Kategorie
Bez kategorii

Me And That Man – New Man, New Songs, Same Shit, Vol. I (2020)

Adam Darski ,, Nergal ” udowodnił, że oprócz zajmowania się zespołem Behemoth, a także gościnnymi występami u innych zespołów muzycznych, umie też rozkręcić, chociażby dobrze prosperującą już nawet sieć salonów fryzjerskich Barberian Academy&Barber Shop. Sam miałem okazję być w jednym w Warszawie i jak tylko nadarzy się okazja, wracam tam ponownie. Nawiązując jednak, z powrotem do muzyki i Nergala. W 2016 roku wspólnie z Johnem Porterem założył Me and that Man. Zupełnie inna muzyczna bajka. Widać najwidoczniej chciał spróbować czegoś innego. Czemu o tym piszę? Dlatego iż, 27 marca został wydany już drugi album tego zespołu, zatytułowany New Man, New Songs, Same Shit, Vol. I. Jestem bardzo ciekaw. Czym różni się od debiutanckiego krążka Songs of Love and Death, gdyż sam debiut przypadł mi do gustu. W tak zwanym międzyczasie Johny Porter odszedł z Me And That Man. Sam też jestem ciekaw owych powodów, które pewnie nigdy ujawnione nie zostaną. Czy nowy album okaże się lepszy? Odpalam obie płyty, dla porównania i zaczynam również podróż na nieznane mi muzyczne tereny.

Już otwierający Run with the Devil jest dobrym otwarciem płyty. Dlaczego? Krzyk tytułowego diabła, po drugie dynamiczna perkusja, wraz z genialnym saksofonem, już nie wspomnę o boskiej wręcz solówce. Ten saksofon i bardzo dobry wokal są autorstwa pierwszego gościem, czyli Jørgenem Munkeby z Norwegii, znanego z norweskiego Shining, chociażby, przynajmniej mi. Do tego bardzo pomysłowa reżyseria teledysku promującego.

Na Coming Home jest trochę więcej, jak dla mnie partii gitarowych. Perkusja też jeśli chodzi o jej aspekty, to tylko podkreśla zmiany temp, ale sam utwór jest już gorszy. Do tego kolejny gość, czyli kolejny Norweg Sivert Høyem, znany z zespołu Madrugada, ze swoim wokalem, jak dla mnie zaprezentował się do instrumentalnej części źle.

Burning Churches to natomiast znowu majstersztyk. Z prostej przynajmniej dla mnie przyczyny. Całkowicie ten utwór jest dziełem Mathew Josepha McNerneya. Mam tu na myśli oprócz wokalu, też tekst oraz muzyczną aranżację, która jest prosta i ma w sobie ducha debiutanckiego albumu Me And That Man, Songs of Love and Death. Nie wspominając również o animacji promującej. Nawiązującej trochę do norweskich podpaleń kościołów i nie tylko. Na dość długi czas na mojej playliście zagości na 666 procent.

By the River jak dla mnie jest znowu bardziej blusowy, a w pewnych momentach doomowy. Gościnny udział Ihsahna, z zespołu Emparor, to jak dla mnie było coś. Tylko jego mistrzowskie gitarowe solo, którego jest autorem, oprócz wokalu, który zaprezentował, uratowało ten numer.

Jedyny polsko języczny utwór Męstwo, to jedyna okazja, żeby usłyszeć śpiewającego Nergala. Jest on również prosty, choć trzy osobowy męski chór, na który składa się Nataniel Żuliński-Jakubowski, Filip Pęsko oraz Nikodem Walczak oraz wokal wspierający Piotra Gibnera, dodają pewnego uroku tej kompozycji, poza tym sam tekst w pewnym stopniu, znowu nawiązuje do debiutu.

Surrender to diabelsko doskonały miks dwóch gościnnych wokali, Dead Soul oraz Patrycji Goli. Tu też lepiej eksponują się umiejętności Łukasza Kumańskiego jako perkusisty. Do tego jeszcze te wkomponowane solo gitarowe Roba Caggiano. Jeśli zamierzeniem było oddanie iście transowego nowo orleańskiego charakteru, to udało się to na więcej niż piątkę. Serio.

Na siódmym Deep Down South dobrze jest usłyszeć Sasha Boolego, grającego na banjo oraz harmonijce ustnej, to dodało więcej pustynnego ducha. Lecz co z tego pytam się, gdzie pomimo udziału szerszej gamy gości, duetu wokalnego Johanny Sadonis oraz Nicka Andersona (również autora gitarowego solo), Magdaleny Szczypińskiej jako skrzypaczki oraz Michała Łapaja jako pianisty, całość wpada i wypada mi bardzo szybko. Przykro mi.

Man of the Cross, wraca jak dla mnie na odpowiednie tory. Mroczny wokal Jérôme go Reutera, znanego z neofolkowego zespołu Rome, zrobił swoje, tak samo Dawid Lipka jako trębacz. Do tego jeszcze pole do popisu miał Matteo Bassoli, nie tylko jako basista, ale też kontrabasita, a gitary w pewnym momencie swoim brzmieniem, zahaczały o black metalowe rejony, jeśli o mnie chodzi. Kolejne arcydzieło.

You Will Be Mine, jak dla mnie jest dobrą balladą. Za wokal odpowiada tu Matt Heavy, lecz kto jest wokalistą wspierającym? Matteo czy Łukasz,a może obaj. Sam nie jestem pewien, ale tak czy inaczej, wszelkie cechy dobrej ballady zostały spełnione. How Come? to lekki gospel, z wokalem Corneya Taylora oraz dwie dobre gitarowe solówki, Roba Caggiano oraz Breanta Hindsa, sam utwór był mało odkrywczy. Natomiast ostatnia Confession, zaczyna się znowu mrocznie, co mnie akurat cieszy. Wiolonczelistka Weronika Kulpa, dobrze owy mrok utrzymuje, wraz z Niklasem Kvarforthem jako wokalistą. Zaskoczeniem dla mnie, było pojawienie się już ewidentnego akcentu brzmienia black i death metalu, jeśli chodzi o gitary i perkusję, jako podsumowanie owej muzyczno-lirycznej spowiedzi, jako zamknięcia płyty, z przytupem można powiedzieć. Udało się to też znakomicie.

Me and That Man, to nie ten sam zespół, jak za czasów ukazania się debiutanckiego Songs of Love and Death. Czemu? Po pierwsze dwuznacznie brzmiący po polsku tytuł drugiego krążka, jest bardziej urozmaicony. Zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie. Do tego Neragal zaprosił do gościnnej współpracy masę ludzi, z Polski i zagranicy. Jedni zrobili to lepiej drudzy gorzej. Dlatego o tym, który utwór będzie tym, do którego będę wracał, decydowało również to. Jest ich trochę, bo otwierający Run with Devil, Burning Churches, Męstwo, Surrender, Man of the Cross, You Will Be Mine i Confession. Ponad połowa. Najsłabszym ogniwem, który nie musiał się pojawić na tej płycie, jest Coming Home oraz Deep Down South. Po drugie, swój debiut twórczy jako autorzy czy współautorzy muzyki i tekstów z zespołu zaliczyli Sasha Boole oraz Łukasz Kumański, co pokazuje zdecydowanie bardziej zespołowy charakter tego albumu, paradoksalnie Nergal wokalnie pojawia się właśnie na utworze o takim charakterze (autorstwa Łukasza Kumańskiego i tekstu Piotra Gibnera), jeszcze tylko Matteo brakuje do kompletu. Sam Nergal natomiast zdecydowanie bardziej się rozwinął jako twórca, mam tu na myśli zwłaszcza muzykę. Ogromna ewolucja od czasów debiutu, który przy tej płycie wypada blado. Serio. Po trzecie, jeśli jakimś cudem, po tej całej epidemii koronawirusa trasa zespołu dojdzie do skutku, to też to może i zapewne będzie nowe doświadczenie. Jestem bowiem ciekaw, jak zachowując kameralność występów, tylu muzyków będzie się w stanie zmieścić na jednej scenie, zwłaszcza jeśli chodzi o wymianę wokalistów. Po czwarte, nowe piosenki, nowy człowiek ( Nergal), no i jednak troszeczkę zbędnego shit-u, ale odrobinę. Mimo tego posłuchać, jak i kupić warto, do tego za tak niską cenę, tym bardziej że, album jednak zdecydowanie lepszy od debiutu, więc nota też lepsza.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Völur – Ancestors (2017)

Völur to nazwa kanadyjskiego zespołu, a raczej tria, które powstało w 2013 roku. Od tego czasu mają już na koncie swój debiut. Jednak nie spoczęli na laurach i już 2 czerwca 2017 wydali swój drugi album zatytułowany Ancestors. Czy drugi album okazał się lepszy od debiutu? Jakie miałem wrażenia po przesłuchaniu jej nawet po dłuższej przerwie? Czy ktoś mi ją polecił? Wszystkie odpowiedzi po kolei.

Zacznijmy od tego, iż z zespołem zetknąłem się, gdyż kolega Grzegorz mi go polecił. Zabrałem się zatem za ich najnowsze dzieło. Pomimo znajomości debiutu nie miałem oczekiwań, po prostu będąc w lekkim dołku, odpaliłem ów krążek. Otrzymałem w zamian już od pierwszych minut eksplozję wrażeń. Kawałek otwierający Breaker of Silence to delikatny stuk wiatru dzwonków, głęboki pogłos wiolonczeli i pierzasty głos przypominający syreny, przeplatają się przez warstwy mgły. Stopniowo budował napięcie, aż naturalnie pękło niczym napięta struna. W czterominutowym fragmencie zwięzły i wyrazisty dźwięk basu grany przez Lucasa Gadke z Blood Ceremony- łączy się z nagą prostotą perkusji. Potem wzrasta intensywnie. Bębny również rosną do agresywnego tupotu, a strunowe instrumenty rzucają ostrzejsze partie. Wszystkiego dopełnia burza czystych wokali, męskiego oraz żeńskiego, drapiące dźwięki skrzypiec w tle, ostre warczenie, zepsute linie basu i zderzające się bębny. Dysonans idealnie wręcz łączy się z melodią.

Breaker of Skulls jest jeszcze cięższy. Bas ma wagę co najmniej czterech gitar, a jego fuzja łączy się z ostrością skrzypiec. Dziwnie dysonansowe linie basu, łączą się z ostrymi growlami, liniami skrzypiec i basowym ciężkim bębnieniem. Kompozycja sprawia, że słychać głośny szum otoczenia i nieostre efekty co jednak nie pomaga w odbiorze.

Breaker of Oaths to znowu inna bajka. Zaczyna się piękną klasyczną muzyką, którą słychać w poprzednim utworze, a następnie przesuwa się z gitarami, aż trafia w grubszy doom, z kojącym wokalem i bardzo chwytliwym riffem. Dźwięk zmienia się kilka razy, przez co po prostu ukazuje eksperymentalną stronę grupy.

Ostatni utwór Breaker of Famine jest najcięższy w sensie dźwiękowym. Otwiera się w stylu funeral doom metal, ale zawiera kilka różnych stylów. Zagłębia się również w black metal. Następnie kontynuuje ładnie progresywny rytm, później dołączył do nich na krótko eterycznie brzmiący chóralny wokal. Po dłuższym fragmencie solowym kompozycja delikatnie wsuwa słuchacza w ciszę, któremu towarzyszy jedynie delikatna melodia z gitary, do której wkrótce dołącza spokojny, pozytywny wokal. Po tym utworze zaczyna się odzyskiwać bardziej pozytywną, pełną nadziei i spokojną atmosferą i zatrzymuje się go na jego resztę. Z kolei utwór oraz całą płytę, zamyka delikatna melodia skrzypiec.

Tak czy inaczej, zespół swym albumem zabiera mnie jako słuchacza w podróż. Nie łatwą, w pewnych momentach wymagającą wytrwałości, oraz przez cały jej przebieg, muzycznej odwagi. Jest ona jednak barwna i tego warta, moim skromnym zdaniem. Jednak nie jest to album dla każdego i na każdą okazję. Jeśli jednak znajdziecie się w odpowiednim czasie i nie będziecie się bali przesłuchać tej płyty, na pewno będziecie bogatsi o nowe muzyczne doświadczenia. Ja uwzględniając odpowiedni nastrój oraz czas jestem zmuszony do jednego, w tym przypadku zasłużonego werdyktu. Tym bardziej że bardzo szanuję zespoły eksperymentujące, a przez to nie bojące się nowych, nieznanych rozwiązań. Dodatkowym plusem jest też fakt, iż, po dokładnym roku przerwy moje wrażenia i odczucia są identyczne. Trio z Kanady stworzyło po prostu arcydzieło.

10/10