Merging Flare – Revolt Regime (2019)

Ach ta Finlandia. Tym razem akurat z zespołem Merging Flare oraz ich najnowszym albumem Revolt Regime wydanym 14 czerwca 2019, miałem kontakt z powodu osoby która gościnnie na tej płycie wystąpiła. Mam tu na myśli Kasperiego Heikkinena znanego szerszej publice jako gitarzyście zespołu Beast in Black, z kolei który znalazł się w gronie moich ulubionych zespołów. Śledząc więc poczynania Kasperiego stwierdziłem może warto tą płytę przesłuchać? Tak też uczyniłem, więc podzielę się z wami swoimi wrażeniami co do tego albumu. Czy z powodu udziału Kasperiego miałem wygórowane oczekiwania? Czy wrócę znowu do tego albumu? Wszystko się okaże w swoim czasie.

Rozpoczynający płytę Trailblazers brzmi bardzo zachęcająco. Wokal Martiasa Palma wyjątkowo wpasowuje się w bardzo dynamikę oraz do tego motoryka i energia. No i solo Kasperiego. Na razie jest dobrze. Następny Alliance in Defiance jest równie energetyczny, lecz mam wrażenie że, już nieco lżejszy. Oprócz tego też z wokalem frontmena jest już coś nie tak. Znowu dobra solówka, lecz zwolnienie pod koniec,nie wychodzi kompozycji na dobre.

Z Clarion Call jest też coś nie tak. Wokal osłabł a jeszcze te gitary sprawiające wrażenie klawiszy. Niby chór wspomaga Martisa, niby jest wszystko ok,ale zachwyt opada jak kusz. Jeszcze te trochę prze kombinowne blasy. Słysząc The Abyss of Time trochę Beast in Black mi się przypomniał, ale tylko na krótki moment. Bo kompozycja wpada i wypada mi jednym uchem, bez żadnej jakiejś pozytywnej reakcji u mnie nie wzbudzając. Z Mind’s Eye (Reaching Out) jest tak samo. Co jest? Początek War Within brzmiał też dobrze, ale na tym się skończyło. Może z Midwinter Magic będzie lepiej, tak sobie myślę? Skądże, pomimo próby stworzenia ballady, to jak dla mnie ta kompozycja, nią nie jest ,a już na pewno nie dobrą.

Z Devastator jest odrobinę lepiej, bo ratuje nie co sytuację, taką dynamiką i energią jaką oczekiwałem. Sin Against the Sinner znowu zawodzi mnie pod każdym muzycznym względem. Natomiast ostatni The Lucky One okazuje się jeszcze gorszą balladą od Midwinter Magic.

Krótka piłka z mojej strony. Przed przesłuchaniem przeczytałem, że album, jest inspirowany Judas Priest, Accept, Running Wild, Helloween oraz Gamma Ray. Rozumiem, inspirować się trzeba, ale nie wiem, może jestem coraz bardziej głuchy, lecz po 5 przesłuchaniach ja tu nie słyszę żadnej autorskiej inwencji twórczej, zwłaszcza takiej, która by na kolana powalała, prawie nic, zero. Odmówić Kasperiemu dobrych solówek nie mogę, bo fakt są one nawet bardzo dobre. Co z tego skoro album można streścić w dwóch kompozycjach Trailblazers oraz Devastator. To nie jest ekstraklasa heavy metalowa, a raczej czwarta liga. Szkoda, bo znany ze współpracy z Beast in Black również artysta Roman Ismailov, zrobił dobrą okładkę. Jestem bardzo rozczarowany, lubię naprawdę heavy metal, lecz ta płyta jest dla mnie bardzo przeciętna, a Martis wielkronie czasem brzmiał mi w uszach jak Brian Johnson z AC/DC. Nie wierzę sam, co słyszę, lecz pierwszy raz jestem rozczarowany albumem, który pochodzi z Finlandii. Jestem fanem hard rocka czy czystego rock’nolla, ale traktuję go jako tzw. przystawkę dla prawdziwego czystego heavy metalu. Tu fuzja tych trzech nurtów dostarczyła płytę, do której nie zamierzam wracać. Z całym oczywiście szacunkiem dla muzycznego kunsztu gitarzysty Kasperiego Heikkinena, ocena w takim przypadku może być jedna, dodając fakt, że, grupa wydała tę płytę po 8-letniej przerwie.

4/10

Amorphis – Qeen of Time (2018)

Znowu Finladia nie zawodzi, zresztą jestem ciekaw czy kiedykolwiek tak się stanie i zespół z tego kraju, będzie dla moich uszu zły. Wspominam o tym, gdyż z tego właśnie kraju, pochodzi zespół Amorphis. Zabawne jest to, że, nie słuchając ich albumów wcześniej, tylko parę utworów, od czasu usłyszenia ich na żywo podczas zeszłorocznej edycji Masters of Rock, nie mogłem przestać o nich myśleć oraz wyrzucić z mojej setlisty. Miłość od pierwszego usłyszenia na żywo po prostu. Dziś podzielę się z Wami na chłodno, swoimi odczuciami, jeśli chodzi o ich najnowszy album Qeen of Time, wydany 16 maja zeszłego roku oczywiście przez Nuclear Blast. Czy mnie rozczarował? Czy okazał się inny lub lepszy od ostatniego Under the Red Cloud? Przekonacie się. Dodam, iż jest to wersja z bonusami.

The Bee , czyli kompozycja otwierająca i będąca jednocześnie jednym z singli promujących płytę jest po prostu świetna. Elektroniczne intro jest dobre, do tego głos kobiecy dobrany idealnie. Mocne gardłowe, a potem growlowe wejście, wraz z odpowiednimi riffami oraz perkusją. Zmiana wokalu na czysty, przy elektronicznych partiach to po prostu magia. Dodajmy fakt, iż wokal Tomiego został wzmocniony gardłowym śpiewem, w wykonaniu pierwszego z gości na albumie, czyli Alberta Kuvezina. Do tego jeszcze kwestia liryczna, no po prostu kompozycja idealna, a na żywo jeszcze lepsza niż na płycie

Na Message in the Amber słychać nawiązania do poprzedniej kompozycji, lecz później rozpoczyna się inna historia. Jest bardzo dobry a do tego nastrojowy jazzowo-progresywny fragment. Deklamacja oraz rozległość od growlu do czystego śpiewu udowadnia z kim mamy do czynienia. Jednym z najzdolniejszych wokalistów. Oprócz tego solowa partia klawiszy wraz z intensywną perkusją. Partie wzmacniające wokal Tomiego też zostały bardzo przemyślanie zaaranżowane. Od męskiego do strike kobiecego.

Początek Daughter of Hate to kościelne organy, lecz potem już wchodzi trochę thrashowy riff. Sam utwór jest dość łagodny do czasu growlu pomieszanego ze scremem od Tomiego. Potem nie wiadomo skąd gościnnie Jørgen Munkeby, gra bajecznie jazzowe solo na saksofonie. Za każdym razem jest to niespodziewany dla mnie muzyczny twist. Do tego te chórki wraz z kolejną deklamacją. Kolejne gitarowe solo, wraz z fińsko języczną narracją wykonaną przez Pekka Kainulainena. Samych zmian temp wraz z nastojem było bardzo wiele.

Pierwsze dźwięki The Golden Elk brzmią znowu intrygująco niby znany kobiety głos, ale w zupełnie innej intonacji. Potem gitary wraz z perkusją robią swoje. Zastanawia mnie, zastosowanie innego, lecz znowu thrashowego riffu jako dominującego. Jednak chwytliwość sprawia, iż, przykuwa on uwagę słuchacza, nawet po wielu odtworzeniach. Potem zmiana tempa na spokojniejsze z doskonałym wejściem partii smyczkowych wraz z odpowiednią perkusją. Smaczkiem oraz kolejnym twistem jest wirtuozerskie solo instrumentu Ud, wykonany przez kolejnego gościa na płycie, czyli Affifa Merheja.

Wrong Direction to kolejny singiel, co zresztą słychać. Czy to źle? No tak i nie. Przez prawie cały utwór mamy do czynienia z czystym śpiewem. Instrumentalnie zrobiło się przeciętnie, jeśli chodzi o wcześniejsze kompozycje, szkoda trochę, potencjał nie do końca wykorzystany.

Heart of the Giant zaczyna się wręcz bardzo zmysłowo-balladowo gitarą. Potem następuje dołączenie pozostałych instrumentów, co sprawia, że się myliłem. Bo to było i jest, orientalne brzmienie po prostu. Wokalnie Tomi zaskoczył mnie fragmentami, gdzie przy pomocy growlu prawie rapował, jak przynajmniej za każdym razem miałem takie wrażenie. Oprócz tego pod sam koniec partie chóru oraz kolejne keybordowe solo, a potem gitarowe, wszystko to z zachowaniem, wcześniej wspomnianego orientalnego brzmienia. Epickim zakończeniem jest fuzja chóru ze wspomnianym wcześniej wokalem Tomiego.


We Accursed zaczyna się folkowo. Kto odpowiada za to? Jeszcze jeden gość tym razem znany przede wszystkim z Eluveite, Christian „Chrigel” Glanzmann. Oprócz folkowego klimatu jest to dla mnie może nie przeciętny, ale dobry utwór. Nie zaprzeczę, iż, wirtuozerskie przejścia perkusji i gitar są ciekawe, oprócz tego znajdzie się też całkiem niezła solówka gitarowa, lecz żeby mnie zachwycić to odrobinę za mało, choć brakowało nie wiele.

Grain of Sand to znowu orientalne otwarcie. Riffy gitar jednak są tu bardziej hardrockowe, przynajmniej dla mnie. Warta uznania jest oczywiście gitarowa solówka. Większe ożywienie czy motoryka ze strony gitar, a przez to całego utworu, następuje bardzo późno jak dla mnie. Lepiej późno niż wcale w sumie.

Ostatnim singlem jest Amongst Stars, gdzie w roli ostatniego gościa albumu występuje holenderska wokalistka Anna Maria van Giersbergen. Muszę przyznać, iż wraz z Tomim we dwoje stworzyli duet idealny. Pomimo iż jest to singiel, zaczarował mnie swoim klimatem. Do tego jeszcze odrobina folku i partii fortepianu oraz bardzo dobre gitarowe solo. Tu dla mnie ma się do czego przyczepić, takie utwory to niech stacje radiowe puszczają, choć wiem, że tak się niestety nie stanie.

W normalnej wersji płyty, ostatni Pyres on the Coast zaczyna się, bez żadnych ,,udziwnień” , co mnie akurat paradoksalnie zdziwiło. Wszystkie instrumenty są utrzymane na odpowiednim poziomie, lecz znowu szału brak, choć tu zaraz wchodzą elektroniczne popisy Kallio, a potem spokojny fortepian, aż wreszcie znowu gitarzysty. Na sam koniec kościelne organy to przysłowiowa wisienka na torcie. Tak jak początek płyty był idealny, tu też jest idealnie.

As Mountains Crumble już na wstępie dostajemy gitarowe solo. Potem Tomi zaczyna śpiewać czysto, balladowo wręcz, do tego ta gitara akustyczna. Zmiana na growl, a potem scream, jest chwilowa. Co ciekawe, jest to dla mnie jedyny utwór, gdzie można usłyszeć aż dwie gitarowe solówki, tylko ta druga jest dłuższa i jazzowa. Potem wkracza keybordzista ze swoim solo. Miłośnicy solówek mają na czym zamiesić uszy.

Brother and Sister to nastrojowe partie fortepianu, wraz z potem dołączonymi partiami instrumentów smyczkowych. Tu akurat gitary są przynajmniej dla mnie tłem. Oczywiście zmienia się to gdy na pożegnanie, dostajemy jednakowo, gitarowe oraz keybordowe solo. Co mnie bardzo cieszy owa kompozycja też, okazuje się również idealnym utworem zamykającym.

Podsumowując. Amorphis to zespół, który udowodnia, że, można połączyć prawie wszystkie nurty metalu. Bardzo rozbudowane partie poszczególnych instrumentów, mam tu na myśli solówki Kallio oraz Holopainena, wraz z perkusją Rechbergera, która je łączyła w całość. Wszechstronny wokal Tomiego też jest istony, gdyż jak dotąd, może jeszcze się to zmieni, kto wie, moje uszy nie spotkały się z tak wybitnym wokalistą, jakim jest, jeszcze kwestia chóru oraz bogata paleta gości na albumie. Dwa twisty muzyczne, których moje uszy się kompletnie nie spodziewały. To wszystko sprawia, iż , określę ten album progresywnym w 100%, oprócz tego przenoszącym słuchacza przez wiele wymiarów doznań. Ja przynajmniej za każdym razem mam takie odczucia. Co ciekawe, zwlekałem z recenzją, gdyż ten krążek, równał się dla mnie z wielokrotnym muzycznym K.O, co akurat również jest komplementem z mojej strony. Dodam jeszcze od siebie, iż od czasu mojej pierwszej styczności z metalem progresywnym, nie miałem okazji słuchać aż tak doskonałego arcydzieła, pod każdym względem. Czy Qeen of Time mnie rozczarował? Wręcz przeciwnie. Totalnie zachwycił. Czy okazał się lepszy od ostatniego albumu Under the Red Cloud? Na pewno okazał się inny. Dla mnie jest to wszechstronny album ubiegłego 2018 roku, w kategorii instrumentalnej oraz progresywnej najlepszy. Wątpię, aby jakakolwiek płyta z 2018 roku, sprawiła, abym po tylu przesłuchaniach, leżał na deskach”, jednak pomimo siniaków, szczęśliwy z uśmiechem na twarzy.

10/10


Children of Bodom – Haxed 2019

Wiadomość o wydaniu przez Children of Bodom dziesiątego albumu, zelektryzowała mnie do szpiku kości. Jestem ich fanem, choć po wydaniu Are You Dead Yet?, stracili nieco werwy. Tym bardziej jestem ciekaw ich najnowszego dzieła Haxed, wydanego 8 marca tego roku. Czy wrócili po latach, w dobrym stylu? Czy znowu albumem mocno przeciętnym? Zobaczymy.

This Road to jest konkretny początek. Dynamika jak trzeba, no i znowu przypomniał mi się ten dźwięk ostrzonej kosy. Dobra solówka Alexa, połączona z blastami. Jeszcze ten keybord. Under Grass And Clover z racji tego, iż też był singlem, swoją funkcję spełnił dobrze. Choć sam numer ratują dobre solówki. Gitary oraz keyborda. Serio.

No i tu rozpoczynają się pretensje z mojej strony. Dlaczego Glass Houses nie został singlem, Ja się k…. pytam? Moim skromnym zdaniem to najlepsza kompozycja na tym albumie. Keybord przywołuje na myśl Follow the Reapier, gitary Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet?. Natomiast intro Hecate’s Nightmare przywołuje trochę klimat rodem z opuszczonego wesołego miasteczka. Zresztą samo lyric viedo nawiązuje do symbolu, jakim dla Children of Bodom jest żniwiarz. Muzycznie jest przyzwoicie, choć szału ni ma, tym bardziej, jeśli chodzi o Alexa i jego solówkę, nie jest ona najlepszą na tym krążku.

Początek Kick in a Spleen to ewidentne nawiązanie do utworu Are You Dead Yet. Czy to zarzut? Nie, wręcz przeciwnie. Dodali coś od siebie jak, chociażby kolejną świetną solówkę keybordów, jak i breakdown. Kolejna dobra solówka gitar. Tak kolejna dobra kompozycja to Platitudes And Barren Words, która została singlem. Tylko tym razem jest chwytliwe i na odpowiednim poziomie.

W tytułowym Hexed pożądany efekt daje wzmocniony wokal Alexa, samo brzmienie jest trochę bardziej agresywne, przejścia klawiszy inne, co nie znaczy gorsze. Znowu kolejne solówki gitar i klawiszy. Ciekawa jest końcówka, która przypomniała mi klimat, jaki niosła za sobą kompozycja Downfall, z drugiego albumu Children of Bodom zatytułowanego Hatebreeder. No dobrze, było miło, ale też bez przesady. Relapse (The Nature of My Crime) uważam za numer przeciętny, bo mnie nie powalił. Tak samo jest z Say Never Look Back. Jeśli chodzi o, Soon Departed jest nieco lepiej, bo breakdown oraz wolniejsze tempo robi swoje. Nawet lepiej jest z zamykającym album Knuckleduster, zmiany temp oraz towarzyszące im klawisze, sprawiają, że jest to doskonałe zamknięcie płyty.

Podsumowując to wszystko, chodzi mi po głowie jedno. Powiem szczerze, nie spodziewałem się tak pozytywnego obrotu sprawy. Children of Bodom zaprezentowali mi, jak i jeszcze innym starszym fanom, bardzo sentymentalną podróż w przeszłość, z nowymi akcentami, dającymi nowe życie. Nowi fani, nieznający takich płyt jak Hatebreeder, Follow The Reapier, Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet? Mają doskonałą okazję, aby nadrobić muzyczne zaległości. Wreszcie po wielu latach wydawania albumów, powiedziałbym nijakich lub przecietnych ( dobrych, ale bez ochoty powracania do nich z mojej skromnej strony), mamy do czynienia z przebojowym wydawnictwem. Nowe solówki zarówno gitarowe, jak i keybordowe są o niebo lepsze, niż na poprzednich krążkach, są chwytliwe i zapadające w pamięć, jak być powinno. Nie jest to, może album bez wad, ze względu na dwie mocno przeciętne kompozycje (Relapse (The Nature of My Crime) oraz Say Never Look Back), ale żaden jeszcze taki nie był, poza tym nie są one też aż tak fatalne. Dla mnie jest to powrót to doskonałej formy, śmiało mogę stwierdzić, że, Haxed jest bardzo dobrym dziesiątym albumem, w dorobku Children of Bodom, co zresztą słychać i czuć (headbanging oraz pogo czy deathwall mam na myśli). Osobiście nie mogę doczekać się ich koncertu na tegorocznym Masters of Rock, licząc, że, zawitają też do Polski, będzie ogień. Tym którzy jeszcze nie mieli okazji przesłuchać, serdecznie polecam. Może jest to stwierdzenie lekko na wyrost, ale to moje zdanie. Ten album to jeden z niewielu, który oprócz oczywiście Follow the Reapier i nie tylko, zasługuje na miano swego rodzaju opus magnum Children of Bodom. Dziesiąty album okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę jak dla mnie.

10/10

Battle Beast – No More Hollywood Endings (2019)

Battle Beast, fiński zespół heavy metalowy, który został sformowany przez znanego teraz z Beast in Black, Antona Kabanena, Juuso Soinio oraz perkusistę Pyry’ego Vikki. Z trzech współzałożycieli kapeli pozostali tylko Pyry Vikki oraz Juuso Soinio. To akurat ma znaczenie, gdyż produkcją to czasu bycia członkiem Battle Beast, zajmował się właśnie Anton. Z czystej ciekawości przesłuchałem ich drugi album od czasu kiedy ich skład się uszczuplił, zatytułowany No More Hollywood Endings, wydany 22 marca tego roku przez Nuclear Blast. Czy zespół radzi sobie radzi? Czy pozytywnie zaskoczył? Czy raczej rozczarował? Jeśli jesteście tego ciekawi, serdecznie zapraszam do zapoznania się z moimi wrażeniami, odnoście tejże płyty.

Pierwszy utwór Unbroken to tak naprawdę niczym szczególnym się dla mnie nie wyróżnia. Aranżacja orkiestrowe, wokal Noory dobry, lecz pod kątem gitar, ubogo, oj bardzo ubogo. W tytułowym No More Hollywood Endings wejście skrzypiec, serio. No dobra można i tak. Nawet wzmocnienie wokal Noory jakoś nie pomogło. Eden to skrzypce i pianino, wejście chóru, trochę więcej dynamiki. Wreszcie się coś dzieje. Solówka gitarowa nawet daje radę, do tego blasty, jeśli chodzi o perkusję. Jest lepiej.

Unfairy Tales zaczyna się też lekko intrygująco, a nie moment to oddech Noory, eh myślałem, że to coś więcej. Jak te oddechy w trakcie utworu miały spowodować, jego większą chwytliwość, wyszła lipa, choć tutaj też solówka gitarowa, utrzymuje jeszcze jakikolwiek poziom. Endless Summer sobie podaruję, bo jednym uchem wpada, a drugim wypada. Nic też nie chcę spekulować, ale, The Hero, zwłaszcza początek to mocna zrzynka, bądź żałosna próba, zastosowania podobnych patentów, które sprawiły, że, utwór Blind and Frozen, zespołu Beast in Black okazał się hitem. Tego się nie spodziewałem, słabe było, to posuniecie, zadziałało, ale wywołując efekt kiczu, poza tym słuchać w tle sample, które powstały, jeszcze, kiedy Anton był członkiem tej grupy.

Na Piece of Me jest znowu odrobinę lepiej, bo jest w końcu dynamika, zwłaszcza jeśli chodzi o riffy gitarowe, zmiany temp też są w porządku. I Wish w założeniu miał być balladą, lecz okazał się jej parodią, grupa ma w dorobku kilka dobrych ballad, tutaj natomiast coś nie wyszło. Raise Your Fists też odpuszczam, bo jest on nijaki, zastanawiam się, czy pojawił się na płycie, bo nie było żadnych rezerwowych kompozycji. Niby brzmi jak, trzeba, ale co z tego, ja go nie czuję. The Golden Horde ratuje jedyna dobra część instrumentalna na tym albumie. Chodzi mi o gitary. World on Fire też jakoś do mnie nie przemawia. Bent and Broken to niestety znowu kolejna parodia ballady, bo utwór jest zrobiony, jak trzeba, ale nie ma klimatu oraz nastroju, jaki powinien mieć. Zakończenie płyty jest chociaż ,, jakieś ”, chodzi mi o My Last Dream. Riffy dobre, zmiany temp też, choć pewnej części ciała mi nie urwało. Ci mądrzejsi wiedzą, o co chodzi.

Krótko i zwięźle, bo inaczej się nie da. Kiedyś naprawdę, byłem fanem Battle Beast. Pierwszą płytę po odejściu Antona z zespołu, przesłuchałem i był na niej tylko jeden dobry kawałek-Bastard Son of Odin. Teraz liczyłem, że będzie lepiej. Jednak nie, teraz nie ma już dzikiej bestii, jest rozleniwiony kotek, który stracił kły, ale zostały mu jeszcze dwa pazurki. Na płycie znajdują się tylko trzy, znośnie kawałki, czyli; Eden, Piece of Me oraz My Last Dream. Osobiście nie mam pojęcia, co doprowadziło do odejścia Antona, lecz skoro wizja Antona się Wam nie spodobała, to wprowadźcie własną, a nie bazujcie na tym, co stworzyliście razem z Antonem, lub nieudolnie róbcie podróbki, tego, co On stworzył już sam w Beast in Black. Mam tu na myśli początek The Hero, żeby było jasne. Bo prawda jest taka, że, bez Niego (Antona) nie dajecie rady. Takie jest moje zdanie. Ten krążek jest największym rozczarowaniem, z jakim miałem do czynienia. Ni to heavy, ni power metal, jest on po prostu nijaki. No i był zapomniał najgorsza okładka, jaką widziałem, zrobiona delikatnie mówiąc na kolanie. Współczuję tylko Noorze, bo mam wrażenie, że, zaczyna marnować w tym zespole swój potencjał wokalny, no ale cóż jest dorosła i to jej wybór. Jeśli ktoś chce ktoś wyrobić sobie własne zdanie i ono okaże się inne od mojego, chętnie podejmę kulturalną dyskusję w komentarzach. Dla mnie całokształt tej płyty, a raczej jego brak oraz fakt, że, przez nią już po wielu latach przestałem być fanem tego zespołu, może mieć tylko jedną ocenę.

4/10

Beast in Black – From Hell With Love (2019)

Fiński Beast in Black już jest Wam zapewne znany. Wyraziłem swoją opinię na temat ich debiutu Berserker. Jeśli jej jeszcze nie znaci, bo nie czytaliście. Polecam nadrobić zaległości. Dziś mam zamiar podzielić się z Wami, swoimi odczuciami odnośnie do ich najnowszego dzieła. Drugiego albumu zatytułowanego From Hell With Love. Wydany On został 8 lutego 2019 przez Nuclear Blast. Czy mnie zaskoczył lub rozczarował? Czy jest to kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Na te oraz inne pytania, chętnie Wam odpowiem, jeśli jesteście ich ciekaw.

Już od pierwszego utworu Cry out for a Hero nie jest nudno. Klawisze idealnie przeplatają się z riffami dwóch gitar. Antona oraz Kasperiego. Do tego mocny wokal Yannisa. Ciekawym zabiegiem jest wzmacnianie jego wokalu poprzez wokal Antona. Do tego oczywiście solówka gitarowa.

W utworach takich: jak From Hell with Love, Die by the Blade, True Believer oraz Heart of Steel. Właśnie aranżacje partii klawiszowych, przypomniały mi zarówno zespół Modern Talking, jak i genialną wręcz piosenkę Knight Rider, otwierającą każdy odcinek serialu Nieustraszony, który był na antenie od 1982 do 1986 roku.

Co do kwestii samych gitar. Pomimo pewnego schematu, jaki opracował Anton. Każda solówka, jego autorstwa, niezależnie czy wykonana przez niego, czy Kasperiego, jest po prostu świetna oraz zapadająca w pamięć. Natomiast jeśli chodzi o kwestię samych riffów, to bardziej energetyczne, pomimo obowiązkowej obecności klawiszy, moim zdaniem znajdują się na Cry out for a Hero, Sweet True Lies, Unlimited Sin, This Is War oraz No Surrender.

Przechodząc do wokalu, Yannis, nie we wszystkich numerach, pokazał, na co go stać. Mam tu na myśli album Berserker. Są jednak utwory, gdzie naprawdę mnie pozytywnie zaskoczył, takie jak True Believer. Znowu jego ekspresyjny głos idealnie odzwierciedlał, a przy tym podkreślał treść kompozycji. Przez to właśnie jedyna ballada Oceandeep, przy doskonałej gitar akustycznych, znowu sprawiła, że, zawładnęła mną cała masa emocji. Dopełniły je, partie dwugłosowe, odpowiednie solo, ale wokal był tym kluczem, który otworzył te drzwi wzruszenia, smutku i łez. Wzmocniony wokal poprzez udział Antona, świetnie został zastosowany w Cry out for a Hero. Na kilku utworach jest on powtórzony i daje zamierzony efekt. Wykrzyczenie pojedynczych fraz przez Mata oraz Kasperiego, też było dobre. Zwłaszcza w Sweet True Lies, This is War oraz No Surrender. Perkusista Atte Palokangas również wykonał kawał dobrej roboty, bez jego udziału, to wszystko nie byłoby tak zgrane ze sobą.

Jednak mimo wszystko są pewne detale, które sprawiły, że nie wszystkie kompozycje mogę stawiać na równi. Mianowicie do moich ulubionych, nie tylko zaliczają się dwa single. Sweet True Lies dlatego, że, od samego początku poprzez riffy dwóch gitar, dobre perkusyjne przejścia, brzmiał dla mnie inaczej. Zwłaszcza solówka Antona. Oprócz tego tekst, w tym jego prawda życiowa, odnośnie do skomplikowanych relacji damsko-męskich. Na Die by the Blade, słychać ducha debiutanckiego albumu. Nie One jednak są u mnie na podium .

Te miejsca zarezerwowane są dla innych. Numerem dwa jest From Hell with Love. Połączenie energii z nieznanych klawiszy, bardzo chwytliwych riffów, ale i samej treść tekstu, do tego ten zmienny wokal Yannisa. Numerem jeden jest bezdyskusyjnie True Believer. Chociażby przez to, jak mnie zaskoczył, gdzie frontman pokazał, jak na chwilę obecną, wszelkie chyba umiejętności swojego fachu. Oprócz tego umiejętne budowane muzyczne napięcie też zrobiło swoje. Na uwagę a przez to na trzecie miejsce, zasługuje bardzo motywujący No Surrender, choć który przypomina pod kątem przekazu, przypomina bardzo numer o tym samym tytule, nagrany przez Judas Priest na ich najnowszym albumie Firepower. Wisienką na torcie do tego, w postaniu bonusów, są dwa covery: Killed By Death oraz No Easy Way Out. Jeden zespołu Motörhead a drugi Roberta Teppera. Zapomniałem też wspomnieć o kolejnej, okładce autorstwa Romana Ismailova, robi wrażenie.

Otrzymaliśmy od Beast in Black. Kolejny bardzo dobry album. Zespół dopracował swój już styl, wykonując muzyczny progres. Poprzeczkę postawili sobie bardzo wysoko, jestem ciekaw czy ją przeskoczą. Czy jestem tym albumem rozczarowany? Zdecydowanie nie. Czy jest to dla mnie mocny kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Zdecydowanie tak. Płyta jest kompletna i spójna, pod każdym możliwym względem. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy pod kątem lirycznym, jest kontynuatorką płyty Berserker .Tak czy inaczej, Die by the Blade nawiązuje do niej na 100 procent. Zresztą sam tytuł debiutu można usłyszeć parę razy, tak samo, jak odniesie do samej bestii. Dajcie znać, czy i wam spodobał się drugi album Beast in Black. Ja dla mnie dzięki duchowi lat osiemdziesiątych oraz dodaniu wielu od siebie muzycznych patentów, ponownie zapisali się w historii obu gatunków, zarówno heavy, jak i power metalu.

10/10

Nightwish – Oceanborn (1998)

Nightwish to jedna z tych grup, których raczej trudno nie znać. Mam tu też na myśli osoby które, tylko z doskoku słucha cięższej muzyki. Ja, uważając się za szczęściarza, miałem nosa, jeśli chodzi o album, z którym rozpocząłem, trwającą już ponad 20 lat przygodę z nimi. Mam tu na myśli ich drugi krążek — Oceanborn. Jeśli jesteście ciekawi mojej opinii na ten temat, serdecznie zapraszam.

Już od samego początku jest intensywnie. Stargazers, bo o nim mowa, po prostu zachwyca. Symfoniczne wejście, magiczne klawisze, gitarowe solówki, Tarja Turunen daje poznać słuchaczom swój liryczny sopran. Nic dziwnego, że zespół nawet po zmianie wokalistki nie zrezygnował z tego numeru. Dobre wrażenie kontynuuje Gethsemane, nic więc dziwnego, że podobnie jak poprzednia kompozycja zagościł na set liście ostatniego koncertu Nightwish w Krakowie. W mojej interpretacji bardzo wyraźnie słychać w nim nawiązania stricte chrześcijańskie, poza tym muzycznie utwór jest istną bajką, zwłaszcza z ostrzejsze riffami (solo?).

Na Devil & the Deep Dark Ocean po raz pierwszy usłyszymy Tapio Wilske, którego wybór był moim zdaniem doskonała decyzja, gdyż jego głos idealnie pasował do Tarji, zresztą podobnie było w przypadku The Pharaoh Sails to Orion. Sam kawałek jest bardziej mroczny od poprzednich, co nie czyni go jednak w żaden sposób gorszym. Nawet powiedziałbym że wręcz przeciwnie, zresztą jego też miałem okazję usłyszeć na krakowskiej Tauron Arena na ostatnim koncercie Nightwish.

Natomiast jeśli chodzi o, Sacrament of Wilderness to jest tu zawarta największa ilość mistycyzmu, zresztą w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zresztą ten utwór jest w ścisłej dziesiątce mojej subiektywnej listy ulubionych utworów Nightwisha. Nic dziwnego, że ten kawałek wydano jako singiel, gdyż wszystkie cechy, jakie singiel powinien posiadać, są w nim zawarte. Podobnie jest z Passion and the Opera. Przechodząc z kolei do ballad, Swanheart ma wszystkie jej cechy.

Następnie mamy do czynienia z bardzo dobrym, jedynym za czasów Tarji instrumentalnym utworem, Moondance. Ze spokojnego wstępu przeradza się on w bardzo dynamiczny kawałek. The Riddler zawiera w sobie dokładnie to, czego potrzeba, żeby stwierdzić, iż jest bardzo dobry. The Pharaoh Sails To Orion to znowu eksplozja grozy oraz kolejnego dobrego duetu Tapio Wilska wraz z Tarją. Zresztą muzycznie też się to wyraźnie da odczuć, zwłaszcza dzięki ostrzejszym partiom gitarowym.

Słysząc po raz pierwszy utwór Walking In The Air, nie miałem pojęcia, że, jest o cover Howarda Blake, w dodatku, że jest to po prostu genialna, bo inne słowo mi do głowy nie przychodzi, aranżacja melodii do serialu The Snowman z 1982 roku. Czapki z głów. Oprócz tego jest również prawdziwą balladą przez wielkie B. Ostatnie dwa utwory to Sleeping Sun i Nightquest. Sleeping Sun jak dla mnie to ocean wszelkich emocji, od smutku i tęsknoty przez żal i wzruszenia. Nightquest to znowu wyjątkowo dynamiczny numer, który też się sprawdził jako kompozycja zamykająca.

Podsumowując, drugi krążek Nightwisha był, jak na swoje czasy, bardzo eksperymentalny, przyznał to nawet sam współautor tego arcydzieła Tuomas Holopainen. Udział kwartetu smyczkowego oraz flecisty Esy Lehtinena dodały więcej symfonicznych elementów tej płycie, tak samo wyższe partie wokalne Tarji. Dodać do tego należy dwie genialne okładki autorstwa Marii Sandell. Muzycznie, wizualnie, lirycznie jest to kompletny i spójny album. Jeśli jakimś cudem ktoś go nie znał, polecam nadrobić zaległości. Chętnie natomiast poznam zdanie innych fanów grupy Nightwish na temat tejże płyty. Dla mnie jest i będzie, ona w pierwszej trójce najlepszych albumów tej grupy. Gdyż pomimo ponad dwudziestu lat od ukazania się tej płyty. The Riddler ma w sobie nastrój i filozoficzny wydźwięk tekstu, odpowiadający zresztą tytułowi. Stargazers swoją epickością pozwala przynajmniej mi za każdym razem, gdy go słucham, podróżować poprzez wszelkie konstelacje gwiazd naszej galaktyki a słuchając Walking in the air , unosić się w powietrzu niczym piórko.

10/10

Beast in Black – Berserker (2017)

  • Beast in Black to zespół, który w 2015 roku w Helsinkach został założony przez Antona Kabanena, współzałożyciela Battle Beast. Moim skromnym zdaniem chyba sam nie wiedział, że dzięki takiemu posunięciu jego zespół zapisze się w historii szeroko pojętego heavy metalu. Debiutancki album Berserker został wydany 29 listopada 2017 roku. Dziś zaprezentuję swoją zapewne już mocno spóźnioną, ale jednak opinię na temat tego krążka.

Zainteresowani zespołem już pewnie wiedzą, że sam album powstał na podstawie materiału, który Anton Kabanen tworzył w przeszłości, kiedy był członkiem oraz współzałożycielem) Battle Beast.
Już sama okładka odzwierciedla motyw z debiutu Battle Beast. Bardziej świadomy słuchacz, skupiający się na tekstach, znajdzie tak jak ja, mocne inspiracje japońską mangą Berserk. Teraz podzielę się z Wami tym, co sądzę o ich albumie pod muzycznym kątem i ta opinia pozostaje bez zmian.

Już od samego początku wyraźnie słychać, że zespół się nie patyczkuje. On po prostu eksploduje heavy/power metalową energią. Może nie jak atomówka, ale na pewno jak dobry plastik. Mocne wokalne wejście, elementy elektroniczne, a dzięki temu epickie, bogactwo instrumentalne dwóch gitar. Jest też pierwsze odniesienie do samego zespołu i metafor odnośnie do bestii samej w sobie.

Sam album nie ma, moim skromnym zdaniem, złej kompozycji. Jest wypełniony piosenkami które z czasem, nie mówię od razu, zapiszą się jako niezapomniane hity: „Blind And Frozen”, „Blood Of A Lion”, „Born Again”, „Zodd The Immortal”, „Crazy, Mad,Insane”, „Go To Hell” oraz „End Of The World”. Bardzo duża przebojowość i chwytliwość wynika z mocnej inspiracji latami osiemdziesiątymi, i nie mówię tu tylko o metalu. Kiedy usłyszałem klawisze, pomyślałem o EUROPE (z czasów „TheFinal Countdown”/„Out of this World”). Strzałem w dziesiątkę i jednym z moich trzech ulubionych kawałków z tejże płyty jest„Crazy, Mad, Insane”. Co do reszty moich wrażeń pod instrumentalnym kątem albumu: „Zodd The Immortal” jest dla mnie jak Judas Priest na sterydach, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

No i zapomniałbym o dwóch nastrojowych kawałkach: „Born Again” i „Ghost in the Rain”. Ten drugi, czyli tak naprawdę ballada, skojarzyła mi się trochę z Roxette. Tak czy inaczej, po każdym obcowaniu z tą piosenką wzruszam się albo po prostu mam łzy w oczach, co oddaje to, jak dobrym jest kawałkiem.

Poza instrumentalnym atutem pozostaje kwestia wokalu. Yannis Papadopoulosma dużą parę w płucach i doskonale radzi sobie zarówno z drapieżnymi wokalami, jak również wyższymi rejestrami (których na płycie nie jest mało), a także i z nastrojowymi utworami jak„Born Again” czy „Ghost in the Rain”. Kiedy go słucham, nawet gdy odtwarza covery, za każdym razem czuję, jak odpowiednio (czasem i ekspresyjnie) wyraża to, o czym śpiewa. Nie wiem, gdzie go Anton znalazł, ale dobrze, że to zrobił! Ten człowiek z czasem zostanie kolejnym z Bogów Metalu.

Podsumowując: jak dla mnie, jeśli Beast in Black będą kroczyć obraną ścieżką, bez żadnych zawirowań, (zwłaszcza jeśli chodzi o wokal) to zczasem zastąpią godnie tak znakomite kapele jak Judas Priest czy DIO. Tym bardziej się cieszę, że miałem okazję ich usłyszeć na żywo 17 listopada w Krakowie, a potem będę mieć, w maju 2019 roku na Metalfest. Wiem, że będzie ogień!!! Ocena dla tego arcydzieła może być tylko jedna. Żeby było jasne, oceniałem oczywiście wersję rozszerzoną.

10/10