Killswith Engage – Atonement (2019)

Jakiś czas od momentu zrecenzowania przeze mnie najnowszej płyty zespołu I Preival, ponownie zwróciłem uwagę na amerykańską scenę metal/death corową. Odkryłem na nowo zespół, który kiedyś po przesłuchaniu ich kilku singli, raczej do gustu mi aż tak bardzo nie przypadł. Mówię tu o Killswitch Engage. Jednak znowu po wielu latach przerwy, z własnej muzycznej ciekawości, przesłuchałem ich najnowszy album zatytułowany Atonement. Jakie są moje wrażenia odnośnie do tego krążka? Czy udało mi się polubić zespół, który wcześniej raczej był mi bardzo mocno obojętny? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi.

Otwierający płytę Unleashed jest istną energetyczną petardą. Melancholijnie trochę brzmiący riff otwierający jest genialny oraz jednocześnie klimatyczny. Do tego prawdziwy growl. Czysty śpiew wokalisty niebrzmiący jak ktoś byłby wykastrowany. Dobre breakdowny. Gitarowa zmian tempa w połowie też na plus. Do tego odpowiednio brzmiący scream wokalisty wspierającego.

The Signal Fire to utwór, w którym gości stary wokalista zespołu, czyli Howard Jones. Wraz z obecnym — Jessem, znowu serwują duet idealny i popis swoich umiejętności wokalnych. Muzycznie dalej jest moc, pozytywnym zaskoczeniem jest też bardzo dobra solówka gitarowa. Nieodparta chęć headbangingu przy nim świadczy, że jest bardzo dobry.

Us Agaist the World porównując do pierwszej kompozycji w sumie niczym szczególnie nowym, oprócz trochę inaczej brzmiących riffów, nie zaskakuje. Wpada i wypada jednym uchem, więc jest widać umieszczony na płycie, aby to nie była Epka. W następnym The Crownless King wyjątkowe jest to, że gościem na wokalu jest nie kto inny jak znany z Testament-Chuck Billy. Do tego bardziej thrashowe brzmienie, ogrom blastów oraz większa wirtuozeria gitar. Jest dobrze.

Jedynym z singli, który nie spełnił dla mnie swojej roli, to niby ballada I am Broken too. Rozumiem liryczny przekaz, ale jednak mimo wszystko, jakoś takie kompozycje do mnie nie trafiają. Co nie znaczy, że z wokalem jest coś nie tak, bo jest w porządku. Muzycznie też jest w miarę. Po prostu jak na razie metalcorowo-refleksyjne kawałki wykonywane po angielsku mi nie odpowiadają i tyle. Jedynie czasem Slipknot daje radę.

W As Sure as the Sun Will Rise oraz Know Your Enemy mam powrót, do czegoś mi brakowało. Intensywności oraz czystej energii. To druga i trzecia, najbardziej dynamiczna kompozycja muzyczna na tym albumie. Uzupełniające wokale. Odpowiednie przejścia oraz nawet riffowe uspokojenie i znowu breakdown. A na Know Your Enemy jeszcze bardzo dobra solówka gitarowa.

Take Control jest dobry. Wszystko jest, jak trzeba, ale nie ma tego czegoś. Z Ravenous natomiast jest nieco lepiej. Więcej intensywności brzmienia, przejścia oraz dobry riff. A jeszcze znowu powrót tego melancholijnego riffu.

Natomiast jeśli chodzi o I Can’t Be the Only One to tutaj już nie ma tworzenia czegoś na siłę, jak miałem, wrażenie słuchając I am Broken too. Nic nie brzmi sztucznie. Jest mniej dynamiczny, ale jest coś w nim, co pozwala do niego wracać. Do tego doskonała solówka gitarowa. Ostatni Bite the Hand That Feeds to petarda na koniec, z najbardziej w sumie głębszymi breakdownami na płycie. Do tego krótka deklinacja wokalisty jest pewnego rodzaju ciekawostką. Dużo blasów oraz dobre thrashowe riffy. Istne zakończenie z hukiem, w sumie doskonałe nawiązanie do tytułu.

Podsumowując. Zespół pozytywnie mnie zaskoczył. Gdyż nie tylko jeden z utworów na tym krążku stał się moim ulubionym. Oczywiście mowa o: Unleashed, The Signal Fire , As Sure as the Sun Will Rise , Know Your Enemy oraz I Can’t Be the Only One. Tylko dwa utwory wydają mi się zrobione dlatego, żeby to był album, a nie Epka. Może ta płyta nie jest dla mnie jakimś arcydziełem metal/deathcoru, ale jak dla moich uszu dorobek Killswitch Engage, jest jak dotąd najlepsza. Warta odsłuchania jej nie tylko jeden, ale może nawet wiele razy. Tak samo, jeśli chodzi o to, co I Pravail dostarczył moim uszom, jest jednak różnica. Wokaliści Killswith Engage, w tym i dwóch gościnnych, dali pokaz swoich wszystkich umiejętności. W tym Jesse, którego czysty śpiew był czysty, a nie emowski. Do tego robiąca bardzo pozytywne wrażenie okładka. Zbierając razem wszystkie za i przeciw. Ocena z mojej strony może być tylko jedna. Może skuszę się na ich koncert, który odbędzie się 4 listopada w warszawskim klubie Stodoła.

8,5/10

Slipknot – We Are Not Your Kind (2019)

Jednego z najbardziej znanych zespołów, łączących wiele nurtów, w tym i kultowe już szaleńcze występy na żywo, chyba przedstawiać nie trzeba, no ale dla formalności czemu nie. Szaleńcy z Iowa, na czele z Corey- em Taylor – em powracają po 5 latach z najnowszym krążkiem, gustownie zatytułowanym We Are Not Your Kind. Podzielę się swoimi wrażeniami co do tego krążka. Czy okazał się lepszy od poprzedniego albumu? Czy pozytywnie mnie zaskoczył? Co istotne czy Slipknot wprowadził coś nowego do swojego stylu? Odpowiedzi udzielę z miłą chęcią.

Ciekawą a jednoczenie dziwną kwestą jest niewykorzystany na standardowej edycji płycie, utwór All Out Life wrzucony na YouTube przez zespół a później na innych serwisach muzycznych. Szkoda, bo byłby wśród moich ulubieńców, no ale cóż. Nie stać mnie obecnie na kupno japońskiej edycji, tylko dla jednej kompozycji.

Samo intro Insert Coin nie jest złe, bo wprowadza znowu klimat znany ze stylu zespołu. Natomiast Unsainted to inna sprawa. Z mocno chóralnym wejściem chóru Angel City Chorale, kompozycja dosłownie jak wleciała, tak samo wyleciała zarazem, nie robiąc na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia.

Birth of the Crual natomiast okazał się odrobinę lepszy, poprzez znowu inny elektroniczny wstęp, ale też bardziej wyraźny riff otwierający. Oprócz tego tu wokal Coreya brzmi bardziej nastrojowo, a potem odpowiedni growl, choć breakdown wraz z wokalem wspomagającym okazał się strzałem w dziesiątkę, do tego jeszcze ten odgłos miksowanej płyty przypomniał mi kilka dobrych kompozycji z ich zdecydowanie odleglejszych albumów.

Death Because of Death okazał się genialnym przerywnikiem oraz wprowadzeniem do kolejnej kompozycji, o dziwo z bardzo dobrym wokalem. Z początkiem Nero Forte tak naprawdę zaczyna się dla mnie ten album, a nie przepraszam wcześniej z Death Because of Death jako intro. Serio. Wreszcie intensywne gitary wraz z perkusją oraz z genialnym thrashowym riffem. Wreszcie właściwa dynamika oraz energia. Elektroniki też nie brakuje. Do tego krótka deklamacja, pośród marszówki, a potem wsparcie w postaci krzyku innych członków zespołu. Na koniec jeszcze zaserwowana solówka.

Cristical Darling jest równie doskonały. Bo w po równaniu dwóch pierwszych kompozycji tu stemple są bardziej intensywne. Breakdowny też zdecydowanie lepsze. Wiele zabiegów z poprzedniego utworu się powtarza, oprócz momentu ciszy, który sprawdził się doskonale. Potem znowu intensywnie, a nawet Corey zaczął śpiewać jak do ballady. No i znowu solowa partia gitar. Baterie z 40 na 70 procent naładowane.

A Liar’sFuneral zaczyna się jak ballada, bo gitary akustycznej nie da się nie usłyszeć. To akurat dobrze, bo wprowadza to moment refleksji i zadumy, pomimo breakdownów oraz growlu wokalisty, ale robionego bardzo wolno i wyraźnie, co daje piorunujący efekt. Do tego też wokal wspomagający Clowna. Zakończony tak jak rozpoczęty, czyli spokojnie.

Red Flag w sumie to porcja dobrego intensywnego dethcorowego grania, choć z porcją nowych thrashowych riffów. Przy nim dobre pogo i deathwall na koncertach gwarantowany.

What’s Next to ostatni już przerywnik oraz intro zarazem. Spiders wraz z upiornym pianinem, wirtuozerską partią gitar oraz perkusji, co jest nowe, ale i dobre zarazem. Zresztą cała kompozycja jest taka. Popisem instrumentalnych zdolności grupy. Czego dowodem jest chyba najdłuższa solówka gitarowa na płycie. Coś takiego to ja lubię.

Orphan z dość przydługim, ale bardziej perksujno — gitarowym początkiem, później się rozkręca. No i znowu tak jak w przypadku Red Flag jest to bardziej deathcorowe, ale bardzo dobrze corowe. My Pain to druga ballada na tej płycie. Trudno mi powiedzieć czy jest równie depresyjno-nihilistyczna jak Snuff z albumu All Hope is Gone, ale podobieństwo nie tylko po pierwszym przesłuchaniu, nasunęło się samo. Jest inna, oczywiście, ale moim zdaniem stanie się równie kultowa dla prawdziwych fanów zespołu.

Not Long for This World oraz Solway Firth nie są złymi utworami, gdyż wpisują się we właściwy typ kompozycji, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni ze strony Slipknot. Po prostu wleciały i wyleciały mi jednym uchem, gdyż moja bateria został już wcześniej naładowana w stu procentach. Choć jako zamknięcie płyty Solway Firth jest taki sam jak jej początek.

Podsumowując. Pomimo pewnych mankamentów, o których za chwilę, ze strony Slipknot nie spodziewałem się jednak tak dobrej płyty, po mocno delikatnie mówiąc, nieudanym jak dla mnie 5: The Gray Chapter. Dali radę, choć faktem niezaprzeczalnym jest, że pewne kompozycje zostały w moim odczuciu zamieszczone, bo Corey-owi nie wiele, dosłownie odrobinę zabrakło do napisania tak genialnego albumu, aby określić go drugim opus magnum, w długoletnim dorobku grupy. Mam tu na myśli oczywiście pierwsze trzy kompozycje, licząc z intem otwierającym oraz ostatnie dwie ostatnie. Reszta na czele z moimi ulubionymi, czyli Nero Forte poprzedzającym go najlepszym na płycie intrem Death Because of Death, drugim Cristical Darling oraz dwoma balladami Spiders, oraz My Pain. Tworzą one idealną oraz totalnie szaleńczo spójną całość. Po wielokrotnym przesłuchaniu płyty wiem natomiast, że będę wracał do większości z tych utworów, a miałem tak ostatni raz w przypadku wydanego 11 lat temu All Hope is Gone właśnie, ale i nie tylko. Będąc głodnym znowu ich kolejnego występu w naszym kraju, licząc na prawdziwe szaleństwo, gdyż chodzę na ich samodzielne koncerty. Ocena pomimo lekkich niedociągnięć z mojej strony, tym bardziej jako fana, może być jedna.

9/10

Amaranthe – Helix (2018)

Tym razem o grupie, istnieniu oraz wydaniu przez nią płyty dowiedziałem się, chcąc wybrać się 1 listopada do Warszawy na koncert Powerwolf. Amaranthe, bo o niej mowa, była jednym z supportów. Poleciła mi ich moja znajoma Malwina, twierdząc, że właśnie dla nich, a nie Powerwolfa, pojechała na ten warszawski koncert. Ciekawe czy miała rację? Ich krążek zatytułowany Helix, ujrzał światło dzienne 19 października, dzięki wytwórni Spinefarm Records. Ja dziś podzielę się z Wami, moimi wrażeniami co do ich najnowszego wydawnictwa, jeśli jesteście ich ciekawi, zapraszam.

Zespół tworzy sześć osób: Elize Ryd odpowiedzialna na damski wokal, Olof Mörck, który gra na gitarze oraz keybordzie, perkusista Morten Løwe Sørensen , Henrik Englund Wilhemsson, na którego głowie jest gwol oraz scream, w tym nowy wokalista, jeśli chodzi o czysty śpiew Nils Molin. Wspomnę tylko, iż pochodzą, że Szwecji, czy może mieć to jakieś znaczenie? Nie mam pojęcia …

Na The Score, czyli openerze płyty to Elize Ryd jest teraz głosem zespołu. Dochodzi tam potem wokal Nilsa oraz scream Henrika. Muzycznie natomiast elektronika przeplata się z prostymi breakdwonami i nieporywającymi jednak riffami, czy blastami. Dobrym ozdobnikiem, choć dla mnie sztucznym jest gitarową solówką. Znowu 365 zaczyna się jak utwór z gatunku dark wave by potem przejść do ,, corowej ” części, wraz z trzema różnymi typami wokali. Wyjątkiem od reguły jest naprawdę jedyna ballada, posiadająca najmniej metalowych naleciałości, czyli Unified. Jeśli miałbym wskazać kompozycje warte uwagi to Countdown, 365 oraz właśnie Unified.

Podsumowując, będąc całkowicie szczerym, to nie podskoczyłem z zachwytu. Nie mogę powiedzieć, że grupa nie radzi sobie, jeśli chodzi o łączenie elektroniki (nawet dup stepu) z elementami deathcorowymi, bo byłoby to kłamstwo. Jeśli chodzi o wrażenia co do wokali, ciekawe doświadczenie, bo raz słyszę Elizę, potem Henrik screamuje lub growluje, a zaraz Nils czysto śpiewa. Jest to do zniesienia, gdyż nie ma w tym przerostu formy nad treścią, przy najmniej dla mnie, wszystkiego po trochu. Słuchając dłużej Eilzy, to mam wrażenie, że, jej głos jest podobny do Kate Parry.

Czy mi się spodobali? Czas pokaże, gdyż jak na chwilę obecną byli dla mnie ciekawą odskocznią od typowego death/hard coru. Na pewno plus zgarniają u mnie za miks właśnie 3 typów wokali, elektroniki i death/hardcoru. Na chwilę obecną jednak są dla mnie ciekawostką, bo jakoś nie mam usilnej ochoty wracać do tego albumu. Może z czasem, kto wie do paru kompozycji. Bardzo jestem również ciekaw, jak zaprezentują się na tegorocznym Masters of Rock, gdzie będę miał okazje zobaczyć. Malwina muszę powiedzieć jedno, przykuli moją uwagę, ale nie na tyle, aby wpisać się na listę zespołów, do których warto wracać, a już nie mówiąc słuchać na okrągło. Chętnie też poznam wasze zdanie na temat tego krążka w komentarzach.

6/10

Last Tango – Bloody Dance (2018)

Poznański Last Tango został założony 11 września 2015 roku. Na początku 2018 roku wydali swoją pierwszą EP-kę zatytułowaną Bloody Dance. Jeśli jesteście zainteresowani moją opinią na jej temat, zapraszam.

Na Book of Face zauważyłem inspiracje (żeby nie nazwać ich „zapożyczeniami”) z najnowszej płyty Testament, typ wokalu również okazał się bardzo podobny. Na szczęście późniejsze riffy są już ewidentnie autorskie, poza tym blasty są świetne.
Void Land to znowu riff zaczerpnięty (a wręcz plagiat?) z Labiryntu Fauna, albumu Huntera z 2009 roku. Część autorska jest okej, choć numer nie kopie aż tak bardzo, może poza solówką z marszówką w tle, która wypada bardzo fajnie.
Wokal na The Highest One przypomina CoreyaTaylora, jeśli chodzi o manierę śpiewania. Z kolei riffy wraz z perkusją są zrobione przez zespół od A do Z, gdyż nie wychwyciłem tu żadnej zrzynki, a jedynie inspiracje. Jest dobrze.
Ostatni utwór z jednym na EPce polskim tytułem Zaćmienie jest równie dynamiczny, jak kompozycja otwierająca, gitary i perkusja sprawiają, że człowiek sam z siebie chce lecieć w pogo. Do tego pojawia się breakdown rodem z jak deathcoroewgo numeru. Solówka znowu genialna.

Zespół ma potencjał, powinien jednak moim zdaniem, unikać ewidentnego plagiatowania jak w przypadku trzeciego utworu. Ponadto słychać, że grupa szuka stylu, dlatego też ta EPka to mieszanka thrashu, heavy i odrobiny deathcoru. Co się z tej mieszkanki wyklaruje, czas pokaże. Jak na sam początek nie jest źle, jest nawet dobrze jak na pierwszy materiał. Jeśli nie znacie tej EPKi , z czystej muzycznej ciekawości warto się z nim zapoznać. Tym bardziej, jeśli nie obca jest Wam polska muzyczna scena metalowa oraz młode reprezentujące nią zespoły.

8/10

Frontside – Zmartwychwstanie (2018)

Wreszcie! Dokonało się! Czekałem na najnowszy album jednego z moich ulubionych zespołów polskiej sceny metalowej, mam tu na myśli sosnowiecki Frontside. Zespół na przestrzeni lat pokazał swoim fanom różne oblicza. Dlatego miałem obawy, jakie to Zmartwychwstanie będzie. Czy spełniło moje oczekiwania? Jeśli jesteście tego ciekawi — zostańcie ze mną, a się przekonacie.

Tak formalnie płyta została wydana 14 września tego roku dzięki Mystic Productions. Co do kwestii muzycznej ewolucji, poruszę ten wątek kiedy indziej w innym, osobnym artykule, który poświęcę całej wspomnianej grupie, więc w tej recenzji postaram się go możliwie pominąć. Tak czy inaczej, przechodzę do rzeczy.

Album rozpoczyna się ciekawym intrem tytułowego kawałka „Zmartwychwstanie”. Specyficzne riffy i marszówka. Następnie już coś, czego mi brakowało: ta intensywność i ciężar. Ten deathcorowy duch, który, zwłaszcza wśród osób nieobytych w metalu, jest marką tego zespołu. Solówka zaprezentowana w tej kompozycji jest po prostu obłędna.
Kolejny utwór „Poznaj Swoich Wrogów” oprócz tego, że liryczny, ma bardzo dosadny przekaz i jest do tego życiowo prawdziwy. Muzycznie też jest dobrze. Perkusja ukazuje swoje atuty, których dawno nie słyszałem, potem to breakdownowe tempo, którego moim uszom brakowało. Głowa i ciało samo podświadomie myśli już o koncercie i oczywiście pogo. Historia jest kontynuowana przy „Bez Przebaczenia”, choć krótka deklamacja Demona w tym utworze nadaje większego klimatu. Znowu kolejna dobra solówka.

Krew, Ogień, Śmierć” rozpoczyna się od dźwięków deszczu oraz piorunów. Potem jest, znowu tak jak powinno: dobre riffy, blasty, zmiany tempa, a przekaz jasny i wyraźny.

Pieczęcią Niech Będzie Krew” to od samego początku siarczysty muzyczny cios w twarz, o odpoczynku nie może być mowy. Riffy, breakdowny, blasty, scream i growl bardzo przypominające mi album Zmierzch Bogów. Natomiast „Przynoszę Wam Ogień” swoim politycznym, buntowniczym i trochę aspołecznym aspektem i samą muzyczną też strukturą przypomina mi „Świat Tyranów” z Teorii Konspiracji. To nie jest żaden zarzut z mojej strony. Wręcz przeciwnie: jest to komplement, gdyż tę płytę (mam na myśli Teorię Konspiracji) po prostu uwielbiam.
Natomiast w „Kolejnej Niewinnej Ofierze” nietypowy wokal jest cudowny. Nietypowe riffy oraz samo brzmienie, przy jednoczesnym zachowaniu corowej konwencji, są kolejnym mega plusem. „Martwy Jak Ty” jest za to znowu kolejnym prostszym i bardziej dynamicznym numerem.
Jak Światłość i Mrok” oraz „Iluminacja” to natomiast kolejne gitarowe uczty. Zachowane breakdowny i blasty: wszystko jak trzeba.
Jako kompozycja zamykająca album „Bóg Cię Nie Ocali” jest wprost idealna, zachowuje klimat, tematykę oraz nie odbiega od innych utworów, pomimo iż jest nieco wolniejsza na samym początku.

Podsumowując, ta płyta to istne arcydzieło, a pod względem lirycznym w wielu aspektach jest kontynuacją Teorii Konspiracji, ale to tylko moje indywidualne odczucia. Muzycznie, chapeau bas Demon. Te solówki to po prostu perełki, które utkwią w mojej głowie na wiele lat. Daron – idealnie je wykonałeś. Auman, tego screamu i growlu mi brakowało, jak dla mnie po wykonaniu heavy metalowej „Legendy” jesteś wokalistą kompletnym. Co do perkusji, została ona pokazana najlepiej ze wszystkich waszych nagranych albumów, doskonała robota Toma. Ta płyta jest spójna i okazała się prawdziwym zmartwychwstaniem Frontside. Chętnie poznam wasze opinie. Czy też uważacie tę płytę za dobrą, a może jest wręcz przeciwnie? Napiszcie w komentarzach. Pozdrawiam.

10/10