Kategorie
Bez kategorii

Sirenia – At Sixes And Sevens (2002)

Uwielbiam gdy, dla takich fanów jak ja zespół świetnie prosperuje pomimo decyzji osoby zakładającej pierwotnie tą samą grupę. Wszystko zmienia się mniej więcej co dwie płyty. Pomijając fakt, że sam wcześniej został wyrzucony z innej kapeli, mowa w tym przypadku o Tristanii. Dla jasności mówię tu o Mortenie Velandzie i jego składzie, który znany jest pod nazwą Sirenia. Dzisiaj powrócę, do tego co kiedyś bardzo mi się podobało, tzn. szeroko rozumianego gothic metalu i debiutanckiego albumu tej jednoosobowej formacji, zatytułowanego „At Sixes And Sevens” wydanego 21 maja 2002 roku. Czy sama płyta straciła na swoim uroku? Czy może jednak z upływem czasu zyskała na jakości? No i na koniec zadamy sobie pytanie, czy fakt, iż jej autor miał ją przygotowaną dla swojego byłego zespołu, a wykorzystał jako debiut innej, można uznać za niewłaściwe? Przekonamy się jedynie, słuchając więcej niż jeden raz, prawda?

Otwierający płytę „Meridian” ukazuje dość spory zakres różnorodnych inspiracji muzycznych. Klawiszowe i smyczkowe partie wraz z operowym śpiewem dobrze utrzymują napięcie, jednak charakterystyczny scream, wraz z breakami oraz partiami perkusji można podciągnąć pod lekko deathowy. Jeśli chodzi o, „Sister Nightfall” to od samego początku pojawia się w nim charakterystyczny riff grany na gitarze akustycznej. Tu też pojawia się duet Fabienne oraz Jana Kennetha Barkveda. Potem robi się trochę blackowo przez scream Mortena.

Trzeci „On The Wane”  to bardziej klimat gotycki. Wokalnie jest dosyć ciekawie. Więcej na nim słychać Fabienne, a szept Jana to faktyczne mistrzostwo, choć wisienką na torcie jest solówka na skrzypcach. Na „In A Manica” słychać po raz pierwszy dwóch wokalistów – Jana jak również Kristiana. W tej kompozycji jest też więcej elektroniki, typowego keybordu. Tytułowy „At Sixes And Sevens” ma znakomity akustyczno – skrzypcowy wstęp wraz z wokalem Fabienne na czele, który w dalszym ciągu mnie zachwyca. 

Paradoksalnie, po upływie lat pozostałe kompozycje z tej płyty, zwłaszcza po uważnym przesłuchaniu pierwszych sześciu, niczym mnie ponownie nie zaskoczyły. Czy to źle? W pewnym sensie tak, bo jednak większość z nas, oczekuje po jakimś czasie na odkrycie czegoś nowego w znanych już kawałkach. No, ale cóż…bywa. Tak czy inaczej. Debiut „At Sixes And Sevens” z 2002 roku, mogę śmiało określić mianem średniego. Jako całość nie stracił swojego, unikatowego klimatu. Trochę gotyku, odrobinę doomu no i deathu. Słychać więc na nim muzyczne poszukiwania Mortena. Z upływem czasu jednak stał się bardziej przewidywalny, aż za bardzo. W tym aspekcie jest nieco gorzej. 

Czy to dobrze, że Morten wykorzystał stworzony przez siebie materiał pod szyldem zespołu Sirenia? Moim zdaniem tak. Natomiast sposób, w jaki nim potem zarządzał, nie kryjąc się z tym, to inna historia. Zastanawia mnie tylko jedno… Dlaczego nie poszedł w karierę solową skoro muzyków, z wokalistami włącznie, wykorzystywał jedynie do występów na żywo? Tak czy inaczej, w tamtym czasie „At Sixes And Sevens” był bardzo dobry. Obecnie jest tylko przyzwoity, choć nadal różnorodny.

Korekta: Sylwia Prekurat

6/10

Kategorie
Bez kategorii

System of a Down – System of a Down (1998)

Amerykański System of a Down. Jedna z ikon tzw. nu – metalu. Zespół, uważany nawet przez metalowców za zbyt łagodny i wyklęty. W moim gimnazjum i szkole średniej przynajmniej tak kiedyś było. Dzisiaj, po 22 latach od premiery, przypomnę Wam i Sobie, ich debiutancki album zatytułowany po prostu „System of a Down”, wydany 30 czerwca w 1998 roku  przez American Recordings. Pierwszy raz styczność z tym krążkiem miałem pod koniec 2001 r. Czy po prawie 20 stu latach czas okazał się dla tej płyty łaskawy? Jesteśmy skłonni spojrzeć na nią i wysłuchać świeżym okiem, uchem? No cóż…okaże się. Zaczynamy!

„Suite-Pee” już od samego początku brzmi gange-owo -mam tu na myśli riff otwierający utwór oczywiście z dynamiczną perkusją. Następnie wchodzi budujący napięcie poprzez bas, breakdown. Wokal Serja jest intensywny. Momentami jednocześnie scremuje i growluje. Wszystko to wcześniej wydawało mi się po prostu przebojowe, zresztą nadal w taki sposób to odbieram, chociaż przez lata doświadczeń z różnymi nurtami muzycznymi i przez pryzmat tego dostrzegam nawet te drobne niuanse kawałka. Jak dla mnie jest to odpowiednie otwarcie albumu. 

W „Know” początek to bardziej rozbudowana sekcja rytmiczna – perkusja. Oprócz tego pojawiają się nowe rozwiązania jeśli chodzi o riffy. Wokal Serja mocno bazuje na granicy rapu. Znowu pojawia się ciekawe i dynamiczne przejście perkusyjne, stopniujące napięcie. Nadal!

„Suger” jako singiel pierwszy raz ,, rozp…….. mi „system”, kiedy zobaczyłem teledysk. Tematyka okazała się mocno społeczno – polityczna, buntownicza. Wstęp, ta deklamacja wokalisty, z kończącym ją ,,diabolicznym” głosem, nadal jest dla mnie majstersztykiem. Kontrowersyjny teledysk? Proszę bardzo. Chwytliwe brzmienie? Jak najbardziej. Zmuszający do myślenia tekst? Oczywiście! Osobiście nie rozumiem krytyki celującej w ten utwór. Jak dla mnie nadal jest rewelacyjny.

Suggestions” jest dynamiczny od samego początku. Umiejętne przejścia perkusyjne, no i znowu za…….y breakdown z riffem w tle. Ironia w głosie Serja jest w nim genialna. Na swój sposób lekko szalona.

Spiders” natomiast jest już bardziej psychodeliczny, co akcentuje bas i wstęp wokalny. Do tego znowu inteligentny tekst. W „Ddevil” intryguje dobra marszówka. Tu ponownie Serj wręcz bawi się swoim głosem. Gange nadal króluje, choć hard rockowy riff też tu się pojawia. Czego jednak można wymagać od kawałka długości raptem 1m.:43s.? 

W „Soil” jest trochę słyszalnych cowoych elementów – mam tu też na myśli gitary. Pojawia się kontrolowane zamieszanie instrumentalne. Znakiem rozpoznawczym utworu jest dobra solówka. Daron się postarał. Szaleństwo trwa! Riffowe wejście w „War” nadal mi się podoba. Z pozoru proste, ale niekoniecznie. Headbanging jest!

„Mind” natomiast to inny temat. Tu została zobrazowana muzycznie i lirycznie kwestia złożoności ludzkiego umysłu. Osobiście tak ten utwór interpretuje, jako najbardziej skomplikowany, rozbudowany i niejasny do końca w swojej strukturze, jednocześnie intrygujący. Pojawiają się też lekko doomowe naleciałości, dwa rodzaje ekspresji poprzez ukazanie czystego gniewu czy wściekłości, kumulacja szaleństwa. Ten utwór był i jest moim ulubionym z całego albumu. Słuchałem go w trudnych chwilach. Zawsze pomagał.

„Peephole” znowu dobrze buduje napięcie. Słuchając go, mam wrażenie, jakbym kręcił się na szalonej karuzeli w wesołym miasteczku, sam do końca nie wiem czemu?? Zmian tempa po prostu nie da się nie usłyszeć. Znowu headbanging!

„Cubert” to kontynuacja sinusoidy – znanej, ale lubianej. Energia nadal buzuje! W „Darts” Serj znowu zaskakuje wokalem, bawi się nim w za…….y sposób. Do tego tykający zegar, a potem breakdowny? Mistrzostwo!  Zamykający „P.L.U.C.K.” zaskakuje na początku ciekawym riffem. Jest tutaj wszystko, co znane z wcześniejszych utworów z wyjątkiem dwóch momentów, w których pojawiają się nowe riffy. Natomiast perkusja nie jest tu uboga, oj nie. Intensywne zamknięcie płyty jak dla mnie, gdzie wreszcie słychać Darona.

 Z perspektywy czasu System of a Down jak dla mnie był udanym debiutem. Dlaczego? Cała paleta stylów. Od grangu, hard rocku, doomu po metalcore. Zostały użyte różnorakie środki ekspresji wokalnej, co czyni krążek jeszcze bogatszym. Także…może się powtarzam, ale co jest w tym albumie nie tak? Bo ja k…. nie wiem! Kiedyś był dla mnie rewolucyjny. Teraz słuchając go, może nie jestem w stanie głębokiej psychodelii, ale takiej umiarkowanej, dla mnie przyjemnej.  Charakterystyka brzmienia zespółu dawniej określana jako nu-metal, z perspektywy czasu, jest niewłaściwa. Skład nagrywając kolejne albumy, podążył określoną na tej płycie ścieżką, może cięższą, jeśli chodzi o Toxicity, ale jednak. Reasumując, płyta nie ma złych momentów, a spójność jest jej kolejnym atutem. Obok nagranego po debiucie Toxicity, ta płyta jest ich Opus Magnum. Do tego kultowa okładka. Zatem ocena może być tylko jedna.

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10!

Kategorie
Bez kategorii

Kamelot – Eternity (1995)

Z racji powrotu mojego zamiłowania do power metalu i jego pochodnych, po dłuższej przerwie ponownie wziąłem się za amerykański zespół power/heavymetalowy Kamelot. Wybór padł na jego debiut Eternity, wydany przez Noise Records 23 sierpnia 1995 roku, czyli równe dwadzieścia pięć lat temu. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? No i czy lub w jakim stopniu zespół muzycznie ewoluował? Kilka przesłuchań i przynajmniej dla mnie to będzie na tyle jasne, aby udzielić jednoznacznych odpowiedzi.

Pierwszy kawałek, tytułowy Eternity, ma pompatyczny symfoniczny wstęp, co skutecznie przykuwa uwagę, później natomiast pojawia się riff otwierający. Kiedyś sam utwór wydawał mi się nijaki, może dlatego, że byłem dość mocno zakręcony na punkcie innych zespołów, kiedy w 2005 roku parę płyt Kamelota pojawiło się na moim discmanie. Dziś solówka oraz zmiany tempa, niepozwalające jednoznacznie go zakwalifikować, no i oczywiście bardzo dobry wokal Marka Vanderbilta sprawiają, że Eternity ponownie trafia na moją playlistę. Bardzo dobry numer otwierający płytę. Black Tower również nie jest gorszy. Zwiększona jest oczywiście dynamika samej kompozycji, pojawia się też więcej dobrych gitarowych popisów Thoma.

Na Call of the See słyszę riff, który wydaje mi się znajomy. Serio, albo to inny zespół inspirował się tym utworem, albo na odwrót. Tak czy inaczej, jest bardzo chwytliwy. Kolejna dobra solówka Thoma. Tu znowu przebojowość oraz budowanie napięcia wygrywają i mam kolejnego nowego ulubieńca z tego albumu. Jest bardzo dobrze. „The see is calling me!”. Równie dynamicznemu Proud Nomad też nie mam nic do zarzucenia, gdyż pomimo przewidywalności pewnego rodzaju różnorodność riffów gitarowych autorstwa Thoma nie pozwala mi się znudzić. Co ciekawe, mam wrażenie, że Red Sands jest swego rodzaju kontynuacją poprzedniego utworu. Jeśli nie liryczną, to muzyczną, bo zaczyna się z tak zwanym przytupem, do tego chyba pierwszy raz słyszę w nim wokal wspierający Thoma. Tu też jest jedna z czterech najlepszych jak dla mnie solówek na tej płycie, co z miejsca klasyfikuje Red Sands jako mój trzeci „nowy” ulubiony utwór z tego albumu. Z One Of The Hunted mam podobnie. Kiedyś wydawał mi się taki sobie, bez jakiegoś szału, a teraz wręcz przeciwnie. Krótko mówiąc, pierwsza połowa albumu Eternity jest rewelacyjna!

Z Fire Within jest odrobinę gorzej, bo z jednej strony może być to ballada, a z drugiej utwór balladopodobny. Zakładając, że mam do czynienia z balladą, to ratują ją tylko nastrojowe partie gitarowe, bo słuchając tekstu, jakoś nie poczułem potrzeby refleksji czy też wzruszenia. Warbird natomiast jak szybko wlatuje, tak wylatuje. Jeśli chodzi o dobrą balladę, a przynajmniej lepszą od poprzedniej, to jest nią What About Me. Tu wokal jest jednoznacznie ukierunkowany, tekst też jest refleksyjny, więc nie jest może genialnie, ale tragedii nie ma. Etude Jongleur jest instrumentalnym przerywnikiem przed zamykającym płytę The Gleeman, który swoją rolę spełnia po latach znakomicie. W porównaniu do moich nowych ulubionych kompozycji jest przebojowy, choć już bardziej przewidywalny (co w jego przypadku nie jest zarzutem),a partie keyboardowe są w nim wręcz magiczne.

Podkreślę to jeszcze raz: o dziwo, czas okazał się bardzo łaskawy dla debiutanckiego albumu Kamelotu. Dowodzi to, że nawet po latach można zostać pozytywnie zaskoczonym. Sam zespół oczywiście ewoluował, dodając trochę więcej elementów symfonicznych do swoich następnych płyt. Jak dla mnie z perspektywy czasu ten konkretny debiut można uznać za bardzo udany. Sam żałuję, że nie od niego zaczynałem swoją przygodę z amerykańskim Kamelot. Czy powrócę do następnych płyt tego zespołu? Sam nie wiem, możliwe, że tak. Na chwilę obecną Eternity staje się dla mnie ulubionym albumem Kamelotu, pomimo iż znam ich późniejsze dokonania.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

MAG – MAG (2020)

Z racji iż, wbrew temu co się uważa, nie ograniczam się tylko do zagranicy. Bacznie obserwuję swoje (polskie) podwórko. Dzięki wizycie w zeszłym roku na Brutal Assult, miałem okazję zobaczyć Electric Wizard na żywo, przez co mocno odświeżyłem sobie ich dorobek. Potem jeszcze miałem okazję poznać w pracy gorącego miłośnika sluge i doom metalu, co pozwoliło mi na znaczne poszerzenie moich horyzontów, a przy okazji na sentymentalne podróże do płyt, których kiedyś słuchałem, o nich oczywiście w innej serii. Tak czy inaczej, toruński MAG, ma z tym wiele wspólnego, chociażby, dlatego iż, gra doom metal. 1O kwietnia ukazał się ich debiutancki album zatytułowany po prostu MAG, wydała go Piranha Music, mało znana wytwórnia. Pachnie undergroundem. Lepiej już zachęcić mnie nie mogli. Jakiej jakości będzie to doom? Czy tylko będą się inspirować swoimi muzycznymi idolami? Odpowiem chętnie, lecz aby to zrobić muszę krążek przesłuchać.

Otwierający Kambion, jest bardzo intrygujący. Dlaczego? Krótkie gitarowe inro, połączone z perkusją to ciekawy wstęp. Dodając do tego mocno ekspresyjny wokal, podchodzący pod blackowy i już macie odpowiedź. Po drugie potem następuje gwałtowna zmiana tempa pod bardziej deathowe, mam tu na myśli raczej intensywniejsze partie perkusji. Moment? Czyżbym się przesłyszał? Chyba nie. Pojawił się czysty wokal. Jeszcze do tego dobra gitarowa solówka. Jest lepiej, niż sądziłem. Do tego dobre przejścia. Idealny, ,, magiczny ” wręcz początek. Choć druga solówka jest mocno inspirowana Black Sabbath. Taki szczegół.

Pragnienie, na samym początku jest trochę transowe, lecz pewnie nie bez powodu. Dobrze buduje napięcie, utrzymując tajemniczy klimat. Następnie pojawia się death, czyli intensywność. Co w połączeniu z wokalem znowu daje zamierzony efekt. Perkusista daje tu też większy popis swoich umiejętności. Riffy też są podobne, lecz inne, co akurat moim zdaniem jest ważne. Zespół mnie znowu zaskoczył, dodając, może jako deser, idealnie odtworzone brzmienie gitar z lat 70tych. Do tego potem ten minimalizm partii perkusyjnych. Na samym końcu sam brzmiał bas? Nie jestem pewien, ale jeśli tak to brzmiał genialnie.

Czarci chwost to dalej MAGiczny mrok, lecz jeszcze większa wirtuozeria się wkradła, jeśli chodzi o gitarzystów. Wokal dalej równie ekspresywny. Kolejna dobra solówka, trochę też większej domieszki rytuału można się doszukać w muzyce, która współgra z tekstem o sabacie wiedźm w lesie. Jednym z najmroczniejszych moim zdaniem.

Samotnik z Providance to trochę inny wokal. Bardziej agresywny, czasami bardziej screamujący. Co jest inne. Potem powraca coś, co znam, czysty śpiew i ekspresja. Dominuje średnie tempo, lecz wreszcie też wraca trans, którego było mi trochę brak. Bas. Wyciszenie i znowu bas. Proste, lecz genialne rozwiązanie. Nie mam pojęcia, kto nagrywał tu stample. A jeśli to nie są stample, tylko prawdziwe instrumenty, to tym bardziej szacunek do chłopaków z Torunia, wzrasta jeszcze bardziej. Można bowiem przy tych dźwiękach ,,odpłynąć” do innych wszechświatów własnych myśli, bądź własnego świata. Istne arcydzieło. Idealnie też sprowadza na ziemię ostatnia część, która jest zdecydowanie cięższa. Tak czy inaczej, mimo to moje zdanie się nie zmieniło.

Zamykający płytę Dobieram następną z talii zaklęć, to ewidentnie rzucanie jakiegoś zaklęcia. Przemawia za tym minimalizm instrumentalny, ograniczający się to rytmicznej perkusji, a wokalista wypowiada zaklęcie w jakimś nieznanym mi starożytnym języku. Efekt mistycyzmu jednak został osiągnięty, choć jedynie zaraz po przedostatnim utworze. Czy samodzielnie by zadziałał? Szczerze, wątpię, lecz jako kompozycja zamykająca, Dobieram następną z talii zaklęć, spełnił swoje zadanie.

Co mnie tym bardziej intryguje, nic o MAGu nie wiadomo. Debiut jest wybitny. Inspiracje Electric Wizard i Black Sabbath, które słyszę, nie ograniczają się na odtwarzaniu, lecz na przekuciu ich, w coś własnego. Mrocznego, tajemniczego, teksty też nie należą do banalnych, wręcz przeciwnie. Muzycznie też wszystko jest spójne, choć rutyna jest tu paradoksalnie, przez grupę unikana, co jest dodatkowym atutem MAGa. Do tego okładka autorstwa Adama Bejnarowicza jest równie magiczna co debiut MAGAa. Jeśli lubicie dobry doom, a jednoczenie Black Sabbath czy Electric Wizard, koniecznie sięgnijcie po płytę MAG. Szczerze nie śledzę zbytnio polskiej sceny doomowej, lecz dla mnie MAG, jest jej nadzieją. Poszukiwania ich własnego brzmienia idą moim zdaniem w dobrym kierunku. Nie mogę się doczekać ich występu na żywo, nieważne gdzie. Jeśli maiłbym też wybrać ulubione samodzielne kompozycje to były by to: Kambion, Czarci chwost i Samotnik z Providence. Choć do całego albumu będę wracał nie raz. Warto posłuchać i kupić.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Gamma Ray – Heading For Tomorrow (1990)

Z pewnymi zespołami ,jest tak, że, się niby je zna, ale nie za dobrze, bo kojarzy się jedynie po jednej ze znanych osób. W przypadku niemieckiego Gamma Ray wydawał mi się on znajomy, nie przez wzgląd na byłego członka i wokalistę Halloween, bo byłoby to kłamstwem,ale dlatego, że, znam inną osobę, której głos rozpoznam wszędzie. Mam tu nam myśli Ralfa Scheepersa i jego obecny zespół Primal Fear. Dziś rozprawiać będę o debiucie Gamma Ray wydanym 27 lutego 1990 roku. Czy po trzydziestu latach nadal potrafi wprawić w zachwyt lub ewentualną rozpacz? Okazać się to może jedynie po wielokrotnym odsłuchaniu owego krążka.

Tytuł samego intra jest w sumie oczywisty. Po prostu Welcome. Dynamika na Lust for Life była i jest nadal obecna, już, chociażby przez dźwięk gitar i doskonale dopasowaną perkusję jest obecna. Wokal Ralfa jako prowadzący jest bardzo dobry, uzupełniają go też dobre partie chóru. Przejścia wykonane za pomocą gitary akustycznej są rozwiązaniem, na które trudno wpaść. Do tego jeszcze dwie doskonałe solówki gitarowa na koniec. Na Heaven Can Wait jedyne co jest inne to niby brzmienie sprawiające wrażenie, że jeszcze jest keyboard, którego nie ma. No i więcej wokalu wpierającego Falfa. Kolejna dobra solówka gitarowa. Początek Space Eater jest istnie kosmiczny do tego jeszcze ta dość długa partia Rafla. Oprócz tego inne niż dotąd przejście perkusyjne, zmieniające trochę tempo. Nadal robi wrażenie. Oprócz tego bardziej słychać na nim gitarę basową oraz dobrą solówkę gitarową. Kolejne utwory, czyli Money, Hold Your Ground, Free Time są odpowiednio szybkie. Motoryka była i jest zachowana przez to doskonale. Wyjątkiem jest bardzo dobra ballada The Silence. Odpowiednio nastrojowa przed wokal Ralfa oraz dobrą aranżację. Jedyne ,,ale” miałem i nadal mam, do zamykającego płytę tytułowego Heading for Tomorrow. Ponad piętnaście minut. Nic odkrywczego, oprócz zbyt dużą ilością solówek. To był akurat nietrafiony zabieg. Znam lepsze utwory tego typu.

Jeśli chodzi o debiut. Jak na tamte czasy był dobry. Większość utworów z tej płyty była grana przez Gamma Ray, nawet po odejściu z grupy. O tym, że był dobry, świadczyć może fakt, iż, po niecałym roku zespół wypuścił swój drugi album zatytułowany Sigh No More. To już jednak inna historia. Jeśli chodzi o ten album, znowu moje lista ulubionych kompozycji uległa lekkiej zmianie. Są to bowiem teraz Lust for Life, Space Eater, Money oraz The Silence. Wszystkie inne są więcej niż przeciętne. Gdyby nie drobny mankament w postaci tytułowego Heading for Tomorrow, dałbym prawie najwyższą notę. Będąc jednak sprawiedliwym. Biorąc pod uwagę, że albumu pomimo upływu trzydziestu lat, słucha się go jednym tchem, ale jednak mam nieodparte wrażenie, że, został nagrany trochę na siłę. To mu trochę ujmuje w moich uszach.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Reaper – Unholy Nordic Noise (2020)

Szwecja jest jednak bardzo bogata, jeśli chodzi o zespoły. Z racji większego zainteresowania grupami pokroju Midnight, akurat skandynawski Reaper przykuł moją uwagę. Tym bardziej iż 31 stycznia 2020, wydał swój debiutancki album, zatytułowany Unholy Nordic Noise. Czy okazał się równie dobry jak najnowszy materiał Midnight? Trzeba przesłuchać, aby się przekonać, więc to zamierzam zrobić.

Intro samo w sobie jest bardzo intrygujące. Tym bardziej iż rozpoczyna się bardzo tajemniczą deklamacją. Już pierwsze Hero of the Graveyard Flies jest plugawe do samego szpiku kości. Do tego wokal przypomina mi tu zarówno Shagratha z Dimmu Borgir lub Abbatha z Immortal. Natomiast w Severing Tentacles of Faith gitary brzmią bardzo podobnie, jak w polskim zespole blackowym Morowe, oprócz tego przynajmniej ja, słyszę tu więcej speed metalu, a solówka jest naprawdę godna uwagi. Na Arctic Wrath – Blood and Bone panuje istna blackowo-thrashowa rzeźnia. Poważnie. Order of the Beelzebub natomiast rozpoczyna się piekielnie chwytliwym riffem, a potem leci już z przysłowiowej górki. Choć tu zastosowanie chórków, jest bardzo interesujące. Horn of Hades, The Birth of War, Surrender to the Void , This Crystal Hell, Ravenous Storm of Piss oraz De krälande maskarnas kör to na początku wolny wstęp , lecz potem jest już tylko szybciej i mocniej. Na sam koniec otrzymujemy równie intrygujące Outro.

Dodając jeszcze parę słów na koniec. Jest to solidny debiut dla fanów polskiego Voidhungera czy norweskiej Aura Noir, choć jak wspomniałem, usłyszeć w nim da się też tam nawet Morowe Nihila. Jak na niecałe półgodziny materiału, jest dobrze. Może nie genialnie, ale potencjał moim zdaniem jest. Jestem ciekaw drugiej płyty szwedzkiego Reaper-a, bo debiut nie wypadł aż, tak fatalnie jak zakładałem na początku.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Faidra – Six Voices Inside (2020)

Wreszcie coś godnego uwagi, dokładnie z szeroko rozumianego atmospheric black metalu, zostało mi polecone przez dwie osoby. Do tego jest to płyta kolejnej grupy ze Szwecji. Zespół o nazwie Faida 21 lutego 2020 wydał swój debiutancki album zatytułowany Six Voices Inside, wydany przez Nordthen Silence Productions. Z ogromną ciekawością zakładam słuchawki, bo akurat ten podgatunek blacku jest u mnie dość problematyczny, lecz mniejsza z tym. Chętnie się wypowiem na temat owego krążka.

Otwierający album Pack Amongst Wolves już mi coś przypomina. Jeden riff gitarowy ciągnie się przez ponad dwie minuty. Partie perkusyjne, a tym bardziej odpowiednio dobrane blasty, dają odpowiedni nastój. Choć jeśli chodzi o scream, to jest on wątpliwej jakości. Wyciszający zupełnie inny riff, daje pewne odprężenie. Potem znowu powrót do minimalnie, ale jednak większej ilości dynamiki.

Co ciekawe znowu w The Depths, scream, genialnie skonstruowane breaki z blastami jednocześnie, są po prostu świetne. Klimat nadal utrzymany przez nagrany podkład keybordowy. Po przyzwoitym początku jest jeszcze lepiej. Gdyż identycznie jest w trzecim Obsequies. Tylko że w nim, pod koniec jest krótka deklamacja po angielsku. Zespół dalej utrzymuje poziom. Nawet więcej, pomimo najcięższego rozwinięcia kompozycji, nawet trochę dethowej, sam porwałem się do headbangingu. Nie pamiętam kiedy przy atmospheric black metalu, tak było. Do tego znowu ta perkusja.

Przedostatni The Judas Cradle, kontynuuje to co dobre, dodając do partii perkusyjnych jeszcze podwójną stopę oraz jedyną, chyba ,,solówkę” gitarową na tym albumie. Ostatni natomiast i tytułowy zarazem, Six Voices Inside, idealnie zamyka tę płytę. Po raz drugi i ostatni słyszymy deklamację po angielsku. Choć momentami tu wokalista brzmi tu jak Shagrath z norweskiego Dimmu Borgir.

Chciałbym bardzo podziękować Sylwii i Wiktorowi, za podesłanie mi tej płyty do odsłuchu. Udało się Wam sprawić, że może wreszcie zacznę słuchać częściej atmospheric black metalu. No i owszem, Sylwia, słychać na tej płycie mocną inspirację starym Burzum ,lecz jak też wyłapałem trochę podobieństw do Dimmu Borgir. Tak czy inaczej, pomimo iż album, nie jest innowacyjny, to fanom gatunku do gustu przypadnie na pewno, lecz również zespołów takich jak Burzum czy Dimmu Borgir z czasów Stormblast. Inspiracja to jedno, okoliczności słuchania to druga sprawa. One też muszą być, bo akurat w atmospheric black metalu, słuchacz, przynajmniej dla mnie, musi je mieć. Co do ulubieńców to tu stawiam na The Depths oraz The Judas Cradle. Album jest mroczny też kiedy trzeba, a jego spójność nienaganna. Z racji, natomiast że to jest debiut, zapewne możne być, jeszcze lepiej.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Children Of Bodom – Something Wild (1997/1998 )

Ostatnio słychać tylko złe wieści z obozu Children of Bodom. Okazało się bowiem, iż zespół uległ rozwiązaniu i muzycy chcą realizować się w zupełnie innych projektach. Dziś sentymentalnie wrócę do ich pamiętnego debiutu Something Wild, w Finlandii wydanego 16 listopada 1997, a na świecie 28 sierpnia 1998 roku. Czy po prawie 22 latach coś się zmieniło? Może niektóre utwory dostały nowe życie? Nie przesłuchując gruntownie, tego krążka się nie przekonam.

Deadnight Warrior już od samego początku, chociażby przez dźwięki pioruna, wprowadza nastrój rodem z horroru. Piekielnie szybka solówka Alexia, sprawia, że, cała kompozycja jest bardzo dynamiczna. Na sam koniec dorzucona zostaje druga solówka autorstwa oczywiście Alexia. In the Shadows otwiera natomiast bardzo wyraźna partia gitary basowej. Do tego partie keyboardu, są tu też dopasowane idealnie. Co bardziej interesujące wokal Alexia, jak dla mnie jest tu bardziej blackowy, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Do tego potem w połowie gitary zaczynają tzw. rzeź, upiększoną potem keybordowym dźwiękiem klawesynu a na sam koniec organów.

Pierwsza część Red Light in My Eyes jest bardziej nastrojowa, choć później to zostaje trochę zaprzepaszczone. Przynajmniej dla mnie, nawet w drugiej części, gdzie jest bardziej wirtuozersko pod kątem gitarowym oraz bardziej heavy metalowo, jeśli chodzi o gatunki. Mimo to w obu kompozycjach wokal Alexa, jest zbyt surowy. Piąty Lake Bodom jest już strike heavy, położony jest nacisk bardziej na gitarowy aspekt popisów Alexia, gdzie keyboard jest na zupełnie drugim planie, to akurat źle. Przedostatni The Nail chociażby przez wprowadzającą deklamację, potrafił przyprawić o mały dreszcz przerażenia, a to akurat dobrze, bo pomału zaczynało wiać ewidentnie nudą. Mimo strachu, tu też jednak wokal jest niedopracowany. Z gitarami jest znacznie lepiej, to tu znajduje się moim zdaniem solówka z tej płyty. Zamykający płytę Touch Like Angel Of Death pomimo iż ma ponad siedem minut, wokalnie jest chyba najbardziej dopieszczonym utworem. Oprócz tego partie keyboardu też są idealne, tak samo jak gitarowe popisy Alexia.

Jeśli chodzi o Something Wild, nie interesowały mnie covery, takich zespołów jak Slayer, Scorpions czy Sepultura, które znalazły się na tym krążku. Całą uwagę poświęciłem autorskim kompozycją, do których powróciłem znowu po paru latach przerwy, dokładnie siedmiu. Jak na tamte czasy, czyli ponad dwie dekady temu, nie był to doskonały materiał. Wokal Alexia przede wszystkim potrzebował dopracowania, zespół bowiem eksperymentował z trzema gatunkami: heavy metalem (tu akurat Alexi odnalazł się ze swoją gitarą i popisami) , black/death metalem z elementami grozy (mam tu na myśli złowrogie partie keyboardu). Czy coś się zmieniło u mnie jeśli chodzi o ten krążek? Owszem. Z perspektywy czasu Something Wild, ukazał niedoskonałości zespołu oraz w jakich obszarach muzycznych prowadzili poszukiwania własnego brzmienia. Czy to dobrze? Moim zdaniem jak najbardziej, od tego są bowiem błędy, aby się na nich uczyć prawda? Mimo paru mankamentów znalazły się z tego krążka utwory, które dostały ode mnie tzw. drugie życie. Mam tu na myśli The Nail oraz Touch Like Angel Of Death. Na koniec stwierdzę jeszcze jedno, jak na debiut nie było wielkiej tragedii.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Kategorie
Bez kategorii

Follow The Cipher – Follow The Cipher (2018)

Już niestety po kolejnej edycji Masters of Rock. Uwierzcie-było świetnie. Tak się składa, iż, tegoroczna edycja pozwoliła mi, powrócić do płyty, z którą moje uszy nie miały pierwszego dobrego kontaktu. Mówię tu o debiutanckim albumie szwedzkiej grupy Follow The Cipher o dokładnie takim samym tytule, wydany 11 maja 2018 roku przez Nuclear Blast. Czy dobrze zrobiłem, wracając do tej płyty, po dość długiej przerwie? Zobaczymy.

W Enter the Cipher klawisze posłużyły jako dobre intra. Potem wkracza dość nietypowy wokal Lindy, a potem dwóch wokali wspierających. Mam tu na myśli Viktora. Ten duet o dziwo wypada dobrze, potem otrzymujemy bardzo dobrą solówkę gitarową. No i znowu uspokojenie tempa i ostatni break down. Powalony nie byłem, ale też nierozczarowany.

Druga kompozycja, czyli Valkyria to istna petarda energetyczna. Zarówno w wersji studyjnej, jak i na żywo. Choć wokal Lindy jest tu mocno na pograniczu krzyku, przynajmniej ja ciągle odnoszę takie wrażenie. Znowu dobry udział Viktora, lecz dodatkowej dynamiki i mocy dodają istnie metalcore break downy, blasty i scream. Mieszanka, która albo wypali, albo nie, w moim przypadku wypaliła tak, jak trzeba.

My Soldier jest dość mocno przeciętny, choć tu też Linda wraz z Vicktorem się bardzo się starają, muzycznie też to wszystko nie jest złe, bo są przejścia, odpowiednie klawisze, ale mimo to wpada i wypada mi to jednym uchem. Z Winterfall jest znowu inna sprawa, sam riff zmieniający się potem w dobrą gitarową solówkę to jest to. Wokal jest dobry, trzy jasno określone przejścia, no i bonusowa druga gitarowa.

Myślałem, że tego uniknę, ale jednak teraz wyłapię to, co wyróżnia pozostałe kompozycje autorskie na tej płycie. Titan’s Call zaczyna się trochę inaczej, a oprócz tego jest kolejnym utworem z dwoma naprawdę dobrymi solówkami. The Rising natomiast jest dla mnie najbardziej chwytliwym oraz energetycznym utworem na tym albumie. Do tego w trakcie wokalu Lindy, złowrogi głos i fraza: ,,Hunter will remember” pomysł genialny. Do tego gościnne solo Chrisa Rörlanda. Na żywo dla mnie również istny majstersztyk.

Z A Mind’s Escape mam problem, bo niby jest wszystko w miarę dobrze, zmiany temp etc. Okazał się dla mnie zbyt dziwny lub niekompletny. Tak samo z Play with Fire, choć fortepian jako początek zachęcał, ale oprócz tego, pomimo iż riffy nie były złe, jak i cała reszta.

I Revive oraz Starlight zaczynają się bardzo przebojowo. Tu nie ma żadnych eksperymentów, co jest dobre. Riffy, breakdowny, partie dwugłosowe. Na Startlight jednak Vicktor brzmiał bardzo podobnie do Nilsa z Astral Doors, oprócz tego znowu zaserwował bardzo dobry scream, a metalcorowe zabiegi sprawiły, że album, zakończony został z hukiem.

Inną zupełnie kwestią jest cover zespołu Sabaton utworu Carolus Rex, gdyż jeden z założycieli zespołu Karl Kängström pomagał przez długi czas w pisaniu piosenek tej grupie. Przerobiony dość pomysłowo, ale potraktowałem go jako dodatek do płyty, a nie jej integralną część.

Podsumowując. Debiut nie jest najgorszym, z jakimi moje uszy się spotykały. Część płyty gdzie utwory, nie były dopracowane, bo zespół badał, czy pewne rozwiązania się przyjmą, szkoda, tylko że to się przeplatało z kompozycjami gotowymi. Dokładnie pięć numerów jest naprawdę dobrych, a moimi ulubionymi aż trzy, czyli: The Rising, I Revive oraz Starlight. Jeśli chodzi o spójność muzyczną, niby jest, ale złe jak dla mnie ułożenie utworów powodowało, iż finalnie nie była ona dostateczna. Jeśli ktoś jest fanem futurystycznych brzmień i nie boi się posłuchać czegoś sprawdzonego, polecam sprawdzić. Spodoba się lub nie. Mnie ta płyta, jak na debiut, no i po 9-miesięcznej przerwie, bardzo przypadła do gustu, na, tyle że, będę śledził dalej poczynania tej grupy, oczekując, iż może kiedyś, zagrają koncert w Polsce, na tak wysokim poziomie, jak w tym roku na Masters of Rock. Na koniec dodam, że okładka sama w sobie jest bardzo mroczna.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Last Tango – Bloody Dance (2018)

Poznański Last Tango został założony 11 września 2015 roku. Na początku 2018 roku wydali swoją pierwszą EP-kę zatytułowaną Bloody Dance. Jeśli jesteście zainteresowani moją opinią na jej temat, zapraszam.

Na Book of Face zauważyłem inspiracje (żeby nie nazwać ich „zapożyczeniami”) z najnowszej płyty Testament, typ wokalu również okazał się bardzo podobny. Na szczęście późniejsze riffy są już ewidentnie autorskie, poza tym blasty są świetne.
Void Land to znowu riff zaczerpnięty (a wręcz plagiat?) z Labiryntu Fauna, albumu Huntera z 2009 roku. Część autorska jest okej, choć numer nie kopie aż tak bardzo, może poza solówką z marszówką w tle, która wypada bardzo fajnie.
Wokal na The Highest One przypomina CoreyaTaylora, jeśli chodzi o manierę śpiewania. Z kolei riffy wraz z perkusją są zrobione przez zespół od A do Z, gdyż nie wychwyciłem tu żadnej zrzynki, a jedynie inspiracje. Jest dobrze.
Ostatni utwór z jednym na EPce polskim tytułem Zaćmienie jest równie dynamiczny, jak kompozycja otwierająca, gitary i perkusja sprawiają, że człowiek sam z siebie chce lecieć w pogo. Do tego pojawia się breakdown rodem z jak deathcoroewgo numeru. Solówka znowu genialna.

Zespół ma potencjał, powinien jednak moim zdaniem, unikać ewidentnego plagiatowania jak w przypadku trzeciego utworu. Ponadto słychać, że grupa szuka stylu, dlatego też ta EPka to mieszanka thrashu, heavy i odrobiny deathcoru. Co się z tej mieszkanki wyklaruje, czas pokaże. Jak na sam początek nie jest źle, jest nawet dobrze jak na pierwszy materiał. Jeśli nie znacie tej EPKi , z czystej muzycznej ciekawości warto się z nim zapoznać. Tym bardziej, jeśli nie obca jest Wam polska muzyczna scena metalowa oraz młode reprezentujące nią zespoły.

8/10