Sabaton – The Art of War (2008)

Tym razem przeniosę się do szwedzkiego Falun, miejsca narodzin Sabatonu, kapeli uwielbianej przez jednych, znienawidzonej przez innych. Sam lubię ich twórczość, może też z powodu mojego hobbistycznego zainteresowania historią. Tak czy inaczej, odświeżyłem sobie po prawie 11 latach przerwy, ich czwarty studyjny album zatytułowany The Art of War. Czy dalej mnie zachwyca lub nudzi? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Ogólnie tematyka płyty opiera się na szeroko rozumianej sztuce wojennej. Fakt, iż, w prologu (intrze) Sun Tzu Says jest cytowany fragment dzieła samego Sun Tzu, akurat o tym samym tytule, nie jest przypadkiem. Jednak samo zastosowanie go jako lektora z kobiecym głosem chyba tak.

Pierwszy utwór po intro, czyli Ghost Division oprócz tego, iż, paradoksalnie opowiada o legendarnej 7 Dywizji Erwina Rommla, to nadal pod kątem dynamiki sieje istne spustoszenie. Nie brakuje klawiszy dopełniających gitary oraz dużej ilość blastów. Efekt dopełnienia to solo na keybordzie.

Tytułowy The Art of War, zaczyna się kolejną mądrą deklamacją ze strony pani lektor, cytującą znowu Sun Tzu. Tutaj znowu jak kiedyś tak i teraz otrzymałem solidną porcję idealnie pokrywających się partii klawiszy i gitar. Plusem są też bardzo wyraźnie podkreślone przejścia przez perkusje, a zwłaszcza blasy, no i wpadający w ucho jednak rytm charakterystycznych klawiszy. Solówka gitarowa również nadal jest bardzo dobra. Oprócz tego wokale wspierające Joakima też robią swoje.

Czas najwyższy utwór, którym Szwedzi zjednali sobie serca wszystkich polskich fanów. Mam na myśli kultowy już 40:1. Opowiadający epicką historię naszych mężnych żołnierzy, którzy bronili Wizny przed Niemcami do ostatniej kropli krwi. Co ciekawe 40:1 pozwolił, aby świat dowiedział się o tym, że to w Polsce zaczęła się II Wojna Światowa. Pod kątem muzycznym jest to kolejny klasyk koncertowy, gdyż wszystkie elementy, czyli przejścia perkusyjne oraz gitary, a także wokale wspierające są dopięte najlepiej jak można, jak epickie solo gitarowe. Dla mnie paradoksem jest, że niektórzy nasi rodacy, potrafią żartować na ten temat i nie przyznawać się, że go nie słyszeli, bo w to akurat nie uwierzę.

Unbreakable jest kolejnym z dynamicznych utworów. Jednakże odrobiny czegoś mu zabrakło. Szkoda. Skoro nawet naprawdę dobre gitarowe solo go nie ratuje na tyle, abym zmienił zdanie. Później mamy kolejny barwny przerywnik w postaci The Nature of Warfare pozwalający nieco odpocząć. Oraz posłuchać wywodów Sun Tzu.

Natomiast kolejny utwór Cliffs of Gallipoli, mówi o beznadziejnym oraz niepotrzebnym poświęceniu wielu istnień ludzkich w bitwie o Gallipoli w 1915 roku podczas I Wojny Światowej. Zaczyna się od bardzo szybkiej partii pianina, które towarzyszy do samego końca tej kompozycji. Jednocześnie podkreśla dzięki temu epickość tej opowieści. Kolejny już kultowy przebój w dorobku zespołu, którego nie naruszył w żaden sposób upływający czas. Jak i kolejnego doskonałego solo gitarowego, jednego z trzech najlepszych na całym albumie.

Talvisota to natomiast pokazanie konfliktu znanego jako wojna zimowa, z perspektywy totalnie zaskoczonych Sowietów którzy, nie spodziewali się aż tak zażartego oporu ze strony Finów. Jednak w ostateczności fiński Dawid przegrał z sowieckim Goliatem, nie poddając się jednak tak łatwo, czego dowodem było aż 126 825 poległych samych żołnierzy radzieckich, przy zdecydowanie mniejszych stratach ze strony Fińskiej. My jako Polacy mieliśmy i nadal mamy z Finami wiele wspólnego, może więc dlatego mi ten utwór nawet muzycznie nadal przypada do gustu, a zwłaszcza jego szybkie tempo, o czym świadczą bardzo szybkie partie gitarowe.

Panzerkampf rozpoczyna się nawet bardzo dobrym gitarowym solo. Tutaj mamy przedstawiony kolejny konflikt, czyli tak zwaną wojnę ojczyźnianą z perspektywy Sowietów, jako ofiar ze strony agresji Niemców. Jako Polak tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć, bo nasz kraj oba te reżimy doświadczyły okrutnie, lecz mimo wszystko prości ludzie nie byli niczemu winni, bronili swoich domów przed wrogiem w największej bitwie pancernej II Wojny Światowej. Muzycznie znowu nie ma się do czego doczepić. Poza tym słyszę tu drugie równie dobre solo, dobre zmiany temp budujące nastój.

Union (slopes of st. Benedict) to opowieść o tak naprawdę międzynarodowych aż czterech bitwach o Monte Cassino. Warto podkreślić, że Polacy, dla których był to chrzest bojowy, w ostateczności po prawie 5 miesiącach działań Aliantów zdobyli Monte Cassino. Tu też niczego nie brakowało i nie brakuje. Wprowadzający głos pani lektor, też znowu zdaje egzamin. Jednak to drugi dobry, ale nie genialny utwór, któremu czas chyba zabrał to ,,coś”.

Kolejna niezwykle poruszająca, przynajmniej dla mnie historia o cenie ludzkiego życia jest ukazana w kolejnym już teraz kultowym The Price of a Mile. Może nie ma tu pianina, ale nie jest potrzebne, aby poczuć tak naprawdę klimat tej kompozycji. Tak samo, jak w przypadku Cliffs of Gallipoli. Mogę nawet rzec, iż to są dwa najbardziej nastrojowe, nietypowe ballady z całego muzycznego dorobku grupy.

Ostatni Firestorm to istna muzyczna burza gitar oraz ogromnej ilości przejść. Oprócz tego to w tym utworze znalazłem drugie najbardziej interesujące solo klawiszy z tej płyty. Jest to ostania dawka energii przed zamykającym płytę outro A Secret. Z wersji re-armed miałem do czynienia z dwoma bonusowymi utworami, przedstawiającymi szwedzkich wikingów w heavy metalowym stylu kolejnym, czyli Swedish Pagans oraz Glorius Land, który ogólnie opowiada o obronie własnej ojczyzny. Pierwszy okazał się kolejnym koncertowym hitem. W tym drugim natomiast jest bardzo dobre gitarowe solo oraz dość interesujący zabieg wokalny Joakima. Pomijam bowiem wersję demo Art of War czy wykonany na żywo Swedish National Anthem.

Podsumowując. Pomimo upływu 11 lat od wydania tej płyty, nadal jest ona istną kopalnią przebojów, poza tym tylko jeszcze dwie płyty mają porównywalna ilość kultowych kompozycji dla fanów zespołu Sabaton. O tych dwóch pozostałych płytach też napiszę parę słów. Tak czy inaczej. Moi byli i obecni faworyci z tego albumu, czyli 40:1, Ghost Division, Art of War, Cliffs of Gallipoli, Panzerkampf oraz The Price of a Mile, natomiast z bonusów Swedish Pagans. To wyraźnie jak bardzo dobry jest to album. Moim zdaniem nadal jednym z trzech najlepszych zespołu Sabaton.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Primal Fear – Rulebreaker (2016)

Jakiś czas temu wyraziłem opinię o najnowszym albumie niemieckiej grupy Primal Fear. Uznałem, że, warto jednak spróbować nie poprzestać tylko na jednym ich krążku. Tak też uczyniłem. Dziś opiszę swoje wrażenia dotyczące ich płyty z 2016 roku zatytułowanej „Rulebreaker”. Czy okazała się lepsza od najnowszej? Zobaczymy.

Już od samego początku nudno nie jest. Mocnym otwarciem jest Angels of Mercy, riffy gitarowe wraz z dobrą perkusją robią swoje. Wokal Ralfa jest, jak trzeba oraz do tego te wspaniałe chórki. No nie mogę uwierzyć, otwarcie idealne po prostu. Jego integralną a przez to doskonałą kontynuacją jest End is Near. Solówka zawarta na końcu tego utworu to istny majstersztyk. Bullets & Tears jest podobnie dynamicznym numerem. Do tego napisane bardziej pod lekko rock’ n’rollowy klimat solo jest dobre. Natomiast tytułowy Rulebreaker posiada inne atuty w postaci swobodnych przejść temp z wolnych w szybkie, czego nie usłyszałem we wcześniejszych kompozycjach. Riffy też trochę inne, ale równie dobre. In Metal we Trust to znowu przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach.

Podczas słuchania In Metal we Trust to znowu czułem przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach. W We Walk Without Fear występuje u mnie paradoks doznań. Początek otwiera dźwięk pozytywki. Symfoniczno/elektroniczne intro skutecznie buduje napięcie. Potem wchodzą gitary, ale elektronika pozostaje. Następuje zwolnienie tempa. Śpiew i zmiany wokali Ralfa dodają nastroju, lecz nie wiedząc czemu, lekko zaczynam się nudzić. Znowu z drugiej strony chce się tego słuchać, bo konstrukcja tego utworu jest intrygująca, szkoda, że nie jest to ballada. Jednak mimo wszystko za długa jak dla mnie.

At War With The World posiada jedną z najlepszych solówek na całej płycie. The Devil In Me też jest dobre. Nawet wiem, co mi przypomina, klimat Black Sabbath z czasów DIO, a może nawet Tony’ego Martina. Constant Heart to wokalne wejście Ralfa z buta, jego charakterystycznym falsetem. Tu uświadczymy go najwięcej, co akurat mnie bardzo cieszy. Potem następuje ballada The Sky Is Burning-1, która znowu o dziwo, jest bardziej nastrojowa od tej, której dane mi było słuchać wcześniej. Utwór Raving Mad to znowu Ralf, falset, dobre riffy, wspaniałe zamknięcie płyty. Jak dotąd ta kompozycja jest najlepszą, zamykającą heavy metalowy album. Serio. Moment. Nie ma się do czego doczepić. Nawet jakbym chciał. Czy ja śnię? Jeśli tak to mnie nie budźcie. Tak serio jednak, mamy tutaj do czynienia, z wieloma bardzo dobrymi utworami. Jednak dwie pierwsze petardy, czyli Angels of Mercy” oraz End is Near wskakują u mnie na pierwsze miejsce. Na drugim, przez co zamykającą najlepszą trójkę jest jednak Constant Heart. Wielkie słowa uznania kieruję w stronę gitarzystów, czyli Toma Naumanna, Alexa Beyrodta i Magnusa Karlssona. To dzięki wam ten album jest przepełniony heavy metalową energią, wiadomo, z momentami oddechu, ale jednak. Ja za to powiem jedno: ,,Od złego albumu zacząłem, jeśli chodzi o Primal Fear. Nie popełnijcie mojego błędu”. Ten bowiem uważam za najlepszy.

10/10

Crystal Viper – Queen Of The Witches (2017)

Myślę sobie, coś znowu ze swojego kraju znaleźć dobrego trzeba, a nie tylko cudze chwalić. Z tego powodu odświeżyłem sobie, nie aż tak zakurzony album katowickiej grupy Crystal Viper, zatytułowany Queen Of The Witches, wydany 17 lutego 2017 roku przez AFM Records. Dlaczego oni? Czy może z faktu, iż, Marta Gabriel, przez niektórych określana ,,Polską Królową Heavy Metalu” jest ich wokalistką? Może też, dlatego iż od czasu mocnego rozczarowania Battle Beast jestem nienasycony żeńskim wokalem heavy metalowym? Wszystko po kolei.

Od samego początku nie jest źle. Mówię tu o The Witch Is Back, ten krzyk Marty na początku to mistrzostwo świata. Choć riffy nie są złe i motoryka gitar też, solówka gitarowa też jest niczego sobie. Otwarcie płyty może nie genialne, ale też nie złe, singiel spełnił swoją funkcję doskonale.

I Fear No Evil oprócz riffu wpadającego w ucho oraz ciekawych zmian temp. Dostarcza też w miarę dobrej partii solowej. When the Sun Goes Down jest natomiast znacznie wolniejszy i nie udaje czegoś, czym nie jest. Nawet w pewnych momentach podchodził mi pod balladę lub jakieś wprowadzenie muzyczne. Jako drugi singiel promujący był gorszy od pierwszego. Trapped Behind to typowa ballada, jednak dzięki wokalowi Marty nabrała ona klimatu, nawet płakać mi się po niej chciało.

Do or Die to już mocniejsza dawka energii i wirtuozerii gitarowej. Burn My Fire Burn pozostawię bez komentarza. Jest po prostu przeciętną kompozycją, która poza wirtuozerskimi zagrywkami i solówką nic mi nie daje. Flames and Blood to kolejny energetyczny zastrzyk, którego potrzebowałem, więc wreszcie jest dobrze. We Will Make It Last Forever o dziwo jest drugą balladą, ale lepszą od pierwszej, serio, bo chociaż więcej instrumentów można usłyszeć. Rise of the Witch Queen to po wytonowaniu, kolejna dawka mocy. Dynamiczno- statecznym zakończeniem albumu jest See You in Hell, bo tu standarty stylu też są zachowane. O dziwo zakończenie troszeczkę bardziej mi się podobało od utworu otwierającego.

Podsumowując. Sam zespół w porównaniu do poprzednich płyt zapętlił się trochę a przez to na przestrzeni czasu, nic pionierskiego do swojego stylu nie wniósł. Do tego, jak dla mnie, sama płyta nie jest do końca spójna muzycznie. Rozumiem potrzebę eksperymentów, naprawdę jednak jest kilka utworów, które ani nie są dynamiczne, ani nastrojowe, mam tu na myśli I Fear No Evil czy Burn My Fire Burn. Wokal Marty Gabriel jako kobiecy w heavy metalu jest bardzo charakterystyczny, jednak nie samym wokalem uszy żyją. Choć fakt jest Polską Królową Heavy Metalu. Jeśli chodzi o moich ulubieńców, to tutaj wygrywa druga ballada, czyli We Will Make It Last Forever a z dynamicznych pocisków Rise of the Witch Queen, See You in Hell oraz The Witch Is Back. Album jest też przepełniony oczywiście solówkami i popisami wirtuozerskimi, jednak dopiero po ponad połowie moje uszy odżyły, więc biorąc wszystkie te czynniki pod uwagę, nawet wokal werdykt z mojej strony może być jeden. Tak tylko jeszcze dodam, iż, ostatnio bardziej śledząc poczynania Crystal Viper, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany przez nich najnowszy album zatytułowany Tales Of Fire And Ice. Tak czy inaczej, Queen Of The Witches nie jest może albumem perfekcyjnym w każdym calu, ale nie jest też fatalny, lecz mimo wszystko od najnowszej płyty oczekiwać będę znacznie więcej.

8/10

Merging Flare – Revolt Regime (2019)

Ach ta Finlandia. Tym razem akurat z zespołem Merging Flare oraz ich najnowszym albumem Revolt Regime wydanym 14 czerwca 2019, miałem kontakt z powodu osoby która gościnnie na tej płycie wystąpiła. Mam tu na myśli Kasperiego Heikkinena znanego szerszej publice jako gitarzyście zespołu Beast in Black, z kolei który znalazł się w gronie moich ulubionych zespołów. Śledząc więc poczynania Kasperiego stwierdziłem może warto tą płytę przesłuchać? Tak też uczyniłem, więc podzielę się z wami swoimi wrażeniami co do tego albumu. Czy z powodu udziału Kasperiego miałem wygórowane oczekiwania? Czy wrócę znowu do tego albumu? Wszystko się okaże w swoim czasie.

Rozpoczynający płytę Trailblazers brzmi bardzo zachęcająco. Wokal Martiasa Palma wyjątkowo wpasowuje się w bardzo dynamikę oraz do tego motoryka i energia. No i solo Kasperiego. Na razie jest dobrze. Następny Alliance in Defiance jest równie energetyczny, lecz mam wrażenie że, już nieco lżejszy. Oprócz tego też z wokalem frontmena jest już coś nie tak. Znowu dobra solówka, lecz zwolnienie pod koniec,nie wychodzi kompozycji na dobre.

Z Clarion Call jest też coś nie tak. Wokal osłabł a jeszcze te gitary sprawiające wrażenie klawiszy. Niby chór wspomaga Martisa, niby jest wszystko ok,ale zachwyt opada jak kusz. Jeszcze te trochę prze kombinowne blasy. Słysząc The Abyss of Time trochę Beast in Black mi się przypomniał, ale tylko na krótki moment. Bo kompozycja wpada i wypada mi jednym uchem, bez żadnej jakiejś pozytywnej reakcji u mnie nie wzbudzając. Z Mind’s Eye (Reaching Out) jest tak samo. Co jest? Początek War Within brzmiał też dobrze, ale na tym się skończyło. Może z Midwinter Magic będzie lepiej, tak sobie myślę? Skądże, pomimo próby stworzenia ballady, to jak dla mnie ta kompozycja, nią nie jest ,a już na pewno nie dobrą.

Z Devastator jest odrobinę lepiej, bo ratuje nie co sytuację, taką dynamiką i energią jaką oczekiwałem. Sin Against the Sinner znowu zawodzi mnie pod każdym muzycznym względem. Natomiast ostatni The Lucky One okazuje się jeszcze gorszą balladą od Midwinter Magic.

Krótka piłka z mojej strony. Przed przesłuchaniem przeczytałem, że album, jest inspirowany Judas Priest, Accept, Running Wild, Helloween oraz Gamma Ray. Rozumiem, inspirować się trzeba, ale nie wiem, może jestem coraz bardziej głuchy, lecz po 5 przesłuchaniach ja tu nie słyszę żadnej autorskiej inwencji twórczej, zwłaszcza takiej, która by na kolana powalała, prawie nic, zero. Odmówić Kasperiemu dobrych solówek nie mogę, bo fakt są one nawet bardzo dobre. Co z tego skoro album można streścić w dwóch kompozycjach Trailblazers oraz Devastator. To nie jest ekstraklasa heavy metalowa, a raczej czwarta liga. Szkoda, bo znany ze współpracy z Beast in Black również artysta Roman Ismailov, zrobił dobrą okładkę. Jestem bardzo rozczarowany, lubię naprawdę heavy metal, lecz ta płyta jest dla mnie bardzo przeciętna, a Martis wielkronie czasem brzmiał mi w uszach jak Brian Johnson z AC/DC. Nie wierzę sam, co słyszę, lecz pierwszy raz jestem rozczarowany albumem, który pochodzi z Finlandii. Jestem fanem hard rocka czy czystego rock’nolla, ale traktuję go jako tzw. przystawkę dla prawdziwego czystego heavy metalu. Tu fuzja tych trzech nurtów dostarczyła płytę, do której nie zamierzam wracać. Z całym oczywiście szacunkiem dla muzycznego kunsztu gitarzysty Kasperiego Heikkinena, ocena w takim przypadku może być jedna, dodając fakt, że, grupa wydała tę płytę po 8-letniej przerwie.

4/10

Astral Doors – Worship or Die (2019)

Doznałem oświecenia, usłyszałem naprawdę zespół warty zainteresowania, to wszystko dzięki Beacie. Mówię tu o szwedzkim Astral Doors, macierzystej grupie wokalisty Nilsa Patrika Johanssona, znanego mi wcześniej z grypy Civil War (złożonej z byłych członków Sabatonu). Długo się zastanawiałem co wybrać, ale w ostateczności postawiłem na ich najnowszy album Worship or Die, wydany 26 kwietnia tego roku, nakładem wytwórni Metallville. Czy warto po nie sięgnąć? Czy wreszcie ktoś będzie lepszy dla mnie od szwedzkiego Hammerfall? Wraz z odpowiedziami na te pytania, podzielę się swoimi wrażeniami odnośnie do owej płyty.

Night of the Hunter jako otwierająca kompozycja i singiel jednocześnie sprawdza się całkiem nieźle. Dość krótkie intro wraz z bardzo dobrym riffem otwierającym, do tego bardzo charakterystyczny wokal Nilsa, czasem wspomagany chórkiem. Oprócz tego dwie dobre, choć krótkie gitarowe solówki. Jest dobrze. This Must Be Paradise wyróżnia się co odrobinę innymi riffami, bardziej heavy metalowymi. Bardziej natomiast spodobał mi się tytułowy Worship or Die, oparty na thrashowych riffach i mający dwa dobre beakdowny, do tego te mroczne partie klawiszy. Do tego odpowiednio długa i dobra solówka. Concrete Heart nic nie brakuje, lecz sam w sobie jakoś z nóg mnie nie zwalił, co nie znaczy, że, nie doceniam nastrojowego wokalu Nilsa, który chciał zrobić z niego balladę. Mistyczny wstęp i gitara bardziej przykuły moją uwagę przy wstępie do utworu Marathon i odpowiednio zbudowały napięcie, do tego odpowiednie zmiany temp, marszówki, .w pewnym momencie breakdown. Jeszcze to zakończenie. Epickie chórki wraz z marszówką.



Desperado jest jednak przeciętny, pomimo podobnej struktury jak wcześniejszy utwór. Po prostu bez szału, co nie znaczy, że jest złe. Ride the Clouds jak dla mnie jest typowym dynamicznym numerem, choć bez odrobiny tego czegoś. Light at the End of the Tunnel to znowu ballada, której odrobinę brakuje, choć wszystko niby jest, w tym i kolejna dobra solówka. Nawet ten wirtuozerski wokal z Marathon, lecz jednak nie.

St. Petersburg to znowu inna sprawa. Znowu ten klawiszowy mrok, wraz z dobrą gitarą. Oprócz tego w tym utworze Nils śpiewa dla mnie jakoś bardziej przekonująco, może dlatego, że, o rosyjskim Rasputinie? Tak tekst napisał, że, nigdy nie będę na te 100 procent pewien, lecz 99%. Dobry ruch panowie. Triumph and Superiority kolejna mocna dawka dynamiki poprzez motorykę gitar, nie ma to, jak mocna kolaboracja gatunkowa. Bez pompatyczności tylko konkretnie i na temat. Jak dla mnie najszybszy utwór na płycie, wraz z dotrzymującymi tempo solówkami. Następny Let the Fire Burn daje trochę wytchnienia, choć i tak headbanging mam przy nim. Ostatni Forgive Me Father jest dla mnie prawdziwą zagadką. Tu akurat mamy do czynienia z drugą na płycie udaną balladą. Tekst jest naprawdę intrygujący, można go interpretować na wiele sposób. Zespół doskonałego wyboru na kompozycję zamykającą tę płytę.

Podsumowując. Sam zespół Astral Doors ma 75 procent heavy metalu a 25 to epickość i zabiegi znane z power metalu. Wokal Nilsa oprócz większej chrypki, bardzo mi przypina Dio, co akurat jest plusem. Jeśli chodzi o sam album , to wiele jest opinii, w tym i moja, że od czasu New Revelation nie mieli w swoim dorobku płyty przepełnionej tak chwytliwymi i melodyjnymi utworami. Jeśli chodzi, o najlepszy to dla mnie to jest ich sporo: Night of the Hunter, Worship or Die, mistrzowski Marathon oraz St. Petersburg, a z dynamicznych Triumph and Superiority, czyli ponad połowa albumu. Jako całość album jest jak najbardziej spójny. Dodatkowym plusem jest fakt, iż, biorąc pod uwagę ilość bardzo dobrych solówek, na chwilę obecną Worship Or Die w kategorii album heavy metalowy 2019 roku, prowadzi wyrównaną w moich uszach batalię z fińskim Beast in Black. Jeśli nie znaliście Astral Doors, ta płyta jest ich doskonałą wizytówką.

10/10

Striker -Play to Win (2018)

Od jakiegoś czasu miałem ochotę, na spokojnie przesłuchać pewną kanadyjską grupę, o której wiele dobrego słyszałem. Mam tu na myśli zespół Striker, który został założony w 2007 roku. Dość całkiem niezły dorobek 6 albumów jak na 12 lat. Dziś podzielę się z Wami, swoimi wrażeniami odnośnie do ich najnowszej płyty Play to Win, wydanej 26 października 2018 roku.

Sam początek jest bardzo mocny. Mowa o Heart of Lies, który bardzo trafnie został przez zespół wybrany do roli singla. Tempo riffów gitarowych oraz solówki to doskonała fuzja thrash, oraz speed metalu. Do tego wokal Daniela Clearego, nie zawsze taki oczywisty. Jest ta heavy metalowa energia. Position Of Power zaczyna krótkie elektroniczne intro, potem znowu otrzymujemy to, co wcześniej, czyli kolejną mocną dawkę mocy. Solówka gitarowa w utworze jest naprawdę dobra. Trochę spokojniej, wraz z gitarową solówką, lecz mylącą w dodatku, zaczyna się Head First.

On the Run jest solidną kompozycją. Chórki towarzyszące Danielowi, dają zamierzony efekt. Mam jednak wrażenie, iż, tej energii jest już trochę za mało. Solówki gitarowe się bronią, riffy też niczego sobie, no ale jednak mimo wszystko. Z The Front jest nieco lepiej, choć wokal Dana poszedł tam, gdzie trzeba. Play to Win to powrót do dobrego. Konkretny ładunek mocy, ciekawe podkreślenie basu, pomiędzy wieloma riffami gitar. Krótko mówiąc, opadałem już z sił, a ta kompozycja mnie doładowała. Ze Standing Alone jest już trochę inaczej. Jest to utwór, który jest czymś pomiędzy balladą a pompatycznym hymnem power/heavy metalowym. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, iż, momentami powoduje efekt sztuczności, a raczej niepotrzebnego istnienia. Jest po prostu przeciętny sam w sobie. Summoner to znowu to za czym tęskniłem. Mocny thrashowy riff oraz eksplozja mocy. Właściwy jak dla mnie typ wokalu, dobre dwie solówki. Do tego dobre przejścia i zmiany temp. Dwa ostatnie utwory zamykające płytę to ballady. Obie są inne na swój sposób. Jednak jeśli miałbym wybierać, to lepsza okazała się Heavy is the Heart. Drugą zespół mógł sobie po prostu darować, ale szanuję na odwagę.

Podsumowując. Płyta posiada kilka tak zwanych. „petard” w swoim dorobku. Mam tu na myśli Heart of Lies, Position Of Power, Play to Win oraz Summoner. Są one moimi ulubionym, do których będę wracał na 100 procent. Jest też bardzo dobra ballada Heavy is the Heart. Rozumiem, że grupa na płycie odważnie próbowała połączyć power, heavy, speed oraz glam metal. Wyszło tylko ze speed, thrash oraz heavy. Bo jak dla mnie niewypałem okazały się utwory takie jak Standing Alone oraz kończący płytę Hands of Time. Biorąc pod uwagę jednak fakt lekko eksperymentalnego charakteru tej płyty, będę wyrozumiały. Jednak proszę zespół (Striker), nie popełniajcie już więcej takich błędów. Album byłby wręcz dla mnie idealny bez tych trzech kompozycji, jednak jego spójność oraz przebojowość, bardzo go ratuje w moich uszach. Do tego dość intrygująca futurystyczna okładka, przedstawiająca Cerbera, psa strzegącego świata zmarłych w mitologii greckiej, nie mam pojęcia, jaki to ma związek z tekstami, ale sam pomysł bardzo dobry. Czekam z niecierpliwością na Wasze koncerty w Europie, a zwłaszcza w Polsce lub Czechach. Jak dla mnie wszystkie składowe skłaniają mnie ku jednak bardzo przychylnej ocenie, pomimo tych trzech ,,niewypałów”

8,5/10

KAT & Roman Kostrzewski – Popiór (2019)

Historia zespołu Kat&Roman Kostrzewski z powodu samej nazwy daje do zrozumienia, że, został on stworzony na podwalinach jednej z największych legend polskiego thrash metalu w Polsce, co samo w sobie jest smutne. Czemu o tym wspominam? Ponieważ ostatnio, dokładnie 1 marca tego roku, sami wydali, już drugi swój album zatytułowany Popiór. Pomijając już okoliczności, w jakich został stworzony oraz co, stało się, przed ogłoszeniem trasy promującej, to teraz owa sytuacja zespołu jest tragedio komiczna. Jakiego są moje wrażenia po wielokrotnym przesłuchaniu tego albumu? Czy w jakimś stopniu ów krążek jest lepszy od debiutanckiego? Czy nawiązuje do macierzystego zespołu KAT, przed odejściem Romana Kostrzewskiego? Czy muzyka oraz liryki były warte czekania ośmiu lat? Czy będę chciał do nie wracać? Jeśli jesteście ich ciekawi oraz odpowiedzi na te pytania z mojej strony, chętnie się z Wami nimi podzielę, udzielając wyczerpujących odpowiedzi.

Utwór otwierający Łossod nie jest zły, gdyż można usłyszeć wirtuozerskie popisy na gitarze akustycznej, a wszystko zachowane w mistyczno-klimatycznej otoczce. Ośle to trochę inna historia. Bardzo szybkie rozpoczęcie heavy/hard riffem. Potem zmiana tempa. Solówka gitarowa, bez szału, ale też nie jest źle. Tarło i jego gitarowy początek jest zupełnie inny, bardziej popisowy. Solówka gitarowa warta uznania, nie powiem, że nie. Breakdowny z drugim bardzo dobrym solo w tle-mistrzostwo świata. Serio. Mdłości znowu doskonałe i nastrojowe intro. Potem się rozkręcił i to na dobre. Dobre i riffy i znowu kolejna godna uwagi solówka, no i powrót do spokojnych i wolnych fragmentów. Potem znowu kolejne dobre solo i ten riff prowadzący no i tajemnicze zakończenie. Baba zakonna to najbardziej energetyczny numer na całym krążku jak dla mnie, do tego przekaz jest najbardziej antyreligijny. Potem zwolnione breakdowny z blastami. Bardzo dobra solówka. Potem znowu energia oraz moc. Jest dobrze. Tytułowy Popiór to bardzo dobra ballada. Z odpowiednio zachowanym klimatem. Zakończona takim też gitarowym solo. Głowy w dół spuszczone to kolejna petarda. Wisienką jest nie tyle dobre solo, ile bardzo wyrazisty bas. Ostatnia kompozycja Dali na Mszę to trzeci potężny cios. Blasty z breakdownami proszę bardzo. Potem następuje zwolnienie jednak. Jednak potem powrót i bardzo dobre solo. Riffy w tle jednak tej mocy nie odbierają. Czy sprawdził się jako utwór zamykający? Tak i nie, kwestia względna. Jest dobry, ale czegoś zabrakło.

Mam bardzo mieszane odczucia nawet po dziesięciokrotnym przesłuchaniu tego krążka, rozłożonym bardzo w czasie. Najpierw byłem nastawiony jak pies do jeża. Potem ogarniała mnie jednak pozytywna euforia jako fana KAT-a z Romanem, gdyż jednak jego specyficzny wokal oraz liryki zapadają w pamięć. Jednakże po ochłonięciu ze skrajności, doceniając, bądź co bądź fakt wydania płyty, to mam nieodparte wrażenie, że, Roman to nagrał, bo bał się oraz czuł może presję fanów? Nie mam pojęcia. Dla mnie ta przerwa ośmiu lat była zbyt długa i już! Jeśli chodzi o bycie lepszym od debiutanckiego albumu Czarno-Biała, szczerze to przy pierwszym wydawnictwie wielokrotnie ruszałem głową do rytmu oraz miałem ochotę pójść w pogo, przy tym albumie czegoś takiego nie miałem, w przypadku Czarno-Białej zawsze! O czymś to świadczy prawda? Nawiązania do przekazu starego KAT-a z Romkiem, nic się nie zmieniło przekaz taki sam, co jest akurat malutkim światełkiem w dość długiej drodze z ciemnego tunelu. Muzycznie? Heh. Niby próby są, lecz jednak niepodejmowane z całkowitym sukcesem. Bez obrazy dla Krzysztofa „Pistolet” Pisteloka oraz Jacka Hiro, czy zastępującego już Irka Lotha, Jacka Nowaka. Dla Mnie idealny KAT, to skład z czasów Ich ostatniego, dla mnie albumu Szydercze Zwierciadło z 1997 roku. Gdyż do tego czasu liryki oraz wokal Romana, partie gitarowe w wykonaniu Piotra Luczyka, bas Krzysztofa Oseta to skład idealny, choć nie nagrał wszystkich płyt KAT-a, ale mam pewność, że, brzmiałyby tak, jak zostały nagrane, bo dwoma mózgami byli Roman i Piotr. Czyli pod tym względem jako fan jestem mocno nienasycony, może nie tanią, lecz podróbką przez którą, nie wyjdę z ,,owego tunelu” będąc w połowie drogi już przy debiucie, lecz przy albumie Popiór, ta droga nie uległa skróceniu, zwłaszcza jeśli chodzi o czas oczekiwania, wręcz powiedziałbym, iż, uległa drobnemu wydłużeniu. Czy warto było czekać? Osoba niebędąca wiernym fanem KAT-a z Romanem do nagranej płyty z 1997 roku, pewnie nie zauważy większej różnicy, tym bardziej niż zacznie przygodę z twórczością pana Kostrzewskiego od czasu zespołu Kat&Roman Kostrzewski, to już tym bardziej. Inni zatwardziali fani zapewne będą też zachwyceni, iż, ,,mistrz” Kostrzewski coś wydał z muzykami pod szyldem Kat&Roman Kostrzewski, choć z pierwotnej grupy został tylko on, więc powinno się to nazywać Kostrzewski Band, nazywając rzeczy po imieniu. Ja odpowiem, iż Nie. Jeśli chodzi o powroty, to do debiutu wróciłem w sumie raz po 3 latach, a potem kolejny tuż po wydaniu następcy i czwarty przed recenzją, raczej więc nie planuję. Do samego KAT-a wracam ciągle co parę miesięcy, więc jest to spora różnica. No ale cenę, to sobie zespół zaśpiewał sobie, zdecydowanie za dużą, w porównaniu do debiutu. Biorąc aż tak, wiele czynników pod uwagę, nie miałem ułatwionego zadania, lecz nie będę strasznie surowy, bo w sumie nie o to chodzi, to mam osobisty apel do pana Romana i Piotra, aby stworzyli zespoły sygnowane swoimi nazwiskami, bo to oszczędzi żenującej już sytuacji, w której legenda KAT-a dla mnie umiera! Moja ocena całościowa jest jedna i nie zmienna, pokreślę, iż byłaby, diametralnie inna, gdyby dwa albumy, Biało-Czana i Popiór, były sygnowane Roman Kostrzewski, a nie próbami stworzenia KAT-a na nowo, z innymi muzykami. Jestem ciekaw waszych odczuć, reakcji, licząc a rzeczową oraz kulturalną dyskusję pod Waszymi komentarzami. Gdyż jak wspomniałem kiedyś, każdy ma prawo do własnego zdania, moje jest jedno, jak i ocena.

5/10

Battle Beast – No More Hollywood Endings (2019)

Battle Beast, fiński zespół heavy metalowy, który został sformowany przez znanego teraz z Beast in Black, Antona Kabanena, Juuso Soinio oraz perkusistę Pyry’ego Vikki. Z trzech współzałożycieli kapeli pozostali tylko Pyry Vikki oraz Juuso Soinio. To akurat ma znaczenie, gdyż produkcją to czasu bycia członkiem Battle Beast, zajmował się właśnie Anton. Z czystej ciekawości przesłuchałem ich drugi album od czasu kiedy ich skład się uszczuplił, zatytułowany No More Hollywood Endings, wydany 22 marca tego roku przez Nuclear Blast. Czy zespół radzi sobie radzi? Czy pozytywnie zaskoczył? Czy raczej rozczarował? Jeśli jesteście tego ciekawi, serdecznie zapraszam do zapoznania się z moimi wrażeniami, odnoście tejże płyty.

Pierwszy utwór Unbroken to tak naprawdę niczym szczególnym się dla mnie nie wyróżnia. Aranżacja orkiestrowe, wokal Noory dobry, lecz pod kątem gitar, ubogo, oj bardzo ubogo. W tytułowym No More Hollywood Endings wejście skrzypiec, serio. No dobra można i tak. Nawet wzmocnienie wokal Noory jakoś nie pomogło. Eden to skrzypce i pianino, wejście chóru, trochę więcej dynamiki. Wreszcie się coś dzieje. Solówka gitarowa nawet daje radę, do tego blasty, jeśli chodzi o perkusję. Jest lepiej.

Unfairy Tales zaczyna się też lekko intrygująco, a nie moment to oddech Noory, eh myślałem, że to coś więcej. Jak te oddechy w trakcie utworu miały spowodować, jego większą chwytliwość, wyszła lipa, choć tutaj też solówka gitarowa, utrzymuje jeszcze jakikolwiek poziom. Endless Summer sobie podaruję, bo jednym uchem wpada, a drugim wypada. Nic też nie chcę spekulować, ale, The Hero, zwłaszcza początek to mocna zrzynka, bądź żałosna próba, zastosowania podobnych patentów, które sprawiły, że, utwór Blind and Frozen, zespołu Beast in Black okazał się hitem. Tego się nie spodziewałem, słabe było, to posuniecie, zadziałało, ale wywołując efekt kiczu, poza tym słuchać w tle sample, które powstały, jeszcze, kiedy Anton był członkiem tej grupy.

Na Piece of Me jest znowu odrobinę lepiej, bo jest w końcu dynamika, zwłaszcza jeśli chodzi o riffy gitarowe, zmiany temp też są w porządku. I Wish w założeniu miał być balladą, lecz okazał się jej parodią, grupa ma w dorobku kilka dobrych ballad, tutaj natomiast coś nie wyszło. Raise Your Fists też odpuszczam, bo jest on nijaki, zastanawiam się, czy pojawił się na płycie, bo nie było żadnych rezerwowych kompozycji. Niby brzmi jak, trzeba, ale co z tego, ja go nie czuję. The Golden Horde ratuje jedyna dobra część instrumentalna na tym albumie. Chodzi mi o gitary. World on Fire też jakoś do mnie nie przemawia. Bent and Broken to niestety znowu kolejna parodia ballady, bo utwór jest zrobiony, jak trzeba, ale nie ma klimatu oraz nastroju, jaki powinien mieć. Zakończenie płyty jest chociaż ,, jakieś ”, chodzi mi o My Last Dream. Riffy dobre, zmiany temp też, choć pewnej części ciała mi nie urwało. Ci mądrzejsi wiedzą, o co chodzi.

Krótko i zwięźle, bo inaczej się nie da. Kiedyś naprawdę, byłem fanem Battle Beast. Pierwszą płytę po odejściu Antona z zespołu, przesłuchałem i był na niej tylko jeden dobry kawałek-Bastard Son of Odin. Teraz liczyłem, że będzie lepiej. Jednak nie, teraz nie ma już dzikiej bestii, jest rozleniwiony kotek, który stracił kły, ale zostały mu jeszcze dwa pazurki. Na płycie znajdują się tylko trzy, znośnie kawałki, czyli; Eden, Piece of Me oraz My Last Dream. Osobiście nie mam pojęcia, co doprowadziło do odejścia Antona, lecz skoro wizja Antona się Wam nie spodobała, to wprowadźcie własną, a nie bazujcie na tym, co stworzyliście razem z Antonem, lub nieudolnie róbcie podróbki, tego, co On stworzył już sam w Beast in Black. Mam tu na myśli początek The Hero, żeby było jasne. Bo prawda jest taka, że, bez Niego (Antona) nie dajecie rady. Takie jest moje zdanie. Ten krążek jest największym rozczarowaniem, z jakim miałem do czynienia. Ni to heavy, ni power metal, jest on po prostu nijaki. No i był zapomniał najgorsza okładka, jaką widziałem, zrobiona delikatnie mówiąc na kolanie. Współczuję tylko Noorze, bo mam wrażenie, że, zaczyna marnować w tym zespole swój potencjał wokalny, no ale cóż jest dorosła i to jej wybór. Jeśli ktoś chce ktoś wyrobić sobie własne zdanie i ono okaże się inne od mojego, chętnie podejmę kulturalną dyskusję w komentarzach. Dla mnie całokształt tej płyty, a raczej jego brak oraz fakt, że, przez nią już po wielu latach przestałem być fanem tego zespołu, może mieć tylko jedną ocenę.

4/10

Wywiad z Justyna Szatny

Na scenie metalowej, zwłaszcza polskiej niewiele jest kobiet, które ją kreują. Ostatnio miałem okazję zamienić z jedną z nich parę słów. Justyna Szatny, bo o niej mowa opowie nam o pasjach, muzyce oraz o zbliżającym się widać wielkimi krokami nowym materiale zespołu Iscariota.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką?

Wcześnie. W przedszkolu stał stary fortepian, do którego mnie ciągnęło od 5 roku życia. Później rodzice zapisali mnie na prywatne lekcje gry na pianinie, do dość wymagającego nauczyciela. Trenowałam tak kilka lat. Uwielbiałam grać Jana Sebastiana Bacha. Nauczyciel zauważył, że potrafię tchnąć w muzykę uczucia i dziś wykorzystuję tę umiejętność w tworzeniu muzyki.

Od samego początku grałaś na keyboardzie?

Na początku miałam takie małe organki Yamahy, później, gdy rozpoczęłam lekcje rodzice, zakupili mi czarne pianino Hüttner. W syntezatory zaczęłam się bawić wiele lat później, gdy zadecydowałam, że chcę być na scenie.

Czy oprócz muzyki masz jeszcze jakieś zainteresowania/hobby?

Tak, interesuję się kulturą Japonii. Mało kto wie, ale w latach 2003-2004 trenowałam wschodnie sztuki walki mieczem samurajskim – iaido. Niestety z braku czasu musiałam sobie odpuścić. Tak – mam swój wykuty u płatnerza miecz samurajski. Nie ukrywam, że bardzo bym chciała wrócić na treningi. Poza tym interesuje mnie historia i kultura naszych przodków, kiedy Słońce było Bogiem.

Jak to się stało że dołączyłaś do zespołu Iscariota?

Piotrek Piecak mnie wypatrzył, jak jeszcze grałam w innych projektach. Potem ktoś mu sprzedał mój numer telefonu (chwała mu za to), zadzwonił, porozmawialiśmy i postanowiłam dołączyć do Iscarioty. Oczywiście nie bez wątpliwości, bo wcześniej grałam w bardziej gotyckich projektach. Bałam się też, że ta poprzeczka będzie dla mnie za wysoka, ale jakoś sobie radze od 8 lat.

W jakim stopniu współtworzysz piosenki zespołu Iscariota?

Różnie. Czasem zrodzi się pomysł na cały numer, czasem zarzucam jakimś motywem i go rozbudowujemy. Pracuję nad efektami, przestrzenią. Zatem w każdy utwór wkładam jakiś swój pomysł.

Czym się inspirujesz kiedy tworzysz teksty?

Teksty pisze w całości Piotr Piecak i nikt mu w tym nie przeszkadza. Pisze o otaczającej nas rzeczywistości, swoich przeżyciach, spostrzeżeniach. Bardzo lubię jego teksty.

Czy masz jakieś ulubione zespoły muzyczne które uwielbiasz słuchać, mając z nimi związane jakieś szczególne wspomnienia?

Jestem wierną fanką zespołu Katatonia. Słucham ich już od 20 lat! Zaczęłam jeszcze w szkole podstawowej. To dla mnie niesamowicie głęboka, pełna emocji muzyka, która towarzyszyła mi zawsze na różnych etapach mojego życia. Zawsze moja dusza odnajdywała w tych melodiach siebie. Twórczość Katatonii miała i ma bezwzględnie wpływ na mój muzyczny rozwój.
Oczywiście są też inne zespoły które bardzo lubię i czerpię inspirację, a mianowicie: Dream Theater z moim klawiszowym czarodziejem Jordanem Rudess’em, mistyczny Emperor, Dimmu Borgir, Moonspell, Nightwish, Slayer, Evanescence.

Wiadomo już kiedy Iscariota planuje nagrać kolejny album?

Tak, we wrześniu planujemy wejść do studia. Bardzo mi się podoba nowy materiał i mam nadzieję, że spotka się z dobrym przyjęciem.

Co wzięłabyś na bezludną wyspę?

Pianino – prądu nie trzeba, a bez muzyki nie potrafię żyć.

Czy są jakieś inne państwa poza Polską, w których chciałabyś zamieszkać, a jeśli tak to dlaczego?

Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Wolę siedzieć na polskiej ziemi, nigdzie indziej mnie nie ciągnie. Pozwiedzać sobie mogę.

Czego mogę Ci życzyć na przyszłość?

Energii, pasji w graniu i Korga Kronosa SE.

Bardzo dziękuję Ci za wywiad, tego więc będę Ci życzył. Do tego nie mogę się doczekać najnowszego albumu Iscariota.

Fot. Kinga Dziwota

Beast in Black – From Hell With Love (2019)

Fiński Beast in Black już jest Wam zapewne znany. Wyraziłem swoją opinię na temat ich debiutu Berserker. Jeśli jej jeszcze nie znaci, bo nie czytaliście. Polecam nadrobić zaległości. Dziś mam zamiar podzielić się z Wami, swoimi odczuciami odnośnie do ich najnowszego dzieła. Drugiego albumu zatytułowanego From Hell With Love. Wydany On został 8 lutego 2019 przez Nuclear Blast. Czy mnie zaskoczył lub rozczarował? Czy jest to kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Na te oraz inne pytania, chętnie Wam odpowiem, jeśli jesteście ich ciekaw.

Już od pierwszego utworu Cry out for a Hero nie jest nudno. Klawisze idealnie przeplatają się z riffami dwóch gitar. Antona oraz Kasperiego. Do tego mocny wokal Yannisa. Ciekawym zabiegiem jest wzmacnianie jego wokalu poprzez wokal Antona. Do tego oczywiście solówka gitarowa.

W utworach takich: jak From Hell with Love, Die by the Blade, True Believer oraz Heart of Steel. Właśnie aranżacje partii klawiszowych, przypomniały mi zarówno zespół Modern Talking, jak i genialną wręcz piosenkę Knight Rider, otwierającą każdy odcinek serialu Nieustraszony, który był na antenie od 1982 do 1986 roku.

Co do kwestii samych gitar. Pomimo pewnego schematu, jaki opracował Anton. Każda solówka, jego autorstwa, niezależnie czy wykonana przez niego, czy Kasperiego, jest po prostu świetna oraz zapadająca w pamięć. Natomiast jeśli chodzi o kwestię samych riffów, to bardziej energetyczne, pomimo obowiązkowej obecności klawiszy, moim zdaniem znajdują się na Cry out for a Hero, Sweet True Lies, Unlimited Sin, This Is War oraz No Surrender.

Przechodząc do wokalu, Yannis, nie we wszystkich numerach, pokazał, na co go stać. Mam tu na myśli album Berserker. Są jednak utwory, gdzie naprawdę mnie pozytywnie zaskoczył, takie jak True Believer. Znowu jego ekspresyjny głos idealnie odzwierciedlał, a przy tym podkreślał treść kompozycji. Przez to właśnie jedyna ballada Oceandeep, przy doskonałej gitar akustycznych, znowu sprawiła, że, zawładnęła mną cała masa emocji. Dopełniły je, partie dwugłosowe, odpowiednie solo, ale wokal był tym kluczem, który otworzył te drzwi wzruszenia, smutku i łez. Wzmocniony wokal poprzez udział Antona, świetnie został zastosowany w Cry out for a Hero. Na kilku utworach jest on powtórzony i daje zamierzony efekt. Wykrzyczenie pojedynczych fraz przez Mata oraz Kasperiego, też było dobre. Zwłaszcza w Sweet True Lies, This is War oraz No Surrender. Perkusista Atte Palokangas również wykonał kawał dobrej roboty, bez jego udziału, to wszystko nie byłoby tak zgrane ze sobą.

Jednak mimo wszystko są pewne detale, które sprawiły, że nie wszystkie kompozycje mogę stawiać na równi. Mianowicie do moich ulubionych, nie tylko zaliczają się dwa single. Sweet True Lies dlatego, że, od samego początku poprzez riffy dwóch gitar, dobre perkusyjne przejścia, brzmiał dla mnie inaczej. Zwłaszcza solówka Antona. Oprócz tego tekst, w tym jego prawda życiowa, odnośnie do skomplikowanych relacji damsko-męskich. Na Die by the Blade, słychać ducha debiutanckiego albumu. Nie One jednak są u mnie na podium .

Te miejsca zarezerwowane są dla innych. Numerem dwa jest From Hell with Love. Połączenie energii z nieznanych klawiszy, bardzo chwytliwych riffów, ale i samej treść tekstu, do tego ten zmienny wokal Yannisa. Numerem jeden jest bezdyskusyjnie True Believer. Chociażby przez to, jak mnie zaskoczył, gdzie frontman pokazał, jak na chwilę obecną, wszelkie chyba umiejętności swojego fachu. Oprócz tego umiejętne budowane muzyczne napięcie też zrobiło swoje. Na uwagę a przez to na trzecie miejsce, zasługuje bardzo motywujący No Surrender, choć który przypomina pod kątem przekazu, przypomina bardzo numer o tym samym tytule, nagrany przez Judas Priest na ich najnowszym albumie Firepower. Wisienką na torcie do tego, w postaniu bonusów, są dwa covery: Killed By Death oraz No Easy Way Out. Jeden zespołu Motörhead a drugi Roberta Teppera. Zapomniałem też wspomnieć o kolejnej, okładce autorstwa Romana Ismailova, robi wrażenie.

Otrzymaliśmy od Beast in Black. Kolejny bardzo dobry album. Zespół dopracował swój już styl, wykonując muzyczny progres. Poprzeczkę postawili sobie bardzo wysoko, jestem ciekaw czy ją przeskoczą. Czy jestem tym albumem rozczarowany? Zdecydowanie nie. Czy jest to dla mnie mocny kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Zdecydowanie tak. Płyta jest kompletna i spójna, pod każdym możliwym względem. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy pod kątem lirycznym, jest kontynuatorką płyty Berserker .Tak czy inaczej, Die by the Blade nawiązuje do niej na 100 procent. Zresztą sam tytuł debiutu można usłyszeć parę razy, tak samo, jak odniesie do samej bestii. Dajcie znać, czy i wam spodobał się drugi album Beast in Black. Ja dla mnie dzięki duchowi lat osiemdziesiątych oraz dodaniu wielu od siebie muzycznych patentów, ponownie zapisali się w historii obu gatunków, zarówno heavy, jak i power metalu.

10/10