Kategorie
Bez kategorii

MAG – MAG (2020)

Z racji iż, wbrew temu co się uważa, nie ograniczam się tylko do zagranicy. Bacznie obserwuję swoje (polskie) podwórko. Dzięki wizycie w zeszłym roku na Brutal Assult, miałem okazję zobaczyć Electric Wizard na żywo, przez co mocno odświeżyłem sobie ich dorobek. Potem jeszcze miałem okazję poznać w pracy gorącego miłośnika sluge i doom metalu, co pozwoliło mi na znaczne poszerzenie moich horyzontów, a przy okazji na sentymentalne podróże do płyt, których kiedyś słuchałem, o nich oczywiście w innej serii. Tak czy inaczej, toruński MAG, ma z tym wiele wspólnego, chociażby, dlatego iż, gra doom metal. 1O kwietnia ukazał się ich debiutancki album zatytułowany po prostu MAG, wydała go Piranha Music, mało znana wytwórnia. Pachnie undergroundem. Lepiej już zachęcić mnie nie mogli. Jakiej jakości będzie to doom? Czy tylko będą się inspirować swoimi muzycznymi idolami? Odpowiem chętnie, lecz aby to zrobić muszę krążek przesłuchać.

Otwierający Kambion, jest bardzo intrygujący. Dlaczego? Krótkie gitarowe inro, połączone z perkusją to ciekawy wstęp. Dodając do tego mocno ekspresyjny wokal, podchodzący pod blackowy i już macie odpowiedź. Po drugie potem następuje gwałtowna zmiana tempa pod bardziej deathowe, mam tu na myśli raczej intensywniejsze partie perkusji. Moment? Czyżbym się przesłyszał? Chyba nie. Pojawił się czysty wokal. Jeszcze do tego dobra gitarowa solówka. Jest lepiej, niż sądziłem. Do tego dobre przejścia. Idealny, ,, magiczny ” wręcz początek. Choć druga solówka jest mocno inspirowana Black Sabbath. Taki szczegół.

Pragnienie, na samym początku jest trochę transowe, lecz pewnie nie bez powodu. Dobrze buduje napięcie, utrzymując tajemniczy klimat. Następnie pojawia się death, czyli intensywność. Co w połączeniu z wokalem znowu daje zamierzony efekt. Perkusista daje tu też większy popis swoich umiejętności. Riffy też są podobne, lecz inne, co akurat moim zdaniem jest ważne. Zespół mnie znowu zaskoczył, dodając, może jako deser, idealnie odtworzone brzmienie gitar z lat 70tych. Do tego potem ten minimalizm partii perkusyjnych. Na samym końcu sam brzmiał bas? Nie jestem pewien, ale jeśli tak to brzmiał genialnie.

Czarci chwost to dalej MAGiczny mrok, lecz jeszcze większa wirtuozeria się wkradła, jeśli chodzi o gitarzystów. Wokal dalej równie ekspresywny. Kolejna dobra solówka, trochę też większej domieszki rytuału można się doszukać w muzyce, która współgra z tekstem o sabacie wiedźm w lesie. Jednym z najmroczniejszych moim zdaniem.

Samotnik z Providance to trochę inny wokal. Bardziej agresywny, czasami bardziej screamujący. Co jest inne. Potem powraca coś, co znam, czysty śpiew i ekspresja. Dominuje średnie tempo, lecz wreszcie też wraca trans, którego było mi trochę brak. Bas. Wyciszenie i znowu bas. Proste, lecz genialne rozwiązanie. Nie mam pojęcia, kto nagrywał tu stample. A jeśli to nie są stample, tylko prawdziwe instrumenty, to tym bardziej szacunek do chłopaków z Torunia, wzrasta jeszcze bardziej. Można bowiem przy tych dźwiękach ,,odpłynąć” do innych wszechświatów własnych myśli, bądź własnego świata. Istne arcydzieło. Idealnie też sprowadza na ziemię ostatnia część, która jest zdecydowanie cięższa. Tak czy inaczej, mimo to moje zdanie się nie zmieniło.

Zamykający płytę Dobieram następną z talii zaklęć, to ewidentnie rzucanie jakiegoś zaklęcia. Przemawia za tym minimalizm instrumentalny, ograniczający się to rytmicznej perkusji, a wokalista wypowiada zaklęcie w jakimś nieznanym mi starożytnym języku. Efekt mistycyzmu jednak został osiągnięty, choć jedynie zaraz po przedostatnim utworze. Czy samodzielnie by zadziałał? Szczerze, wątpię, lecz jako kompozycja zamykająca, Dobieram następną z talii zaklęć, spełnił swoje zadanie.

Co mnie tym bardziej intryguje, nic o MAGu nie wiadomo. Debiut jest wybitny. Inspiracje Electric Wizard i Black Sabbath, które słyszę, nie ograniczają się na odtwarzaniu, lecz na przekuciu ich, w coś własnego. Mrocznego, tajemniczego, teksty też nie należą do banalnych, wręcz przeciwnie. Muzycznie też wszystko jest spójne, choć rutyna jest tu paradoksalnie, przez grupę unikana, co jest dodatkowym atutem MAGa. Do tego okładka autorstwa Adama Bejnarowicza jest równie magiczna co debiut MAGAa. Jeśli lubicie dobry doom, a jednoczenie Black Sabbath czy Electric Wizard, koniecznie sięgnijcie po płytę MAG. Szczerze nie śledzę zbytnio polskiej sceny doomowej, lecz dla mnie MAG, jest jej nadzieją. Poszukiwania ich własnego brzmienia idą moim zdaniem w dobrym kierunku. Nie mogę się doczekać ich występu na żywo, nieważne gdzie. Jeśli maiłbym też wybrać ulubione samodzielne kompozycje to były by to: Kambion, Czarci chwost i Samotnik z Providence. Choć do całego albumu będę wracał nie raz. Warto posłuchać i kupić.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

On Thorns I Lay – Threnos (2020)

Ostatnimi czasy miałem mocną awersję do wszystkiego, co greckie. Mam tu na myśli oczywiście zespoły takie jak, chociażby Septicflesh. Jednak zaczęło to iść w innym kierunku, od czasu ponownego kontaktu z On Thorns I Lay. Pionierami death/doom metalu, którzy 21 lutego 2020 roku, wydali swój dziewiąty już krążek, zatytułowany Threnos , z pomocą Lifeforce Records. Sama już wieść o wydaniu płyty, spowodowała, że odświeżyłem sobie ich dyskografie, po 5-letniej przerwie, także jestem ciekaw ich najnowszej płyty. Czy dalej okażą się oprócz Rotting Christ muzyczną dumą własnego kraju? Nie mogę się doczekać, aby przesłuchać ich najnowszą płytę Threnos i to subiektywnie zweryfikować.

W otwierającym album The Song of Sirens, który przy okazji jest też singlem, w ucho wpadają chwytliwe partie perkusji, które później okazują się bardzo szybkie. Po nich niespodziewanie wchodzi krótka też i szybka solówka gitarowa, a potem fortepian, tak nie przesłyszeliście się, fortepian, który dodaje ten oczekiwany doomowy pierwiastek, dla jednych epickości, dla innych melancholii, a dla jeszcze innych fuzji jednego i drugiego. W tej części też pojawia się jak dla mnie ta odpowiednia solówka gitarowa. Wszystkiego dopełnia głęboki growl Stefanosa. Jak dla mnie otwarcie idealne.

Jeśli chodzi o Ouranio Deos, to tu riff jest bardziej połączony ze skrzypcami, bądź altówką, bo oba te instrumenty smyczkowe brzmią podobnie. Jednak potem przy spokojnej perkusji, do opadnięcia szczęki doprowadza mnie greckojęzyczna deklamacja z fortepianem oraz skrzypcami w tle, żeby jeszcze tego mało było, to dołożono jeszcze solówkę gitarową. Totalnie na bogato jak dla mnie, lepiej niż na otwarciu. Cosmic Silence jest ubogi jak dla mnie, niby popisy instrumentalne są, ale wpada to i wypada, choć keybordowo-gospelowe popisy i męska deklamacja znowu, sprawiają, że, tak naprawdę poziom muzyczny został obniżony na tak zwany znośny, oprócz tego też, trzy pierwsze utwory wcale nie są ze sobą spójne, jakby były samodzielnymi kompozycjami, akurat Cosmic Silence okazał się jak na razie najsłabszym ogniwem.

Czwarty Erynies jest porównywalnie epicki do dwóch pierwszych utworów. Do tego tu jest unikatowa gospelowa solówka keybordu. Wszystko inne jest na swoim miejscu, ale też bez większego szału. Natomiast od samego początku do końca Misos mnie muzycznie ujmuje, przez unikatowe partie perkusji, przez znowu chwytliwy riff oraz pasujący growl Stefanosa. Jednak dużo tu perkusji, blastów, cowbelu i przejść, ale też skrzypiec, właśnie ta różnorodność instrumentalna, połączona z przebojowością, jeśli tak ją można nazwać, przechyla szalę na korzyść tej kompozycji, która zostaje jedną z moich ulubionych z tej płyty. Nieodwracalnie. Tytułowy Threnos też trzyma poziom i to bardzo porównywalnie, bo o dziwo spełnia swoją rolę jako singiel. Wpada bowiem w ucho, przy czym tu też partie perkusyjny są różnorodne, ale dopasowane do riffów gitar. Ostatnim zamykającym utworem jest Odysseia. Tu od połowy kompozycji znowu pojawia się doomowa epickość. Gitary akustyczne robią niesamowitą robotę. Potem dochodzi znowu fortepian przeplatany ze skrzypcami i damską greckojęzyczną deklamacją. Istna bajka jak dla mnie jeśli chodzi o kompozycje zamykającą ten album.

Dodając jeszcze parę słów podsumowania. Jeśli chodzi o spójność, to pojawia się ona dopiero od piątego utworu Misos do samego końca, czyli do Odyssei, każda z kompozycji jest wtedy ewidentnym elementem muzycznej mozaiki, a nie jak do czasu czwartego Erynies samodzielnymi bytami. To jest trochę minusem płyty Threnos. Jeśli chodzi o ulubieńców to otwarcie The Song of Sirens, Ouranio Deos, a potem już reszta płyty od piątego Misos do samego końca. Jednak zaburzona spójność powoduje, iż, nie mogę dać najwyżej noty, bo nie byłoby to uczciwe, ale mogę stwierdzić, że, grupa On Thorns I Lay dalej jest jak dla mnie muzyczną dumą wszystkich greków. Nota natomiast będzie tylko odrobinę niższa od maksymalnej. Jeśli nie macie pomysłu na doomowy album, odpalcie sobie właśnie ten, grecki Threnos.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

My Dying Bride – The Angel and the Dark River (1995)

Brytyjski My Dying Bride, zwłaszcza dla fanów doom metalu nie jest obcy. Jeśli chodzi o mnie, szukając nie raz inspiracji, oprócz brytyjskiej grupy Paradise Lost, bardzo intensywnie zasłuchiwałem się w twórczości My Dying Bride właśnie. Szczególne miejsce w moich wspomnieniach ma ich trzeci album zatytułowany The Angel and the Dark River, wydany przez wytwórnię Peaceville Records w 1995 roku, czyli dwie i pół dekady temu. Czy dalej potrafi swoim brzmieniem doprowadzić mnie jednocześnie do stanu mizantropii, zadumy, a jednocześnie zachwytu? Tylko słuchając go, po prawie 10-letniej przerwie będę w stanie to stwierdzić. Nie mogę się doczekać!

Otwierająca album ponad dwunastominutowa kompozycja The Cry of Mankind, jest dalej po części etiudą. Ciągnący się przez wieczność riff gitarowy? Proszę bardzo. Wielokrotne, nie raz trochę przekombinowane partie perkusyjne? Jak najbardziej. Dla podkreślenia, tragizmu przekazu wygenerowano dźwięk harfy z keybordu? Oczywiście, że, tak, co akurat było posunięciem genialnym i prostym zarazem. Pomijając fakt, iż, można doliczyć się chyba przynajmniej trzech różnych solówek gitarowych. Tak czy inaczej, pomimo iż, kompozycja bywa monotonna, to dalej doprowadza moje uchy do stanu zwanego zachwytem.

From Darkest Skies zaczyna się niepozornym basem, któremu zaczynają towarzyszyć bardzo smutne partie skrzypiec. Zastanawia mnie trochę lekko zbyt z manieryzowany wokal Aarona. Skrzypce komponujące się z organami, wprowadzają odpowiedni nastrój, choć dobrą robotę robią też odpowiednie riffy. Black Voyage dalej natomiast mogę uznać za swoistą kontynuację poprzedniego utworu. Sam w sobie po upływie tylu lat nie wywołuje u mnie jakiś większych emocji, ma jakąkolwiek wartość gdy słucha się go podczas odsłuchu całego albumu. Solówki instrumentalne gitar, strzypiec czy nawet perkusji, są godne uwagi, ale nie na tyle, aby uratować Black Voyage jako samodzielny utwór. Niestety.

Fortepianowy początek A Sea to Suffer In jednak dalej doprowadza mnie do stanu uwielbienia. Potem słychać dobrze znany riff z początku płyty, ale pojawiają się też kolejne nieznane, do tego tu perkusja współgra ze skrzypcami, a co najważniejsze z wokalem Aarona. Znowu więc jest dobrze, melancholijnie jak trzeba. Na Two Winters Only gitara akustyczna potęguje refleksyjny charakter, do tego akurat tu minimalistyczny wokal Aarona nadaje się idealnie. Można się w niej zatracić, jeśli ma się odpowiedni nastrój. Natomiast w zamykającym ten krążek Your Shameful Heaven, skrzypce po raz trzeci, prezentują się wręcz obłędnie. Skutecznie wyciskając z nadwrażliwych romantyków kilka łez, przy każdym odtworzeniu, tak się akurat składa, że, osobiście naliczam się do ich grona. Uwadze przejść też nie może jedna z dwóch najlepszych solówek gitarowych na tej płycie.

Krótko mówiąc, jeśli chodzi o wybranie ulubionych kompozycji z tej płyty, to nigdy nie było łatwe. Cała płyta była i jest o tyle specyficzna, że najlepiej słuchać ją w całości, lecz jeśli chodzi o najlepsze momenty, to oczywiście otwierający, The Cry of Mankind, czwarty A Sea to Suffer In , oraz ostatni Your Shameful Heaven. Czy owy album dalej potrafi jednocześnie zachwycić i doprowadzić do stanu mizantropii? Owszem i to bardzo umiejętnie, jednak czas, sprawił, iż, nie jest już dla moich uszu tak doskonała, jak to było w pierwszej gimnazjum, kiedy to pierwszy raz słuchałem jej na własnym discmanie, a potem wieży aiwa, w domowym zaciszu. Może też dlatego, że, od 2006 roku wydanych zostało również wiele dobrych płyt z gatunku gothic/doom. Tak czy inaczej, moim zdaniem, The Angel and the Dark River, nie wiele stracił na swojej wartości muzycznej, pomimo upływu dwudziestu pięciu lat, od jej wydania, a w moim przypadku po ponad dziesięcioletniej przerwie od wielokrotnego jej słuchania, aby ponownie w tym roku znowu do niej wrócić, z racji, chociażby iż w tym roku wydali swoją najnowszą płytę, którą też zamierzam przesłuchać. Jeśli ktoś szuka albumu, aby rozpocząć swoją przygodę z gatunkiem gothic/doom, ten album mogę śmiało polecić.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Katatonia – Tonight’s Decision (1999)

Dziś oto jest ten dzień, kiedy wracam, po krótkim, lecz dość intensywnym kontakcie, do zespołu, który dziwnym trafem został zastąpiony przez inny, w moim osobistym rankingu. Mam tu na myśli pionierów szwedzkiego doom metalu, czyli Katatonię, których swego czasu zastąpiłem amerykańskim Type of Negative. Jednak to uległo zmianie. Tonight’s Decision to album Katatonii, który słuchałem przed laty, a dziś do niego powróciłem dzięki Justynie Szatny. Co Ciekawe, w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne z 1999 roku. Co najlepsze w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? Czy w moim odczuciu, od 2007 roku, ta płyta zmieniła się na lepsze czy gorsze? Zobaczymy.

Otwierający płytę For My Demons dalej nadaje odpowiedni nastrój. Deklamacja, a potem śpiew Jonesa. Całość dopełniają dobrze nastrojone gitary wraz z blastami oraz odpowiednie klawisze. Breakdowny trafione w punkt. Jednakże wisienką na przysłowiowym torcie są te pojedyncze riffy uspokajające. W I Am Nothing bass wraz z rozpoczynającymi partiami perkusyjnymi nadal się moim uszom podoba. Tej kompozycji nic nie brakuje, a partie bassu brzmią mi wyraźniej. Swoje robi boczny wokal Andersa. In Death, A Song jest trochę cięższy, mam nawet wrażenie, iż riffy są trochę blackowe, lecz to tylko moje subiektywne odczucie. Tak czy inaczej, w tym przypadku, także wszystko dopracowane. Poza tym dość nietypowa struktura utworów w porównaniu do poprzednich, sprawia, że mam nowego ulubieńca. Ciekaw jestem kiedy będzie się do czego doczepić na tym krążku? Bo jak na razie nie ma.

Czwarty Had To (Leave) jest dobrą kontynuacją poprzedniego utworu, pod kątem muzycznym. Choć tu słychać wyraźniejsze breakdowny, a gitary w momencie uspokojenia wraz z partiami klawiszy, sprawiają wrażenie, jakbym przenosił się pomiędzy wymiarami jakimś tunelem. Natomiast This Punishment poprzez użycie klawisze brzmi na początku bardzo gospelowo. Moim zdanie w przypadku tego utworu partie perkusji brzmią bardzo jazzowo. Każdy jej element słychać bardzo wyraźnie. Nastrój uzupełnia mistrzowska solówka basowa oraz instrumentalny popis umiejętności na najwyższym poziomie.

W Right Into The Bliss warte według mnie wspomnienia są riffy podczas zmiany temp oraz dźwięk płyty winylowej, odtwarzanej z gramofonu. Daje to mistrzowski efekt. Całość dopełniają trochę cięższe partie gitar w kilku momentach oraz genialna solówka gitarowa. No Good Can Come Of This to kolejna kompozycja o bardzo złożonej strukturze. Choć jak dla mnie, nie jest ani zły, ani dobry. Docenić należy fakt różnorodności riffów, lecz to za mało. Podobnie jest z Strained, choć tu ratunkiem okazuje się bardzo dobra solówka i druga połowa tej kompozycji. Klasyczna gitara na Darkness Coming nadaje odpowiedni, trochę bardziej refleksyjny nastrój, lecz druga połowa przez bardziej nieco przygnębiający wokal Jonasa i niepotrzebne wejście gitary elektrycznej, trochę go burzy.

Nightmares By The Sea okazuje się coverem, choć w oryginale wykonywany przez Jeffa Buckleya. Moim zdaniem kompletnie nie pasuje do reszty, no i poddaje pod wątpliwość idealną spójność tego albumu. Ostatni natomiast Black Session okazuje się bardzo dziwnym zamknięciem płyty. Dzieje się tak ,chociażby przez skrajnie brzmiące riffy dwóch gitar. Z czasem można i do tego przywyknąć. Tak czy inaczej, tutaj po raz trzeci otrzymujemy bardzo złożony utwór.

Podsumowując, szwedzka Katatonia udowodniła, nawet mi, jako osobie, która miała z nią, krótką styczność, iż nadal jest warta uwagi. Po dwóch dekadach album Tonight’s Decision jeszcze bardziej niż na początku bardziej mnie zachwycił. Różnorodny wokal Jonasa, a zwłaszcza jego przygnębiające partie, udowodniły, że, jest jednym z lepszych wokalistów reprezentujących szeroko rozumiany doom metal. Domieszka blacku oraz gotyckiego brzmienia w riffach, sprawiła, iż, nie był i nadal to nie jest tylko doom. Nadal słychać eksperymenty i szukanie stylu, który uformował się z czasem, lecz, całe szczęście nie pozostał taki sam. Lecz jednak jest jedno, ale, spójność albumu, bardzo dosadnie zaburzył ją wyżej cover. Ostatni Black Session czy nawet bonusy z wersji z 2003 roku, czyli No Devotion oraz Fractured nie zdołały jej odbudować, choć same w sobie są świetnymi kompozycjami. Jednak nie jest to powodem, aby czuć pewien niedosyt. Tak czy inaczej, w moim odczuciu od 2007 roku, wydaje się być lepsza. Katalog moich ulubionych utworów poszerzył się o Had To (Leave), This Punishment oraz I Am Nothing. Jest więc więcej niż dobrze. Korzystając z okazji, chciałem podziękować Justynie, dzięki której ponownie do Katatonii powróciłem. Czy ostatni raz? Sam nie wiem. Tak czy inaczej, na razie był to powrót nie idealny, lecz bardzo udany.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Völur – Ancestors (2017)

Völur to nazwa kanadyjskiego zespołu, a raczej tria, które powstało w 2013 roku. Od tego czasu mają już na koncie swój debiut. Jednak nie spoczęli na laurach i już 2 czerwca 2017 wydali swój drugi album zatytułowany Ancestors. Czy drugi album okazał się lepszy od debiutu? Jakie miałem wrażenia po przesłuchaniu jej nawet po dłuższej przerwie? Czy ktoś mi ją polecił? Wszystkie odpowiedzi po kolei.

Zacznijmy od tego, iż z zespołem zetknąłem się, gdyż kolega Grzegorz mi go polecił. Zabrałem się zatem za ich najnowsze dzieło. Pomimo znajomości debiutu nie miałem oczekiwań, po prostu będąc w lekkim dołku, odpaliłem ów krążek. Otrzymałem w zamian już od pierwszych minut eksplozję wrażeń. Kawałek otwierający Breaker of Silence to delikatny stuk wiatru dzwonków, głęboki pogłos wiolonczeli i pierzasty głos przypominający syreny, przeplatają się przez warstwy mgły. Stopniowo budował napięcie, aż naturalnie pękło niczym napięta struna. W czterominutowym fragmencie zwięzły i wyrazisty dźwięk basu grany przez Lucasa Gadke z Blood Ceremony- łączy się z nagą prostotą perkusji. Potem wzrasta intensywnie. Bębny również rosną do agresywnego tupotu, a strunowe instrumenty rzucają ostrzejsze partie. Wszystkiego dopełnia burza czystych wokali, męskiego oraz żeńskiego, drapiące dźwięki skrzypiec w tle, ostre warczenie, zepsute linie basu i zderzające się bębny. Dysonans idealnie wręcz łączy się z melodią.

Breaker of Skulls jest jeszcze cięższy. Bas ma wagę co najmniej czterech gitar, a jego fuzja łączy się z ostrością skrzypiec. Dziwnie dysonansowe linie basu, łączą się z ostrymi growlami, liniami skrzypiec i basowym ciężkim bębnieniem. Kompozycja sprawia, że słychać głośny szum otoczenia i nieostre efekty co jednak nie pomaga w odbiorze.

Breaker of Oaths to znowu inna bajka. Zaczyna się piękną klasyczną muzyką, którą słychać w poprzednim utworze, a następnie przesuwa się z gitarami, aż trafia w grubszy doom, z kojącym wokalem i bardzo chwytliwym riffem. Dźwięk zmienia się kilka razy, przez co po prostu ukazuje eksperymentalną stronę grupy.

Ostatni utwór Breaker of Famine jest najcięższy w sensie dźwiękowym. Otwiera się w stylu funeral doom metal, ale zawiera kilka różnych stylów. Zagłębia się również w black metal. Następnie kontynuuje ładnie progresywny rytm, później dołączył do nich na krótko eterycznie brzmiący chóralny wokal. Po dłuższym fragmencie solowym kompozycja delikatnie wsuwa słuchacza w ciszę, któremu towarzyszy jedynie delikatna melodia z gitary, do której wkrótce dołącza spokojny, pozytywny wokal. Po tym utworze zaczyna się odzyskiwać bardziej pozytywną, pełną nadziei i spokojną atmosferą i zatrzymuje się go na jego resztę. Z kolei utwór oraz całą płytę, zamyka delikatna melodia skrzypiec.

Tak czy inaczej, zespół swym albumem zabiera mnie jako słuchacza w podróż. Nie łatwą, w pewnych momentach wymagającą wytrwałości, oraz przez cały jej przebieg, muzycznej odwagi. Jest ona jednak barwna i tego warta, moim skromnym zdaniem. Jednak nie jest to album dla każdego i na każdą okazję. Jeśli jednak znajdziecie się w odpowiednim czasie i nie będziecie się bali przesłuchać tej płyty, na pewno będziecie bogatsi o nowe muzyczne doświadczenia. Ja uwzględniając odpowiedni nastrój oraz czas jestem zmuszony do jednego, w tym przypadku zasłużonego werdyktu. Tym bardziej że bardzo szanuję zespoły eksperymentujące, a przez to nie bojące się nowych, nieznanych rozwiązań. Dodatkowym plusem jest też fakt, iż, po dokładnym roku przerwy moje wrażenia i odczucia są identyczne. Trio z Kanady stworzyło po prostu arcydzieło.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Kings Destroy – Fantasma Nera (2019)

Drugi raz Stany Zjednoczone, znowu zespół z Nowego Yorku. Moje ostatnia styczność skończyła się rozczarowaniem. Jednak nie generalizując, znowu z czystej ciekawości, przesłuchałem najnowszy album grupy Kings Destroy zatytułowany Fantasma Nerra, wydany 8 marca tego roku przez Svart Records. Czy zespół mnie zaskoczył bądź rozczarował? Tym bardziej że to ponoć eksperymentalny doom metal. Nie wiem czego się spodziewać, a o dziwo lubię taki stan. Nigdy ich nie słuchałem, zawsze musi być ten pierwszy raz. Czy okazał się udany? Przekonajmy się!

Początek powiedziałbym utrzymany w klimacie blusowo – pustynnym, choć tu mam na myśli brzmienie lekko podchodzące pod stoner metal, mam tu na myśli riffy gitar. Wokal też dość nietypowy, dużo przejść perkusyjnych. Chór wzmacniający wokal nawet tam wrzucili. Tytułowy Fantasma Nerra brzmi już inaczej. Początek jest psychodeliczny, tak jak powinien. Te pustynne riffy oraz breaki są coraz ciekawsze. Do tego aż trzy solówki lekko heavy metalowe? Jest lepiej niż, się spodziewałem. Tylko ten wokal. Intrygujący,

Bardziej przytłaczające są już kolejno Unmake It oraz Dead Before. Riffy gitar, break downy, solówki, a zwłaszcza wokal to podkreśla. Yonkers Ceiling Collapse daje trochę wytchnienia i dodaje odrobinę dynamiki. Początek Seven Billion Drones jest dla mnie dziwny, gdyż jeśli jest to riff gitarowy to jak dotąd najdziwniejszy z jakim miałem do czynienia, brzmiał mi mocno latami sześciedziesiątymi . Ciekawe też są też partie wirtuozerskie. Sam koniec płyty, w postaci You’re the Puppet, Bleed Down the Sun oraz Stormy Times dostajemy dożylnie potrójną dawkę psychodelii.

Podsumowując. Niejednokrotne przesłuchanie tej płyty było dla mnie bardzo specyficznym doświadczeniem, co nie znaczy, iż złym. Odmienność brzmień również. Mam wrażenie, że, przeszłość i przyszłość spotkały się w jednym miejscu. Mam tu na myśli mocną inspirację Black Sabbath (w sumie swego rodzaju pioniera doomu) oraz dźwięk gitar z lat sześćdziesiątych. Poczułem się jak hipis, w zależności co wziąłem. Oczywiście żartuję. Nie bierzcie tego całkiem serio. Płyta jest spójna, przekaz bardzo głęboki. Jednak pomimo melancholijnego wydźwięku, wokalista jest osobą, która jak dobry przyjaciel dodaje otuchy podczas przeżywania cięższych chwil w życiu. Właśnie takim ,,przyjacielem” będzie Stephen Murphy. Dzięki tej płycie doznacie oczyszczenia ze wszystkich swoich problemów. Odczujecie Je, a potem Je pokonacie. Album polecam w ciemno, gdyż mnie zachwycił pod każdym względem. Jak dla mnie jest to mocny kandydat do najlepszej doomowej płyty tego roku w moim odczuciu.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

A Pale Horse Named Death – When The World Becomes Undone (2019)

Ostatnio naszła mnie ochota, na posłuchanie czegoś, co wywołałoby u mnie paletę emocji. Mając taką chęć, natknąłem się na nowojorską formację A Pale Horse Named Death. W styczniu tego roku wydali oni, swój trzeci pełnometrażowy album zatytułowany When the World Becomes Undone. Określani są jako połączenie doom i gothic metalu. Czy sprostali moim oczekiwaniom? Jeśli jesteście ich ciekawi, chętnie się z Nimi z Wami podzielę.

Samo intro As it Begins to faktycznie mrok, płacz kobiety oraz w tle brzmiący strikte blackowy riff gitar. Kompozycję When the World Becomes Undone rozpoczyna, wejście pianina, czysty śpiew, riffy wraz z perkusją, dochodzi wyraźny bass, wszystko brzmi w jednym rytmie. Zmiana wokalu z czystego na scream, też jest dobra. Znowu na Love the Ones You Hate riffy, brzmią bardziej pustynią. Typ wokalu znowu przypomina mi lekko Merlina Mensona, dodatkiem jest dobra solówka gitarowa. To samo jest w przypadku Fell in My Hole, które zawiera jedynie dobre mroczne intro.

Succumbing to the Event Horizon to przerywnik, w sumie nie wiadomo po co, moim zdaniem niepotrzebny. Vultures– akustyczna gitara, wzmocnione brzmienie dwóch gitar wyraźnym basem. Jedna z gitar ma lepsze riffy, później niektóre z nich, przypominają mi brzmienie starego Black Sabbath. Zespołu, który był i jest uważany, tak naprawdę za prekursora doomowych brzmień. End of Days to również dwa rodzaje wokalu, ten drugi przypomina mi Marlina Mansona. Podobnie znowu jest, jeśli chodzi o We All Break Down.

The Woods, to kolejny przerywnik, znowu motyw kobiety, chór mężczyzn, rytualne bębny symbolizujące jakiś osąd? Trudno powiedzieć. Na We All Break Down intrygująca jest rozmowa w tle. Faktycznie mroczniejszy riff, znowu przypominający mi Black Sabbath i wokal w stylu Marlina Mansona, tak samo, jak niektóre riffy. Trzy kolejne utwory Lay With the Wicked, Splinters , Dreams of the End to dla mnie jest już coraz mocniej odczuwalne zmęczenie materiału. Closure jako zamykające outro to, dzwony, płacz kobiety, syreny, rozmowy w tle.

Połączeń między tymi kawałkami odmówić nie można, jest to swego rodzaju spójność, lecz czy która mi się podoba? Trudno powiedzieć ,z jednej strony szanuję odważne połączenie riffy przywodzące na myśl wspomniane już przeze mnie kapele, wraz z dołożeniem czego od siebie, jednak to nie jest dzieło, pod którym kolana mi się ugięły. Słychać pustynnego ducha, tak samo okładka, przywodzi na myśl nazwę zespołu. Muzycznie do pewnego momentu jest interesująco, zwłaszcza mając do czynienia z innym rodzajem wokalu. Jednak mimo wszystko, to nie jest typ dla mnie, bo pomimo rzekomo, mających doomowo riffów, mimo iż niektóre teksty są o zakładzie czy śmierci, nie czuję melancholii i bez nadziei, tylko krótkotrwałe przygnębienie. Natomiast znudzenie już przy Splinters, Dreams of the End, czy zupełnie niezrozumiałym dla mnie outro Closure. Rozumiem, że, jak się ma trzech gitarzystów, to inaczej odbiera się materiał, jednak mimo wszystko jest słabo. Moim jednak zdaniem widać nie jest to wystarczająco gotycko-doomowy dla mnie album, więc w tym przypadku jestem bardziej rozczarowany, niż zachwycony. Jest to album dla tych, którzy chcą czuć przygnębienie, które jednak nie potrwa ono zbyt długo. Ja do tej płyty raczej nie zamierzam wrócić, gdyż nie sprostała ona moim oczekiwaniom. Jeśli nie znaliście, to posłuchajcie i wyróbcie sobie własną opinię, ja wyraziłem swoją.

7/10