Kategorie
Bez kategorii

Judas Priest – British Steel (1980)

Tak to jest z dobrymi zespołami, że samemu się chce do nich wracać. Tak właśnie jest u mnie z brytyjskimi tytanami heavy metalu czyli, Judas Priest. Dziś przekonam się, czy nieśmiertelny British Steel wydany w 1980, ale przeze mnie przesłuchany pierwszy raz w 2000 roku wielokrotnie, dalej zasługuje na miano jednego z ponadczasowych albumów w dorobku Judas Priest? Czy czas zadziałał na korzyść tego krążka? Nie mogę się doczekać, aby się o tym przekonać.

Rapid Fire już od samego początku czaruje dobrym riffem. Solówka dalej pozostaje tą, która jak już wejdzie do głowy, to tak łatwo nie wychodzi. Wokal Roba tu też jest bez zarzutów. Co ciekawe z czasem Rapid Fire wydał mi się bardziej chwytliwy niż na samym początku. Następny Metal Gods ma trochę bardziej rockową strukturę jak dla mnie, gdzie jednak perkusja jest postawiona na pierwszym planie, zaraz za gitarami. Singlowy Breaking The Law dalej pozostaje w panteonie muzycznych wizytówek Judas Priest. Wspomnę tylko, że, jak na tamte czasy pomysł na napad zespołu na bank, gdzie jeszcze w sejfie jest właśnie złota płyta, w pełni zasłużona za album British Steel. Istny majstersztyk jak na 1980 rok, czyli tytułowe złamanie prawa. Jeśli chodzi o muzykę, to gitara basowa daje fajne tło do perkusji oraz łagodniejszego wokalu Roba.

Z utworem jest jak z dobrym alkoholem. Muszą być ku temu odpowiednie okoliczności. Choć gitarowa solówka w każdych okolicznościach jest godna uznania. Do tego ten cowbell zastosowany przy zmianie tempa, do tego minimalistyczne wprowadzanie riffów też jest interesujące. To w ostateczności sprawia, iż, Grinder staje się jednym z moich nowych ulubionych utworów z tej płyty. Gdzie najlepiej pasuje przytłumiona gitara ? Oczywiście, że w kompozycji United, która była drugim singlem promującym ten album. Brzmi tam ewidentnie jak ostrzący się miecz czy inna stalowa broń. Pasuje w niej też chór wspierający Roba. Do tego ten wyraźny bas Iana Hilla, istna poezja dla ucha.

Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise miałem kilka podejść. Zwłaszcza przy pierwszym odsłuchu całej płyty. Po wielu latach przerwy miałem nadzieję, że moje wrażenia odnośnie tej kompozycji uległy zmianie. Nawet nie miałem pojęcia, jak bardzo się myliłem. Utwór wydaje się naprawdę dalej przeciętnym na tle wcześniejszych. Trzeciemu i ostatniemu singlowi promującemu Living After Midnight niby nic nie brakuje, ale jednak. Po wielu odtworzeniach owy utwór zaczyna być lekko monotonny. Mimo wszystko. Przedostatni The Rage dzięki nieco jazzowej trochę perkusji oraz znowu wyraźnemu basowi Hilla jest dla mnie zdecydowanie atrakcyjniejszy. Do tego tu też Rob ukazuje swoje walory wokalne. Tu też Tipton zaprezentował najlepszą jak dla mnie solówkę gitarową z całej płyty. Natomiast ostatni zamykający płytę Steeler, jest bardzo dynamiczny i bardziej rock’n’rollowy niż metalowy, moim zdaniem co udowadnia zaprezentowanie wielu pokrewnych ze gatunków muzycznych na British Steel.

Jeśli chodzi o ponadczasowość krążka British Steel. Jest ona niezaprzeczalna. Jednak na albumie pojawiły się malutkie rysy rdzy, mimo to. Mam tu na myśli nieszczęsny Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise, lekko też ,,wyeksploatowany” Living After Midnight. Pojawili się też nowi ulubieńcy, dla których widać owa przerwa, okazała się szansą na nowe życie. Mam tu na myśli utwory takie jak Grinder, United orazThe Rage. Oby owy album przetrwał w kulturze kolejne czterdzieści lat! Mimo owy rys British Steel był i nadal uważam, że, jest, jedną z muzycznych wizytówek Judas Priest. Udowodnił bowiem że, już w 1980 roku rock’n’roll, można skutecznie wymieszać z heavy metalowymi riffami oraz z rockowo-jazzową (momentami) perkusją oraz dodać do tego jedyny w swoim rodzaju wokal Roba Halforda. Faktem, o którym pewnie, każdy fan zespołu wie to, iż, autorek okładki do tego albumu, jak i loga Judas Priest był, polski grafik Rosław Szaybo.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Coat of Arms (2010)

Osoby śledzące mojego bloga wiedzą już, że nie pierwszy raz recenzuje album grupy Sabaton. Jest tak, chociażby z powodu, iż, łączy moje oba zainteresowania, muzykę i historię. Zainspirowany dość interesującej konwersacją z Martą, wezmę się za mający już dokładnie dziesięć lat, piąty studyjny album Szwedów, zatytułowany Coat of Arms. Napiszę, co sprawia że, pomimo upływu dekady od jego wydania, tak naprawdę moja opinia o nim jest w sumie niezmienna.

Tytułowy singiel otwierający ten album, brzmi jak kontynuacja drogi, jaką zespół obrał na płycie The Art of War z 2008 roku. Na temat krążka o sztuce wojny wyraziłem swoje zdanie, kto nie zna, polecam się zapoznać. Co do Coat of Arms, jest dobry, ale nie odkrywczy. Natomiast drugi utwór Midway, opowiadający o legendarnej bitwie morskiej, rozegranej podczas II Wojny Światowej między USA a Japonią, to jest istna energetyczna oraz przebojowa petarda. Swoją drogą pojawił się w kinach bardzo dobry film o tym samym tytule. Także jak ktoś jest fanem kina wojennego. Polecam. Szkoda, że, Sabaton-u nie zaprosili do współpracy. Także Midway, to genialny utwór do nakręcenia się przed pracą, jeśli ktoś ma ją dość stresującą. Oddający instrumentalnie i wokalnie przez Joakima dramatu owej morskiej batalii.

Polski akcent, który oczywiście pojawia się w Uprising. Kompozycja również odpowiednio oddaje realia Powstania Warszawskiego, jest przebojowa, a jednocześnie też dramatyczna. Za to zapewne polscy fani jeszcze bardziej pokochali grupę, a polski fanklub Polish Batalion, zyskał nowych członków. Zresztą moim zdaniem słusznie. Także na razie nie jest źle.

Inna sprawa już jest w przypadku drugiego i ostatniego singla promującego tę płytę czyli – Screaming Eagles. No i tu pojawiają się przysłowiowe ,,schody”. Jak dla mnie pod kątem muzycznym jest on mocno przeciętny, a co najważniejsze za mało przebojowy jak na singiel. Wpada i wypada jednym uchem. Natomiast piąta kompozycja to zupełnie inna historia. Oczywiście mam tu na myśli The Final Solution. Zapewne z racji delikatnej tematyki, która została muzycznie genialnie oprawiona, ten utwór jest moją słabością i najlepszą jak dotąd balladą w dorobku tej grupy. Kolejny utwór Aces In Exile, jest też o Polakach, jak i innych cudzoziemcach biorących udział w Bitwie o Anglię. Jednak muzycznie? Znowu wpada i wypada jednym uchem. Tak samo jest też z Saboteurs. Poruszający tematykę ciężkiej wody i akcji sabotażowej przeprowadzonej przez norweski ruch oporu. Słabo.

Jednak z ósmą kompozycją zatytułowaną Wehrmacht, pojawiają się kontrowersje. Chodzi o tematykę niemieckiego wojska III Rzeszy, czyli Wermachtu. W wielu państwach europejskich, z racji doznanych krzywd, nie został on odebrany pozytywnie, a wręcz przeciwnie. Choć sam w sobie nie wychwala owej armii, najwidoczniej Joakim i spółka przecenili zdolności interpretacyjne części fanów. Zwłaszcza Polaków. Przedostatni White Death jest o najlepszym moim zdaniem snajperze, który stąpał po tej Ziemi i jednocześnie jest jednym z największych bohaterów narodowych dla wszystkich Finów, mówię oczywiście o istnym łowcy żołnierzy radzieckich w czasie wojny zimowej, czyli Simo Häyhä o pseudonimie Biała Śmierć. Tu trashowe riffy to istna magia, tak samo jak solówka gitarowa. Ostatni bardziej rock’n rollowo / metalowo tematycznie Metal Ripper muzycznie broni się bardzo dobrze, zatem fakt luźniejszej tematyki jest do wybaczenia, bo tu jest druga pod kątem technicznym, najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Zamknięcie albumu lepsze niż początek.

Podsumowując to wszystko i dodając coś jeszcze od siebie. Album jest ogólnie dobrą kontynuacją The Art of War, ale z paroma dobrymi patentami. Kontrowersyjną tematyką akurat przeciętnego utworu, jeśli chodzi o muzyczny aspekt – Wehrmacht. Drugi już po 40:1, w dorobku Sabatonu ,,polski hit koncertowy” – Uprising. Ponadczasową balladę, przy której za każdym razem mam łzy w oczach, The Final Solution oczywiście mam tu na myśli. Dający odpocząć od historii samej w sobie, Metal Ripper, no i dwie energetyczne petardy, czyli, Midway oraz White Death. Oczywiście wszystkie te wymienione kompozycje są moimi ulubionymi z tej płyty, do których wracam bardzo często. Reszta jest przeciętna, ale też nie na fatalnym poziomie muzycznym. Krótko mówiąc, w wyniku prostej kalkulacji, album wypada nie najgorzej w moich uszach, chociaż w porównaniu do poprzedniczki, forma spadła prawda Marto? Dla mnie nieco spadła jeśli chodzi o cały krążek, pomimo nieco lepszej okładki.

8/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Allen / Olzon – Worlds Apart (2020)

Najwidoczniej pewni artyści nie lubią próżni twórczej. Wśród nich jest znana z Nightwish oraz The Dark Element – Anette Olzon, która podjęła współpracę z Allenem Russel. Który jest znany przede wszystkim z zespołu Symphony X. Oboje zawiązali projekt Allen/ Olzon i 6 marca 2020 roku wydali album zatytułowany Worlds Apart. Z racji, iż, osoba Anette Olzon nie jest mi obojętna, jestem ciekaw, co z tej współpracy wynikło. Muzyczna tragedia czy cudowne objawienie i wprowadzenie muzycznych innowacji? Słuchając, przekonam się, oraz podzielę się swoimi wrażeniami.

Otwierający Never Die to niby epickość, czyli klimatyczne, nawet trochę przedłużane wejście gitar, a potem partii smyczkowych. Sam wokal Allena brzmi typowo power metalowo, ale na samym końcu strikte heavy. Drugi, tytułowy Worlds Apart to keybordowo/fortepianowy wstęp. Po raz pierwszy pojawia się wokal Anette, choć zdawkowo, bo w duecie z Allenem. Na tym krążku po raz pierwszy, lecz nie ostatni. Prostota w tym dwie solówki gitarowe zadziałały, bo singiel nawet wpada w ucho.

Na I Will Never Leave You Allen trochę przekombinował moim zdaniem z death metalowymi breakami oraz przejściami. Nie tędy droga. Wokalnie Anette natomiast ukazała się w pełnej klasie. What If I Live to kolejny duet wokalny Allena i Anette. Muzycznie wpada i wypada jednym uchem, jak dla mnie. Lost Soul natomiast jak dla mnie, jest najbardziej epicką, we właściwym tego słowa znaczeniu, kompozycją na tej płycie. Do tego thrashowe riffy które można na niej usłyszeć tego nie zaburzają. No Sign of Life nie wyróżnia się znowu niczym szczególnym, zarówno muzycznie jak i wokalnie. Wyraźnie czuć zmęczenie materiału. Sytuację ratuje bardzo dobra ballada One More Chance. Czyżby tytuł nie był przypadkowy? Proszący o danie płycie szansy? Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Sama ballada zawiera w sobie odpowiedni nastrój, więc daje jej duże B. Natomiast już bardziej dynamiczny My Enemy, też od biedy można podciągnąć pod balladę, gdyż zawiera jej kilka cech. Przynajmniej ja tak uważam. Osobisty tekst, gdzie duet dwojga wokalistów jest dopasowany idealnie, a tych momentów na krążku jest mało. Nastrój też, nie kłuci się tu z przebojowością. Who You Really Are też niczym mnie nie zachwyciło. Typowy heavy metal. Przedostatni Cold Inside jako ballada wypada słabiutko, nastoju prawie żadnego, tu wypada małe b. Jak też słusznie myślałem, zamykający płytę Who’s Gonna Stop Me Now był przewidujący. Tylko że, tu twórcy, nie wysilili się nawet aby, dobrze dobrać symfoniczne elementy, przez co dla mnie to zamknięcie było fatalne.

Album Worlds Apart sam w sobie odkrywczy oraz innowacyjny nie jest. To na pewno. Jest z rodzaju tych prostszych, choć pod koniec jako słuchacz byłem już lekko zmęczony i znudzony. Nie wiem, kto pisał poszczególne utwory, oraz czy wszystkie nie były pisane wspólnie. Serio. Jeśli miałbym wskazać te godne uwagi, to byłyby to Never Die, One More Chance oraz My Enemy. Nawet nie jestem do końca pewien, czy, wolę go bardziej, od drugiego już(ale dla mnie słabszego od debiutanckiego) albumu Songs the Night Sings zespołu The Dark Element, ale zbytnie gitarowe popisy, deathowe breaki, a także kiczowatość źle dobranych symfonicznych ozdobników, lub ich całkowity brak, to wszystko sprawia, że, ta płyta jest miszmaszem gatunkowym. W złym tego słowa znaczeniu. Trzy utwory trzymają określoną stylistykę znaną mi z metalu symfonicznego. Na koniec dodam, że, okładka też jest kiczowata. Nie wspomnę już o kosmicznej polskiej cenie tej płyty. Taki materiał to się może ukazywać co rok lub dwa lata, ja zainteresowałem się nim,tylko dlatego, że, jestem fanem poczynań Anette Olzon. Jak zatem wyszła współpraca? Jej skutkiem powstał drugoligowy album, a mnie jeśli już to interesuje pierwsza liga, a przede wszystkim muzyczna ekstraklasa. Także jak dla mnie totalny niewypał, bo nie zamierzam się tym projektem już interesować.

6/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Five Finger Death Punch – F8 (2020 )

Dawno nic z USA nie słuchałem, jednak do czasu. Wczoraj bowiem miał premierę ósmy studyjny albumu amerykańskiej heavy metalowej grupy, zatytułowany po prostu F8. Skusiłem się też na niego przez namowę Wiktora. Czy jest rzekomym odrodzeniem grupy, jak go określa jej frontman? Chętnie się przekonam. Uprzedzam, że, z Five Finger Death Punch do czynienia miałem tylko jeśli chodzi o pojedyncze utwory, więc będzie tym bardziej interesująco.

Tytułowy F8 okazuje się symfonicznym intrem, z marszówką w tle. Nic specjalnego. Otwierający Inside Out okazał się jednocześnie też, pierwszym z trzech singli promujących. Cóż, corowe, a raczej deklamacyjno – raperskie dokładniej, są na odpowiednim poziomie jeśli chodzi o Ivana Moodyiego. Wokal wspierający też daje radę, choć muzycznie jest tylko p, bo przeciętnie, jednak szybka solówka nie jest jakaś wybitna. Kolejny singiel Full Circle zaczyna się zbyt elektronicznie jak dla mnie. Przebojowości odmówić mu nie można, ale jednak za dużo elektroniki mimo wszystko. Natomiast trzeci i ostatni z singli Living The Dream zaczyna się fajnie jeśli chodzi o riffy. Potem dobre przejścia i zmiany temp, dobre breaki, a do tego wokal też nie jest przesadzony, wychodzi na to, że okazuje się najlepszy z tej całej trójki singli. Serio.

A Little Bit Off jest niby balladą, ale najwidoczniej nie dla mnie. Po pierwsze rozumiem kwestię akustycznej gitary nastroju i tak dalej, ale w tym utworze tego nastroju czy nawet refleksyjności samej w sobie ewidentnie nie ma, albo ja jej nie znalazłem. Wleciał jednym i wyleciał drugim uchem. W szóstym Bottom Of The Top duet wokalny jest wykonany perfekcyjnie. Do tego jest wreszcie więcej groove metalu. Gitarowy popis, krótki, ale jednak też wypada nie najgorzej. Na To Be Alone riff otwierający też jest odpowiedni. Do tego partie perkusyjne, a potem szybsza, lecz dłuższa solówka splatają się w jedną spójną całość. Mother May I (Tic Toc) można określić w sumie jako tykającą bombę, tylko zamiast spodziewanej atomówki, otrzymałem plastik, do tego niepierwszorzędny. Szkoda, naprawdę szkoda. Sytuacji nie naprawił nawet nie najgorszy breakdown i solówka. Darkness Settles In jest drugą balladą na tym albumie. Tylko tu jest coś takiego jak nastrój, a do tego nie byle jaki tekst.

This Is War zaczyna się intensywnie, co akurat mnie cieszy. Jest na tyle przebojowy, że głowa sama mi się rwie do headbangingu. Muzycznie jest dobrze, bo znowu więcej groove metalu, choć ta heavy metalowa cześć z gitarowymi popisami ujdzie w tle. Leave It All Behind to dalej przeważający groove z rapującym Ivanem, oraz powtarzające się breaki. Przedostatni Scar Tissue jest bardziej dynamiczny, a jednocześnie przebojowy, zły nie jest. Natomiast ostatni Brighter Side Of Grey jest trzecią balladą, która znowu, niby jest, ale dla mnie nie spełnia odpowiednich kryteriów. Dwa bonusy, czyli Making Monsters oraz Death Punch Therapy okazały się lepszym zamknięciem tego krążka, od wcześniej wspomnianej przeze mnie pseudo ballady w postaci Brighter Side Of Grey

Dodając jeszcze kilka słów na koniec, chcę podkreślić, że wrażenia mam mieszane. Dlaczego? Głównym powodem jest fakt, że, heavy metalu, który niby miał być, na tym krążku prawie że nie ma, a jak jest to w postaci umieszczonych na siłę riffach lub solówkach. Przykład? Proszę bardzo, chociażby Inside Out, Full Circle czy Living The Dream. Tu też mamy inny przykład. Jak złe okazują się single, bo te single są najgorszymi utworami na całej płycie, no może oprócz dwóch pseudo ballad w postaci A Little Bit Off oraz Brighter Side Of Grey. Jeśli miałbym wybrać trzy naprawdę dobre kompozycje, to wskazałbym te groove metalowe. Czyli Bottom Of The Top, To Be Alone oraz Scar Tissue, a no i dwa bonusy Making Monsters i Death Punch Therapy . Mimo paru plusów płyta F8 ma zbyt mało dobrych momentów, żebym ocenił ją jednak wyżej, niż finalnie zamierzam. Moje odczucia po trzech solidnych przesłuchaniach się po prostu zrównoważyły, ale mimo to jest nieco rozczarowany. Jak dla mnie bowiem nie jest to jakieś wielkie zapowiadane odrodzenie.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Megadeath – Endgame (2009)

Megadeath – któż nie słyszał, jakiegokolwiek z utworów czy albumów, tego zespołu. Założonego przez Dave Mustaine z powodu wyrzucenia go z szeregów zespołu Metallica. To sprawiło, iż powstał mocny konkurent dla Metallica(y). Tak czy inaczej, powróciłem do twórczości Dave, po dość długiej przerwie, a powodem ku temu był koncert Judas Priest, którego supportem okazał się właśnie owy Megadeath. Ja podzielę się swoimi wrażeniami, co do płyty, dzięki której miałem okazję, bardziej się do tej grupy przekonać. Czy coś uległo zmianie? Czy dwunasty album Megadeath, wydany 11 września 2009 roku, zatytułowany Endgame, nadal po 11 latach jest dla mnie ,,tym właściwym” po reaktywacji zespołu, która nastąpiła w 2002 roku? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać. Trzeba go posłuchać.

Dużej ilości dynamiki tak jak kiedyś, dalej nie brakuje od samego początku krążka. Mam tu na myśli oczywiście krótki Dialectic Chaos, który dostarcza jedną z chyba najszybszych solówek gitarowych na tej płycie. This Day We Fight! tak naprawdę utrzymuje tempo, choć trzy krótsze solówki, wpadają i wylatują. Wokal Dave natomiast nadal jest dobry. Natomiast jeśli chodzi o 44 Minutes, riff otwierający jest bardzo dobry, do tego jeszcze ta przemowa przez głośnik. Idealnie jest też dobrana krótka deklamacja, zrobiła ona swoje. 1,320 tak jak kiedyś nie jest zły, lecz też nie za bardzo wybitny. Na Bite the Hand jest trochę więcej przejść i zmian tempa. Choć końcowa solówka z trzech, robi najlepsze wrażenie. Natomiast na Bodies wyraźniej można usłyszeć partie basu. Oprócz tego jes w tym utworze pewnego rodzaju nadmiar energii przynajmniej w moim odczuciu.

W tytułowym Endgame znowu pojawia się ten motyw głosu przemawiającego przez głośnik, przez to znowu Dave bardziej w tym utworze przemawia, niż śpiewa. Słychać niby dalej odpowiednie riffy oraz perkusję, ale jakimś cudem przestałem je odbierać jako bardzo szybkie. Ósmy The Hardest Part of Letting Go…Sealed With a Kiss zaczyna się jak ballada, lecz w połowie tempo ulega zmianie, to wreszcie wyprowadza mnie z pewnego rodzaju letargu, w jakim byłem. Choć pomimo owej zmiany pewnego rodzaju klimat pozostał, podkreśliła to dobitnie marszówka i partia gitary akustycznej. No i wreszcie znowu powrót do tego, za co polubiłem Dialectic Chaos. Gdyż Head Crusher dobitnie i całkowicie mnie wybudził. Na nim jest bowiem według mnie druga najszybsza solówka gitarowa na tym albumie. Pozostałe How the Story Ends oraz The Right to Go Insane są dobre, ale też niewybitne. Utrzymują znowu odpowiedni energetyczny ton, dostarczając przy tym kolejnych dwóch dobrych solówek.

Jednak zastąpiła pewna zmiana jeśli chodzi o ten album. Jak dla mnie Endgame nie jest już aż tak dobrym albumem, jak kiedyś. Z ośmiu ulubionych kompozycji, pozostały trzy. Mam tu nam myśli Dialectic Chaos, 44 Minutes oraz Head Crusher. Zapewne też po jedenastu latach, kiedy to przez parę dobrym miesięcy od premiery, miałem ten album w swoim odtwarzaczu, miała na to wpływ też owa przerwa. Tak czy inaczej, jestem odrobinę rozczarowany faktem, iż w przypadku tej płyty, czas zadziałał na jej niekorzyść. Sprawiając, iż, stała się dla mnie przeciętną, z tylko trzema wyżej wymienionymi utworami, do których może kiedyś znowu powrócę. Tak jak i sam nie wiem, czy powrócę do Megadeth. Czas pokaże. Choć balansowanie między heavy a thrash metalem daje im ode mnie pewnego rodzaju szansę, bo w przeciwieństwie do odcinającej kuponów na podstawie swojej legendy grupy Metallica, Dave, chociażby zawieszeniem działalności udowodnił, że jest ze swoimi fanami szczery.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Kategorie
Bez kategorii

Crystal Viper – Tales of Fire and Ice (2019)

Polski Crystal Viper z Martą Gabriel, na wokalu i gitarze, wydał swój najnowszy album zatytułowany Tales of Fire and Ice nakładem niemieckiej wytwórni AFM Records 22 listopada 2019 roku. Mniejsza o celowy, bądź też nie, zabieg marketingowy zespołu. Umiejętnie wrzucono bardzo kiczowatą wersję okładki, którą potem zamieniono na właściwą. Brawo, skutecznie przykuło to uwagę publiczności przed premierą tego krążka. Sam byłem bardzo sceptycznie nastawiony jeśli chodzi o jego muzyczną zawartość. Mają tym bardziej w głowie ich album z 2017 roku, na którego temat, wypowiedziałem się już na łamach tego blogu. Ciekawych zapraszam do zapoznania się. Tak czy inaczej, czy album Tales of Fire and Ice pozytywnie mnie zaskoczył? Może wręcz przeciwnie? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi na owe pytania.

W intrze Prelude oprócz nastrojowej gitary słuchać też deszcz i szykującą się burzę. Pierwszy utwór Still Alive rozpoczyna dynamiczne riffy, potem pojawia się wokal w heavy metalowym stylu. Niby dalej siłowy, lecz bardziej naturalny. Nastroju dodają tu partie klawiszowe, brzmiące bardzo podobnie, jak nie identycznie, co organy kościelne. Mimo to kompozycja dynamiczna, ale jakoś mnie w pełni nie porwała. Choć pozytywnie zaskoczyła. Na Crystal Sphere uwagę przykuwa galopująca perkusja a wcześniej gitarowe riffy. No dobrze oprócz tego zastosowanie chórków też jest tu dobre, no i w połowie przejście na bardziej thrashowe riffy.

Na Bright Lights pogłębiają się trochę wirtuozerskie popisy gitarowe, poprzedzone odpowiednim perkusyjnym wstępem. Za to tutaj partia solowa naprawdę jest godna pochwały. Wokal dalej nie jest tworzony na siłę. Neverending fire już od samego początku jest bardziej stonowany od poprzednich kompozycji. Lecz później przychodzi lekka zmiana tempa, powodująca, iż, lepiej słyszalne są dynamiczniejsze riffy. Natomiast mam wrażenie, że, jest to utwór z tych refleksyjnych. Choć nie jestem do końca pewien czy to pierwsze solo gitarowe było niezbędne do utrzymania klimatu. Mimo tego lekkiego mankamentu utwór spełnił moje kryteria jeśli chodzi o dobrą balladę.

Interlude już samym wstępem sugeruje nawiązanie bardziej do ludu niż ognia. Partie klawiszy brzmiące identycznie co fortepian, mistrzowsko zbudowały u mnie napięcie i oczekiwanie na rozwój dalszych ,,wypadków”. Przerywnik doskonały, do tego wprowadzenie do kolejnego utworu. Under Ice jest równie dynamiczny co jednocześnie trochę refleksyjny. Tutaj znowu jednak partia solowa robi dobrą robotę. Więc określę go bardziej pośrodku, pomimo iż parę cech dobrej ballady posiada.

One Question przez sam początek wreszcie daje mi zastrzyk energii, której potrzebowałem. Oprócz tego pierwszy raz mam ochotę na headbanging. Motoryka jest tu po prostu na najwyższym poziomie. Do tego dochodzi tak naprawdę przebojowość, przynajmniej dla mnie. Tutaj po raz trzeci solo gitarowe robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass) dostarcza mi tego samego co poprzedni utwór. Wreszcie jestem na ładowany, bo jak pod muzycznym kątem nie było się do czego wcześniej doczepić, to do braku energii już tak. Tu po raz drugi mamy do czynienia z naprawdę bardzo dobrą solówką, napisaną pod drugą pod kątem przebojowości kompozycję na tym albumie.

Przedostatni Tears of Arizona jest kolejną mocno refleksyjną balladą na tym albumie. Nawet może odrobinę lepszą od pierwszej? Trudno powiedzieć. Tutaj znowu klawisze przypomniały mi, a przez to nadały tej balladzie klimat trochę bardziej gotycko-symfoniczny. Ostatnim i do tego bonusem jest kompozycja Dream Warriors, która zamyka płytę, nie pozbawiając jej unikatowego klimatu. Pomimo iż, w przeciwieństwie do Tears of Arizona jest bardziej dynamiczny. Oprócz tego dwie solówki w jednym utworze to jest coś. Poziom godny bonusu.

Podsumowując, Crystal Viper jednak potrafi zaskoczyć. Bo nie ukrywam, że, byłem naprawdę bardzo sceptycznie nastawiony do tej płyty. Jednak Marta wraz z zespołem widać wyciągnęli wnioski z własnych błędów. Zaczynając od samej spójności, wszystkie elementy układają się w tytułowe opowieści lodu i ognia. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, epickości dodają utworom wreszcie odpowiednio skomponowane partie klawiszowe. Słuchać też, iż Matra nie próżnowała i od siebie dodała więcej wirtuozerskich gitarowych popisów oraz poprawiła brzmiący sztucznie, często wokal na bardziej naturalny. A co zrobiła na tych trzech balladach to istny wokalny majstersztyk. Jedynym ,,ale” drobnym, ale jednak jest fakt, iż, jeśli Crystal Viper wydałby album na takim samym poziomie, lecz całkowicie po polsku, żaden z fanów by się nie pogniewał, chyba wręcz przeciwnie. Bo jednak jakby nie patrzeć polski język nie jest zły. Warto by zrobić konkurencję na naszym rodzimym heavy/power metalowym rynku, a nie iść tylko na eksport. Tak jakoś przy okazji mnie naszła taka refleksja. Żeby zakończyć pozytywnie, dodam,iż w końcu mam kilku ulubieńców z tego krążka, do których będę pewnie za jakiś czas wracał, czyli Neverending Fire, One Question, Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass), Tears of Arizona i Dream Warriors. Wszystkie owe czynniki w tym jeden drobny mankament, powodują, iż, w przypadku tej płyty Crystal Viper wypadł u mnie bardzo mocno na plus.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Judas Priest – Turbo (1986)

Zespołu Judas Priest nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Kiedyś wypowiedziałem się na temat ich ostatniego albumu Firepower wydanego w zeszłym roku. Dziś natomiast przekonam się, czy ich dziesiąty album Turbo, wydany 14 kwietnia 1986 roku, czyli 33 lata temu, przetrwał próbę czasu. Rozczarował czy zaskoczył? No i czy jakieś utwory pozwoliły ukazać swój ukryty potencjał.

Otwierający płytę singiel Turbo Lover zarówno kiedyś, jak i dziś, jest dla mnie bardzo przebojowy. Poza tym początek elektroniczno/gitarowy dalej robi wrażenie. Bogactwo riffów oraz umiejętne zmiany temp, pozwalają utrzymać dynamikę tego utworu, który jest jednym z klasyków koncertowych tego zespołu. Całość zostaje utrzymana w starym, heavy metalowym stylu, chociaż wstawki elektroniczne ukazują, że zespół eksperymentował i szukał nowych rozwiązań. Nawet dziś można to usłyszeć.

Przytłumiona gitara wykorzystana na początku numeru Locked In nadaje mu odpowiedni efekt. Dynamikę utworu wzmacniają gitarowe riffy oraz perfekcyjne solówki. Private Property również jest bardzo dobry. Tekst utworu może być przez niektórych odebrany jako antykomunistyczny przekaz. Taka interpretacja nie wydaje się jednakże właściwa, bowiem tematyka tekstu dotyczy po prostu ochrony własności prywatnej. Na początku mamy tu krótką elektroniczną, efektowną wstawką. Chór wspierający Roba oraz dobra solówka gitarowa, przyczyniły się do tego, iż utwór ten był i jest naprawdę dobry.

Partenal Guidance nie jest zły, lecz czegoś tutaj brakuje. Pomimo dobrej, solowej partii gitar, nadal nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia. Rock You All Around the World jest kolejnym, dynamicznym, jaki znajduje się na tej płycie. Zaczyna się dość ostro, choć brzmi on potem trochę rock’n’rollowo, co w tym przypadku akurat nie jest złe. Wręcz przeciwnie, nadaje mu swoistego charakteru, przez co wyróżnia tę kompozycję od pozostałych na tym albumie. Ponadto, zawiera całkiem dobrą gitarową solówkę oraz gustownie dobrane partie perkusyjne. Moim zdaniem to najlepszy z numerów na tym krążku.

Out In the Cold ma bardzo nastrojowy początek. Judas Priest nadal potrafi zbudować napięcie. Moim zdaniem melodyjny sposób, w jaki Rob wykonuje wyżej wspomniany utwór, klasyfikuje go w kategorii, pomimo iż kompozycja nie jest utrzymana w wolnym tempie. Wcześniej jakoś nie dostrzegłem tego faktu. Z Wild Nights ,Hot & Crazy Days mam pewien problem. Z jednej strony niby jest dynamiczna, a z drugiej dziwnie zaaranżowana, przez co nadal jest dla mnie nudna.

Hot For Love kipi energią od samego początku. Tutaj przynajmniej dla mnie, na większą uwagę zasługują dość specyficzne riffy Jest to kolejny utwór na krążku, zawierający w sobie wpływ elektroniki. Tak więc znowu nie mam się do czego w negatywny sposób przyczepić, jeśli chodzi o ten numer. Przedostatni Reckless jest dla mnie nieodkrytą perełką tej płyty, zasługującą na miano singla. Posiada on zarówno nastrojowy, jak i przebojowy charakter. Zawiera jedną z trzech najlepszych gitarowych solówek na płycie, co też mówi samo za siebie. Ostatni All Fired, w porównaniu do Turbo Lover, nie jest może aż tak dynamicznym zamknięciem albumu, lecz uważam, że nadal spełnia swoją funkcję. Warto odnotować, że utwór ten dograny w 2001 roku, kiedy to powstała nowa wersja tejże płyty. Nie ma go na pierwotnej wersji krążka z 1986 roku.

Podsumowując. Album Turbo po upływie 33 lat od premiery, nadal jest godny swojej nazwy. Jak na tamte czasy, był mocno innowacyjny, może przez umiejętne połączenie odrobiny elektroniki z mistrzowskimi partiami gitarowymi. Zresztą jak na ,,Boga Metalu” przystało, Rob, jako wokalista zrobił to, co, umie najlepiej. Dał z siebie więcej, niż od niego oczekiwano. Pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie fakt, iż pewne dotychczas słabo znane przeze mnie utwory, dołączyły do grona moich ulubionych Mam tu na myśli Locked In, Private Property, Reckless oraz Out in the Cold. Tak się akurat złożyło, iż, w tym roku mija dokładnie 50 lat od czasu, kiedy Judas Priest zaczął funkcjonować na rockowo-metalowej scenie muzycznej, dostarczając wiele innowacyjnych rozwiązań, dzięki którym ona ewoluowała. Ten album też zalicz się do tego typu innowacji, może to nie będzie ich ostatni album, o którym napiszę? Szczerze? Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, czas wszystko zweryfikuje. Tak czy inaczej, jak się domyśliliście, ocena tego arcydzieła może być tylko jedna. Chętnie też poznam wasze opinie na temat tej płyty.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Art of War (2008)

Tym razem przeniosę się do szwedzkiego Falun, miejsca narodzin Sabatonu, kapeli uwielbianej przez jednych, znienawidzonej przez innych. Sam lubię ich twórczość, może też z powodu mojego hobbistycznego zainteresowania historią. Tak czy inaczej, odświeżyłem sobie po prawie 11 latach przerwy, ich czwarty studyjny album zatytułowany The Art of War. Czy dalej mnie zachwyca lub nudzi? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Ogólnie tematyka płyty opiera się na szeroko rozumianej sztuce wojennej. Fakt, iż, w prologu (intrze) Sun Tzu Says jest cytowany fragment dzieła samego Sun Tzu, akurat o tym samym tytule, nie jest przypadkiem. Jednak samo zastosowanie go jako lektora z kobiecym głosem chyba tak.

Pierwszy utwór po intro, czyli Ghost Division oprócz tego, iż, paradoksalnie opowiada o legendarnej 7 Dywizji Erwina Rommla, to nadal pod kątem dynamiki sieje istne spustoszenie. Nie brakuje klawiszy dopełniających gitary oraz dużej ilość blastów. Efekt dopełnienia to solo na keybordzie.

Tytułowy The Art of War, zaczyna się kolejną mądrą deklamacją ze strony pani lektor, cytującą znowu Sun Tzu. Tutaj znowu jak kiedyś tak i teraz otrzymałem solidną porcję idealnie pokrywających się partii klawiszy i gitar. Plusem są też bardzo wyraźnie podkreślone przejścia przez perkusje, a zwłaszcza blasy, no i wpadający w ucho jednak rytm charakterystycznych klawiszy. Solówka gitarowa również nadal jest bardzo dobra. Oprócz tego wokale wspierające Joakima też robią swoje.

Czas najwyższy utwór, którym Szwedzi zjednali sobie serca wszystkich polskich fanów. Mam na myśli kultowy już 40:1. Opowiadający epicką historię naszych mężnych żołnierzy, którzy bronili Wizny przed Niemcami do ostatniej kropli krwi. Co ciekawe 40:1 pozwolił, aby świat dowiedział się o tym, że to w Polsce zaczęła się II Wojna Światowa. Pod kątem muzycznym jest to kolejny klasyk koncertowy, gdyż wszystkie elementy, czyli przejścia perkusyjne oraz gitary, a także wokale wspierające są dopięte najlepiej jak można, jak epickie solo gitarowe. Dla mnie paradoksem jest, że niektórzy nasi rodacy, potrafią żartować na ten temat i nie przyznawać się, że go nie słyszeli, bo w to akurat nie uwierzę.

Unbreakable jest kolejnym z dynamicznych utworów. Jednakże odrobiny czegoś mu zabrakło. Szkoda. Skoro nawet naprawdę dobre gitarowe solo go nie ratuje na tyle, abym zmienił zdanie. Później mamy kolejny barwny przerywnik w postaci The Nature of Warfare pozwalający nieco odpocząć. Oraz posłuchać wywodów Sun Tzu.

Natomiast kolejny utwór Cliffs of Gallipoli, mówi o beznadziejnym oraz niepotrzebnym poświęceniu wielu istnień ludzkich w bitwie o Gallipoli w 1915 roku podczas I Wojny Światowej. Zaczyna się od bardzo szybkiej partii pianina, które towarzyszy do samego końca tej kompozycji. Jednocześnie podkreśla dzięki temu epickość tej opowieści. Kolejny już kultowy przebój w dorobku zespołu, którego nie naruszył w żaden sposób upływający czas. Jak i kolejnego doskonałego solo gitarowego, jednego z trzech najlepszych na całym albumie.

Talvisota to natomiast pokazanie konfliktu znanego jako wojna zimowa, z perspektywy totalnie zaskoczonych Sowietów którzy, nie spodziewali się aż tak zażartego oporu ze strony Finów. Jednak w ostateczności fiński Dawid przegrał z sowieckim Goliatem, nie poddając się jednak tak łatwo, czego dowodem było aż 126 825 poległych samych żołnierzy radzieckich, przy zdecydowanie mniejszych stratach ze strony Fińskiej. My jako Polacy mieliśmy i nadal mamy z Finami wiele wspólnego, może więc dlatego mi ten utwór nawet muzycznie nadal przypada do gustu, a zwłaszcza jego szybkie tempo, o czym świadczą bardzo szybkie partie gitarowe.

Panzerkampf rozpoczyna się nawet bardzo dobrym gitarowym solo. Tutaj mamy przedstawiony kolejny konflikt, czyli tak zwaną wojnę ojczyźnianą z perspektywy Sowietów, jako ofiar ze strony agresji Niemców. Jako Polak tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć, bo nasz kraj oba te reżimy doświadczyły okrutnie, lecz mimo wszystko prości ludzie nie byli niczemu winni, bronili swoich domów przed wrogiem w największej bitwie pancernej II Wojny Światowej. Muzycznie znowu nie ma się do czego doczepić. Poza tym słyszę tu drugie równie dobre solo, dobre zmiany temp budujące nastój.

Union (slopes of st. Benedict) to opowieść o tak naprawdę międzynarodowych aż czterech bitwach o Monte Cassino. Warto podkreślić, że Polacy, dla których był to chrzest bojowy, w ostateczności po prawie 5 miesiącach działań Aliantów zdobyli Monte Cassino. Tu też niczego nie brakowało i nie brakuje. Wprowadzający głos pani lektor, też znowu zdaje egzamin. Jednak to drugi dobry, ale nie genialny utwór, któremu czas chyba zabrał to ,,coś”.

Kolejna niezwykle poruszająca, przynajmniej dla mnie historia o cenie ludzkiego życia jest ukazana w kolejnym już teraz kultowym The Price of a Mile. Może nie ma tu pianina, ale nie jest potrzebne, aby poczuć tak naprawdę klimat tej kompozycji. Tak samo, jak w przypadku Cliffs of Gallipoli. Mogę nawet rzec, iż to są dwa najbardziej nastrojowe, nietypowe ballady z całego muzycznego dorobku grupy.

Ostatni Firestorm to istna muzyczna burza gitar oraz ogromnej ilości przejść. Oprócz tego to w tym utworze znalazłem drugie najbardziej interesujące solo klawiszy z tej płyty. Jest to ostania dawka energii przed zamykającym płytę outro A Secret. Z wersji re-armed miałem do czynienia z dwoma bonusowymi utworami, przedstawiającymi szwedzkich wikingów w heavy metalowym stylu kolejnym, czyli Swedish Pagans oraz Glorius Land, który ogólnie opowiada o obronie własnej ojczyzny. Pierwszy okazał się kolejnym koncertowym hitem. W tym drugim natomiast jest bardzo dobre gitarowe solo oraz dość interesujący zabieg wokalny Joakima. Pomijam bowiem wersję demo Art of War czy wykonany na żywo Swedish National Anthem.

Podsumowując. Pomimo upływu 11 lat od wydania tej płyty, nadal jest ona istną kopalnią przebojów, poza tym tylko jeszcze dwie płyty mają porównywalna ilość kultowych kompozycji dla fanów zespołu Sabaton. O tych dwóch pozostałych płytach też napiszę parę słów. Tak czy inaczej. Moi byli i obecni faworyci z tego albumu, czyli 40:1, Ghost Division, Art of War, Cliffs of Gallipoli, Panzerkampf oraz The Price of a Mile, natomiast z bonusów Swedish Pagans. To wyraźnie jak bardzo dobry jest to album. Moim zdaniem nadal jednym z trzech najlepszych zespołu Sabaton.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Primal Fear – Rulebreaker (2016)

Jakiś czas temu wyraziłem opinię o najnowszym albumie niemieckiej grupy Primal Fear. Uznałem, że, warto jednak spróbować nie poprzestać tylko na jednym ich krążku. Tak też uczyniłem. Dziś opiszę swoje wrażenia dotyczące ich płyty z 2016 roku zatytułowanej „Rulebreaker”. Czy okazała się lepsza od najnowszej? Zobaczymy.

Już od samego początku nudno nie jest. Mocnym otwarciem jest Angels of Mercy, riffy gitarowe wraz z dobrą perkusją robią swoje. Wokal Ralfa jest, jak trzeba oraz do tego te wspaniałe chórki. No nie mogę uwierzyć, otwarcie idealne po prostu. Jego integralną a przez to doskonałą kontynuacją jest End is Near. Solówka zawarta na końcu tego utworu to istny majstersztyk. Bullets & Tears jest podobnie dynamicznym numerem. Do tego napisane bardziej pod lekko rock’ n’rollowy klimat solo jest dobre. Natomiast tytułowy Rulebreaker posiada inne atuty w postaci swobodnych przejść temp z wolnych w szybkie, czego nie usłyszałem we wcześniejszych kompozycjach. Riffy też trochę inne, ale równie dobre. In Metal we Trust to znowu przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach.

Podczas słuchania In Metal we Trust to znowu czułem przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach. W We Walk Without Fear występuje u mnie paradoks doznań. Początek otwiera dźwięk pozytywki. Symfoniczno/elektroniczne intro skutecznie buduje napięcie. Potem wchodzą gitary, ale elektronika pozostaje. Następuje zwolnienie tempa. Śpiew i zmiany wokali Ralfa dodają nastroju, lecz nie wiedząc czemu, lekko zaczynam się nudzić. Znowu z drugiej strony chce się tego słuchać, bo konstrukcja tego utworu jest intrygująca, szkoda, że nie jest to ballada. Jednak mimo wszystko za długa jak dla mnie.

At War With The World posiada jedną z najlepszych solówek na całej płycie. The Devil In Me też jest dobre. Nawet wiem, co mi przypomina, klimat Black Sabbath z czasów DIO, a może nawet Tony’ego Martina. Constant Heart to wokalne wejście Ralfa z buta, jego charakterystycznym falsetem. Tu uświadczymy go najwięcej, co akurat mnie bardzo cieszy. Potem następuje ballada The Sky Is Burning-1, która znowu o dziwo, jest bardziej nastrojowa od tej, której dane mi było słuchać wcześniej. Utwór Raving Mad to znowu Ralf, falset, dobre riffy, wspaniałe zamknięcie płyty. Jak dotąd ta kompozycja jest najlepszą, zamykającą heavy metalowy album. Serio. Moment. Nie ma się do czego doczepić. Nawet jakbym chciał. Czy ja śnię? Jeśli tak to mnie nie budźcie. Tak serio jednak, mamy tutaj do czynienia, z wieloma bardzo dobrymi utworami. Jednak dwie pierwsze petardy, czyli Angels of Mercy” oraz End is Near wskakują u mnie na pierwsze miejsce. Na drugim, przez co zamykającą najlepszą trójkę jest jednak Constant Heart. Wielkie słowa uznania kieruję w stronę gitarzystów, czyli Toma Naumanna, Alexa Beyrodta i Magnusa Karlssona. To dzięki wam ten album jest przepełniony heavy metalową energią, wiadomo, z momentami oddechu, ale jednak. Ja za to powiem jedno: ,,Od złego albumu zacząłem, jeśli chodzi o Primal Fear. Nie popełnijcie mojego błędu”. Ten bowiem uważam za najlepszy.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Crystal Viper – Queen Of The Witches (2017)

Myślę sobie, coś znowu ze swojego kraju znaleźć dobrego trzeba, a nie tylko cudze chwalić. Z tego powodu odświeżyłem sobie, nie aż tak zakurzony album katowickiej grupy Crystal Viper, zatytułowany Queen Of The Witches, wydany 17 lutego 2017 roku przez AFM Records. Dlaczego oni? Czy może z faktu, iż, Marta Gabriel, przez niektórych określana ,,Polską Królową Heavy Metalu” jest ich wokalistką? Może też, dlatego iż od czasu mocnego rozczarowania Battle Beast jestem nienasycony żeńskim wokalem heavy metalowym? Wszystko po kolei.

Od samego początku nie jest źle. Mówię tu o The Witch Is Back, ten krzyk Marty na początku to mistrzostwo świata. Choć riffy nie są złe i motoryka gitar też, solówka gitarowa też jest niczego sobie. Otwarcie płyty może nie genialne, ale też nie złe, singiel spełnił swoją funkcję doskonale.

I Fear No Evil oprócz riffu wpadającego w ucho oraz ciekawych zmian temp. Dostarcza też w miarę dobrej partii solowej. When the Sun Goes Down jest natomiast znacznie wolniejszy i nie udaje czegoś, czym nie jest. Nawet w pewnych momentach podchodził mi pod balladę lub jakieś wprowadzenie muzyczne. Jako drugi singiel promujący był gorszy od pierwszego. Trapped Behind to typowa ballada, jednak dzięki wokalowi Marty nabrała ona klimatu, nawet płakać mi się po niej chciało.

Do or Die to już mocniejsza dawka energii i wirtuozerii gitarowej. Burn My Fire Burn pozostawię bez komentarza. Jest po prostu przeciętną kompozycją, która poza wirtuozerskimi zagrywkami i solówką nic mi nie daje. Flames and Blood to kolejny energetyczny zastrzyk, którego potrzebowałem, więc wreszcie jest dobrze. We Will Make It Last Forever o dziwo jest drugą balladą, ale lepszą od pierwszej, serio, bo chociaż więcej instrumentów można usłyszeć. Rise of the Witch Queen to po wytonowaniu, kolejna dawka mocy. Dynamiczno- statecznym zakończeniem albumu jest See You in Hell, bo tu standarty stylu też są zachowane. O dziwo zakończenie troszeczkę bardziej mi się podobało od utworu otwierającego.

Podsumowując. Sam zespół w porównaniu do poprzednich płyt zapętlił się trochę a przez to na przestrzeni czasu, nic pionierskiego do swojego stylu nie wniósł. Do tego, jak dla mnie, sama płyta nie jest do końca spójna muzycznie. Rozumiem potrzebę eksperymentów, naprawdę jednak jest kilka utworów, które ani nie są dynamiczne, ani nastrojowe, mam tu na myśli I Fear No Evil czy Burn My Fire Burn. Wokal Marty Gabriel jako kobiecy w heavy metalu jest bardzo charakterystyczny, jednak nie samym wokalem uszy żyją. Choć fakt jest Polską Królową Heavy Metalu. Jeśli chodzi o moich ulubieńców, to tutaj wygrywa druga ballada, czyli We Will Make It Last Forever a z dynamicznych pocisków Rise of the Witch Queen, See You in Hell oraz The Witch Is Back. Album jest też przepełniony oczywiście solówkami i popisami wirtuozerskimi, jednak dopiero po ponad połowie moje uszy odżyły, więc biorąc wszystkie te czynniki pod uwagę, nawet wokal werdykt z mojej strony może być jeden. Tak tylko jeszcze dodam, iż, ostatnio bardziej śledząc poczynania Crystal Viper, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany przez nich najnowszy album zatytułowany Tales Of Fire And Ice. Tak czy inaczej, Queen Of The Witches nie jest może albumem perfekcyjnym w każdym calu, ale nie jest też fatalny, lecz mimo wszystko od najnowszej płyty oczekiwać będę znacznie więcej.

8/10