Kategorie
Bez kategorii

Vader – Solitude in Madness (2020)

Dziś znowu Polska. Całkiem niedawno, bo 1 maja tego roku, jeden z kultowych przedstawicieli polskiej sceny metalowej wydał swój dwunasty studyjny album – Solitude in Madness. Mam tu oczywiście na myśli olsztyński zespół Vader. U mnie z tym zespołem bywało różnie. Dziś, za sprawą namowy Sebastiana i obietnicy złożonej Pawłowi, zamierzam uważnie przesłuchać najnowszy krążek grupy Piotra Wiwczarka.

Otwierający Shock and Awe jakoś mną nie wstrząsnął. Mocne wejście, typowy wokal Petera. Jedyne, co przykuło moją uwagę, to wyraźne gitary w pewnym momencie, zakrawające na solo. Perkusja „strzela” tu jak dobrze naoliwione działo. Końcowy śmiech Petera jest jedyną przerwą. Oprócz tych gitar nie byłem jakoś szczególnie zaskoczony. 

Singiel Into Oblivion swoimi przejściami i riffami w tle przypomniał mi trochę pewne rozwiązania z jakiegoś utworu z Tibi et Igni, tylko nie mogę sobie przypomnieć, z którego. Na sam koniec scream Spidera, wraz z głosem Petera, dalej dobrze współgra.


Despair ma bardziej gitarowy wstęp. Więcej przejść, wreszcie pojawia się wyraźne solo gitarowe. Jest trochę lepiej. 

Incineration Of The Gods to dalej dynamika, ale też więcej blastów. Jednak przy lekkiej zmianie tempa pojawiają się bardzo dobre thrashowe riffy, no i solówka gitarowa niczego sobie. Dobry kierunek zmian. Perkusja dalej strzela. Choć breakdown jest tu wyraźniejszy, co mnie jeszcze bardziej cieszy.

Sanctification Denied też jest dobry, ponieważ tu dłużej można posłuchać gitarowego kunsztu Petera i Spidera. Mam   na myśli wyszukane riffy oraz solo. Perkusja też odrobinę zwolniła, co mnie jako słuchaczowi pozwoliło trochę odpocząć (jeśli można to tak ująć). 

And Satans Wept to powrót intensywności. Nie znalazłem tu niczego, czego nie poznałem wcześniej, oprócz kolejnych dwóch solówek gitarowych. Co nie zmienia faktu, że jest to jeden z niewielu przebojowych utworów na tej płycie.

Już zdążyłem spisać ten album na straty, kiedy zrozumiałem, że jednak się pomyliłem. Szansą na ratunek okazał się kawałek Emptiness. Rozpoczęcie od wpadającej w ucho solówki, jednej z najlepszych na płycie. Potem ten riff, jak i dynamika, bardzo podobna do When the Sun Drowns in Dark z Necropolis z 2009 czy też nawet do riffu z kultowej Wyroczni zespołu KAT. Strzał w dziesiątkę! Pomimo niecałych trzech minut długości Emptiness to istna petarda. Bardzo heavymetalowa nawet (przynajmniej dla mnie). Mimo iż Peter w dużej mierze skopiował samego siebie, jestem w stanie mu to wybaczyć, bo i tak dodał coś nowego.

Final Declaration znowu niczym nie zachwyca, choć breakdowny są tu w moim guście. Wszystko jest na miejscu, ,,działo” z grubej berty zmieniło się w samobieżne, na całe szczęście. 

Następny w kolejce jest cover Acid Drinkers, czyli Dancing In The Slaughterhouse, z płyty Infernal Connection z 1995 roku. Utwór dostał tylko większą dawkę dynamiki oraz wokal Petera i Spidera. Jakby jednak nie było, Vader dał oryginalnej wersji ,, drugie życie ”. Tu śmiech jest lepszy niż w pierwszej kompozycji z tej płyty, bardziej szalony.

Stigma Of Divinity to nic nowego, choć dostarcza ogromną dawkę energii. 

I wreszcie Bones – drugi singiel, a zarazem utwór zamykający ten krążek. Tu także breakdowny są dobre, choć nie rewelacyjne. Słychać thrashowe riffy, wokale Spidera i Petera znowu się przeplatają, ale solówki nie zwaliły mnie z nóg. Przebojowość tego singla jest dla mnie lekko naciągana. Byli lepsi kandydaci. Mimo wszystko jest to bardzo dobry finał.


Jak na album trwający niecałe pół godziny, Solitude In Madness ma różne odcienie intensywności. Choć dwie pierwsze kompozycje są bardzo deathowe, a zwłaszcza perkusja. Później, jak wspominałem, jest lepiej. Bardziej melodyjnie, powiedziałbym. Moi ulubieńcy to Despair, Incineration Of The Gods, Sanctification Denied, a przede wszystkim Emptiness. Przy nim headbanging murowany! Sama płyta jest lepsza od poprzedniej, to na pewno. Biorąc też pod uwagę, od kiedy sam zespół jest aktywy i w jaką stronę idzie tzw. stara gwardia, Vader udowadnia, że trzydzieści lat po debiucie wciąż można zrobić dobry, momentami lekko skomplikowany album. Zagorzali fani tej grupy, czyli Sebastian i Paweł, zapewne są Solitude In Madness zachwyceni. Ja natomiast jestem po prostu zadowolony. Krążek w stylu ,, krótko, zwięźle i na temat z domieszką  nostalgii ”.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Guerra Total – War Is The Pursuit Of Death – A Hymnal For The Misanthrope (2020)

Ostatnio dotarłem do mało znanej grupy Guerra Total. Pochodzącej ze stolicy Kolumbii, Bogoty. Ostatnio nakładem rosyjskiej wytwórni Satanath Records, w nakładzie 500 sztuk, 17 kwietnia 2020 roku wydali swój najnowszy album, zatytułowany War Is The Pursuit Of Death – A Hymnal For The Misanthrope. Co już po samym tytule może sugerować, jaka tematyka będzie poruszona w dziewięciu utworach z tej płyty. Pomimo iż jest to dziewiąty, w ich dorobku album, ja będę ich słuchał po raz pierwszy. Czy owy pierwszy raz okaże się ostatnim? Z racji wielu niewiadomych, tym prędzej zakładam słuchawki, aby się przekonać.

Spokoju to tu nie znajdę, oj nie. Poza mikroskopijnym, ale jednak gitarowym intro, w Ancient Hymns To The Goddess of War (Inanna). Potem partie perkusyjne, przypominają jak, powinien brzmieć death metal. Natomiast wokal brzmi bardzo blackowo, słychać, że, wokalista lubi norweski black metal, ale to tylko moje wrażenie. Zmiany tempa, znowu podkreśla bas, a solówka gitarowa pojawia się znikąd, doceniam aspekt techniczny, lecz przez dominującą perkusję, ja przynajmniej ledwo ją słyszę. Na Battle Of Ypres (Song For My Funeral), riffy są bardziej thrashowe, przez co sam utwór, jest odrobinę dynamiczniejszy. Lecz znowu partie perkusyjne, są ponad partiami gitarowymi, w pełni nie współgrają ze sobą, choć tutaj solówkę słychać od początku do końca. Co ciekawe, mi ona przypomina bardziej heavy metalową stylistykę. Końcowa druga solówka, jest bardziej thrashowa, a nie blackowa.

Black Horror Kommando II (Sinfonía Del Odio) to jest black metal! Jakbym słyszał norweski black, nie mówię tu o inspiracji, lecz bardziej o odtworzeniu, albo granicy, bardzo cienkiej. Odpowiednie przejścia, a perkusista słychać, że lubi Frosta i Hellhammera. Do tego wokalista też lepiej śpiewa po hiszpańsku, niż po angielsku. Do tego jeszcze wokal wspierający. Jak na razie najlepszy utwór na płycie.

Ethnocide (World Cenotaph) to dobry rytm nadany od samego początku. Choć z riffami mogłoby być lepiej. Lekką monotonią zaczyna ,,pachnieć”. Przykuwający uwagę okazuje się scream wokalu wspierającego. Perkusista też słychać, iż, jest w dobrej formie. Natomiast główny wokal, trochę stracił na jakości. Szczerze, wpada i wypada. Niczego nowego nie odkrywa. Natomiast Himnos Rituales De Guerra Y Total Devastación, to znowu powrót szybkości a co za tym idzie dynamiki. Wokal się poprawia. Słychać, że, Venom lub „nowszy” Midnight, chłopakom z Bogoty, obcy nie jest. Zaserwowali mi właśnie dobrą porcję black speed metalu. Na Holomodor (La Muerte Roja) wraca to co, ,, poznałem” z pierwszych dwóch utworów, no pomijając hiszpański język w wykonaniu wokalisty. Szału brak. Słuszny okazuje się krzyk wokalisty, bo dla mnie jest to krzyk rozczarowania. Tak samo Tapias De Pilatos, jedyne co mnie powstrzymało od wyłączenia go, to fakt, iż perkusja jest moją słabością. Tylko tyle.

Przedostatni Uranium – 235 (Trinity), również nie odkrywczy, jedynie jest w pewnych momentach dynamiczniejszy. Ostatni Whisky Bitch, jak na moje ucho jest grany szybciej. Znowu wraca opcja black speed metalu. Co jest paradoksalne, jest to drugi utwór, jaki można określić mianem przebojowego. Wokal po angielsku nawet nie przeszkadza. Zamknięcie płyty zostało zrobione z przytupem. To fakt.

Mimo to szczerze oczekiwałem czegoś więcej, po zespole reprezentującym kolumbijskie podziemie. Oprócz inspiracji, których moim zdaniem, zespół nie potrafił przerobić na miano nowych klasyków. Moje uszy otrzymały bardzo mocno niespójny album, z którego od biedy można wyłowić dwa utwory Black Horror Kommando II (Sinfonía Del Odio) oraz Himnos Rituales De Guerra Y Total Devastación. Ja rozumiem, że nie zawsze wszystko wychodzi. Jednak w przypadku Guerra Total, nie umiem być strasznie wyrozumiały. Bo War Is The Pursuit Of Death – A Hymnal For The Misanthrope, jest ich dziewiątym albumem. Inna sprawa, jakby to był drugi, może trzeci. Druga rzecz, może też wpływa na to częstotliwość wydawania? Jeśli tak, to niech będzie. Mimo to znam lepsze zespoły od tego, choć do Kolumbii wrócę, ale tylko po to, aby poszukać innego, lepszego reprezentanta. Gdyż pobieżnie przesłuchany ich album sprzed dwóch lat, czyli El Cosmicismo y el desamparo existencial de la humanidad en el universo Parte II & III, okazał się dla mnie bardziej spójny i nienagrywany na siłę. Także, tyle w temacie zespołu Guerra Total i ich najnowszego albumu. Mogło być o wiele lepiej. Sam nie skuszę się na jedną z 500 sztuk tego albumu.

4/10

Kategorie
Bez kategorii

On Thorns I Lay – Threnos (2020)

Ostatnimi czasy miałem mocną awersję do wszystkiego, co greckie. Mam tu na myśli oczywiście zespoły takie jak, chociażby Septicflesh. Jednak zaczęło to iść w innym kierunku, od czasu ponownego kontaktu z On Thorns I Lay. Pionierami death/doom metalu, którzy 21 lutego 2020 roku, wydali swój dziewiąty już krążek, zatytułowany Threnos , z pomocą Lifeforce Records. Sama już wieść o wydaniu płyty, spowodowała, że odświeżyłem sobie ich dyskografie, po 5-letniej przerwie, także jestem ciekaw ich najnowszej płyty. Czy dalej okażą się oprócz Rotting Christ muzyczną dumą własnego kraju? Nie mogę się doczekać, aby przesłuchać ich najnowszą płytę Threnos i to subiektywnie zweryfikować.

W otwierającym album The Song of Sirens, który przy okazji jest też singlem, w ucho wpadają chwytliwe partie perkusji, które później okazują się bardzo szybkie. Po nich niespodziewanie wchodzi krótka też i szybka solówka gitarowa, a potem fortepian, tak nie przesłyszeliście się, fortepian, który dodaje ten oczekiwany doomowy pierwiastek, dla jednych epickości, dla innych melancholii, a dla jeszcze innych fuzji jednego i drugiego. W tej części też pojawia się jak dla mnie ta odpowiednia solówka gitarowa. Wszystkiego dopełnia głęboki growl Stefanosa. Jak dla mnie otwarcie idealne.

Jeśli chodzi o Ouranio Deos, to tu riff jest bardziej połączony ze skrzypcami, bądź altówką, bo oba te instrumenty smyczkowe brzmią podobnie. Jednak potem przy spokojnej perkusji, do opadnięcia szczęki doprowadza mnie greckojęzyczna deklamacja z fortepianem oraz skrzypcami w tle, żeby jeszcze tego mało było, to dołożono jeszcze solówkę gitarową. Totalnie na bogato jak dla mnie, lepiej niż na otwarciu. Cosmic Silence jest ubogi jak dla mnie, niby popisy instrumentalne są, ale wpada to i wypada, choć keybordowo-gospelowe popisy i męska deklamacja znowu, sprawiają, że, tak naprawdę poziom muzyczny został obniżony na tak zwany znośny, oprócz tego też, trzy pierwsze utwory wcale nie są ze sobą spójne, jakby były samodzielnymi kompozycjami, akurat Cosmic Silence okazał się jak na razie najsłabszym ogniwem.

Czwarty Erynies jest porównywalnie epicki do dwóch pierwszych utworów. Do tego tu jest unikatowa gospelowa solówka keybordu. Wszystko inne jest na swoim miejscu, ale też bez większego szału. Natomiast od samego początku do końca Misos mnie muzycznie ujmuje, przez unikatowe partie perkusji, przez znowu chwytliwy riff oraz pasujący growl Stefanosa. Jednak dużo tu perkusji, blastów, cowbelu i przejść, ale też skrzypiec, właśnie ta różnorodność instrumentalna, połączona z przebojowością, jeśli tak ją można nazwać, przechyla szalę na korzyść tej kompozycji, która zostaje jedną z moich ulubionych z tej płyty. Nieodwracalnie. Tytułowy Threnos też trzyma poziom i to bardzo porównywalnie, bo o dziwo spełnia swoją rolę jako singiel. Wpada bowiem w ucho, przy czym tu też partie perkusyjny są różnorodne, ale dopasowane do riffów gitar. Ostatnim zamykającym utworem jest Odysseia. Tu od połowy kompozycji znowu pojawia się doomowa epickość. Gitary akustyczne robią niesamowitą robotę. Potem dochodzi znowu fortepian przeplatany ze skrzypcami i damską greckojęzyczną deklamacją. Istna bajka jak dla mnie jeśli chodzi o kompozycje zamykającą ten album.

Dodając jeszcze parę słów podsumowania. Jeśli chodzi o spójność, to pojawia się ona dopiero od piątego utworu Misos do samego końca, czyli do Odyssei, każda z kompozycji jest wtedy ewidentnym elementem muzycznej mozaiki, a nie jak do czasu czwartego Erynies samodzielnymi bytami. To jest trochę minusem płyty Threnos. Jeśli chodzi o ulubieńców to otwarcie The Song of Sirens, Ouranio Deos, a potem już reszta płyty od piątego Misos do samego końca. Jednak zaburzona spójność powoduje, iż, nie mogę dać najwyżej noty, bo nie byłoby to uczciwe, ale mogę stwierdzić, że, grupa On Thorns I Lay dalej jest jak dla mnie muzyczną dumą wszystkich greków. Nota natomiast będzie tylko odrobinę niższa od maksymalnej. Jeśli nie macie pomysłu na doomowy album, odpalcie sobie właśnie ten, grecki Threnos.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Amon Amarth – Berserker (2019)

Jeden z najpopularniejszych zespołów grających viking metal, wydał swój kolejny album. Mówię oczywiście o szwedzkim Amon Amarth. Płyta nosi tytuł Berserek i została wydana 3 maja 2019 roku. Czy jest lepszy od Jomsviking? Czy Amon Amarth wrócili znowu do pełnej formy? Jeśli jesteście ciekawi moich wrażeń odnośnie do ich najnowszego krążka, serdecznie zapraszam.

Pierwszy Fafner’s Gold rozpoczyna się bardzo spokojną, wręcz łagodną partią gitar. Pojawiają się oczywiście breakdowny oraz melodyka typowa dla Amonów. Choć pod sam koniec wreszcie jest strike deathowo, zarówno jeśli chodzi o perkusję, jak i riffy. Pojawia się też krótka deklamacja. Początek płyty bardzo dobry. Drugi Crack the Sky gitarowo jest bardzo zbliżony do heavy metalu. Czy to dobrze? Trudno powiedzieć, jest to coś innego. Dodającego na pewno dynamiki do tej kompozycji. Mjölner, Hammer of Thor będący oczywiście o słynnym młocie Thora, brzmieniowo nie różni się zbytnio od poprzedniej kompozycji. Choć, nie moment, zastosowano w połowie utworu, dość interesujące przejście, co jednak go nie uratowało.

Shield Wall rozpoczyna się iście bojowo, riffy gitar tak dobrze współgrają z perkusją, że trudno je usłyszeć. Tytuł tu idealnie pasuje. Słynna bojowa formacja wikingów, bo do niej nawiązuje ten utwór. Dla mnie jest po prostu genialna. Wszystko, co musi zawierać tzw. przebój Amonów, ta kompozycja posiada w 100 procentach. Stawiam w ciemno, iż, będzie mocnym kandydatem do przyszłej set listy koncertowej zespołu na lata.

W Valkyria bardzo podkreślony został bas, dynamika też jest zastosowana. Riffy też są dobre, ale szału u mnie nie ma. Choć partie pianina na koniec, jestem ciekaw w sumie po co. Gitarowy początek w Raven’s Flight, który dla osoby niebędącej za pan brat z metalem może ,okazać się elektroniczny, lecz wcale taki nie jest. Potem konkretne breakdowny. Jest moc. Tu akurat heavy metalowe riffy idealnie równoważą ciężką perkusję. Do tego jedna z najlepszych solówek na płycie.

Ironside to kompozycja o legendarnym Bjornie Żelaznobokim. Spokojny wstęp, a potem wejście, którego raczej się nie spodziewałem, gdyż okazały się, lżejsze niż przewidywałem. Breakdowny też są, ale też gorsze niż zakładałem. Szkoda. Natomiast The Berserker at Stamford Bridge dopiero po upływie połowy, nabiera odrobiny rozpędu. Gdyż przejścia oraz breakdowny są wreszcie znośne. Nie pomogła nawet dość niezła solówka na końcu. Oj słabo panowie.

When Once Again We Can Set Our Sails też nie jest zły. Jest dobry. Zawiera też godną uwagi solówkę. W przypadku Skoll and Hati mam podobnie, choć ta kompozycja jest szybsza, oparta na bardziej thrashowych riffach. Przedostatni Wings of Eagles też jest w miarę ok. Ostatni jak to w zwyczaju Amon Amarth, najdłuższy utwór na płycie, czyli Into the Dark, ma bardzo pompatyczny początek, potem staje się cięższy, z dobrymi przejściami oraz riffami. Plus należy się za to, że, nie jest on sztucznie wydłużony, jak to czasem bywało, dokładnie na trzech poprzednich albumach. Jak początek tak i koniec jest epicki, dzięki fortepianowi oraz skrzypcom. Chyba wreszcie wiem, po co one były.

Podsumowując owy krążek. Ogólnie jak go przesłuchałem, mam wrażenie, iż, poziom został utrzymany. Co to znaczy? Oprócz The Berserker at Stamford Bridge oraz Valkyria, które są dla mnie nieporozumieniem. Serio. Jak dla mnie, jeśli zespół, nie umieściłby ich na płycie, nie straciłby, a wręcz zyskał. Wiele utworów jak na Amonów jest po prostu dobrych, bądź czasem ,,ni dobrych ni złych” (Crack the Sky, Ironside). Jednak jak zwykle moimi ulubieńcami są te, które w jakimś stopniu urywają pewna część ciała. Pierwszym w kolejności, jest niebędący singlem, Shield Wall, istna petarda koncertowa. Drugim jest elektryzujący do czerwoności, Raven’s Flight, udowodniając, iż, heavy metal z death metalem może współistnieć na jednej kompozycji, która może wpisać się, w kanon przyszłych przebojów koncertowych tego zespołu. Dajcie znać, co Wy sądzicie o najnowszym krążku Amon Amarth. Ja biorąc wszystkie wady i zalety, swoją opinię, mogę wyrazić w jednej ocenie. Odpowiadając na początkowe pytanie, Berserk jest inny odrobinę od Jomsviking, ale czy lepszy? Trudno powiedzieć, choć pod kątem liczby moich ulubionych kompozycji z poprzedniego albumu, ten jest nieco uboższy.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Children of Bodom – Haxed 2019

Wiadomość o wydaniu przez Children of Bodom dziesiątego albumu, zelektryzowała mnie do szpiku kości. Jestem ich fanem, choć po wydaniu Are You Dead Yet?, stracili nieco werwy. Tym bardziej jestem ciekaw ich najnowszego dzieła Haxed, wydanego 8 marca tego roku. Czy wrócili po latach, w dobrym stylu? Czy znowu albumem mocno przeciętnym? Zobaczymy.

This Road to jest konkretny początek. Dynamika jak trzeba, no i znowu przypomniał mi się ten dźwięk ostrzonej kosy. Dobra solówka Alexa, połączona z blastami. Jeszcze ten keybord. Under Grass And Clover z racji tego, iż też był singlem, swoją funkcję spełnił dobrze. Choć sam numer ratują dobre solówki. Gitary oraz keyborda. Serio.

No i tu rozpoczynają się pretensje z mojej strony. Dlaczego Glass Houses nie został singlem, Ja się k…. pytam? Moim skromnym zdaniem to najlepsza kompozycja na tym albumie. Keybord przywołuje na myśl Follow the Reapier, gitary Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet?. Natomiast intro Hecate’s Nightmare przywołuje trochę klimat rodem z opuszczonego wesołego miasteczka. Zresztą samo lyric viedo nawiązuje do symbolu, jakim dla Children of Bodom jest żniwiarz. Muzycznie jest przyzwoicie, choć szału ni ma, tym bardziej, jeśli chodzi o Alexa i jego solówkę, nie jest ona najlepszą na tym krążku.

Początek Kick in a Spleen to ewidentne nawiązanie do utworu Are You Dead Yet. Czy to zarzut? Nie, wręcz przeciwnie. Dodali coś od siebie jak, chociażby kolejną świetną solówkę keybordów, jak i breakdown. Kolejna dobra solówka gitar. Tak kolejna dobra kompozycja to Platitudes And Barren Words, która została singlem. Tylko tym razem jest chwytliwe i na odpowiednim poziomie.

W tytułowym Hexed pożądany efekt daje wzmocniony wokal Alexa, samo brzmienie jest trochę bardziej agresywne, przejścia klawiszy inne, co nie znaczy gorsze. Znowu kolejne solówki gitar i klawiszy. Ciekawa jest końcówka, która przypomniała mi klimat, jaki niosła za sobą kompozycja Downfall, z drugiego albumu Children of Bodom zatytułowanego Hatebreeder. No dobrze, było miło, ale też bez przesady. Relapse (The Nature of My Crime) uważam za numer przeciętny, bo mnie nie powalił. Tak samo jest z Say Never Look Back. Jeśli chodzi o, Soon Departed jest nieco lepiej, bo breakdown oraz wolniejsze tempo robi swoje. Nawet lepiej jest z zamykającym album Knuckleduster, zmiany temp oraz towarzyszące im klawisze, sprawiają, że jest to doskonałe zamknięcie płyty.

Podsumowując to wszystko, chodzi mi po głowie jedno. Powiem szczerze, nie spodziewałem się tak pozytywnego obrotu sprawy. Children of Bodom zaprezentowali mi, jak i jeszcze innym starszym fanom, bardzo sentymentalną podróż w przeszłość, z nowymi akcentami, dającymi nowe życie. Nowi fani, nieznający takich płyt jak Hatebreeder, Follow The Reapier, Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet? Mają doskonałą okazję, aby nadrobić muzyczne zaległości. Wreszcie po wielu latach wydawania albumów, powiedziałbym nijakich lub przecietnych ( dobrych, ale bez ochoty powracania do nich z mojej skromnej strony), mamy do czynienia z przebojowym wydawnictwem. Nowe solówki zarówno gitarowe, jak i keybordowe są o niebo lepsze, niż na poprzednich krążkach, są chwytliwe i zapadające w pamięć, jak być powinno. Nie jest to, może album bez wad, ze względu na dwie mocno przeciętne kompozycje (Relapse (The Nature of My Crime) oraz Say Never Look Back), ale żaden jeszcze taki nie był, poza tym nie są one też aż tak fatalne. Dla mnie jest to powrót to doskonałej formy, śmiało mogę stwierdzić, że, Haxed jest bardzo dobrym dziesiątym albumem, w dorobku Children of Bodom, co zresztą słychać i czuć (headbanging oraz pogo czy deathwall mam na myśli). Osobiście nie mogę doczekać się ich koncertu na tegorocznym Masters of Rock, licząc, że, zawitają też do Polski, będzie ogień. Tym którzy jeszcze nie mieli okazji przesłuchać, serdecznie polecam. Może jest to stwierdzenie lekko na wyrost, ale to moje zdanie. Ten album to jeden z niewielu, który oprócz oczywiście Follow the Reapier i nie tylko, zasługuje na miano swego rodzaju opus magnum Children of Bodom. Dziesiąty album okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę jak dla mnie.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Infernal War – Conflagrator (2009)

Jeśli chodzi o polską scenę muzyczną, nie znam nikogo, kto nie słyszał o Infernal War. Grupie muzycznej założonej przez Stormblasta i Triumphatora. Ich muzyka ewoluowała z czasem. Dziś jednak ponownie, po latach, zamierzam przyjrzeć się ich EPce Conflagrator, wydanej 15 lutego 2009 roku. Czy brzmi tak samo? Czy lata podziałały na korzyść, czy przeciwnie? Przekonacie się tylko wtedy kiedy, zapoznacie się z moimi odczuciami.

Utwór otwierający Spears of Negation poprzez dźwięk syren umiejętnie buduje napięcie. Dwie gitary brzmiące jednocześnie, do tego perkusja i wokal Herr Warcrimera dają efekt tzw. zbombardowania słuchacza. Plusem też są dobre breakdowny oraz solówki. Serio. Tak samo, jak wcześniej zachwyca mnie do dziś. Natomiast Of Nihilistic Contentment dostarcza jeszcze doskonałych blastów, które doskonale współgrają z gitarami i bassem. Trudno nie zauważyć także, że mimo iż jest to death metal, to riffy często brzmią zarówno black, jak i thrash metalowo. Do tego znowu breakdowny. Blazing Impious Adoration zaczyna się trochę inaczej, gdyż bez ogródek, sieje zniszczenie. Tak samo, jak The Holy Fall oraz The Purifier .

Krótko mówiąc, Conflagrator, tak jak kiedyś, jak i dziś, ukazuje częstochowski Infernal War, w pełnej formie. Wirtuozeria solówek, intensywność perkusji, do tego, co jakiś czas drobne elementy elektroniki. Wszystkie te środki doskonale ukazują wojenną intensywność, tego materiału, który nie posiada słabej kompozycji. Paradoksem w sumie jest to, że, zespół sławiący śmierć, zagładę oraz wojnę, wywodzi się z Częstochowy, która dla osób zupełnie niezwiązanych z metalem, kojarzy się tylko z katolickim klasztorem na Jasnej Górze. Od siebie też dodam, iż pomimo jest to Epka, jest dla mnie zdecydowanie lepsza od ich ostatniego albumu Axiom z 2015 roku. Powiem więcej, po latach Conflagrator, brzmi dla mnie jeszcze lepiej, niż kiedy pierwszy raz miałem z nim styczność. Jestem też ciekaw wasze zdania na temat tej Epki.

10/10