U.D.O – Steelfacktory (2018)

Dziś sięgam po najnowszy album, kolejnej ikony niemieckiego heavy metalu. Mam tu na myśli zespół założony przez Udo Dirkschneidera, znany jako U.D.O. Ich najnowszy album Steelfactory wydany 31 sierpnia 2018 roku przez wytwórnię AFM, polecony mi przez Beatę oraz Mirka, na długi czas mną całkowicie zawładną. Zrobiłem sobie od niego krótką przerwę, aby mieć czysty ogląd w kwestii tego krążka. Jakie są moje wrażenia? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, serdecznie zapraszam.

Otwierający płytę Tongue Reaper nie daje taryfy ulgowej. Potężne wejście gitar, wraz ze specyficznym wokalem Uda. Energiczne riffy wraz z dobrymi przejściami, a chórki wspierające frontmana w odpowiednich momentach zrobiły swoje. Make the Move przenosi nas w sumie do tytułowej fabryki, bo rytm występujący w utworze, można właśnie porównać do linii produkcyjnej. Sam przekaz jest jasny i konkretny, jeśli chcesz być bad boyem a przede wszystkim sobą, to heavy metal wraz z wiarą w siebie, to wszystko, czego Ci trzeba. Oprócz tego dobre chwytliwe riffy, wraz z kilkoma wirtuozerskimi wstawkami.

Na Keeper of My Soul nie wiem czemu, ale po samych gitarach słychać bliskowschodnie dźwięki. Ten wątek bardzo rozwinął skrzydła, jeśli chodzi znowu o kwestie gitar, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W przypadku In the Heat of the Night mam wrażenie, że, jest odrobinę spokojniejszy, dający chwilę wytchnienia. Nie jestem pewien, czy cały czas w roli głównego wokalisty występuje Udo, ale czysty śpiew to istny majsertsztyk.

No dobra przerwa obiadowa była, czas znowu do pracy. Bo takie wrażenie odniosłem po usłyszeniu Raise the Game oraz trochę Blood on Fire . Serio. Nie jest to zarzut, przy takich rytmach to normę z ochotą się robi, przynajmniej w moim przypadku. Rising High jak dla mnie brzmi całkowicie rock’n’rollowo i hard rockowo. Na Hungry and Angry znowu wraca motyw fabryki.

One Heart One Soul jedna z najlepszych, jeśli chodzi o samo przesłanie utworów, na tej płycie. Jako jeden z dwóch singli, spełniła swoją funkcję wyśmienicie. Trzy partie solowe gitar? Proszę bardzo. Symboliczny głos większej ilości ludzi, aby bardziej oddać sens kompozycji? Proszę bardzo. Do tego jeszcze genialny klip. Czego chcieć więcej. No tak przepraszam, na sam koniec konkretne dłuższe solo gitarowe.

Po A Bite of Evil jestem lekko rozczarowany. Jest mniej dynamiczny, mniejsza czy jest o wilkołakach, czy nie. Po upływie czasu, jak dla mnie odstaje, odrobinę lekko od reszty, choć doceniam podkreślenia gitary basowej. Eraser to znowu inna sprawa. Dynamika i energia robią jednak swoje. Do tego dobre riffy, do tego druga jak dla mnie partia solowa na płycie. Rose in the Desert nie jest zła. Niezłe zmiany temp, jednak to nie to. Niby ballada a nią nie jest. Natomiast The Way ową balladą jest i do tego bardzo dobrą. Oprócz tego na niej znajduje się solówka numer trzy, jeśli chodzi o cały krążek. Jeśli chodzi o tzw. zamknięcie albumu, utwór wybrany bardzo dobrze.

Sam album faktycznie zabrał mnie do tytułowej fabryki. Kipiącej heavy metalową oraz rock’n’rollową mocą, oraz dynamiką ( Make the Move , Raise the Game, Blood on Fire, Hungry and Angry , Eraser ). Jednak nie przebywałem w niej cały czas, gdyż były momenty refleksji (Keeper of My Soul, One Heart One Soul, The Way) . Muzycznie nie da się nie usłyszeć wirtuozerskiego wręcz podejścia do gitary elektrycznej, co jest akurat dla mnie sporym atutem. Spójność płyty jest dla mnie dyskusyjna, choć jak dla mnie, nie kłóci się, z różnorodnością niektórych kompozycji. Jeśli miałbym podać trzy utwory, do których najchętniej wracam, są to: Make the Move , Raise the Game (ex aequo), Eraser oraz One Heart One Soul. Korzystając z okazji, mieliście rację, Beato oraz Mirku, ten album w kategorii heavy metal, całkowicie jest wart przesłuchania, w moim nie jednego. W lutym tego roku miałem okazję zobaczyć U.D.O pierwszy raz na żywo, czego też nie żałuję, bo warto było. Czekam na wasze kolejne propozycje, serdecznie pozdrawiając. Chętnie też poznam zdanie, innych, ja biorąc pewne drobne mankamenty pod uwagę oraz ochłonięcie z emocji, tak czy inaczej, ocenę wystawię prawie idealną.

9,5/10

Judas Priest – Firepower (2018)

Judas Priest,zespołu, który istnieje już 50 lat na szeroko rozumianej scenie metalowej, nikomu nie trzeba go przedstawiać. Należy im się szacunek już z samego powodu, że wciąż chcą koncertować oraz nagrywać. Zeszły rok przyniósł dla fanów tej brytyjskiej ikony heavy metalu, w tym i dla mnie, wspaniałą wiadomość w postaci wydania ich najnowszego albumu Firepower. Może piszę o nim późno, ale na pewno szczerze, jeśli więc chcecie poznać moją opinię na temat tego krążka, zapraszam serdecznie.

Już na samym początku, mam na myśli tytułowy numer, nie jest nudno. Oj nie, wręcz przeciwnie. Od samego wokalnego wejścia Roba nasuwa się na myśl Painkiller. Może to również dzięki sekcji rytmicznej i podobieństwu riffów utwór skojarzył mi się z klasykiem Priestów?
h

Lightning Strike nie pozwala odpocząć, moim skromnym zdaniem jest ja kontynuacja pierwszego kawałka. Kompozycja jest świetna zarówno w wersji studyjnej, jak i koncertowej. Lekko elektroniczny początek Never the Heroes znowu coś mi przypomina. Ta przytłumiona gitara, następnie dobre riffy i niezawodna perkusja już są znakomite. Do tego tekst daje do myślenia-moim zdaniem, nawiązuje do współczesnych konfliktów zbrojnych prowadzonych na Bliskim Wschodzie. Intro Guardians zapowiada kolejny kawałek i daje chwilę wytchnienia. Rising from Ruins to bowiem doskonały przykład tego, jak stworzyć kompozycję z aż trzema partiami solowymi. Na Flame Thrower usłyszałem jedną z lepszych zmian temp wraz z blastami w tle.

Spectre porwało mnie już, od samego początku- bardzo charakterystyczne intro z pewnością zostanie w mojej głowie, na dłuższy czas. Traitors Gate to znowu cudowny warsztat wokalny Roba, szybkie frazesy mówione przez niego przed samym refrenem są po prostu cudowne. No Surrender już za sam przekaz, wskakuje na moją osobistą listę numerów motywujących do działania oraz egzystencji w trudnych chwilach. Pominę już, jak zapewne się domyślacie, genialny, lecz przy tym bardzo prosty aspekt muzyczny tej kompozycji.

Na sam koniec otrzymujemy dwie ballady. Co do tej pierwszej nie jestem co prawda w stanie stwierdzić, o ile można ją tak określić, gdyż muzyczna struktura owej kompozycji jest dla mnie niepewna, mam na myśli Lone Wolf. Za to ta druga, Sea of Red, jest świetna, a zwłaszcza jej końcówka.

Krótko mówiąc, giganci (bo tak ich trzeba nazywać), wydali arcydzieło heavy metalu, udowadniając, że na laurach nie spoczęli. Wprost przeciwnie, dalej pokazują innym zespołom, jak trzeba tworzyć taki typ muzyki. Nie brakuje różnorodności riffów, solówek i partii perkusyjnych.Poza tym wokal, który pomimo wieku Roba (68 lat) nadal jest utrzymany na poziomie Boga Metalu, (za którego słusznie jest uważany). Od siebie dodam, że mógłby to być ich ostatni album, jeśli, odpukać, tak by zdecydowali. Jakie jest wasze zdanie na temat tego krążka? Jeśli macie inne, chętnie je poznam. Jak dla mnie to jest ich drugie opus magnum, zaraz obok albumu Painkiller właśnie.

10/10