczyła. Na Crystal Sphere uwagę przykuwa galopująca perkusja a wcześniej gitarowe riffy. No dobrze oprócz tego zastosowanie chórków też jest tu dobre, no i w połowie przejście na bardziej thrashowe riffy.

Na Bright Lights pogłębiają się trochę wirtuozerskie popisy gitarowe, poprzedzone odpowiednim perkusyjnym wstępem. Za to tutaj partia solowa naprawdę jest godna pochwały. Wokal dalej nie jest tworzony na siłę. Neverending fire już od samego początku jest bardziej stonowany od poprzednich kompozycji. Lecz później przychodzi lekka zmiana tempa, powodująca, iż, lepiej słyszalne są dynamiczniejsze riffy. Natomiast mam wrażenie, że, jest to utwór z tych refleksyjnych. Choć nie jestem do końca pewien czy to pierwsze solo gitarowe było niezbędne do utrzymania klimatu. Mimo tego lekkiego mankamentu utwór spełnił moje kryteria jeśli chodzi o dobrą balladę.

Interlude już samym wstępem sugeruje nawiązanie bardziej do ludu niż ognia. Partie klawiszy brzmiące identycznie co fortepian, mistrzowsko zbudowały u mnie napięcie i oczekiwanie na rozwój dalszych ,,wypadków”. Przerywnik doskonały, do tego wprowadzenie do kolejnego utworu. Under Ice jest równie dynamiczny co jednocześnie trochę refleksyjny. Tutaj znowu jednak partia solowa robi dobrą robotę. Więc określę go bardziej pośrodku, pomimo iż parę cech dobrej ballady posiada.

One Question przez sam początek wreszcie daje mi zastrzyk energii, której potrzebowałem. Oprócz tego pierwszy raz mam ochotę na headbanging. Motoryka jest tu po prostu na najwyższym poziomie. Do tego dochodzi tak naprawdę przebojowość, przynajmniej dla mnie. Tutaj po raz trzeci solo gitarowe robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass) dostarcza mi tego samego co poprzedni utwór. Wreszcie jestem na ładowany, bo jak pod muzycznym kątem nie było się do czego wcześniej doczepić, to do braku energii już tak. Tu po raz drugi mamy do czynienia z naprawdę bardzo dobrą solówką, napisaną pod drugą pod kątem przebojowości kompozycję na tym albumie.

Przedostatni Tears of Arizona jest kolejną mocno refleksyjną balladą na tym albumie. Nawet może odrobinę lepszą od pierwszej? Trudno powiedzieć. Tutaj znowu klawisze przypomniały mi, a przez to nadały tej balladzie klimat trochę bardziej gotycko-symfoniczny. Ostatnim i do tego bonusem jest kompozycja Dream Warriors, która zamyka płytę, nie pozbawiając jej unikatowego klimatu. Pomimo iż, w przeciwieństwie do Tears of Arizona jest bardziej dynamiczny. Oprócz tego dwie solówki w jednym utworze to jest coś. Poziom godny bonusu.

Podsumowując, Crystal Viper jednak potrafi zaskoczyć. Bo nie ukrywam, że, byłem naprawdę bardzo sceptycznie nastawiony do tej płyty. Jednak Marta wraz z zespołem widać wyciągnęli wnioski z własnych błędów. Zaczynając od samej spójności, wszystkie elementy układają się w tytułowe opowieści lodu i ognia. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, epickości dodają utworom wreszcie odpowiednio skomponowane partie klawiszowe. Słuchać też, iż Matra nie próżnowała i od siebie dodała więcej wirtuozerskich gitarowych popisów oraz poprawiła brzmiący sztucznie, często wokal na bardziej naturalny. A co zrobiła na tych trzech balladach to istny wokalny majstersztyk. Jedynym ,,ale” drobnym, ale jednak jest fakt, iż, jeśli Crystal Viper wydałby album na takim samym poziomie, lecz całkowicie po polsku, żaden z fanów by się nie pogniewał, chyba wręcz przeciwnie. Bo jednak jakby nie patrzeć polski język nie jest zły. Warto by zrobić konkurencję na naszym rodzimym heavy/power metalowym rynku, a nie iść tylko na eksport. Tak jakoś przy okazji mnie naszła taka refleksja. Żeby zakończyć pozytywnie, dodam,iż w końcu mam kilku ulubieńców z tego krążka, do których będę pewnie za jakiś czas wracał, czyli Neverending Fire, One Question, Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass), Tears of Arizona i Dream Warriors. Wszystkie owe czynniki w tym jeden drobny mankament, powodują, iż, w przypadku tej płyty Crystal Viper wypadł u mnie bardzo mocno na plus.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Crystal Viper – Queen Of The Witches (2017)

Myślę sobie, coś znowu ze swojego kraju znaleźć dobrego trzeba, a nie tylko cudze chwalić. Z tego powodu odświeżyłem sobie, nie aż tak zakurzony album katowickiej grupy Crystal Viper, zatytułowany Queen Of The Witches, wydany 17 lutego 2017 roku przez AFM Records. Dlaczego oni? Czy może z faktu, iż, Marta Gabriel, przez niektórych określana ,,Polską Królową Heavy Metalu” jest ich wokalistką? Może też, dlatego iż od czasu mocnego rozczarowania Battle Beast jestem nienasycony żeńskim wokalem heavy metalowym? Wszystko po kolei.

Od samego początku nie jest źle. Mówię tu o The Witch Is Back, ten krzyk Marty na początku to mistrzostwo świata. Choć riffy nie są złe i motoryka gitar też, solówka gitarowa też jest niczego sobie. Otwarcie płyty może nie genialne, ale też nie złe, singiel spełnił swoją funkcję doskonale.

I Fear No Evil oprócz riffu wpadającego w ucho oraz ciekawych zmian temp. Dostarcza też w miarę dobrej partii solowej. When the Sun Goes Down jest natomiast znacznie wolniejszy i nie udaje czegoś, czym nie jest. Nawet w pewnych momentach podchodził mi pod balladę lub jakieś wprowadzenie muzyczne. Jako drugi singiel promujący był gorszy od pierwszego. Trapped Behind to typowa ballada, jednak dzięki wokalowi Marty nabrała ona klimatu, nawet płakać mi się po niej chciało.

Do or Die to już mocniejsza dawka energii i wirtuozerii gitarowej. Burn My Fire Burn pozostawię bez komentarza. Jest po prostu przeciętną kompozycją, która poza wirtuozerskimi zagrywkami i solówką nic mi nie daje. Flames and Blood to kolejny energetyczny zastrzyk, którego potrzebowałem, więc wreszcie jest dobrze. We Will Make It Last Forever o dziwo jest drugą balladą, ale lepszą od pierwszej, serio, bo chociaż więcej instrumentów można usłyszeć. Rise of the Witch Queen to po wytonowaniu, kolejna dawka mocy. Dynamiczno- statecznym zakończeniem albumu jest See You in Hell, bo tu standarty stylu też są zachowane. O dziwo zakończenie troszeczkę bardziej mi się podobało od utworu otwierającego.

Podsumowując. Sam zespół w porównaniu do poprzednich płyt zapętlił się trochę a przez to na przestrzeni czasu, nic pionierskiego do swojego stylu nie wniósł. Do tego, jak dla mnie, sama płyta nie jest do końca spójna muzycznie. Rozumiem potrzebę eksperymentów, naprawdę jednak jest kilka utworów, które ani nie są dynamiczne, ani nastrojowe, mam tu na myśli I Fear No Evil czy Burn My Fire Burn. Wokal Marty Gabriel jako kobiecy w heavy metalu jest bardzo charakterystyczny, jednak nie samym wokalem uszy żyją. Choć fakt jest Polską Królową Heavy Metalu. Jeśli chodzi o moich ulubieńców, to tutaj wygrywa druga ballada, czyli We Will Make It Last Forever a z dynamicznych pocisków Rise of the Witch Queen, See You in Hell oraz The Witch Is Back. Album jest też przepełniony oczywiście solówkami i popisami wirtuozerskimi, jednak dopiero po ponad połowie moje uszy odżyły, więc biorąc wszystkie te czynniki pod uwagę, nawet wokal werdykt z mojej strony może być jeden. Tak tylko jeszcze dodam, iż, ostatnio bardziej śledząc poczynania Crystal Viper, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany przez nich najnowszy album zatytułowany Tales Of Fire And Ice. Tak czy inaczej, Queen Of The Witches nie jest może albumem perfekcyjnym w każdym calu, ale nie jest też fatalny, lecz mimo wszystko od najnowszej płyty oczekiwać będę znacznie więcej.

8/10