Kategorie
Bez kategorii

My Dying Bride – The Angel and the Dark River (1995)

Brytyjski My Dying Bride, zwłaszcza dla fanów doom metalu nie jest obcy. Jeśli chodzi o mnie, szukając nie raz inspiracji, oprócz brytyjskiej grupy Paradise Lost, bardzo intensywnie zasłuchiwałem się w twórczości My Dying Bride właśnie. Szczególne miejsce w moich wspomnieniach ma ich trzeci album zatytułowany The Angel and the Dark River, wydany przez wytwórnię Peaceville Records w 1995 roku, czyli dwie i pół dekady temu. Czy dalej potrafi swoim brzmieniem doprowadzić mnie jednocześnie do stanu mizantropii, zadumy, a jednocześnie zachwytu? Tylko słuchając go, po prawie 10-letniej przerwie będę w stanie to stwierdzić. Nie mogę się doczekać!

Otwierająca album ponad dwunastominutowa kompozycja The Cry of Mankind, jest dalej po części etiudą. Ciągnący się przez wieczność riff gitarowy? Proszę bardzo. Wielokrotne, nie raz trochę przekombinowane partie perkusyjne? Jak najbardziej. Dla podkreślenia, tragizmu przekazu wygenerowano dźwięk harfy z keybordu? Oczywiście, że, tak, co akurat było posunięciem genialnym i prostym zarazem. Pomijając fakt, iż, można doliczyć się chyba przynajmniej trzech różnych solówek gitarowych. Tak czy inaczej, pomimo iż, kompozycja bywa monotonna, to dalej doprowadza moje uchy do stanu zwanego zachwytem.

From Darkest Skies zaczyna się niepozornym basem, któremu zaczynają towarzyszyć bardzo smutne partie skrzypiec. Zastanawia mnie trochę lekko zbyt z manieryzowany wokal Aarona. Skrzypce komponujące się z organami, wprowadzają odpowiedni nastrój, choć dobrą robotę robią też odpowiednie riffy. Black Voyage dalej natomiast mogę uznać za swoistą kontynuację poprzedniego utworu. Sam w sobie po upływie tylu lat nie wywołuje u mnie jakiś większych emocji, ma jakąkolwiek wartość gdy słucha się go podczas odsłuchu całego albumu. Solówki instrumentalne gitar, strzypiec czy nawet perkusji, są godne uwagi, ale nie na tyle, aby uratować Black Voyage jako samodzielny utwór. Niestety.

Fortepianowy początek A Sea to Suffer In jednak dalej doprowadza mnie do stanu uwielbienia. Potem słychać dobrze znany riff z początku płyty, ale pojawiają się też kolejne nieznane, do tego tu perkusja współgra ze skrzypcami, a co najważniejsze z wokalem Aarona. Znowu więc jest dobrze, melancholijnie jak trzeba. Na Two Winters Only gitara akustyczna potęguje refleksyjny charakter, do tego akurat tu minimalistyczny wokal Aarona nadaje się idealnie. Można się w niej zatracić, jeśli ma się odpowiedni nastrój. Natomiast w zamykającym ten krążek Your Shameful Heaven, skrzypce po raz trzeci, prezentują się wręcz obłędnie. Skutecznie wyciskając z nadwrażliwych romantyków kilka łez, przy każdym odtworzeniu, tak się akurat składa, że, osobiście naliczam się do ich grona. Uwadze przejść też nie może jedna z dwóch najlepszych solówek gitarowych na tej płycie.

Krótko mówiąc, jeśli chodzi o wybranie ulubionych kompozycji z tej płyty, to nigdy nie było łatwe. Cała płyta była i jest o tyle specyficzna, że najlepiej słuchać ją w całości, lecz jeśli chodzi o najlepsze momenty, to oczywiście otwierający, The Cry of Mankind, czwarty A Sea to Suffer In , oraz ostatni Your Shameful Heaven. Czy owy album dalej potrafi jednocześnie zachwycić i doprowadzić do stanu mizantropii? Owszem i to bardzo umiejętnie, jednak czas, sprawił, iż, nie jest już dla moich uszu tak doskonała, jak to było w pierwszej gimnazjum, kiedy to pierwszy raz słuchałem jej na własnym discmanie, a potem wieży aiwa, w domowym zaciszu. Może też dlatego, że, od 2006 roku wydanych zostało również wiele dobrych płyt z gatunku gothic/doom. Tak czy inaczej, moim zdaniem, The Angel and the Dark River, nie wiele stracił na swojej wartości muzycznej, pomimo upływu dwudziestu pięciu lat, od jej wydania, a w moim przypadku po ponad dziesięcioletniej przerwie od wielokrotnego jej słuchania, aby ponownie w tym roku znowu do niej wrócić, z racji, chociażby iż w tym roku wydali swoją najnowszą płytę, którą też zamierzam przesłuchać. Jeśli ktoś szuka albumu, aby rozpocząć swoją przygodę z gatunkiem gothic/doom, ten album mogę śmiało polecić.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

A Pale Horse Named Death – When The World Becomes Undone (2019)

Ostatnio naszła mnie ochota, na posłuchanie czegoś, co wywołałoby u mnie paletę emocji. Mając taką chęć, natknąłem się na nowojorską formację A Pale Horse Named Death. W styczniu tego roku wydali oni, swój trzeci pełnometrażowy album zatytułowany When the World Becomes Undone. Określani są jako połączenie doom i gothic metalu. Czy sprostali moim oczekiwaniom? Jeśli jesteście ich ciekawi, chętnie się z Nimi z Wami podzielę.

Samo intro As it Begins to faktycznie mrok, płacz kobiety oraz w tle brzmiący strikte blackowy riff gitar. Kompozycję When the World Becomes Undone rozpoczyna, wejście pianina, czysty śpiew, riffy wraz z perkusją, dochodzi wyraźny bass, wszystko brzmi w jednym rytmie. Zmiana wokalu z czystego na scream, też jest dobra. Znowu na Love the Ones You Hate riffy, brzmią bardziej pustynią. Typ wokalu znowu przypomina mi lekko Merlina Mensona, dodatkiem jest dobra solówka gitarowa. To samo jest w przypadku Fell in My Hole, które zawiera jedynie dobre mroczne intro.

Succumbing to the Event Horizon to przerywnik, w sumie nie wiadomo po co, moim zdaniem niepotrzebny. Vultures– akustyczna gitara, wzmocnione brzmienie dwóch gitar wyraźnym basem. Jedna z gitar ma lepsze riffy, później niektóre z nich, przypominają mi brzmienie starego Black Sabbath. Zespołu, który był i jest uważany, tak naprawdę za prekursora doomowych brzmień. End of Days to również dwa rodzaje wokalu, ten drugi przypomina mi Marlina Mansona. Podobnie znowu jest, jeśli chodzi o We All Break Down.

The Woods, to kolejny przerywnik, znowu motyw kobiety, chór mężczyzn, rytualne bębny symbolizujące jakiś osąd? Trudno powiedzieć. Na We All Break Down intrygująca jest rozmowa w tle. Faktycznie mroczniejszy riff, znowu przypominający mi Black Sabbath i wokal w stylu Marlina Mansona, tak samo, jak niektóre riffy. Trzy kolejne utwory Lay With the Wicked, Splinters , Dreams of the End to dla mnie jest już coraz mocniej odczuwalne zmęczenie materiału. Closure jako zamykające outro to, dzwony, płacz kobiety, syreny, rozmowy w tle.

Połączeń między tymi kawałkami odmówić nie można, jest to swego rodzaju spójność, lecz czy która mi się podoba? Trudno powiedzieć ,z jednej strony szanuję odważne połączenie riffy przywodzące na myśl wspomniane już przeze mnie kapele, wraz z dołożeniem czego od siebie, jednak to nie jest dzieło, pod którym kolana mi się ugięły. Słychać pustynnego ducha, tak samo okładka, przywodzi na myśl nazwę zespołu. Muzycznie do pewnego momentu jest interesująco, zwłaszcza mając do czynienia z innym rodzajem wokalu. Jednak mimo wszystko, to nie jest typ dla mnie, bo pomimo rzekomo, mających doomowo riffów, mimo iż niektóre teksty są o zakładzie czy śmierci, nie czuję melancholii i bez nadziei, tylko krótkotrwałe przygnębienie. Natomiast znudzenie już przy Splinters, Dreams of the End, czy zupełnie niezrozumiałym dla mnie outro Closure. Rozumiem, że, jak się ma trzech gitarzystów, to inaczej odbiera się materiał, jednak mimo wszystko jest słabo. Moim jednak zdaniem widać nie jest to wystarczająco gotycko-doomowy dla mnie album, więc w tym przypadku jestem bardziej rozczarowany, niż zachwycony. Jest to album dla tych, którzy chcą czuć przygnębienie, które jednak nie potrwa ono zbyt długo. Ja do tej płyty raczej nie zamierzam wrócić, gdyż nie sprostała ona moim oczekiwaniom. Jeśli nie znaliście, to posłuchajcie i wyróbcie sobie własną opinię, ja wyraziłem swoją.

7/10