Kreator – Enemy of God (2005)

Niemieckiego Kreatora, jednego z klasyków niemieckiej szkoły thrash metalu, miłośnikom owego gatunku przedstawiać chyba nie muszę. Tym, którzy tegoż zespołu jakimś cudem nie znają, polecam serdecznie. Dziś ponownie po wielu latach w całości odsłuchałem sobie album Enemy of God z 2005 roku. Jesteście ciekawi, jak wtedy go odebrałem, a jak teraz go odbieram? Jeśli tak, to zachęcam do lektury.

Akurat się składa, że przy tym albumie miałem pierwszy kontakt z Kreatorem. Tak, zgadza się, nie przy Endless Pain czy Pleasure to Kill, tylko po przesłuchaniu tytułowego singla z Enemy of God właśnie. Wiem, że narażam się tu grupie konserwatystów metalu, no ale cóż, było, jak było, nie zmienię tego. Uwielbiałem wracać do tej płyty przynajmniej raz na miesiąc, dopiero po dwóch latach słuchania odłożyłem CD na półkę. Czternaście lat temu było tak, a dziś jest następująco…

Sam tytułowy numer wszedł od razu. Doskonałe wejście gitar, riff zapadający w pamięć, wokal Petrozzy. Przy okazji: jak na tamte czasy teledysk był, moim skromnym zdaniem, odważny, ale nie przesadzony. Tak samo było z „Impossible Brutality” idealnie połączonym z poprzednim numerem. Riff taki, jak trzeba, super solówki, żadnych słabych stron. Jednak dziś nie jestem aż tak oszołomiony, jak wtedy.

W „Suicide Terrorist” słychać już powtarzalność, przynajmniej dla mnie. Tylko końcowymi popisami Samiego Yli-Sirniö i Petrozzy się różni. „World Anarchy” słucha mi się nawet lepiej od tytułowej kompozycji. Poza tym tekst jest prawdziwy do bólu. Ta zmiana tempa i spokojny śpiew – cudo. „Dystopia” oraz „Voices Of The Dead” – takie sobie. Za to w „Murder Fantasies” zarówno tekst, jak i numer jest bardzo dobry, a solówka jedna z lepszych na płycie.

„When Death Takes Its Dominion”, wstęp bardzo dobry tak samo, jak i perkusja (breaki, crashe,etc.), co do gitar – również bardzo dobre. Solówka jest po prostu genialna, tyle na temat. „One Evil Comes (A Million Follow)” – cóż, dobry. Niby fajny, ale to jednak nie jest to. Wypada zbyt przeciętnie na tle innych kawałków. Przy „Dying Race Apocalypse” jak kiedyś, tak i teraz odpłynąłem do krainy muzycznych doznań. Akustyczne wprowadzenie, solówki cudnie pieszczące uszy, agresywny wokal, a w głowie tylko wyobrażenie pogo do tego utworu. Już kiedyś była i wciąż jest najlepszą piosenką tego albumu.

„Under A Total Blackened Sky” – dobry, ale jakoś nie został przeze mnie zapamiętany. „The Ancient Plague” jako piosenka zamykająca też nie jest zła ani przeciętna, tylko dobra. Podsumowując pod kątem muzycznym (bo pod lirycznym to kwestia względna), album nadal w moim odczuciu brzmi bardzo spójnie. Kiedy jednak słuchałem tej płyty, nie wiedząc czemu, w pewnych momentach chciałem, żeby pewne utwory przeleciały. Może nieodpowiedni nastrój? Brak chęci rozładowania gniewu czy stresu?
Do moich faworytów, czyli najlepszych trzech piosenek albumu, należą bezdyskusyjnie „Dying Race Apocalypse”, na równi „Murder Fantasies” i „World Anarchy”.

A co Wy myślicie o tym albumie? Też wam przypadł do gustu czy wręcz odwrotnie? Jak wypadłem w debiutanckiej recenzji thrash metalowej? O wszystkim dajcie znać w komentarzach, jestem otwarty na konstruktywną krytykę. Jeśli chodzi o mnie to ten album w porównaniu, do odczuć jak słuchałem go po raz pierwszy, wypada bardzo dobrze. Pozdrawiam serdecznie.

9/10