Kategorie
Bez kategorii

Crystal Skull – Ancient Tales (2020)

Szukając czegoś z gatunku heavy/power, natknąłem się na włoski zespół Crystal Skull. Okazuje się on tworem jednej osoby, dokładnie Claudio Livery znanego jako ,,The Reaper”. Dokładnie 17 czerwca 2020 roku za pomocą Undergraund Symphony, Crystal Skull wydał swój debiutancki album, zatytułowany Ancient Tales. Cóż, zatem słuchawki na uszy. Nie oczekując niczego, usłyszę jak się spisał się ten Claudio Livera. Zaczynamy.

The Book jest krótkim interem , z dość dobrą deklamacją autora, lecz potem tempo się zmienia, dzięki dynamiczniejszym riffom i gwałtowniejszym partiom perkusji. Na samym końcu z deklaracją: ,,We are Crystal Skull”. Jako otwarcie dobry, choć bez rewelacji. Land Of The Dead jest dynamiczny od samego początku. Dobrym patentem są nagrane tzw. wokale wspierające. Wokal główny jest dobry, bo nieprzekombinowany. Choć w pewnych momentach jego angielszczyzna mogłaby być wyraźniejsza. Jeśli chodzi o gitary? Jak dla mnie bardzo dobre. Solówka też niczego sobie. Jest lepiej, niż się spodziewałem.

Stormaxe, to trochę inne riffy, dalej z powiewem energii. Nie wiem czemu tutaj wokale (główny jak i wspierający) są odrobinę słabsze. Sam utwór jest już też trochę mniej przebojowy. Mimo to solówka wspierana blastami zła nie jest. Tzw. ,,góry” jeśli chodzi o wokal, Claudio mógłby mieć lepsze. Wstęp do Crystal Legions, jest wolniejszy, ale tylko przez moment. Wokal poprawiony, a riffy też w miarę. Dobrze obrany kierunek.

Początek Tears Of The Night, jest istną petardą! Wreszcie ochota na headbanging wraca! Przebojowość wraca na odpowiednie tory. Riff prowadzący jest bardzo dobry. Perkusja też. Jest to jeden z najlepszych utworów z płyty jak na razie. Do tego na sam koniec Claudio dorzuca dobre solówki. Jest coraz lepiej Crystal Skull. The Eyes podtrzymuje tempo. Jest jak dotąd jedynym singlem z tej płyty. W sumie jako taki nie jest zły. Tu wokale są najlepiej zrobione. Wszystko jest poukładane i bez mankamentów. Choć tu mam do czynienia z najlepszą solówką z płyty! Na równi z Tears Of The Night, The Eyes staje się moim ulubionym utworem z tego albumu.

Die By My Axe, ma krótki, lecz treściwy wstęp gitarowy. Pomimo średniego tempa riffy przeplatające się, umiejętnie zapowiadają burzę. Tak owa słusznie nastąpiła! Jednak jej rozmiar, mnie odrobinkę rozczarował, ale nie jest źle. Zastrzyk energii bowiem dostałem, oprócz tego tu, też jest dobra solówka. Kompozycja mimo lekkiego zawodu jest dobra, ale nie genialna. The Last King miał być chyba w pierwotnym zamierzeniu balladą? Najwidoczniej plany ulegają zmianą, albo The Reapier postanowił poeksperymentować. Gdyż wyszedł faktycznie klimatyczny utwór, z partiami akustycznymi, ale jednak z partiami, które raczej balladom nie towarzyszą. Z drugą solówką gitarową na płycie, to fakt, ale jest to utwór pół na pół. Choć tzw. chwytliwości odmówić mu nie można. Dobry jak dla mnie na singiel nr. 2. Zamykający album Lake Of Dreams jest równie klimatyczny, choć ma więcej cech ballady. Jest też zdecydowanie wolniejszy i spokojniejszy, ma też refleksyjniejsze teksty. Jednak w ostateczności owa ballada jest dobra, jedynym drobiazgiem, który sprawia, że nie jest genialna, to wokal.

Debiutancki Ancient Tales, jak dla mnie jak na power/heavy metal, nie jest zły. Nie jest na pewno prekursorki, to fakt, ale już wolę, proste i sprawdzone patenty, niż kombinowanie na siłę. Choć co do efektów, jakie przyniósł utwór The Last King, to mam dość mieszane opinie. Niepodważalnym faktem, jest, że został stworzony przez jedną osobę. Inwencji twórczej jeśli chodzi o riffy, chociażby, odmówić Claudio nie można. Znalazły się też trzy kompozycje, warte wielokrotnego odsłuchu. Dokładniej Tears Of The Night, The Eyes oraz Die By My Axe. Jedynym utworem, którego wymazanie nie zaszkodziłoby płycie jest Stormaxe, to tak na marginesie. Sama płyta Ancient Tales, na chwilę obecną jest dla mnie mocnym kandydatem na godny uwagi album 2020 roku, jeśli chodzi o nurt power/heavy.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Firewind – Firewind (2020)

Poszukując czegoś z nurtu heavy i power metalu, natknąłem się na grecki Firewind. Ucieszył mnie fakt, iż zespół wydał swój dziewiąty album 15 maja 2020 roku zatytułowany po prostu „Firewind”. Wydawcą krążka jest AFM Records. Czy okaże się godnym kandydatem na album tego roku w swoim gatunku? Przekonać można się tylko w jeden sposób, oczywiście odsłuchując go!

Otwierający „Welcome to the Empire” zaczyna się  dosyć łagodnie, od gitarowych popisów Gusa,  trochę w neoklasycznym stylu, jednak bardzo nastrojowym. Później jest bardziej hardrockowo – chodzi o przejścia perkusyjne. Natomiast wokal Herbiego nie powala, wręcz dezorientuje słuchacza. Jak dla mnie średnio, pomimo dobrego riffu oraz solówki. Z „Devour” jest znacznie lepiej, bardziej heavy metalowo. Odpowiednia dynamika, wokal Gusa jest „na swoim miejscu”, obowiązkowa solówka i  umiejętnie w nią wpleciona perkusja.

Początek „Rising Fire” jest nietypowy. Elektronika połączona z elementami corowymi? No cóż… Można? Pewnie, że tak. Na szczęście w dalszej części mamy czysty heavy. Do tego z nie byle jaką solówką, a raczej dwoma…trzema? Nie! Aż czterema! Jednak jeśli chodzi o tzw. „przebojowość” to jednak „Devour” na chwilę obecną jest lepszy, zostawiając „Rising Fire” nieco z tyłu. „Break Away” stopniowo wprowadza klimat, który znam z Beast in Black. Natomiast będąc ,,podekscytowanym” i czekając na przysłowiowy ogień, dostaję k…. w twarz! Mam tu na myśli zupełnie niespodziewane przejścia, do tego jeszcze z przekształconym wokalem w tle. Nie oszczędzono mi tu rozczarowań, bo utwór okazał się tak naprawdę nijaki. Pomimo wokalu wspierającego oraz solówek, dynamika jednak jest zbyt mała. Także tu kapela „dała d…”.

No! Wreszcie, k…. ! „Orbitual Sunrise” ratuje sytuacje. Tu od samego początku do końca jest to, co lubię! Dynamika, czysty wokal w stylu Roba z Judas Priest z domieszką barwy Yannisa z Beast in Black, swoją drogą ich rodaka. Lepiej późno niż wcale. Wreszcie uruchomił mi się Headbanging! „Longing to Know You” to miała być z założenia ballada przez duże „B”. Nie można kompozycji odmówić nastroju, wokal Herbiego „chwyta za serducho”, jednak ciężko do końca określić ten kawałek jako balladę. Poruszył mnie, ale nie wzruszył, a to są dwa, trochę różne stany. Mimo wszystko.

„Perfect Stranger”  jest dosyć energetyczny. Słychać w nim sporo blastów w połączeniu z dobrym riffem. Jednak czegoś mu brakuje. Niewiele, a jednak. Z „Overdrive” mam identycznie, choć tu są wreszcie jakieś partie keybordu. Natomiast początek „All My Life” przypomina fragment utworu Sabaton „White Death”. Riff jest krótszy, ale śmiało, można powiedzieć, że niemalże identyczny. Pomimo tego wpada w ucho właśnie z powodu owych podobieństw. Pozostałe riffy też są bardzo dobre. Wszystkiego dopełniają jednak solówki. Wreszcie! „Space Cowboy” to kolejny, genialny popis umiejętności Gusa. Szkoda, że tzw. efekt ,,wow” psują lekko przekombinowane przejścia. Po ch….. było tak kombinować? Nie wyszło to dobre. Oj nie.

Zamykający „Kill the Pain” jest technicznym mistrzostwem, również bardzo energetycznym. Jednak jeśli chodzi o głos, akurat w tym utworze wokalista nie dotrzymał kroku instrumentom. Czemu tak się stało? Nie wiem.  Płyta kończy się mocnym akcentem, aczkolwiek
w przypadku „Kill the Pain” znowu z niedosytem.

Podsumowując, powiem tak… „miotaczem ognia” ten album zdecydowanie nie jest. Pomimo ogromnej pracy, jaką Gus włożył, w napisanie partii gitarowych to z pozostałymi zgrał się dobrze tylko w dwóch kawałkach. Mam tu na myśli „Orbitual Sunrise” oraz „All My Life”. W większości kompozycji z akcentem na prawie dobrze” było, to co pisał. Nie wiem, czy wszystko Gus tworzył sam, czy w porozumieniu z resztą zespołu? Dla mnie „Firewind” jest tylko momentami mocny i żywiołowy, ale zdecydowanie za mało było „huraganu”, a za dużo „zefirku”. Czuję się lekko rozczarowany. Nie tego oczekiwałem po tym krążku. Zdecydowanie ten krążek nie będzie mocnym kandydatem na płytę heavy/power z 2020 roku.

Korekta: Sylwia Prekurat

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Primal Fear – Metal Commando (2020)

Niemiecki Primal Fear powraca! 24 lipca grupa wydała swój trzynasty album zatytułowany „Metal Commando”. Jest to też ich pierwsza płyta nakładu Nuclear Blast. Jeśli chodzi o sam skład, w zeszłym roku do kapeli dołączył perkusista Michael Ehre, który na stanowisku tym zastąpił Francesco Jovino. Z ich ostatniego wydawnictwa „Apocalypse”, niestety, nie byłem zadowolony. Tym bardziej pełen nadziei, zabieram się za ich najnowszy krążek. Czy okaże się on lepszy od ostatniego? No cóż, jest tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać.

„I Am Alive” jako pierwsza kompozycja i jeden z singli, od pierwszych dźwięków pokazuje, z czym mamy do czynienia. Gitarowe riffy kopią, gdzie trzeba wraz z odpowiednimi blastami w tle. Przejścia perkusyjne są tu mocne, niezwykle precyzyjne i wyraziste. Dodając do tego wokal Ralfa, mamy co trzeba. Trzyma poziom! Otwarcie idealne! Chociaż ten riff nie jest do końca oryginalny, już go gdzieś słyszałem. „Along Came the Devil” jako singiel jest właściwą kontynuacją albumu. Zwłaszcza przez wysokie partie wokale Ralfa. Robią one wrażenie! Jest dobrze, bo jest energia. Wreszcie słychać też popisy Toma.

Natomiast „Halo” nie trzyma już poziomu poprzednich kompozycji. Tempo wzrasta, choć poziom techniczny gitarzystów nie. Mimo wszystko utwór można zaliczyć do kategorii tych dobrych. Utwór „Hear Me Calling” jako ballada daje radę. Jako singiel również. Chociaż w moim odczuciu, wstęp trochę za długi. Tekst jest refleksyjny, ale nie łzawy, co czyni go znośnym w odsłuchu. Gitary brzmią świetnie, więc nie mam do czego się tutaj przyczepić. Jedynie może jako do całokształtu kompozycji. No! Na to czekałem! Początek „The Lost & the Forgotten” przypomina mi „The End is Near z Rulebreakera”. Do tego ten ryk! To jest mój numer jeden! Tu jest wszystko! W tym jedna z najlepszych solówek na tej płycie!

„My Name Is Fear” jak dla mnie również brzmi idealnie. Kolejny utwór do kolekcji ulubionych na playliście. „I Will Be Gone” to wreszcie prawdziwa ballada, nie tylko przez magię gitar akustycznych, ale też przez wokal i wzruszający tekst. Zespół stanął tu na wysokości zadania.  „Raise Your Fists” chociaż wzrusza, dostarcza też odpowiedniej dawki heavy metalu, dobrze znanej z poprzednich utworów z tej płyty.

Natomiast „Howl of the Banshee” nie powala słuchacza na kolana. Jest kolejnym z tych ,,dobrych” utworów. Nawet solówka nie była w stanie go uratować, chociaż miałem taką nadzieję. Podobnie ma się sprawa z „Afterlife”. Niby niczego nie brakuje, ale w ostateczności całą kompozycję „trzyma” jedynie gitara.

Zamykający „Infinity” to zupełnie inna historia! Neoklasyczne gitarowe otwarcie, nastrojowy wokal Ralfa – zakładam więc, że mam do czynienia z długą balladą. Potem następują zmiany tempa, budując napięcie. Sama długość utworu to najważniejszy, wirtuozerski pierwiastek i pełnia barw różnorakich dźwięków. Dla miłośników tego rodzaju kompozycji jest to epicki majstersztyk. Bo dla mnie właśnie jest!

 Primal Fear jak dla mnie powraca w całej, swojej klasie i okazałości! Cieszy mnie to niezmiernie. „Metal Commando” na chwilę obecną jest najlepszym krążkiem heavy/power metalowym tego roku. Dlaczego? Już same cyfry mówią za siebie. Bowiem osiem z jedenastu utwór zagości na mojej playliście na stałe! „The Lost & the Forgotten”, „My Name Is Fear”, „I Am Alive”, „I Will Be Gone”, „Raise Your Fists”, „Afterlife”, „Along Came the Devil” oraz najdłuższy „Infinity”. Do tego zaje…a okładka. Brawo Primal Fear! Pozostaje mi tylko czekać na wasz koncert. Do zobaczenia znowu na żywo!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Brothers of Metal – Emblas Saga (2020)

Ach ta Szwecja. Ponownie mając do czynienia z zespołem z tego kraju, a dokładnie Brothers of Metal, nabrałem ochoty na odrobinę fuzji heavy metalu z viking metalem. Akurat tak się złożyło, iż właśnie ten zespół wydał swój drugi już album zatytułowany „Emblas Saga” dokładnie 10 stycznia 2020 roku nakładem AFM Records. Czy owo połączenie gatunków okaże się trafione? Po przesłuchaniu płyty, rzecz jasna, napiszę parę słów o swoich wrażeniach i odczuciach dotyczących krążka.

Intro „Brood of the Trickster” jest epickim wstępem do całego albumu. Lektor specyficznym tonem głosu wprowadza słuchacza w magiczny świat dźwięków. „Powersnake” to od samego początku heavy metal na wypasie. Dobrym zabiegiem jest w tym utworze zarówno męski jak i damski głos, w tle zaś słyszymy okrzyki Wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, jest nieźle. Nastrój budują spokojniejsze fragmenty i kobiecy wokal. Natomiast solówka gitarowa, jak dla mnie, jest trochę jakby wciśnięta na siłę. 

„Hel” otwiera niezły riff, w tle słyszymy okrzyki. Kawałek opowiada historię Hel, władczyni Krainy Umarłych, dziwną i niepokojącą. Tutaj jednak solówka dobrze się wkomponowuje. „Chain Breaker” oprócz tego, że jest dynamiczny i wokalista potrafi dobrze screamować, to nic nowego nie wnosi. Choć przyznać trzeba, że duet dwóch, różniących się od siebie wokali jest ciekawy, aczkolwiek tylko tyle. 

„Kaunaz Dagaz”, jak dla mnie, brzmi dziwnie. Muzycznie jest na poziomie przeciętnym. Broni się tylko jednym, bardziej thrashowym riffem i gitarową solówką. Natomiast spotkanie z partiami wielogłosowymi już miałem, więc nie ma tutaj zaskoczenia. Początek „Theft of the Hammer” przypomina mi trochę Amon Amarth, kiedy przestawili się na heavy metalowe kompozycje. Pomimo podobieństw, gitary sprawiają, iż bardzo dobrze się go słucha.

„Weaver of Fate” jest balladą, która jednak nie spełniła moich oczekiwań. Pomimo dobrego, damskiego wokalu i krótkiej solówki, nie ma tego czegoś. „Njord” jako pieśń o bogu mórz i opiekunie kupców, sama w sobie jest dobra, jeśli spojrzeć pod kątem lirycznym. Muzycznie broni się na tyle, że da się ją przesłuchać w całości.

Tytułowa „Emblas Saga” wreszcie porusza mnie na tyle, że budzę się z letargu. Śpiew w wykonaniu Ylvy w ich ojczystym języku sprawdził się w tym utworze idealnie. Deklamacja lektora, dobre tło muzyczne, ciekawe partie gitarowe i różnorodne barwy wokali zdały egzamin. Ten kawałek wprowadza wreszcie w epicki nastrój.

„Brothers Unite” rozpoczyna się dość spokojnie, wręcz flegmatycznie. Spodziewając się czegoś nowego, otrzymuję jednak znane mi już patenty. Nawet fragment, w którym słychać „zaśpiewy Wikingów podczas uczty”, nie ratuje tego utworu. Wprowadza natomiast słuchacza w zniecierpliwienie.  Zaczynający się epicko „One”, jest wręcz łagodny w swoim brzmieniu. Do tego screamujący wokal, uzupełnia drugi głos deklamacją. W dalszej części utworu znowu pojawia się Ylva. To wszystko razem brzmi na tyle dobrze, że mogę „One” zakwalifikować do udanej ballady. 

Przedostatni „Ride of the Valkyries” jest dynamiczny, choć nie na tyle, aby uznać trafność jego tytułu. Pomimo chęci i niezłych gitar, czegoś jednak zabrakło. Więc w ostateczności, jednak NIE!. Zamykający „To the Skies and Beyond” charakteryzuje dobra solówka gitarowa, riff jest dosyć chwytliwy, duety wokalne też dają radę. Także ostatni kawałek można uznać za znośny, wraz z symfonicznym zakończeniem.

Reasumując, na koniec powiem tak, jeśli chodzi o heavy metal o tematyce nordyckiej, to nie jest to fuzja na każdą okazję. Trzeba mieć odpowiednie nastawienie i dystans. Lirycznie jest przyjemne dla ucha, muzycznie ratują ten krążek od katastrofy „Powersnake”, „Theft of the Hammer”, „One” oraz „Ride of the Valkyries”. Sam album jednak na dłuższą metę nie zapada w pamięć . Zapewne wrócę do któregoś z tych utworów przy okazji gry komputerowej o tematyce nordyckiej, lecz raczej nie nastąpi to prędko.

Korekta: Sylwia Prekurat

5/10

Kategorie
Bez kategorii

Kamelot – Eternity (1995)

Z racji powrotu mojego zamiłowania do power metalu i jego pochodnych, po dłuższej przerwie ponownie wziąłem się za amerykański zespół power/heavymetalowy Kamelot. Wybór padł na jego debiut Eternity, wydany przez Noise Records 23 sierpnia 1995 roku, czyli równe dwadzieścia pięć lat temu. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? No i czy lub w jakim stopniu zespół muzycznie ewoluował? Kilka przesłuchań i przynajmniej dla mnie to będzie na tyle jasne, aby udzielić jednoznacznych odpowiedzi.

Pierwszy kawałek, tytułowy Eternity, ma pompatyczny symfoniczny wstęp, co skutecznie przykuwa uwagę, później natomiast pojawia się riff otwierający. Kiedyś sam utwór wydawał mi się nijaki, może dlatego, że byłem dość mocno zakręcony na punkcie innych zespołów, kiedy w 2005 roku parę płyt Kamelota pojawiło się na moim discmanie. Dziś solówka oraz zmiany tempa, niepozwalające jednoznacznie go zakwalifikować, no i oczywiście bardzo dobry wokal Marka Vanderbilta sprawiają, że Eternity ponownie trafia na moją playlistę. Bardzo dobry numer otwierający płytę. Black Tower również nie jest gorszy. Zwiększona jest oczywiście dynamika samej kompozycji, pojawia się też więcej dobrych gitarowych popisów Thoma.

Na Call of the See słyszę riff, który wydaje mi się znajomy. Serio, albo to inny zespół inspirował się tym utworem, albo na odwrót. Tak czy inaczej, jest bardzo chwytliwy. Kolejna dobra solówka Thoma. Tu znowu przebojowość oraz budowanie napięcia wygrywają i mam kolejnego nowego ulubieńca z tego albumu. Jest bardzo dobrze. „The see is calling me!”. Równie dynamicznemu Proud Nomad też nie mam nic do zarzucenia, gdyż pomimo przewidywalności pewnego rodzaju różnorodność riffów gitarowych autorstwa Thoma nie pozwala mi się znudzić. Co ciekawe, mam wrażenie, że Red Sands jest swego rodzaju kontynuacją poprzedniego utworu. Jeśli nie liryczną, to muzyczną, bo zaczyna się z tak zwanym przytupem, do tego chyba pierwszy raz słyszę w nim wokal wspierający Thoma. Tu też jest jedna z czterech najlepszych jak dla mnie solówek na tej płycie, co z miejsca klasyfikuje Red Sands jako mój trzeci „nowy” ulubiony utwór z tego albumu. Z One Of The Hunted mam podobnie. Kiedyś wydawał mi się taki sobie, bez jakiegoś szału, a teraz wręcz przeciwnie. Krótko mówiąc, pierwsza połowa albumu Eternity jest rewelacyjna!

Z Fire Within jest odrobinę gorzej, bo z jednej strony może być to ballada, a z drugiej utwór balladopodobny. Zakładając, że mam do czynienia z balladą, to ratują ją tylko nastrojowe partie gitarowe, bo słuchając tekstu, jakoś nie poczułem potrzeby refleksji czy też wzruszenia. Warbird natomiast jak szybko wlatuje, tak wylatuje. Jeśli chodzi o dobrą balladę, a przynajmniej lepszą od poprzedniej, to jest nią What About Me. Tu wokal jest jednoznacznie ukierunkowany, tekst też jest refleksyjny, więc nie jest może genialnie, ale tragedii nie ma. Etude Jongleur jest instrumentalnym przerywnikiem przed zamykającym płytę The Gleeman, który swoją rolę spełnia po latach znakomicie. W porównaniu do moich nowych ulubionych kompozycji jest przebojowy, choć już bardziej przewidywalny (co w jego przypadku nie jest zarzutem),a partie keyboardowe są w nim wręcz magiczne.

Podkreślę to jeszcze raz: o dziwo, czas okazał się bardzo łaskawy dla debiutanckiego albumu Kamelotu. Dowodzi to, że nawet po latach można zostać pozytywnie zaskoczonym. Sam zespół oczywiście ewoluował, dodając trochę więcej elementów symfonicznych do swoich następnych płyt. Jak dla mnie z perspektywy czasu ten konkretny debiut można uznać za bardzo udany. Sam żałuję, że nie od niego zaczynałem swoją przygodę z amerykańskim Kamelot. Czy powrócę do następnych płyt tego zespołu? Sam nie wiem, możliwe, że tak. Na chwilę obecną Eternity staje się dla mnie ulubionym albumem Kamelotu, pomimo iż znam ich późniejsze dokonania.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Gamma Ray – Heading For Tomorrow (1990)

Z pewnymi zespołami ,jest tak, że, się niby je zna, ale nie za dobrze, bo kojarzy się jedynie po jednej ze znanych osób. W przypadku niemieckiego Gamma Ray wydawał mi się on znajomy, nie przez wzgląd na byłego członka i wokalistę Halloween, bo byłoby to kłamstwem,ale dlatego, że, znam inną osobę, której głos rozpoznam wszędzie. Mam tu nam myśli Ralfa Scheepersa i jego obecny zespół Primal Fear. Dziś rozprawiać będę o debiucie Gamma Ray wydanym 27 lutego 1990 roku. Czy po trzydziestu latach nadal potrafi wprawić w zachwyt lub ewentualną rozpacz? Okazać się to może jedynie po wielokrotnym odsłuchaniu owego krążka.

Tytuł samego intra jest w sumie oczywisty. Po prostu Welcome. Dynamika na Lust for Life była i jest nadal obecna, już, chociażby przez dźwięk gitar i doskonale dopasowaną perkusję jest obecna. Wokal Ralfa jako prowadzący jest bardzo dobry, uzupełniają go też dobre partie chóru. Przejścia wykonane za pomocą gitary akustycznej są rozwiązaniem, na które trudno wpaść. Do tego jeszcze dwie doskonałe solówki gitarowa na koniec. Na Heaven Can Wait jedyne co jest inne to niby brzmienie sprawiające wrażenie, że jeszcze jest keyboard, którego nie ma. No i więcej wokalu wpierającego Falfa. Kolejna dobra solówka gitarowa. Początek Space Eater jest istnie kosmiczny do tego jeszcze ta dość długa partia Rafla. Oprócz tego inne niż dotąd przejście perkusyjne, zmieniające trochę tempo. Nadal robi wrażenie. Oprócz tego bardziej słychać na nim gitarę basową oraz dobrą solówkę gitarową. Kolejne utwory, czyli Money, Hold Your Ground, Free Time są odpowiednio szybkie. Motoryka była i jest zachowana przez to doskonale. Wyjątkiem jest bardzo dobra ballada The Silence. Odpowiednio nastrojowa przed wokal Ralfa oraz dobrą aranżację. Jedyne ,,ale” miałem i nadal mam, do zamykającego płytę tytułowego Heading for Tomorrow. Ponad piętnaście minut. Nic odkrywczego, oprócz zbyt dużą ilością solówek. To był akurat nietrafiony zabieg. Znam lepsze utwory tego typu.

Jeśli chodzi o debiut. Jak na tamte czasy był dobry. Większość utworów z tej płyty była grana przez Gamma Ray, nawet po odejściu z grupy. O tym, że był dobry, świadczyć może fakt, iż, po niecałym roku zespół wypuścił swój drugi album zatytułowany Sigh No More. To już jednak inna historia. Jeśli chodzi o ten album, znowu moje lista ulubionych kompozycji uległa lekkiej zmianie. Są to bowiem teraz Lust for Life, Space Eater, Money oraz The Silence. Wszystkie inne są więcej niż przeciętne. Gdyby nie drobny mankament w postaci tytułowego Heading for Tomorrow, dałbym prawie najwyższą notę. Będąc jednak sprawiedliwym. Biorąc pod uwagę, że albumu pomimo upływu trzydziestu lat, słucha się go jednym tchem, ale jednak mam nieodparte wrażenie, że, został nagrany trochę na siłę. To mu trochę ujmuje w moich uszach.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Thrasher – Burning at the Speed of Light (1985)

Z projektami różnie bywa. Czasami są długotrwałe, a czasami nie. Ten pomimo iż, okazał się jednorazowym przykuł moją uwagę na tyle, że postanowiłem nabyć go w postaci klasycznego CD. Do tego był relatywnie tani bo za niecałe dwadzieścia złotych. Mniejsza, jedyny album projektu Thrasher, założonego przez Andiego ,,Ducka” MacDonalda i Carla Canedyiego, zatytułowany Burning at the Speed of Light, wydany został w 1985 roku przez Combat Records, a w 2007 roku przez nasz polski Metal Mind Productions. Czy po trzydziestu pięciu latach owa płyta jest kamieniem milowym heavy i thrash metalu tamtych czasów lub też zwykłą ciekawostką wydawniczą? No i czy jest warta polecenia? Postaram się odpowiedzieć wam na te wszystkie pytania.

Warto zaznaczyć, iż, w niektórych kompozycjach skład muzyczny ulegał zmianie. Jak chociażby gitara basowa. Otwierający Hot nad Heavy już po samej gitarze pokazuje, iż, mamy do czynienia z rasowym heavy metalem. Wokal Branda Sinsela sprawdza się bardzo dobrze, a solówka pojawiają się, gdzie trzeba. Wokale wspierające, czyli Dickie Peterson, Carl Canedy, Christa Keller i Tim Paterson zrobili również dobrą robotę. Ride the Viper to dalej heavy, jednak mam wrażenie, iż, bas jest momentami bardziej wyeksponowany, do tego gitary brzmią bardziej thrashowo jednak, co najlepsze to jestem pewien, że za gitarowe popisy odpowiada tu Andy ,,Duck” MacDonald. Trzeci natomiast Widowmaker nabiera bardziej speed metalowej stylistyki, perkusja bowiem wraz z gitarami pędzą jak szalone. Choć Brand Sinsel nadąża, czym udowadnia swój muzyczny kunszt i elastyczność. Black Lace nad Leather to jednak z upływem czasu rozczarowanie, gitary niby dobre, perkusja też, ale jakoś brakuje tego czegoś. Jednak na przestrzeni poprzednich kompozycji ta jest po prostu przeciętna. Poza tym dodano dodatkowy bas, Marsa Cowlinga i Neda Meloniego. Przekombinowali po prostu i tyle.

Piąty utwór wraca na odpowiedni poziom, zwłaszcza jeśli chodzi o gitarowe kwestie. Prostota jednak jest najlepsza Andy. Natomiast wejście perkusji było doskonałe, zresztą tak samo jak gitary. Jednak w tych dwóch kompozycjach zmieniono głównego wokalistę. W She Likes It Rough zaśpiewał James Rivera, a w Sliping Away Rick Caudle. Czy to źle? Oj nie, wręcz przeciwnie. W kolejnych następnych też pojawili się nowi. Na tytułowym Burning at the Speed of Light zaśpiewał Dan Beehler, na przedostatnim Bad Boys usłyszymy Rhetta ,,Southter Gentelman” Forrestera a na zamykającym krążek Never Say Die, Kerry Witting wraz z Andym.

Tak czy inaczej, ta płyta to solidny kawałek zarówno heavy, thrashu jak i speed metalu. Burning at the Speed of Light jest wizytówką nowojorskiej sceny metalowej tamtych czasów. Pomimo jednego przeciętniaka w postaci Black Lace nad Leather, wszystkie inne kompozycje są naprawdę świetne. Czy ten krążek okazał się owym kamieniem milowym w rozwoju sceny nowojorskiej w 1985 roku? Raczej nie, ale jak wspomniałem jest ponadczasową wizytówką tamtych lat. Polecam w ciemno wszystkim, sam nie żałując ze, tak właśnie owy krążek zakupiłem. Kupiłbym go jeszcze raz!

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Judas Priest – British Steel (1980)

Tak to jest z dobrymi zespołami, że samemu się chce do nich wracać. Tak właśnie jest u mnie z brytyjskimi tytanami heavy metalu czyli, Judas Priest. Dziś przekonam się, czy nieśmiertelny British Steel wydany w 1980, ale przeze mnie przesłuchany pierwszy raz w 2000 roku wielokrotnie, dalej zasługuje na miano jednego z ponadczasowych albumów w dorobku Judas Priest? Czy czas zadziałał na korzyść tego krążka? Nie mogę się doczekać, aby się o tym przekonać.

Rapid Fire już od samego początku czaruje dobrym riffem. Solówka dalej pozostaje tą, która jak już wejdzie do głowy, to tak łatwo nie wychodzi. Wokal Roba tu też jest bez zarzutów. Co ciekawe z czasem Rapid Fire wydał mi się bardziej chwytliwy niż na samym początku. Następny Metal Gods ma trochę bardziej rockową strukturę jak dla mnie, gdzie jednak perkusja jest postawiona na pierwszym planie, zaraz za gitarami. Singlowy Breaking The Law dalej pozostaje w panteonie muzycznych wizytówek Judas Priest. Wspomnę tylko, że, jak na tamte czasy pomysł na napad zespołu na bank, gdzie jeszcze w sejfie jest właśnie złota płyta, w pełni zasłużona za album British Steel. Istny majstersztyk jak na 1980 rok, czyli tytułowe złamanie prawa. Jeśli chodzi o muzykę, to gitara basowa daje fajne tło do perkusji oraz łagodniejszego wokalu Roba.

Z utworem jest jak z dobrym alkoholem. Muszą być ku temu odpowiednie okoliczności. Choć gitarowa solówka w każdych okolicznościach jest godna uznania. Do tego ten cowbell zastosowany przy zmianie tempa, do tego minimalistyczne wprowadzanie riffów też jest interesujące. To w ostateczności sprawia, iż, Grinder staje się jednym z moich nowych ulubionych utworów z tej płyty. Gdzie najlepiej pasuje przytłumiona gitara ? Oczywiście, że w kompozycji United, która była drugim singlem promującym ten album. Brzmi tam ewidentnie jak ostrzący się miecz czy inna stalowa broń. Pasuje w niej też chór wspierający Roba. Do tego ten wyraźny bas Iana Hilla, istna poezja dla ucha.

Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise miałem kilka podejść. Zwłaszcza przy pierwszym odsłuchu całej płyty. Po wielu latach przerwy miałem nadzieję, że moje wrażenia odnośnie tej kompozycji uległy zmianie. Nawet nie miałem pojęcia, jak bardzo się myliłem. Utwór wydaje się naprawdę dalej przeciętnym na tle wcześniejszych. Trzeciemu i ostatniemu singlowi promującemu Living After Midnight niby nic nie brakuje, ale jednak. Po wielu odtworzeniach owy utwór zaczyna być lekko monotonny. Mimo wszystko. Przedostatni The Rage dzięki nieco jazzowej trochę perkusji oraz znowu wyraźnemu basowi Hilla jest dla mnie zdecydowanie atrakcyjniejszy. Do tego tu też Rob ukazuje swoje walory wokalne. Tu też Tipton zaprezentował najlepszą jak dla mnie solówkę gitarową z całej płyty. Natomiast ostatni zamykający płytę Steeler, jest bardzo dynamiczny i bardziej rock’n’rollowy niż metalowy, moim zdaniem co udowadnia zaprezentowanie wielu pokrewnych ze gatunków muzycznych na British Steel.

Jeśli chodzi o ponadczasowość krążka British Steel. Jest ona niezaprzeczalna. Jednak na albumie pojawiły się malutkie rysy rdzy, mimo to. Mam tu na myśli nieszczęsny Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise, lekko też ,,wyeksploatowany” Living After Midnight. Pojawili się też nowi ulubieńcy, dla których widać owa przerwa, okazała się szansą na nowe życie. Mam tu na myśli utwory takie jak Grinder, United orazThe Rage. Oby owy album przetrwał w kulturze kolejne czterdzieści lat! Mimo owy rys British Steel był i nadal uważam, że, jest, jedną z muzycznych wizytówek Judas Priest. Udowodnił bowiem że, już w 1980 roku rock’n’roll, można skutecznie wymieszać z heavy metalowymi riffami oraz z rockowo-jazzową (momentami) perkusją oraz dodać do tego jedyny w swoim rodzaju wokal Roba Halforda. Faktem, o którym pewnie, każdy fan zespołu wie to, iż, autorek okładki do tego albumu, jak i loga Judas Priest był, polski grafik Rosław Szaybo.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Coat of Arms (2010)

Osoby śledzące mojego bloga wiedzą już, że nie pierwszy raz recenzuje album grupy Sabaton. Jest tak, chociażby z powodu, iż, łączy moje oba zainteresowania, muzykę i historię. Zainspirowany dość interesującej konwersacją z Martą, wezmę się za mający już dokładnie dziesięć lat, piąty studyjny album Szwedów, zatytułowany Coat of Arms. Napiszę, co sprawia że, pomimo upływu dekady od jego wydania, tak naprawdę moja opinia o nim jest w sumie niezmienna.

Tytułowy singiel otwierający ten album, brzmi jak kontynuacja drogi, jaką zespół obrał na płycie The Art of War z 2008 roku. Na temat krążka o sztuce wojny wyraziłem swoje zdanie, kto nie zna, polecam się zapoznać. Co do Coat of Arms, jest dobry, ale nie odkrywczy. Natomiast drugi utwór Midway, opowiadający o legendarnej bitwie morskiej, rozegranej podczas II Wojny Światowej między USA a Japonią, to jest istna energetyczna oraz przebojowa petarda. Swoją drogą pojawił się w kinach bardzo dobry film o tym samym tytule. Także jak ktoś jest fanem kina wojennego. Polecam. Szkoda, że, Sabaton-u nie zaprosili do współpracy. Także Midway, to genialny utwór do nakręcenia się przed pracą, jeśli ktoś ma ją dość stresującą. Oddający instrumentalnie i wokalnie przez Joakima dramatu owej morskiej batalii.

Polski akcent, który oczywiście pojawia się w Uprising. Kompozycja również odpowiednio oddaje realia Powstania Warszawskiego, jest przebojowa, a jednocześnie też dramatyczna. Za to zapewne polscy fani jeszcze bardziej pokochali grupę, a polski fanklub Polish Batalion, zyskał nowych członków. Zresztą moim zdaniem słusznie. Także na razie nie jest źle.

Inna sprawa już jest w przypadku drugiego i ostatniego singla promującego tę płytę czyli – Screaming Eagles. No i tu pojawiają się przysłowiowe ,,schody”. Jak dla mnie pod kątem muzycznym jest on mocno przeciętny, a co najważniejsze za mało przebojowy jak na singiel. Wpada i wypada jednym uchem. Natomiast piąta kompozycja to zupełnie inna historia. Oczywiście mam tu na myśli The Final Solution. Zapewne z racji delikatnej tematyki, która została muzycznie genialnie oprawiona, ten utwór jest moją słabością i najlepszą jak dotąd balladą w dorobku tej grupy. Kolejny utwór Aces In Exile, jest też o Polakach, jak i innych cudzoziemcach biorących udział w Bitwie o Anglię. Jednak muzycznie? Znowu wpada i wypada jednym uchem. Tak samo jest też z Saboteurs. Poruszający tematykę ciężkiej wody i akcji sabotażowej przeprowadzonej przez norweski ruch oporu. Słabo.

Jednak z ósmą kompozycją zatytułowaną Wehrmacht, pojawiają się kontrowersje. Chodzi o tematykę niemieckiego wojska III Rzeszy, czyli Wermachtu. W wielu państwach europejskich, z racji doznanych krzywd, nie został on odebrany pozytywnie, a wręcz przeciwnie. Choć sam w sobie nie wychwala owej armii, najwidoczniej Joakim i spółka przecenili zdolności interpretacyjne części fanów. Zwłaszcza Polaków. Przedostatni White Death jest o najlepszym moim zdaniem snajperze, który stąpał po tej Ziemi i jednocześnie jest jednym z największych bohaterów narodowych dla wszystkich Finów, mówię oczywiście o istnym łowcy żołnierzy radzieckich w czasie wojny zimowej, czyli Simo Häyhä o pseudonimie Biała Śmierć. Tu trashowe riffy to istna magia, tak samo jak solówka gitarowa. Ostatni bardziej rock’n rollowo / metalowo tematycznie Metal Ripper muzycznie broni się bardzo dobrze, zatem fakt luźniejszej tematyki jest do wybaczenia, bo tu jest druga pod kątem technicznym, najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Zamknięcie albumu lepsze niż początek.

Podsumowując to wszystko i dodając coś jeszcze od siebie. Album jest ogólnie dobrą kontynuacją The Art of War, ale z paroma dobrymi patentami. Kontrowersyjną tematyką akurat przeciętnego utworu, jeśli chodzi o muzyczny aspekt – Wehrmacht. Drugi już po 40:1, w dorobku Sabatonu ,,polski hit koncertowy” – Uprising. Ponadczasową balladę, przy której za każdym razem mam łzy w oczach, The Final Solution oczywiście mam tu na myśli. Dający odpocząć od historii samej w sobie, Metal Ripper, no i dwie energetyczne petardy, czyli, Midway oraz White Death. Oczywiście wszystkie te wymienione kompozycje są moimi ulubionymi z tej płyty, do których wracam bardzo często. Reszta jest przeciętna, ale też nie na fatalnym poziomie muzycznym. Krótko mówiąc, w wyniku prostej kalkulacji, album wypada nie najgorzej w moich uszach, chociaż w porównaniu do poprzedniczki, forma spadła prawda Marto? Dla mnie nieco spadła jeśli chodzi o cały krążek, pomimo nieco lepszej okładki.

8/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Allen / Olzon – Worlds Apart (2020)

Najwidoczniej pewni artyści nie lubią próżni twórczej. Wśród nich jest znana z Nightwish oraz The Dark Element – Anette Olzon, która podjęła współpracę z Allenem Russel. Który jest znany przede wszystkim z zespołu Symphony X. Oboje zawiązali projekt Allen/ Olzon i 6 marca 2020 roku wydali album zatytułowany Worlds Apart. Z racji, iż, osoba Anette Olzon nie jest mi obojętna, jestem ciekaw, co z tej współpracy wynikło. Muzyczna tragedia czy cudowne objawienie i wprowadzenie muzycznych innowacji? Słuchając, przekonam się, oraz podzielę się swoimi wrażeniami.

Otwierający Never Die to niby epickość, czyli klimatyczne, nawet trochę przedłużane wejście gitar, a potem partii smyczkowych. Sam wokal Allena brzmi typowo power metalowo, ale na samym końcu strikte heavy. Drugi, tytułowy Worlds Apart to keybordowo/fortepianowy wstęp. Po raz pierwszy pojawia się wokal Anette, choć zdawkowo, bo w duecie z Allenem. Na tym krążku po raz pierwszy, lecz nie ostatni. Prostota w tym dwie solówki gitarowe zadziałały, bo singiel nawet wpada w ucho.

Na I Will Never Leave You Allen trochę przekombinował moim zdaniem z death metalowymi breakami oraz przejściami. Nie tędy droga. Wokalnie Anette natomiast ukazała się w pełnej klasie. What If I Live to kolejny duet wokalny Allena i Anette. Muzycznie wpada i wypada jednym uchem, jak dla mnie. Lost Soul natomiast jak dla mnie, jest najbardziej epicką, we właściwym tego słowa znaczeniu, kompozycją na tej płycie. Do tego thrashowe riffy które można na niej usłyszeć tego nie zaburzają. No Sign of Life nie wyróżnia się znowu niczym szczególnym, zarówno muzycznie jak i wokalnie. Wyraźnie czuć zmęczenie materiału. Sytuację ratuje bardzo dobra ballada One More Chance. Czyżby tytuł nie był przypadkowy? Proszący o danie płycie szansy? Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Sama ballada zawiera w sobie odpowiedni nastrój, więc daje jej duże B. Natomiast już bardziej dynamiczny My Enemy, też od biedy można podciągnąć pod balladę, gdyż zawiera jej kilka cech. Przynajmniej ja tak uważam. Osobisty tekst, gdzie duet dwojga wokalistów jest dopasowany idealnie, a tych momentów na krążku jest mało. Nastrój też, nie kłuci się tu z przebojowością. Who You Really Are też niczym mnie nie zachwyciło. Typowy heavy metal. Przedostatni Cold Inside jako ballada wypada słabiutko, nastoju prawie żadnego, tu wypada małe b. Jak też słusznie myślałem, zamykający płytę Who’s Gonna Stop Me Now był przewidujący. Tylko że, tu twórcy, nie wysilili się nawet aby, dobrze dobrać symfoniczne elementy, przez co dla mnie to zamknięcie było fatalne.

Album Worlds Apart sam w sobie odkrywczy oraz innowacyjny nie jest. To na pewno. Jest z rodzaju tych prostszych, choć pod koniec jako słuchacz byłem już lekko zmęczony i znudzony. Nie wiem, kto pisał poszczególne utwory, oraz czy wszystkie nie były pisane wspólnie. Serio. Jeśli miałbym wskazać te godne uwagi, to byłyby to Never Die, One More Chance oraz My Enemy. Nawet nie jestem do końca pewien, czy, wolę go bardziej, od drugiego już(ale dla mnie słabszego od debiutanckiego) albumu Songs the Night Sings zespołu The Dark Element, ale zbytnie gitarowe popisy, deathowe breaki, a także kiczowatość źle dobranych symfonicznych ozdobników, lub ich całkowity brak, to wszystko sprawia, że, ta płyta jest miszmaszem gatunkowym. W złym tego słowa znaczeniu. Trzy utwory trzymają określoną stylistykę znaną mi z metalu symfonicznego. Na koniec dodam, że, okładka też jest kiczowata. Nie wspomnę już o kosmicznej polskiej cenie tej płyty. Taki materiał to się może ukazywać co rok lub dwa lata, ja zainteresowałem się nim,tylko dlatego, że, jestem fanem poczynań Anette Olzon. Jak zatem wyszła współpraca? Jej skutkiem powstał drugoligowy album, a mnie jeśli już to interesuje pierwsza liga, a przede wszystkim muzyczna ekstraklasa. Także jak dla mnie totalny niewypał, bo nie zamierzam się tym projektem już interesować.

6/10

Korekta Paulina Wawrzusiak