Kategorie
Bez kategorii

Circle of Ouroborus – Viimeinen juoksu (2020)

Drugi raz w tym roku sięgam po szeroko rozumiany black metal z Finlandii. Tym razem, padło na nieznany mi wcześniej zespół Circle of Ouroborus. Przeglądając ich dyskografię, mogę stwierdzić, że owy duet muzyków nie próżnuje. Wydany bowiem 12 lutego album Viimeinen juoksu, jest ich osiemnastym albumem studyjnym. Czy okaże się na tyle dobry, aby do niego wracać? Zobaczymy.

Otwierający Yö Kestää, niczym szczególnym mnie nie zachwycił. Typowe blackowe riffy. Dziwne otwarcie. Bardzo słabe otwarcie. Bardziej melancholijny jest już Alaston Tietoisuus. Tu też wreszcie słychać wokal. Fragmenty mówione nie są złe, lecz mocno przeciętne. Dość dobre gitary, przerwane są wolniejszym przejściem, pełnym blasów. Choć sama solówka gitarowa w tle do najgorszych nie należy. Mimo to dalej , ,,czegoś” mi brakuje.

Irti można określić mianem dynamiczniejszej kompozycji. Słucha się jej trochę lepiej, ale jednak tu dalej poziom nie jest odpowiednio wysoki. Fakt jest to bardziej już atmospheric black. Na razie utwór najlepszy z całej płyty. Podobnie jest z Varjonhauta, choć tu pojawia się ciekawy dla mnie riff. Potem pojawia się melancholijna cześć złożona z riffów. Lecz tylko tyle. Valmiina Virtaan jest dla mnie kontynuacją poprzedniej kompozycji. Nawet solówka gitarowa nie ratuje tego utworu! Auringon Portti rozpoczyna się intensywną perkusją. Tu akurat wokal też nie zwala z nóg. Gitarowo również mnie rozczarował. Choć po solówce jest trochę lepiej. Raunioita Ja Oksanlehviä też powiela znany mi schemat. Może ostatni Viimeinen Juoksu jakoś ten zespół obroni? Gdzie tam. Tylko solówka jest dobra. Choć sama kompozycja jest mocno przygnębiająca.

Zatem. Dwóch Finów z Circle of Ouroborus, jak dla mnie dało ciała. Chociażby za mocno inspirując się black metalem z lat dziewiędziesiątych, nie dodając przy tym, nic od siebie, a przynajmniej nic ciekawego. Jedynym utworem, zasłującym na powtórną uwagę, jest tutaj Alaston Tietoisuus. Jak na rok 2020 w moich uszach ,ten album jest kandydatem do najgorszego albumu blackmetalowego z 2020 roku. Choć sama okładka nie zapowiada tragedii. Tak muzyka to już inna sprawa …

3/10

Kategorie
Bez kategorii

Turmion Kätilöt – Global Warning (2020)

Tym razem, jeśli chodzi o recenzję, na tapecie niezbyt znana kapela z Finlandii, wykonująca idrustial metal, mianowicie Turmion Kätilöt. Zespół 17 kwietnia bieżącego roku wydał dziewiąty już album zatytułowany „Global Warning”. Mogą zatem poszczycić się sporą ilością materiału na swoim koncie. Czy ,,nowa fala” industrial metalu mnie zachwyci? Zobaczymy.

Otwierający płytę „Naitu” od samego początku jest przesiąknięty elektroniką. Problem tkwi w tym, że to nie jest nic nowego ani odkrywczego. Fiński wokal z pewnością brzmi ciekawie. Jednak oprócz perkusji, gitar praktycznie nie słychać. Jak dla mnie początek fatalny. Na „Kyntövuohi” jest trochę lepiej. Wreszcie słychać gitary. Scream miesza się z wokalem wspierającym, choć fiński rap jest dziwnym doświadczeniem słuchowym. Przejścia są bardziej wyraźne – więcej blastów. Wszystko razem daje ciekawe połączenie, utwór wydaje się bardziej „przebojowy”. „Sylkekää Siihen” można by rzec… jest bardziej „chwytliwy”, lecz  rozwiązania te słyszeliśmy już w poprzednich kawałkach. Wpada w ucho i wypada równie szybko. 

„Viha Ja Rakkaus” jest trochę wolniejszą kompozycją z mniejszą ilością elektroniki, co akurat mnie cieszy. Daje to pewnego rodzaju odpoczynek. Sam utwór nie jest też zbytnio skomplikowany. Jednak w pamięci nie zapada. „Turvasana” jest bardziej energiczny. Melodia jakby znana, ale do handbangingu może być. Na tym temat się wyczerpuje. Ponownie szybko wpada w ucho i wypada. 

Niczym specjalnym nie jest też „Kuoleman Juuret”. Poza bardziej rozbudowanymi partiami keybordu, niczego więcej nie usłyszałem i nie doświadczyłem. „Syvissä Vesissä” to tylko inne stemple, ale identyczna melodia jak w poprzednich kompozycjach. „Sano Kun Riittää” daje trochę wytchnienia, ale nie na długo. Niestety, bez szału i jakichkolwiek zmian. Na „Jumalauta” od początku mamy do czynienia z tym samym, poza stemplami. Czyli znowu pójście na łatwiznę! Jak dla mnie to nie najlepiej świadczy o tej grupie.

Może reszta? Czyli „Revi Minut Auki”, „Syntisten Laulu”, „Ikävä” oraz „Mosquito Á La Carte (To Be Contiuned 5)”liczyłem tutaj na jakiś zwrot akcji, ale się k…. przeliczyłem, chociaż zamykający „Mosquito Á La Carte (To Be Contiuned 5)” okazał się odrobinę lepszy od pierwszej kompozycji na tym albumie.

„Global Warning” to płyta bardziej dyskotekowa niż do posłuchania. W przeciwieństwie do chociażby lubianego przeze mnie niemieckiego zespołu Rammstein, tu wszystko grane jest na jedno kopyto. Poza wymianą stempli, niczego nowego nie usłyszałem. Tylko tyle! Brak jakikolwiek solówek gitarowych. Złych lub dobrych. Keybord jest statyczny, bez wyraźnych zmian tempa. Nic kompletnie. Totalna muzyczna nuda. Niestety, kiedyś musi być ten pierwszy raz kiedy to fińska płyta okazuje się totalnym rozczarowaniem. Padło na dziewiąty album grupy Turmion Kätilöt. Porażka na całej linii. Z pewnością znajdą się zadowoleni amatorzy tego albumu. Ja pierwszy raz słuchałem i więcej nie mam zamiaru! Dno totalne! Mocny kandydat na najgorszy album tego roku. Pewnie jakbym jakimś cudem, był w jakimś klubie z muzyką elektroniczną, pod mocnym wpływem alkoholu, to może zdanie miałbym inne, ale dopiero wtedy. Chętnie też poznam Wasze opinie.

Korekta: Sylwia Prekurat

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Oranssi Pazuzu – Mestarin Kynsi (2020)

Dawno nic z Finlandii nie słyszałem. Tak się akurat złożyło, że, wszędzie w muzyce algorytm pewnej aplikacji proponował mi Oranssi Pazuzu. Fińską grupę grającą ponoć psychodeliczną odmianę black metalu. Co ciekawe, 17 kwietnia 2020, wydali oni swój piąty album Mestarin Kynsi, nadkładem Nuclear Blast. Czy okaże się aż tak dobry? Krążą bowiem różne opinie na temat tej płyty, więc tym bardziej chętnie wyrobie sobie własną.

Pierwszy utwór Ilmestys, już wieje grozą. Do tego przyczynia się gitara akustyczna, połączona z basową. Doskonale budująca napięcie. Minimalizm perkusji też jest temu bardzo pomocny. Wreszcie pojawia się wokal. Choć bliżej mu do deklamacji. Stemple dokładają się do efektu. Jednak mimo wszystko nie jest odkrywczy. Potem dochodzi jeszcze tzw. noise. Znany mi trochę ze stylu granego między innymi przez Cult of Luna. Nie zostałem powalony na kolana, ale kompozycja, sama w sobie zła nie jest.

Tyhjyyden sakramentti, do początkowe uspokojenie. Te Stemple są podobne do tych wykorzystanych w jednym z klasyków polskiego kina. Dokładnie w filmie Seksmisja, kiedy to główni bohaterowie (Albert i Maks) uciekając przed funkcjonariuszkami Ligi, natrafili w podziemiach, na prześladowane; ,,koczowisko” Dekadencji. Na co nigdy nie zwróciłem uwagi. Owe przedstawicielki, grały muzykę, którą można by uznać za noise, po części, ale jednak. Kto oglądał, ten wie, o czym mówię. Z gitar bowiem można wychwycić wcześniejsze brzmienie lat siedemdziesiątych. Zwłaszcza kiedy pojawia się dynamiczniejszy fragment. Co do całości kompozycji, tu już zespół postarał się bardziej.

Uusi teknokratia jest znowu z tych utworów, które ukazują to czego się można po grupie spodziewać. Dlatego jako singiel się sprawdził. Jednak jeśli chodzi o płytę, to jest nieco inaczej. Jest na nim bowiem trochę więcej dynamiki oraz inne stemple. Na ich szczęście dobrze dobrane. Choć od Ilmestys jest przez to lepszy. Dobra przyznaję, Uusi teknokratia jest lepszy, bo na płycie mamy jego pełną wersję.Przez trzy minuty faktycznie można mieć wrażenie, zanurzenia się w bezdennej otchłani. To ostatecznie przeważyło na korzyść tego utworu.

Oikeamielisten sali to trochę inne riffy, ale swego rodzaju powtórka z rozrywki. Pozwala na dalszą ,,podróż”, jednak to nie to samo. Nawet rytm, pomimo usilnych starań nie wprowadza mnie już w ,,ten” stan, w jakim byłem, słysząc, chociażby wcześniejsze Uusi teknokratia. Słabo oj słabo. Tu mam tylko pochodną a One mnie nie interesują. Tym bardziej że pod koniec tego noisu jest k…a za dużo!

Przedostatni Kuulen ääniä maan alta, zaczyna się od sampli i noisu. Tutaj jednak perkusja wreszcie wybija dobry dla mnie rytm. Nawet wokal jak ja mnie jest tu odpowiedni, co jest dobrą oznaką. Potem jednak znowu jednak zespół wszystko z…..! Macie jednak k…a szczęście. Bowiem wachlarz stempli, jaki zaserwowaliście, uratował to co sch……….e !

Zamykająca kompozycja Taivaan portti, zaczyna się z mocnym akcentem. Pozostawiając mnie całkowicie zdezorientowanym! Tak nie wolno. Choć dawno tak nie miałem z drugiej strony. Ta skondensowana dawka noisu, a prędzej post metalowych dźwięków, wyrwała by z jakiegokolwiek stanu, nawet umarłego. Jednak mimo wszystko tu było tego za dużo, choć z czasem było ciszej. To jednak zabrakło równowagi.

Sama płyta Mestarin Kynsi, jest niejednoznaczna. Album sam w sobie jest spójny. Jednak tutaj mogę wskazać dwie kompozycje, do których ewentualnie może kiedyś wrócę, są to Uusi teknokratia (wersja z płyty) oraz Kuulen ääniä maan alta, z najlepszym zestawem stempli autorstwa Evil-a. Reszta jest taka sobie i jako samodzielne utwory się nie sprawdza. Jeśli nie jest się fanem grupy, albo słucha się ich pierwszy raz, to można się zachwycić lub przejść obojętnie. Mnie bliższa jest druga opcja. Jednak jako całość album jest bardzo spójny. Jeast on również psychodeliczny, lecz nie aż tak, żebym był oczarowany. Gdyż nie jestem. Bliżej mi do rozczarowania się, choć stan, w jakim byłem po przesłuchaniu tego albumu, określę jako ,,neutralny” z lekką namiastką dezorientacji. Mimo wszystko grupa ma swój unikatowy styl, który jednych zachwyca innych nieco mniej. Chociażby przez to warto się z tym krążkiem zapoznać.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Nightwish – Human. II Nature.(2020)

Już jest! Kolejny, bo dziewiąty album fińskiego Nightwish, zatytułowany Human. II Nature, wydany oczywiście przez Nulear Blast 10 kwietnia 2020 roku jest już w mojej kolekcji płyt CD. Z racji bycia fanem Nightwisha nie mogło być inaczej. Jest to drugi album, na którym wokalnie udziela się Floor, trzeci raz Troy Donodcley, a piąty Marco Hietala, który również niedawno wydał swój pierwszy solowy album. Ja po trochę rozczarowującym mnie Endless Forms Most Beautiful, podchodzę do najnowszej płyty tej grupy z lekkim dystansem. Czy okaże się lepsza bądź bardziej innowacyjna od poprzedniej? Czy instrumentalny całkowicie drugi krążek, okaże się dobrym podsumowaniem pierwszej ? Cóż, przynajmniej parę przesłuchań, okaże się najbardziej pomocne. Zaczynamy.

Otwierający Music ma istnie epicko – transowy wstęp, który później przechodzi w postać symfoniczno – folkową. Tuomas stanął na wysokości zadania. Później wchodzi bardziej delikatny wokal Floor. Dopiero jednak w ¾ utworu słychać pierwsze gitarowe solo. Zapewne autorstwa Emppu, lub też napisane pod niego. Tak czy inaczej, wreszcie rozkręcił się cały zespół. Pierwszy singiel promujący, czyli, Noice, z tego, chociażby powodu był wcześniej znany. Tym bardziej że sam tekst, chociażby jest godny uznania. Muzycznie jest bardziej dynamiczny, słychać to, chociażby po zmianie wokalu Floor jak i Marco. Jednak przychodzące w porę lekkie uspokojenie, pozwala choć przez moment wyraźny bas, lecz trwa to krótko. Gdyż później jest nieco ciężej, oczywiście też dynamicznie. Tak czy inaczej, na chwilę obecną, chociażby z powodu mieszanych uczuć fanów, w tym również moich, spełnił rolę singla bardzo dobrze.

Shoemaker zaczyna bardzo dobra partia symfoniczna. Duet Floor i Troya brzmi w tej kompozycji dość udanie, choć muzycznie wydaje mi się odrobinę lżejsza, zwłaszcza jeśli chodzi o gitary oraz perkusję. Do tego jeszcze krótka deklamacja, szepczącym głosem. Mam nadzieje, że, operowe partie też były Floor, bo utrzymały nastrój do samego końca. Drugi z singli natomiast, Harvest. Jak dla mnie jest bardziej relaksacyjny, podchodzący trochę pod balladę. Nic dziwnego, że, główny wokal należy tu do Troya, bo utwór jest pełen folku. Nie kończy się on (folk), nawet jak wchodzi gitarowy riff. Solówki są też Troy’a. Podoba mi się on bardziej, od pochodzącego z poprzedniej płyty utwór My Walden. Wiem po prostu, że, Harvest zagości na mojej playliście na długo. Co świadczy o wyjątkowości tego utworu? Lirycznie jest ponuro i mroczne, muzycznie natomiast szczęśliwie. Jestem dlatego przekonany, że, zagości on na przyszłych koncertach grupy na 100%.

Piąty Pan ma zupełnie inny klimat, bardziej refleksyjny, o to też oprócz muzycznej oprawy odpowiednio dba wokalnie Floor. Choć potem pojawia się cięższy gitarowy riff, ale jak szybko się pojawił, tak zniknął. Nie wiem kogo, ale pomysł z chórem, był trafiony, zwłaszcza przy zmianach tempa. Końcówka w postaci breakdownu gatunkowego, wyszła z lekkim przytupem. Na How s The Heart znowu usłyszymy Troya, ale instrumentalnie, choć również w duecie z Floor. Choć tu już wkrada się lekka przewidywalność, lecz mimo to jest dobrze i nastrojowo.

Siódmy Procession zaczyna się bardzo transowo. Po samej muzyce oraz tekście przynajmniej dla mnie jest to utwór, ukazujący tę ciemną stronę ludzkiej natury, przynajmniej ja go tak zrozumiałem. Przedostatni a co ciekawe najkrótszy Tribal, jest bardzo intensywny, a do tego, chyba jedyny, na którym słyszymy duet Floor i Marco. Lecz chociażby przez tę intensywność i zmienność bardzo mi się spodobał, do tego partie perksusyjne są tu rewelacyjne. Zamykający pierwszą część albumu Endlessness, jest ciekawy z wielu powodów. Pierwszym z nich jest wokal Marco. Drugim umiejętne budowanie muzycznego napięcia, zdecydowanie lepiej niż w Noice. Choć zamknięcie jest odrobinę gorsze, niż sam początek.

All the Works of Nature Adorn the World to tytuł, prawie dwudziesto – dziewięcio minutowej kompozycji, podzielonej na osiem aktów. Vista, którą rozpoczyna deklamacja dająca do zrozumienia, że wiele rzeczy można kochać, ale naturę najbardziej. The Blue, samo w sobie zaczyna się bardzo dramatycznie, co słychać po instrumentach smyczkowych, choć z upływem prawie dwóch minut, robi się bardziej epicko. The Green, natomiast jest bardzo spokojny i przez to bardziej odprężający. Na Moors, Troy ma pole do popisu, później znowu pojawia się sekcja symfoniczna, gdzie znowu, pojawia się pewnego rodzaju dramatyzm. Aurorae, znowu jest bardziej spokojny, co udowadnia, chociażby harfa, jednak później znowu zaczyna się dziać, bo słychać cały wachlarz instrumentów, z chórem w tle. Szepty na Quiet As The Snow są bardzo dobrym nastrojowym rozwiązaniem, którym mnie jako słuchacza Toumas kupił. Przedostatni Anthropocene (incl. hurrian hymn to nikkal) to powrót, dobrze już znanej smyczkowej ,,dramaturgii” . Ad Astra, która pojawiła się jako trzeci singiel promujący, za każdym razem doprowadza mnie do łez. Chodzi o przede wszystkim o wbijający się w pamięć tekst zamykającej album deklamacji, opowiadający o naszym Wspólnym domu zwanym Ziemią, o tym, że, trzeba jednak o Nią zadbać, jeśli chcemy, aby nadal była tak piękna i różnorodna, w gatunki zwierząt i roślin. Do tego jeszcze równie poruszająca serce muzyka. Tu mamy właściwe zamknięcie płyty, no i idealny deser, po instrumentalnej uczcie, zaserwowanej nam przez zespół, na właśnie drugiej części albumu.

Nie byłbym sobą jakbym jeszcze czegoś nie zostawił na koniec. Dobra robota Nightwish. Pomimo iż, podchodziłem z dość sporą rezerwą to tej płyty, jest to dobry album, bo wreszcie jest na nim, choć odrobinę innowacji, pomijając znanej już elementy, z Endless Forms Most Beautiful, chociażby, i dla jasności mam tu na myśli samą muzykę, ale to tylko w paru przypadkach. Otwierający album Music umiał pozytywnie zaskoczyć, rewelacyjny Harvest i z pierwszej części jeszcze, Procession oraz Tribal, znalazł się w gronie moich ulubionych, utworów. Natomiast jeśli miałbym wybierać z All the Works of Nature Adorn the World, to najbardziej podobały mi się Vista, Moors, Quiet As The Snow, oraz samo zakończenie Ad Astra. Droga, którą obrał zespół, jest moim zdaniem dobra, choć żeby, nie było cukierkowo, to jednak trochę bardziej, ale jednak Floor i jej głos zdziałały na tej płycie znacznie więcej, niż poprzedniej, choć to dla mnie i tak za mało. Tak czy inaczej, jest to album naprawdę wyjątkowy, no i nie mam tu na myśli, podzielenia go na dwie części, wedle samego tytułu. Coś się wreszcie zaczęło dziać! Okoliczności pandemii dodatkowo też akurat sprawiły, iż tematyka tekstów nie może pozostać bez echa!

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Children Of Bodom – Something Wild (1997/1998 )

Ostatnio słychać tylko złe wieści z obozu Children of Bodom. Okazało się bowiem, iż zespół uległ rozwiązaniu i muzycy chcą realizować się w zupełnie innych projektach. Dziś sentymentalnie wrócę do ich pamiętnego debiutu Something Wild, w Finlandii wydanego 16 listopada 1997, a na świecie 28 sierpnia 1998 roku. Czy po prawie 22 latach coś się zmieniło? Może niektóre utwory dostały nowe życie? Nie przesłuchując gruntownie, tego krążka się nie przekonam.

Deadnight Warrior już od samego początku, chociażby przez dźwięki pioruna, wprowadza nastrój rodem z horroru. Piekielnie szybka solówka Alexia, sprawia, że, cała kompozycja jest bardzo dynamiczna. Na sam koniec dorzucona zostaje druga solówka autorstwa oczywiście Alexia. In the Shadows otwiera natomiast bardzo wyraźna partia gitary basowej. Do tego partie keyboardu, są tu też dopasowane idealnie. Co bardziej interesujące wokal Alexia, jak dla mnie jest tu bardziej blackowy, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Do tego potem w połowie gitary zaczynają tzw. rzeź, upiększoną potem keybordowym dźwiękiem klawesynu a na sam koniec organów.

Pierwsza część Red Light in My Eyes jest bardziej nastrojowa, choć później to zostaje trochę zaprzepaszczone. Przynajmniej dla mnie, nawet w drugiej części, gdzie jest bardziej wirtuozersko pod kątem gitarowym oraz bardziej heavy metalowo, jeśli chodzi o gatunki. Mimo to w obu kompozycjach wokal Alexa, jest zbyt surowy. Piąty Lake Bodom jest już strike heavy, położony jest nacisk bardziej na gitarowy aspekt popisów Alexia, gdzie keyboard jest na zupełnie drugim planie, to akurat źle. Przedostatni The Nail chociażby przez wprowadzającą deklamację, potrafił przyprawić o mały dreszcz przerażenia, a to akurat dobrze, bo pomału zaczynało wiać ewidentnie nudą. Mimo strachu, tu też jednak wokal jest niedopracowany. Z gitarami jest znacznie lepiej, to tu znajduje się moim zdaniem solówka z tej płyty. Zamykający płytę Touch Like Angel Of Death pomimo iż ma ponad siedem minut, wokalnie jest chyba najbardziej dopieszczonym utworem. Oprócz tego partie keyboardu też są idealne, tak samo jak gitarowe popisy Alexia.

Jeśli chodzi o Something Wild, nie interesowały mnie covery, takich zespołów jak Slayer, Scorpions czy Sepultura, które znalazły się na tym krążku. Całą uwagę poświęciłem autorskim kompozycją, do których powróciłem znowu po paru latach przerwy, dokładnie siedmiu. Jak na tamte czasy, czyli ponad dwie dekady temu, nie był to doskonały materiał. Wokal Alexia przede wszystkim potrzebował dopracowania, zespół bowiem eksperymentował z trzema gatunkami: heavy metalem (tu akurat Alexi odnalazł się ze swoją gitarą i popisami) , black/death metalem z elementami grozy (mam tu na myśli złowrogie partie keyboardu). Czy coś się zmieniło u mnie jeśli chodzi o ten krążek? Owszem. Z perspektywy czasu Something Wild, ukazał niedoskonałości zespołu oraz w jakich obszarach muzycznych prowadzili poszukiwania własnego brzmienia. Czy to dobrze? Moim zdaniem jak najbardziej, od tego są bowiem błędy, aby się na nich uczyć prawda? Mimo paru mankamentów znalazły się z tego krążka utwory, które dostały ode mnie tzw. drugie życie. Mam tu na myśli The Nail oraz Touch Like Angel Of Death. Na koniec stwierdzę jeszcze jedno, jak na debiut nie było wielkiej tragedii.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Kategorie
Bez kategorii

Marco Hietala – Mustan Sydämen Rovio (2019) Pyre of the Black Heart (2020)

Marco Hietala, muzyk znany z zespołu Nightwish. Lecz jeszcze wcześniej z power metalowego zespołu Tarot bo od 1986 roku, a także w kilku pobocznych zespołach. Jednak w 2019, dokładnie 24 maja, wydał swój pierwszy solowy album, zatytułowany Mustan Sydämen Rovio, wydany przez Savonian Rooster/Supersounds Music. Natomiast 24 stycznia 2020 roku dzięki Nuclear Blast, ukazała się angielska wersja tego samego albumu zatytułowanego Pyre of the Black Heart. Jakie są różnice między tymi płytami? Angielska wersja czy fińska okaże się lepsza? Czy jakakolwiek z nich jest na tyle dobra, aby ją słuchać więcej niż jeden raz? Oba krążki przesłuchać, aby zdobyć odpowiedzi trzeba. Bez tego ani rusz – zaczynamy.

Otwierający fiński album Kiviä, jest od samego początku bardzo nastrojowy przez partie akustycznej gitary. Potem Marco przechodzi na brzmienie bardziej metalowo/hard rockowe. Bardzo dobrze dobrał ku temu riffy oraz dodał nie byle jakie, bo aż dwie solówki. Isäni Ääni natomiast jest już bardziej progresywny, przez to bardziej refleksyjny, a przez to podchodzący pod balladę, ale to przez zwalniające tempo partie fortepianu. Elektroniczno/kosmiczny początek Tähti, Hiekka Ja Varjo naprawdę mocno zbił mnie z tropu. Potem doszły riffy, które bez obrazy trochę przypomniały mi stare polskie Kombi oraz trochę zaczerpnięcie również ze starego dorobku riffów znanych fanom Nightwisha. Refren w piosence, pomimo iż, po fińsku jest bardzo chwytliwy, lecz za dużo tu kosmicznej elektroniki jak dla mnie. Kuolleiden Jumalten Poika to już typowa ballada, jak na nią nawet daje radę, choć jakoś nie piałem z zachwytu. Inna sprawa jest z Laulu Sinulle. Jak dla mnie kompozycja zupełnie nieudana. Jako ballada po prostu nudna. Skoro nawet bardzo dobra solówka gitarowa jej nie uratowała, coś musiało być na rzeczy.

Minä Olen Tie bardzo mylnie po partiach fortepianu na samym początku, wskazuje, aby była nudną balladą. Lecz potem zaczyna się dziać dużo, chociażby poprzez ekspresyjne wykorzystanie elektroniki, nawet dub-stepu oraz umiejętnie wplecionych riffów gitary elektrycznej. Potem znowu zwolnienie tempa i zwięczająca go solówka gitarowa. Juoksen Rautateitä jest natomiast typową bardzo dynamiczną kompozycją, która nawet trochę czerpie z folku w stylu Korpiklaani, tylko bez skrzypiec. Czy to źle? Moim zdaniem nie, bo daje mi odpocząć jako słuchaczowi. Do tego równie szybka solówka z partiami klawiszowymi, przypominające trochę gospelowe też dają radę. Ciało samo zwie się do tańca i headbangingu. Vapauden Kuolinmarssi jest trochę spokojniejsza może poprzez podkreślone bardziej partie basu Marco, ale oprócz tego da się jej posłuchać, nie kuje w uszy, ale też znowu nie wywołuje zachwytu. No może trochę końcowe instrumentalne popisy. Przedostatni Unelmoin Öisin to kolejna ballada, nietypowa, bo bardzo minimalistyczna pod kątem instrumentalnym. Sama w sobie jest dobra. Choć gdy po jej połowie następuje lekka zmiana nastroju, jednak moje serce zaczyna topnieć, bo jednak nie byle co potrafi wzruszyć. Całości tego procesu dopełnia skutecznie zamykający album utwór Totuus Vapauttaa.

Jeśli chodzi o całość dwóch płyt. To między angielską a fińską wersją różnica jest taka, iż mimo wszystko ballady napisane po fińsku potrafiły mnie doprowadzić do wzruszenia, może nie wszystkie, ale jednak tak było. Natomiast angielska wersja, pomimo iż muzycznie jest taka sama, to jednak dla mnie jest bardziej komercyjna i jednocześnie nijaka, potrafię, jednak zrozumieć czemu Marco się zdecydował, aby oprócz Mustan Sydämen Rovio powstał też Pyre of the Black Heart, lecz gdyby było na odwrót, mój subiektywny werdykt byłby zupełnie inny. Co do muzycznych wrażeń jeśli chodzi o dwujęzyczny album Marco? Interesująca odskocznia, w której nie brak muzycznych poszukiwań oraz podzieleniem się przez Marco swoimi ekspresjami, a także przemyśleniami jednocześnie. Oczywiste jest, że nie wszystkie kompozycje są genialne, ale są utrzymane na przyzwoitym poziomie, do tego jak wcześniej wspomniałem, fiński został postawiony słusznie na pierwszym miejscu, co przechyliło szalę na korzyść pierwszego i mam nadzieję ze nie ostatniego dokonania Marco Hietali.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Merging Flare – Revolt Regime (2019)

Ach ta Finlandia. Tym razem akurat z zespołem Merging Flare oraz ich najnowszym albumem Revolt Regime wydanym 14 czerwca 2019, miałem kontakt z powodu osoby, która gościnnie na tej płycie wystąpiła. Mam tu na myśli Kasperiego Heikkinena znanego szerszej publice jako gitarzyście zespołu Beast in Black, z który kolei znalazł się w gronie moich ulubionych zespołów. Śledząc więc poczynania Kasperiego, stwierdziłem, może warto tę płytę przesłuchać? Tak też uczyniłem, więc podzielę się z wami swoimi wrażeniami co do tego albumu. Czy z powodu udziału Kasperiego miałem wygórowane oczekiwania? Czy wrócę znowu do tego albumu? Wszystko się okaże w swoim czasie.

Rozpoczynający płytę Trailblazers brzmi bardzo zachęcająco. Wokal Martiasa Palma wyjątkowo wpasowuje się w bardzo dynamikę oraz do tego motoryka i energia. No i solo Kasperiego. Na razie jest dobrze. Następny Alliance in Defiance jest równie energetyczny, lecz mam wrażenie, że, już nieco lżejszy. Oprócz tego też z wokalem frontmena jest już coś nie tak. Znowu dobra solówka, lecz zwolnienie pod koniec, nie wychodzi kompozycji na dobre.

Z Clarion Call jest też coś nie tak. Wokal osłabł a jeszcze te gitary sprawiające wrażenie klawiszy. Niby chór wspomaga Martisa, niby jest wszystko ok, ale zachwyt opada jak kusz. Jeszcze te trochę przekombinowane blasy. Słysząc The Abyss of Time, trochę Beast in Black mi się przypomniał, ale tylko na krótki moment. Bo kompozycja wpada i wypada mi jednym uchem, bez żadnej jakiejś pozytywnej reakcji u mnie nie wzbudzając. Z Mind’s Eye (Reaching Out) jest tak samo. Co jest? Początek War Within brzmiał też dobrze, ale na tym się skończyło. Może z Midwinter Magic będzie lepiej, tak sobie myślę? Skądże, pomimo próby stworzenia ballady, to jak dla mnie ta kompozycja, nią nie jest,a już na pewno niedobrą.

Z Devastator jest odrobinę lepiej, bo ratuje nie co sytuację, taką dynamiką i energią, jaką oczekiwałem. Sin Against the Sinner znowu zawodzi mnie pod każdym muzycznym względem. Natomiast ostatni The Lucky One okazuje się jeszcze gorszą balladą od Midwinter Magic.

Krótka piłka z mojej strony. Przed przesłuchaniem przeczytałem, że album, jest inspirowany Judas Priest, Accept, Running Wild, Helloween oraz Gamma Ray. Rozumiem, inspirować się trzeba, ale nie wiem, może jestem coraz bardziej głuchy, lecz po 5 przesłuchaniach ja tu nie słyszę żadnej autorskiej inwencji twórczej, zwłaszcza takiej, która by na kolana powalała, prawie nic, zero. Odmówić Kasperiemu dobrych solówek nie mogę, bo fakt są one nawet bardzo dobre. Co z tego skoro album można streścić w dwóch kompozycjach Trailblazers oraz Devastator. To nie jest ekstraklasa heavy metalowa, a raczej czwarta liga. Szkoda, bo znany ze współpracy z Beast in Black również artysta Roman Ismailov, zrobił dobrą okładkę. Jestem bardzo rozczarowany, lubię naprawdę heavy metal, lecz ta płyta jest dla mnie bardzo przeciętna, a Martis wielkronie czasem brzmiał mi w uszach jak Brian Johnson z AC/DC. Nie wierzę sam, co słyszę, lecz pierwszy raz jestem rozczarowany albumem, który pochodzi z Finlandii. Jestem fanem hard rocka czy czystego rock’nolla, ale traktuję go jako tzw. przystawkę dla prawdziwego czystego heavy metalu. Tu fuzja tych trzech nurtów dostarczyła płytę, do której nie zamierzam wracać. Z całym oczywiście szacunkiem dla muzycznego kunsztu gitarzysty Kasperiego Heikkinena, ocena w takim przypadku może być jedna, dodając fakt, że, grupa wydała tę płytę po 8-letniej przerwie.

4/10

Kategorie
Bez kategorii

Amorphis – Qeen of Time (2018)

Znowu Finladia nie zawodzi, zresztą jestem ciekaw czy kiedykolwiek tak się stanie i zespół z tego kraju, będzie dla moich uszu zły. Wspominam o tym, gdyż z tego właśnie kraju, pochodzi zespół Amorphis. Zabawne jest to, że, nie słuchając ich albumów wcześniej, tylko parę utworów, od czasu usłyszenia ich na żywo podczas zeszłorocznej edycji Masters of Rock, nie mogłem przestać o nich myśleć oraz wyrzucić z mojej setlisty. Miłość od pierwszego usłyszenia na żywo po prostu. Dziś podzielę się z Wami na chłodno, swoimi odczuciami, jeśli chodzi o ich najnowszy album Qeen of Time, wydany 16 maja zeszłego roku oczywiście przez Nuclear Blast. Czy mnie rozczarował? Czy okazał się inny lub lepszy od ostatniego Under the Red Cloud? Przekonamy się. Dodam, iż jest to wersja z bonusami.

The Bee , czyli kompozycja otwierająca i będąca jednocześnie jednym z singli promujących płytę jest po prostu świetna. Elektroniczne intro jest dobre, do tego głos kobiecy dobrany idealnie. Mocne gardłowe, a potem growlowe wejście, wraz z odpowiednimi riffami oraz perkusją. Zmiana wokalu na czysty, przy elektronicznych partiach to po prostu magia. Dodajmy fakt, iż wokal Tomiego został wzmocniony gardłowym śpiewem, w wykonaniu pierwszego z gości na albumie, czyli Alberta Kuvezina. Do tego jeszcze kwestia liryczna, no po prostu kompozycja idealna, a na żywo jeszcze lepsza niż na płycie

Na Message in the Amber słychać nawiązania do poprzedniej kompozycji, lecz później rozpoczyna się inna historia. Jest bardzo dobry a do tego nastrojowy jazzowo-progresywny fragment. Deklamacja oraz rozległość od growlu do czystego śpiewu udowadnia z kim mamy do czynienia. Jednym z najzdolniejszych wokalistów. Oprócz tego solowa partia klawiszy wraz z intensywną perkusją. Partie wzmacniające wokal Tomiego też zostały bardzo przemyślanie zaaranżowane. Od męskiego do strike kobiecego.

Początek Daughter of Hate to kościelne organy, lecz potem już wchodzi trochę thrashowy riff. Sam utwór jest dość łagodny do czasu growlu pomieszanego ze scremem od Tomiego. Potem nie wiadomo skąd gościnnie Jørgen Munkeby, gra bajecznie jazzowe solo na saksofonie. Za każdym razem jest to niespodziewany dla mnie muzyczny twist. Do tego te chórki wraz z kolejną deklamacją. Kolejne gitarowe solo, wraz z fińsko języczną narracją wykonaną przez Pekka Kainulainena. Samych zmian temp wraz z nastojem było bardzo wiele.

Pierwsze dźwięki The Golden Elk brzmią znowu intrygująco niby znany kobiety głos, ale w zupełnie innej intonacji. Potem gitary wraz z perkusją robią swoje. Zastanawia mnie, zastosowanie innego, lecz znowu thrashowego riffu jako dominującego. Jednak chwytliwość sprawia, iż, przykuwa on uwagę słuchacza, nawet po wielu odtworzeniach. Potem zmiana tempa na spokojniejsze z doskonałym wejściem partii smyczkowych wraz z odpowiednią perkusją. Smaczkiem oraz kolejnym twistem jest wirtuozerskie solo instrumentu Ud, wykonany przez kolejnego gościa na płycie, czyli Affifa Merheja.

Wrong Direction to kolejny singiel, co zresztą słychać. Czy to źle? No tak i nie. Przez prawie cały utwór mamy do czynienia z czystym śpiewem. Instrumentalnie zrobiło się przeciętnie, jeśli chodzi o wcześniejsze kompozycje, szkoda trochę, potencjał nie do końca wykorzystany.

Heart of the Giant zaczyna się wręcz bardzo zmysłowo-balladowo gitarą. Potem następuje dołączenie pozostałych instrumentów, co sprawia, że się myliłem. Bo to było i jest, orientalne brzmienie po prostu. Wokalnie Tomi zaskoczył mnie fragmentami, gdzie przy pomocy growlu prawie rapował, jak przynajmniej za każdym razem miałem takie wrażenie. Oprócz tego pod sam koniec partie chóru oraz kolejne keybordowe solo, a potem gitarowe, wszystko to z zachowaniem, wcześniej wspomnianego orientalnego brzmienia. Epickim zakończeniem jest fuzja chóru ze wspomnianym wcześniej wokalem Tomiego.


We Accursed zaczyna się folkowo. Kto odpowiada za to? Jeszcze jeden gość tym razem znany przede wszystkim z Eluveite, Christian „Chrigel” Glanzmann. Oprócz folkowego klimatu jest to dla mnie może nie przeciętny, ale dobry utwór. Nie zaprzeczę, iż, wirtuozerskie przejścia perkusji i gitar są ciekawe, oprócz tego znajdzie się też całkiem niezła solówka gitarowa, lecz żeby mnie zachwycić to odrobinę za mało, choć brakowało nie wiele.

Grain of Sand to znowu orientalne otwarcie. Riffy gitar jednak są tu bardziej hardrockowe, przynajmniej dla mnie. Warta uznania jest oczywiście gitarowa solówka. Większe ożywienie czy motoryka ze strony gitar, a przez to całego utworu, następuje bardzo późno jak dla mnie. Lepiej późno niż wcale w sumie.

Ostatnim singlem jest Amongst Stars, gdzie w roli ostatniego gościa albumu występuje holenderska wokalistka Anna Maria van Giersbergen. Muszę przyznać, iż wraz z Tomim we dwoje stworzyli duet idealny. Pomimo iż jest to singiel, zaczarował mnie swoim klimatem. Do tego jeszcze odrobina folku i partii fortepianu oraz bardzo dobre gitarowe solo. Tu dla mnie ma się do czego przyczepić, takie utwory to niech stacje radiowe puszczają, choć wiem, że tak się niestety nie stanie.

W normalnej wersji płyty, ostatni Pyres on the Coast zaczyna się, bez żadnych ,,udziwnień” , co mnie akurat paradoksalnie zdziwiło. Wszystkie instrumenty są utrzymane na odpowiednim poziomie, lecz znowu szału brak, choć tu zaraz wchodzą elektroniczne popisy Kallio, a potem spokojny fortepian, aż wreszcie znowu gitarzysty. Na sam koniec kościelne organy to przysłowiowa wisienka na torcie. Tak jak początek płyty był idealny, tu też jest idealnie.

As Mountains Crumble już na wstępie dostajemy gitarowe solo. Potem Tomi zaczyna śpiewać czysto, balladowo wręcz, do tego ta gitara akustyczna. Zmiana na growl, a potem scream, jest chwilowa. Co ciekawe, jest to dla mnie jedyny utwór, gdzie można usłyszeć aż dwie gitarowe solówki, tylko ta druga jest dłuższa i jazzowa. Potem wkracza keybordzista ze swoim solo. Miłośnicy solówek mają na czym zamiesić uszy.

Brother and Sister to nastrojowe partie fortepianu, wraz z potem dołączonymi partiami instrumentów smyczkowych. Tu akurat gitary są przynajmniej dla mnie tłem. Oczywiście zmienia się to gdy na pożegnanie, dostajemy jednakowo, gitarowe oraz keybordowe solo. Co mnie bardzo cieszy owa kompozycja też, okazuje się również idealnym utworem zamykającym.

Podsumowując. Amorphis to zespół, który udowodnia, że, można połączyć prawie wszystkie nurty metalu. Bardzo rozbudowane partie poszczególnych instrumentów, mam tu na myśli solówki Kallio oraz Holopainena, wraz z perkusją Rechbergera, która je łączyła w całość. Wszechstronny wokal Tomiego też jest istony, gdyż jak dotąd, może jeszcze się to zmieni, kto wie, moje uszy nie spotkały się z tak wybitnym wokalistą, jakim jest, jeszcze kwestia chóru oraz bogata paleta gości na albumie. Dwa twisty muzyczne, których moje uszy się kompletnie nie spodziewały. To wszystko sprawia, iż , określę ten album progresywnym w 100%, oprócz tego przenoszącym słuchacza przez wiele wymiarów doznań. Ja przynajmniej za każdym razem mam takie odczucia. Co ciekawe, zwlekałem z recenzją, gdyż ten krążek, zadał mi wielokrotne muzycznym K.O, co akurat również jest komplementem z mojej strony. Dodam jeszcze od siebie, iż od czasu mojej pierwszej styczności z metalem progresywnym, nie miałem okazji słuchać aż tak doskonałego arcydzieła, pod każdym względem. Czy Qeen of Time mnie rozczarował? Wręcz przeciwnie. Totalnie zachwycił. Czy okazał się lepszy od ostatniego albumu Under the Red Cloud? Na pewno okazał się inny. Dla mnie jest to wszechstronny album ubiegłego 2018 roku, w kategorii instrumentalnej oraz progresywnej najlepszy. Wątpię, aby jakakolwiek płyta z 2018 roku, sprawiła, abym po tylu przesłuchaniach, leżał na deskach, jednak pomimo wielu siniaków, szczęśliwy z uśmiechem na twarzy.

10/10


Kategorie
Bez kategorii

Children of Bodom – Haxed 2019

Wiadomość o wydaniu przez Children of Bodom dziesiątego albumu, zelektryzowała mnie do szpiku kości. Jestem ich fanem, choć po wydaniu Are You Dead Yet?, stracili nieco werwy. Tym bardziej jestem ciekaw ich najnowszego dzieła Haxed, wydanego 8 marca tego roku. Czy wrócili po latach, w dobrym stylu? Czy znowu albumem mocno przeciętnym? Zobaczymy.

This Road to jest konkretny początek. Dynamika jak trzeba, no i znowu przypomniał mi się ten dźwięk ostrzonej kosy. Dobra solówka Alexa, połączona z blastami. Jeszcze ten keybord. Under Grass And Clover z racji tego, iż też był singlem, swoją funkcję spełnił dobrze. Choć sam numer ratują dobre solówki. Gitary oraz keyborda. Serio.

No i tu rozpoczynają się pretensje z mojej strony. Dlaczego Glass Houses nie został singlem, Ja się k…. pytam? Moim skromnym zdaniem to najlepsza kompozycja na tym albumie. Keybord przywołuje na myśl Follow the Reapier, gitary Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet?. Natomiast intro Hecate’s Nightmare przywołuje trochę klimat rodem z opuszczonego wesołego miasteczka. Zresztą samo lyric viedo nawiązuje do symbolu, jakim dla Children of Bodom jest żniwiarz. Muzycznie jest przyzwoicie, choć szału ni ma, tym bardziej, jeśli chodzi o Alexa i jego solówkę, nie jest ona najlepszą na tym krążku.

Początek Kick in a Spleen to ewidentne nawiązanie do utworu Are You Dead Yet. Czy to zarzut? Nie, wręcz przeciwnie. Dodali coś od siebie jak, chociażby kolejną świetną solówkę keybordów, jak i breakdown. Kolejna dobra solówka gitar. Tak kolejna dobra kompozycja to Platitudes And Barren Words, która została singlem. Tylko tym razem jest chwytliwe i na odpowiednim poziomie.

W tytułowym Hexed pożądany efekt daje wzmocniony wokal Alexa, samo brzmienie jest trochę bardziej agresywne, przejścia klawiszy inne, co nie znaczy gorsze. Znowu kolejne solówki gitar i klawiszy. Ciekawa jest końcówka, która przypomniała mi klimat, jaki niosła za sobą kompozycja Downfall, z drugiego albumu Children of Bodom zatytułowanego Hatebreeder. No dobrze, było miło, ale też bez przesady. Relapse (The Nature of My Crime) uważam za numer przeciętny, bo mnie nie powalił. Tak samo jest z Say Never Look Back. Jeśli chodzi o, Soon Departed jest nieco lepiej, bo breakdown oraz wolniejsze tempo robi swoje. Nawet lepiej jest z zamykającym album Knuckleduster, zmiany temp oraz towarzyszące im klawisze, sprawiają, że jest to doskonałe zamknięcie płyty.

Podsumowując to wszystko, chodzi mi po głowie jedno. Powiem szczerze, nie spodziewałem się tak pozytywnego obrotu sprawy. Children of Bodom zaprezentowali mi, jak i jeszcze innym starszym fanom, bardzo sentymentalną podróż w przeszłość, z nowymi akcentami, dającymi nowe życie. Nowi fani, nieznający takich płyt jak Hatebreeder, Follow The Reapier, Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet? Mają doskonałą okazję, aby nadrobić muzyczne zaległości. Wreszcie po wielu latach wydawania albumów, powiedziałbym nijakich lub przecietnych ( dobrych, ale bez ochoty powracania do nich z mojej skromnej strony), mamy do czynienia z przebojowym wydawnictwem. Nowe solówki zarówno gitarowe, jak i keybordowe są o niebo lepsze, niż na poprzednich krążkach, są chwytliwe i zapadające w pamięć, jak być powinno. Nie jest to, może album bez wad, ze względu na dwie mocno przeciętne kompozycje (Relapse (The Nature of My Crime) oraz Say Never Look Back), ale żaden jeszcze taki nie był, poza tym nie są one też aż tak fatalne. Dla mnie jest to powrót to doskonałej formy, śmiało mogę stwierdzić, że, Haxed jest bardzo dobrym dziesiątym albumem, w dorobku Children of Bodom, co zresztą słychać i czuć (headbanging oraz pogo czy deathwall mam na myśli). Osobiście nie mogę doczekać się ich koncertu na tegorocznym Masters of Rock, licząc, że, zawitają też do Polski, będzie ogień. Tym którzy jeszcze nie mieli okazji przesłuchać, serdecznie polecam. Może jest to stwierdzenie lekko na wyrost, ale to moje zdanie. Ten album to jeden z niewielu, który oprócz oczywiście Follow the Reapier i nie tylko, zasługuje na miano swego rodzaju opus magnum Children of Bodom. Dziesiąty album okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę jak dla mnie.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Battle Beast – No More Hollywood Endings (2019)

Battle Beast, fiński zespół heavy metalowy, który został sformowany przez znanego teraz z Beast in Black, Antona Kabanena, Juuso Soinio oraz perkusistę Pyry’ego Vikki. Z trzech współzałożycieli kapeli pozostali tylko Pyry Vikki oraz Juuso Soinio. To akurat ma znaczenie, gdyż produkcją to czasu bycia członkiem Battle Beast, zajmował się właśnie Anton. Z czystej ciekawości przesłuchałem ich drugi album od czasu kiedy ich skład się uszczuplił, zatytułowany No More Hollywood Endings, wydany 22 marca tego roku przez Nuclear Blast. Czy zespół radzi sobie radzi? Czy pozytywnie zaskoczył? Czy raczej rozczarował? Jeśli jesteście tego ciekawi, serdecznie zapraszam do zapoznania się z moimi wrażeniami, odnoście tejże płyty.

Pierwszy utwór Unbroken to tak naprawdę niczym szczególnym się dla mnie nie wyróżnia. Aranżacja orkiestrowe, wokal Noory dobry, lecz pod kątem gitar, ubogo, oj bardzo ubogo. W tytułowym No More Hollywood Endings wejście skrzypiec, serio. No dobra można i tak. Nawet wzmocnienie wokal Noory jakoś nie pomogło. Eden to skrzypce i pianino, wejście chóru, trochę więcej dynamiki. Wreszcie się coś dzieje. Solówka gitarowa nawet daje radę, do tego blasty, jeśli chodzi o perkusję. Jest lepiej.

Unfairy Tales zaczyna się też lekko intrygująco, a nie moment to oddech Noory, eh myślałem, że to coś więcej. Jak te oddechy w trakcie utworu miały spowodować, jego większą chwytliwość, wyszła lipa, choć tutaj też solówka gitarowa, utrzymuje jeszcze jakikolwiek poziom. Endless Summer sobie podaruję, bo jednym uchem wpada, a drugim wypada. Nic też nie chcę spekulować, ale, The Hero, zwłaszcza początek to mocna zrzynka, bądź żałosna próba, zastosowania podobnych patentów, które sprawiły, że, utwór Blind and Frozen, zespołu Beast in Black okazał się hitem. Tego się nie spodziewałem, słabe było, to posuniecie, zadziałało, ale wywołując efekt kiczu, poza tym słuchać w tle sample, które powstały, jeszcze, kiedy Anton był członkiem tej grupy.

Na Piece of Me jest znowu odrobinę lepiej, bo jest w końcu dynamika, zwłaszcza jeśli chodzi o riffy gitarowe, zmiany temp też są w porządku. I Wish w założeniu miał być balladą, lecz okazał się jej parodią, grupa ma w dorobku kilka dobrych ballad, tutaj natomiast coś nie wyszło. Raise Your Fists też odpuszczam, bo jest on nijaki, zastanawiam się, czy pojawił się na płycie, bo nie było żadnych rezerwowych kompozycji. Niby brzmi jak, trzeba, ale co z tego, ja go nie czuję. The Golden Horde ratuje jedyna dobra część instrumentalna na tym albumie. Chodzi mi o gitary. World on Fire też jakoś do mnie nie przemawia. Bent and Broken to niestety znowu kolejna parodia ballady, bo utwór jest zrobiony, jak trzeba, ale nie ma klimatu oraz nastroju, jaki powinien mieć. Zakończenie płyty jest chociaż ,, jakieś ”, chodzi mi o My Last Dream. Riffy dobre, zmiany temp też, choć pewnej części ciała mi nie urwało. Ci mądrzejsi wiedzą, o co chodzi.

Krótko i zwięźle, bo inaczej się nie da. Kiedyś naprawdę, byłem fanem Battle Beast. Pierwszą płytę po odejściu Antona z zespołu, przesłuchałem i był na niej tylko jeden dobry kawałek-Bastard Son of Odin. Teraz liczyłem, że będzie lepiej. Jednak nie, teraz nie ma już dzikiej bestii, jest rozleniwiony kotek, który stracił kły, ale zostały mu jeszcze dwa pazurki. Na płycie znajdują się tylko trzy, znośnie kawałki, czyli; Eden, Piece of Me oraz My Last Dream. Osobiście nie mam pojęcia, co doprowadziło do odejścia Antona, lecz skoro wizja Antona się Wam nie spodobała, to wprowadźcie własną, a nie bazujcie na tym, co stworzyliście razem z Antonem, lub nieudolnie róbcie podróbki, tego, co On stworzył już sam w Beast in Black. Mam tu na myśli początek The Hero, żeby było jasne. Bo prawda jest taka, że, bez Niego (Antona) nie dajecie rady. Takie jest moje zdanie. Ten krążek jest największym rozczarowaniem, z jakim miałem do czynienia. Ni to heavy, ni power metal, jest on po prostu nijaki. No i był zapomniał najgorsza okładka, jaką widziałem, zrobiona delikatnie mówiąc na kolanie. Współczuję tylko Noorze, bo mam wrażenie, że, zaczyna marnować w tym zespole swój potencjał wokalny, no ale cóż jest dorosła i to jej wybór. Jeśli ktoś chce ktoś wyrobić sobie własne zdanie i ono okaże się inne od mojego, chętnie podejmę kulturalną dyskusję w komentarzach. Dla mnie całokształt tej płyty, a raczej jego brak oraz fakt, że, przez nią już po wielu latach przestałem być fanem tego zespołu, może mieć tylko jedną ocenę.

4/10