Kategorie
Bez kategorii

Wardruna – Runaljod – Gap Var Ginnunga (2009)

Nie samym metalem człowiek żyje, dlatego dziś zamierzam  odnowić sobie debiutancki album grupy Wardruna. Dla tych, którzy nie wiedzą, jest to zespół wykonujący muzykę folkową, założony przez Einara „Kvitrafna” Selvika, byłego perkusistę blackmetalowej grupy Gorgoroth. Członkiem Wardruny  był przez dwanaście lat również były wokalista Gorgoroth, Kristian „Gaahl” Eikvind Espedal. Albumu Runaljod -Gap Var Gunnunga po raz pierwszy miałem okazję przesłuchać rok po premierze. Wydany bowiem został 19 stycznia 2009 roku przez Indie Recordings. Jak brzmi w 2020 roku, po jedenastu latach przerwy? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Już samo intro, Ár Var Alda, pokazuje, z czym będziemy mieć do czynienia.  Deszcz, burza. Głos Einara jako swoiste „wezwanie”. Bębny oraz inne nordyckie instrumenty. Słuchacz zostaje rozbudzony i zaciekawiony.

Hagal to już pełnometrażowa kompozycja. Tu Einar naprawdę postawił na klimat, choć burza i deszcz nadal w pełni. Rytm wygrywany na pomocniczych instrumentach perkusyjnych, że tak to ujmę, niezmiennie wprowadza mnie w stan transu. W minimalistycznym tekście pojawia się motyw śmierci, który  oddają  także instrumenty. Do tego sposób, w jaki ten tekst jest wypowiadany, jest iście szamański. Jeszcze ta  tajemnicza końcówka na flecie czy fletopodobnym instrumencie – mistrzostwo. A deszcz pada dalej.


W Bjarkan po raz pierwszy  pojawia się Lindy-Fay Hella. Zawsze to jakieś urozmaicenie, pomyślałem, gdy słuchałem tego utworu po raz pierwszy. Teraz wiem, że była tam potrzebna. Bardziej gardłowy wokal dodaje kolejny pierwiastek mistyki. Drumla doskonale uzupełnia znowu tak istotne podtrzymanie
rytmu, będąc słusznie na pierwszym planie. W połowie, kiedy Einar i Gaahl wypowiadają kolejne „zaklęcie”, urok zostaje rzucony. Wokalne ekspresje Lindy dodają mu mocy. 

Løyndomsriss to z kolei powrót mroku.  Świadczy o tym, chociażby szczęk łańcuchów, jak również technika wokalna Einara. Motyw niedającego się określić zła pojawia się, przynajmniej jak dla mnie, w słowie Thurs, które jest wieloznaczne, ale to jedno znaczenie szczególnie pasuje mi do muzyki. Heimta Thurs, który wydaje się kontynuacją tamtego utworu, rozwiewa moje wątpliwości.  Thurs jest natomiast takim outro, gdzie owo „zło” chyba walczy lub opętuje kogoś. Nie wiem do dziś tak naprawdę.



Stan transu dalej  trwa u mnie w najlepsze.

W Jara , wreszcie pojawia się tchnienie innej pory roku niż zima czy jesień.  Cóż, lepiej późno niż wcale. Już wiem, czemu we wcześniejszych lirykach była wymieniana liczba trzy.  Chodzi o Norny, boginie przeznaczenia. Nim bowiem jest poświęcona Jara, jako pieśń pochwalna, przynajmniej ja ją tak odbieram.  Tu też po raz pierwszy słychać  hardingfele ożywione przez Hallvarda Kleivelanda. Dla ciekawskich: hardingfele, czyli skrzypce z Hardanger, to instrument z rodziny smyczkowych, popularny oczywiście w Norwegii.


Kauna to odniesienie do kolejnej z run. Choć wstęp, przynajmniej dla mnie, brzmi po samym wokalu jak pieśń szamańska. Czy to źle? Nie. Wręcz przeciwnie. 

Od Algir – Stien Klarnar oraz Algir – Tognatale powracamy do hipnotycznych praktyk, nordyckiej magii i następnych run. Odczuć to można najsilniej w Algir – Stien Klarnar. Tam intensywnie pracuje całe trio wokalne (Einar, Lindy i Gaahl). Potem ten wzniosły: „Algir!”. Tego mi brakowało. Następnie cisza, a po niej druga, a zarazem ostatnia część rytuału, czyli Algir – Tognatale. Zwieńczeniem całości jest Dagr. Pomimo pozornie spokojnego początku, czyli dźwięków rogu i śpiewu ptaków, Einar nie zapomniał o niczym, także o deklamacji. Sam koniec jest równie klimatyczny jak cała płyta. To doskonałe zakończenie tego arcydzieła.


Płyta Runaljod – Gap Var Ginnunga, kiedyś wywołała swoim powstaniem istną nordycką rewolucję. Nikt się bowiem Wardruny nie spodziewał – nawet w formie projektu, który na początku stanowiła. Einar „Kvitrafn” Selvik na przestrzeni sześciu lat wykonał iście tytaniczną pracę, nagrywając wszystko prawie samodzielnie.

Mimo próby czasu album brzmi tak samo rewelacyjnie jak ponad jedenaście lat temu. Ta płyta stała się niedoścignionym jak na razie wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o rytualny nordycki folk. Do tego rozpoczęła trwającą do tej pory modę na ten gatunek. Jestem ciekaw, co Wardruna pokaże po latach nieobecności, gdyż 22 stycznia 2021 roku ukaże się ich kolejny album, Kvitravn. Jako fan czekam z niecierpliwością. Natomiast Runaljod – Gap Var Ginnunga nadal jestem zachwycony. Wciąż pozostaję pod wpływem nordyckiego uroku, jaki ten album na mnie rzucił.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Dimmu Borgir – In Sorte Diaboli (2007)

Jak Norwegia, to w końcu musiała się pojawić grupa Dimmu Borgir. Ten zespół również towarzyszył mi niemal od początku mojej przygody z metalem. Nie zamierzam się tego wypierać. Szukając jednak w ich dorobku odpowiedniej płyty do omówienia, nie miałem łatwego wyboru. W końcu zdecydowałem się na album In Sorte Diaboli, wydany 24 kwietnia 2007 roku przez Nuclear Blast. Żeby też było jasne, będzie to wersja podstawowa, bez bonusów. Czy po trzynastu latach płyta ta dalej potrafi przyciągnąć moją uwagę na dłuższy czas? Co jest w niej lepszego od poprzednich? Czy to możliwie, że po jej wydaniu dla niektórych ta grupa się skończyła? Wielokrotnie słuchając tego albumu, chętnie odpowiem.

The Serpentine Offering dostarcza mi tego, czego na płycie Death Cult Armageddon z 2003 roku trochę mi brakowało: bardziej nastrojowych lub też skomponowanych pod emocje, rozbudowanych partii symfonicznych. Drugą kwestią są tu genialne partie perkusyjne, intensywność, w której echa podwójnej stopy słychać bardzo wyraźnie. Trzecia sprawa – czysty śpiew Vortexa to jest magia! Jego synchronizacja z Shagrathem też jest genialna! Czwarta rzecz, tekst. Metaforyczne ukazanie, że lekarstwem na całe zło może być samosąd dokonany na tych, którzy ciemiężyli człowieka od samego początku istnienia chrześcijaństwa (księża). Tak go przynajmniej rozumiem, choć dodać można tu też niebezpieczny aspekt fanatyzmu, jeśli chodzi o reprezentantów obu stron, dobra i zła. Tak czy inaczej, pomimo dwuznacznego przekazu jest to bardzo dojrzały tekst. Zresztą to też ukazuje, jaka będzie tematyka całej płyty. Krótko mówiąc, The Serpentine Offering nadal spełnia wszelkie wymagania, jeśli chodzi o dobry singiel, przez co był i jest jednym z moich ulubionych utworów z tej płyty.

The Chosen Legacy zaczyna się jeszcze mocniej. Tu wokalnie rządzi Shagrath. Bardzo dobre są też przejścia podkreślone nie tylko poprzez perkusję, ale też partie symfoniczne. Choć ta zbytnia głośność
perkusji ma dwie strony. Deklamacja też odbywa się w odpowiednim momencie. Utwór sam w sobie jest bardzo przebojowy, pomimo iż nie jest singlem. Zatem: ,, In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli! ”.

Na The Conspiracy Unfolds słychać wreszcie trochę inne riffy niż w poprzednich kawałkach. Końcowa deklamacja też robi wrażenie. Co nie zmienia faktu, że jest to jedynie dobry utwór, choć warto podkreślić, że dopiero po dziesiątym przesłuchaniu (przynajmniej jeśli o mnie chodzi) staje się męczący.

Pora na The Sacrilegious Scorn, drugi oficjalny singiel. Kolejny raz możemy usłyszeć Vortexa, a tego nigdy dla moich uszu nie jest za wiele. Serio. Do tego moment, kiedy Mustis gra partie fortepianu, będące koniecznym oddechem od intensywności, to swego rodzaju rytuał, tym bardziej że ma miejsce akurat tuż po tekście: ,,It all seems like an eternity/ This battle between us two./ Good and evil, me and you!/ Time has come to step up and/ take back what You take from Me/”. Idealne zbudowanie napięcia i epickości zarazem. Później znów deklamacja, też z tekstem dającym do myślenia. Kolejny idealny singiel, a także kompozycja warta wielokrotnego powrotu. Instrumentalny The Fallen Arises daje odetchnąć, ale jak na przerywnik nie jest zły. Bo jest małą zapowiedzią tego, co nadchodzi.

Mam na myśli The Sinister Awakening. W tej szóstej kompozycji dwie gitary wreszcie dają czadu. Tak kiedyś, jak i dziś. Poważnie! Do tego jeszcze jak dla mnie inne riffy. Odpowiednie przejścia symfoniczno – perkusyjne wraz z wokalem Shagratha są tu genialne. Potem jeszcze ten pędzący riff. Uruchamia się headbanging i śpiewanie: ,,Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis! ’’. No i ta finałowa partia symfoniczna… Popisy Mustisa jednym słowem! Kolejny przebojowy utwór, pomimo iż nie jest singlem.

The Fundamental Alienation ma natomiast symfoniczny, a przez to intrygujący wstęp. Znowu skutecznie zbudowane napięcie. Niestety, potem to wszystko pomału się rozłazi, bo brak dobranych do perkusji gitar trochę rozczarowuje. Potem jest lepiej, nie przeczę, ale odrobinę za późno, choć może lepiej późno niż wcale? No dobra, lepiej, bo od drugiej minuty mam to, co chciałem. Intensywność z wieloma blastami, do tego z dobrymi riffami i deklamacją w tle. Growlujący Shagrath brzmi dziwnie, jednak tu znowu wkracza chwytliwość całości: „They say I am the cancer/ On the back of the Inquisition / I may well be the cancer /In the heart of the Inquisition ’’. Zatem następny tytuł do playlisty. Zresztą w moim przypadku nigdy z niej nie zszedł.

Przedostatni The Invaluable Darkness poza tym, że jest ostatnią okazją, aby usłyszeć genialnego Vortexa, dostarcza również (oprócz dalej utrzymującej się epickości) kolejną porcję nowych riffów, co cieszy moje ucho. Choć deklamacja Shagratha jest przewidywalna, wciąż robi wrażenie. No i ta chwytliwość, i znowu ta śpiewana bez końca przeze mnie część: ,,I will win this war /But never the peace /I am my own free spirit /Hence I will not rest!”. Oczywistości chyba pisać nie muszę.

Ostatni The Foreshadowing Furnace ma symfoniczno-gitarowy wstęp. Tu też jest bardzo przewidywalnie, bo najpierw perkusyjna nawałnica, później lekkie uspokojenie, a potem znowu pędzący riff. Co jednak broni tę strukturę, to fakt, iż przynajmniej partie gitarowe postarano się jakoś urozmaicić. Tak czy inaczej, nie można tej kompozycji odmówić epickości i potencjału do wpadania w ucho. No i znowu nucenie bez końca: ,,Sparks fly and fire licks my wings/ Tied to this wood–I was born for burning/ I rebelled against the flock/ Declined to submit to slavery/ As a token from my legions of the chosen few/ I reveal the secrets to the world’s most famous forgery! ”. Tak więc pomimo pewnych niedociągnięć oraz przewidywalności, The Foreshadowing Furnace i tak zostaje w głowie na długo.

Sam tytuł płyty, In sorte diaboli, nie jest moim zdaniem przypadkowy. Teksty oscylują wokół Szatana nie tylko jako oponenta Boga, ale też ducha prawdziwej wolności oraz buntu. Dlatego uważam tę płytę za
koncepcyjną. Koncepcyjną i bardzo udaną: każdy utwór, poza oczywiście przerywnikiem The Fallen Arises, można zaliczyć do tych, które pozostają ze słuchaczem na długi czas, w mniejszym lub większym stopniu. Przynajmniej ze mną tak było i pozostało. Choć jeśli albumu nie słuchamy więcej niż dziesięć razy, to wszystkie kawałki brzmią równie dobrze. Kolejnym powodem, dla którego to właśnie ta płyta jest najlepsza, jest udział Hellhammera jako perkusisty. Koncerty bez niego to jednak nie to samo, choć przyznam, że Dariusz ,,Darey” Brzozowski dobrze gra na żywo partie Norwega. Podsumowując, mimo upływu lat wszystkie elementy albumu – zarówno pod kątem muzycznym, jak i lirycznym – świetnie ze sobą współgrają. Do tego ta okładka! Joachim Luetke dał radę, cała reszta zespołu również. Po trzynastu latach ten album nadal jest z*******y!

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Satyricon – The Shadowthrone (1994)

Po raz kolejny powracam do zespołu, który znowu przypomina mi, czasy szkolne i nie mówię tu tylko o gimnazjum, dla jasności. Tak jest! Znowu norweski Satyricon, z jego drugim studyjnym albumem, zatytułowanym The Shadowthrone, wydanym przez wytwórnię Moonfog Productions, dokładnie 12 września 1994 roku, która to została założona przez członków tej grupy, Tormoda Opedalaoraz Sigurda Wongravena, znanego wtedy i dziś, jako Satyr. Prawdziwe norweskie muzyczne podziemie wydawnicze, które diabelnie szanuję, mające na swoim koncie nie tylko wydawnictwa swojego zespołu. Czemu o tym wspominam? Z prostych powodów. Po pierwsze postanowiłem sobie znowu odświeżyć wcześniejsze dokonania muzyczne, tej jednej, z wielu norweskich legend black metalu, a po drugie do owego powrotu namówiła mnie, ultra fanka Satyricona oraz moja bardzo dobra przyjaciółka. Czy po 26 latach, a w moim przypadku licząc pierwszy kontakt to lat piętnaście, dalej ma w sobie to ,,coś”? Czy dalej mogę ten krążek, uważać za jeden z klasyków norweskiego black metalu? No cóż, tylko wielokrotne odsłuchy mogą mi to ukazać.

Kompozycję Hvite Krists Dod, rozpoczyna dość agresywna, krótka, lecz treściwa deklamacja, bo myślę, że, można ją tak nazwać. To już nadaje odpowiedni ton oraz nastrój. Wokal Satyra mówi jedno, gitary Satyra i Samotha drugie, a perkusja Frosta trzecie, lecz tym samym głosem! To akurat ważne. Do tego ta oszczędność riffów, dająca niedosyt. Potem jednak mamy do czynienia z prawdziwą deklamacją, a keyboard emitujący trąby i inne instrumenty dodatkowo, utrzymuje napięcie. Przemyślanie skomponowane blasty oraz przejściach perkusyjnych autorstwa Frosta, to ukoronowanie tego utworu. Znowu chce mi się śpiewać: ,,Vi brenner guds barn på bålet/ Vi brenner guds hus/ Tidens mørke skal dekke for solen/ Perleporten skal knuses! ’’. Znowu też na 666 procent Hvite Krists Dod wraca na moją playlistę. Tak jak kiedyś, tak i dziś, mam ciarki za każdym razem jak słyszę to arcydzieło. Mistrzostwo i tyle!

In the Mist by the Hills, dobrze kontynuuje, lub jak kto woli, podtrzymuje, wcześniej wyrobione napięcie. Jest trochę bardziej dynamiczne, lecz uważam, że to dobrze, oprócz tego Frost, dalej uprawia swoją perkusyjną magię, bo nie mogę wyjść z transu, w który mnie jego perkusja właśnie wprowadziła od 50 sekundy tego utworu. Gitary, dalej odpowiednio oszczędne. Lecz potem Frost poszedł trochę bardziej w deathową intensywność, a jeśli nie to mocno nią inspirowaną. Choć przejścia przy zmianie tempa, też robią swoje. Tak czy inaczej, ta kompozycja jest, jak i była, doskonałym uzupełnieniem do Hvite Krists Dod, dlatego po nim właśnie na playliście, na długi czas będzie umieszczony.

Woods to Eternity, po prawie dwu i pół minutowej dawce nieokiełznanej, moim zdaniem, fuzji deathu z black metalem, przychodzi do tłumiącej to wszystko solowej, ale też bardziej wirtuozerskiej partii gitary akustycznej, a przynajmniej ja ją tam słyszę. Ten element pozwala na powrót tej tajemniczości, co jeszcze bardziej ułatwiają partie keybordu, emitujące namiastkę symfonicznych instrumentów, co daje ten upragniony mrok. No i na koniec powrót transowej perkusji Frosta, aż headbanging się mi uruchomił na moment.

W Vikingland, oprócz Satyra, głosu użyczają jeszcze inni członkowie zespołu, próbując technik operowych, lub też antycznych sposobów bardów śpiewających sagi, bo jakby nie było tytuł, odnosi się do krainy wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, nie jest źle. Lecz z racji, iż, jednak wybredny jestem trochę, to pomieszanie trochę elementów, które już znam, daje efekt w postaci, umieszczenia tego utworu w kategorii, ,,dobre tylko przy słuchaniu całej płyty, a nie osobno” . Także tyle w temacie jeśli chodzi o mnie.

Dominions of Satyricon zaczyna się dobrze, wreszcie pojawia się, przynajmniej na moje ucho, nowa partia riffów gitarowych. Popisy Frosta przypominają mi, czemu to jego próbowałem, naśladować kiedy to sam grałem na perkusji. Mistrzowskie zmiany temp, wraz z wreszcie większym natężeniem gitar. Wokal Satyra oczywiście również bardzo dobry. Jak na prawie dziesięciu -minowy utwór, pomimo upływu czasu, potrafi skutecznie przykuwać moją uwagę, za każdym razem, co też łatwe nie jest. Co w sumie sprawia, że zostaje moją nową ulubioną kompozycją z tej płyty, którą dopiero po czasie doceniłem.

https://www.youtube.com/watch?v=fD7OYc-bGus

Przedostatni The King of the Shadowthrone, jak na króla przystało ma, mocne wejście, podczas którego towarzyszy mu istna lawina gitarowych riffów. Mających ponownie wreszcie wirtuozerski potencjał. Po królewsku wykonany wokal przez Satyra też daje odpowiedni efekt końcowy. Sprawiający, że, to drugi utwór, który po czasie zostaje umieszczony na mojej playliście. Zamykający płytę I En Svart Kiste, jest końcowym instrumentalnym pokazem zdolności wszystkich członków grupy. Jednak utrzymuje mrok oraz tajemniczość, a mnie to wystarcza. Zwłaszcza za partie keyboardu odpowiada tu osobiście Satyr.

Co do moich wcześniejszych pytań. Tak po 26 latach, a piętnastu, no nie licząc powrotów do pojedynczych utworów, ta płyta dalej ma w sobie to, co mnie wcześniej w niej urzekło. Sprawiając, że, słuchałem jej naprawdę dość spory czas. Ten mrok, te teksty. Nie wiem, czy to dość odpowiednie stwierdzenie, ale jak na black metal, momentami bardziej wpadające w ucho riffy. Bo rok 1994 był bogaty w black metalowe wydawnictwa, oj i to bardzo. Może do któregoś z nich kiedyś wrócę, aby wyrazić swoją opinię? Kto wie, może tak będzie. Na chwilę obecną, pomimo lekkich niedociągnięć. Jak dla przykładu momenty monotonii oraz zniechęcenia, mam tu na myśli Vikingland. To jako całość, The Shadowthrone , pomimo wiecznego mrozu, dalej majestatycznie stoi, jak kiedyś. Z lekkimi tylko rysami. Okładka też jest urzekająca. Także jeśli jakimś cudem nie znasz tego arcydzieła, to nie zastanawiaj się i zakładaj słuchawki! Warto, pomimo wspomnianej ,,rysy” , udać się przed norweski tron cieni, mozolnie zbudowany przez Satyricona. Chętnie też poznam twoje zdanie przyjaciółko, odnośnie tej płyty, jak i innych fanów Satyricona. Ja swoje wyraziłem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Borknagar – True North (2019)

Nareszcie! Po ponad trzech latach oczekiwania, norweski Broknagar wydaje swój kolejny krążek zatytułowany True North. Wydany został oczywiście przez Century Media Records, dokładnie 27 września tego roku. Kiedyś na łamach pewnego portalu miałem okazję wyrazić swoją opinię na temat ich poprzedniej płyty Winter Thrice, która bardzo mi przypadła do gustu. Chociażby z tego powodu najnowszy album nie ma łatwego zadania, gdyż poprzeczkę u mnie, ma zawieszoną bardzo wysoko. Czy True North mnie rozczaruje? Czy też może okaże się, iż, znowu Borkangar pozytywnie mnie zaskoczył. Tego dowiecie się w odpowiednim czasie. Tak czy inaczej, dziś podzielę się z Wami, swoimi wrażeniami odnośnie do najnowszego albumu Norwegów True North.

Otwierający płytę Thunderous spełnia swoje zadanie w pełni. Cieszy fakt, iż, nie tylko czyste wokale Vortexa wiodą tutaj prym. Mam tu na myśli nadal ten sam surowy scream. Sama struktura jest intrygująca i bardziej progresywna. Perkusja stanowi tu wyznacznik zmian temp, które w przypadku tego utworu występują czterokrotnie. Słuchając do tego dłuższego fragmentu spokojniejszych gitar, ma się wrażenie zatracenia w jakiejś nieokreślonej przestrzeni. Nie jest może genialnie, ale też nie jest źle.

W Up North pod względem brzmienia bardzo spodobały mi się gospelowe klawisze. Do tego ta narastająca dynamika perkusji, jak i gitar. Później znowu przejście na większą intensywność. Kunsztu nadaje śpiew Vortexa o śmierci, w dość o dziwo przyjemny dla ucha sposób. Do tego jeszcze filozoficzne nawiązanie do cyklu życia, związanego z czterema porami roku. Oprócz tego mam nieodparte wrażenie, iż, właśnie na tej kompozycji ,,Lazare” dał największy popis swoich muzycznych umiejętności. Może dlatego też jako singiel odniósł sukces? Pewnie tak.

Drugim singlem a trzecim utworem na płycie jest The Fire that Burns. Tutaj znowu zupełnie inne spokojne fragmenty dają ten sam efekt. Uwagę przykuwa jednak dość intrygująca gitarowa solówka. Co oprócz tego? No cóż. Może jednak za dużo czystego śpiewu Vortexa, ale końcowe chórki wyszły dobrze, wraz ze screamem, którego jednak było za mało.

W Lights podoba mi się początkowa partia perkusji. Do tego jeszcze wejście z czystym śpiewem Vortexa, jak i Larsa ,,Lazare”, a jeszcze później jeden screamuje a drugi śpiewa. Duet idealny. Z instrumentalnych kwestii, tutaj też solówka gitarowa zasługuje na uznanie.

Wild Father’s Heart rozpoczyna się bardzo nastrojowo. Nie tylko za sprawą akustycznych gitar, ale także instrumentów smyczkowych. Dopełnia to marszówka wraz z bardzo dobrą gitarową solówką. Powiem jedno. Jeśli to miała być refleksyjna a do tego relaksująca ballada, to Borknagar spisał się na szóstkę.

Mount Rapture z kolei sprowadza na początku trochę dobrych blackowych riffów. Prawdziwym screamem zaczyna się wokal. Choć jak zwykle następuje zamiana. Co interesujące tu też jest odrobinę tych gospelowych partii klawiszy, lecz zaraz potem całkiem niezła solówka gitarowa.

Tidal. Ten z pozoru znowu spokojnie się zaczynający utwór, wcale taki nie jest. Choć gitary oraz subtelna perkusja, a zwłaszcza brzmienie talerzy, wprowadza mnie na zupełnie inny wymiar. Tutaj Vortex poza klasycznym czystym śpiewem, wysila się jeszcze na coś innego. Natomiast po pierwszych partiach screamu Larsa miałem wreszcie gęsią skórkę. Potem jak Ich głosy łączą się w jeden. Istna bajka, mój blackowy głód zostaje w pełni zaspokojony. Potem znowu przejście, wraz z wyraźnie brzmiącymi chyba wszystkimi elementami perkusji. Od intensywnego do spokojnego. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż tutaj Bjørn Dugstad Rønnow miał swoje ,,pięć minut”, tak samo było też z gitarzystami. Moje uszy otrzymały dwie genialne solówki pod rząd. Do tego jeszcze wiele delikatnych riffów na koniec. Bardzo dobra muzyczna uczta oraz jak dla mnie nowa muzyczna wizytówka wszystkich umiejętności Borknagara.

Zamykający płytę Voices znowu przenosi mnie do innego wymiaru. Nastrojowe klawisze oraz spokojna perkusja, to wszystko skutecznie zbudowało napięcie. Potem potężnie brzmiące gitary. Wokal Larsa Nedlanda, nowego gitarzysty, istnie magiczny. Idealnie też odzwierciedlający dość bardzo znowu refleksyjną tematykę wolności oraz czym są te słyszane ,,głosy w głowie”. Sumienia przy czynieniu zła? Wezwaniem przodków albo objawem szaleństwa? Czy wszystkim naraz? Tak czy inaczej, lirycznie jest to drugi najlepszy utwór.

Podsumowując, True North jest bardzo przemyślanym albumem, zwłaszcza pod kątem struktury muzycznej. Jednak to nie zawsze idzie w parze ze spójnością. Tidal i utwór zamykający krążek, Voices, brzmią trochę, jakby je ktoś z zupełnie innego krążka dokleił. Tutaj więc w porównaniu do poprzedniej płyty jest troszkę słabiej. Oprócz tego instrumentalnie nie zawiedli, a wręcz zaskoczyli trochę nowym brzmieniem klawiszy, w tym trochę bardziej gospelowym brzmieniem. Z wokalistami tutaj mam lekki problem. Gdyż z jednej strony są momenty, kiedy tego czystego śpiewu ich obu jest dużo, scream Larsa to uzupełnia. Jednak jeśli chodzi o mnie, to całkowicie zostałem zaspokojony screamem, gdy usłyszałem Tidal. Moim zdaniem True North pod kątem lirycznym jest kontynuacją Winter Thrice. Lirycznie Up North, Tidal oraz Voices są najlepsze. Natomiast muzycznie rządzi despotycznie u mnie Tidal, potem Up North, a na końcu Lights. Czy się rozczarowałem? Wcale nie. Czy Borknagar mnie pozytywnie zaskoczył? Owszem. Czy jest to album równie dobry, jak poprzedni? Tak a do tego jest jego dobrą kontynuacją. No i tak jak w przypadku Winter Thrice z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywam go na nowo. True North jest płytą genialną. Polecam go każdemu fanowi progresji, a jeśli ktoś zna wcześniejszy Winter Thrice to tym bardziej. Nie zawiedziecie się! Jak jestem oczarowany i na kolejny ich krążek poprzeczka jest jeszcze wyżej zawieszona. Chociażby z powodu, że Tidal to istne arcydzieło. Nie mogę się doczekać informacji o ich europejskiej trasie koncertowej, która oby nie ominęła Polski.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Satyricon – Now, Diabolical (2006)

Po bardzo udanym koncercie jednego z norweskich klasyków black metalu na tegorocznej edycji Masters of Rock, postanowiłem odświeżyć sobie album, dzięki któremu mogłem tę grupę poznać. Mówię oczywiście o norweskim zespole Satyricon oraz płycie Now, Diabolicol , która ma już aż 13 lat, gdyż została wydana 13 kwietnia 2006 roku. Jak słuchało mi się jej pierwszy raz? Czy czas zadziałał na korzyść płyty a może wręcz na odwrót? Czy są inne zespoły, które może inspirują się tą płytą? Na te pytania chętnie Wam odpowiem, jeśli oczywiście jesteście ich ciekaw.

U mnie kwestia rozpoczęcia muzycznej przygody z tą grupą, to trochę zabawna sprawa, gdyż dzięki mojemu dobremu koledze Szymkowi, z którym chodziłem do jednej klasy w szkole podstawowej, a potem gimnazjum, miałem z nimi pierwszą styczność. Puścił mi po prostu kiedyś właśnie ten album, kiedy dyskutowaliśmy o konkretnym problemie, który nie dotyczył tylko nas, ale i naszej całej klasy. To tak tytułem wstępu.

Rozpoczynając już więc tytułowy Now, Diabolicol, kiedyś był dla mnie połączeniem dobrego riffu oraz dynamicznej perkusji, oczywiście wraz z doskonałym wokalem Satyra. Dziś, kiedy już po paru latach jeszcze bardziej zrozumiałem przekaz tej kompozycji, podoba mi się ona jeszcze bardziej i jest bardzo dobrym otwarciem płyty. Do tego ta blackowa gitarowa solówka i umiejętne dobrane blasty.

Drugim utworem i chyba po upływie trzynastu lat, jedna z muzycznych wizytówek tego zespołu, królującym na ich koncertach, jest K.I.N.G . Dla mnie kiedyś, szóstoklasisty, był to bardzo przebojowy kawałek. Co ciekawe kiedyś, na dyskotece szkolnej jak go puściliśmy z Szymkiem, oczywiście bez zgody osoby odpowiedzialnej za oprawę muzyczną, wszyscy się przy nim świetnie bawili, choć i tak dostaliśmy uwagi od wychowawczyni, ale było warto. Teraz, śmiało mogę stwierdzić, że i tak po 15 odtworzeniu z rzędu, dynamika perkusji nadaje tu klimat, takiego trochę black’rollu, lecz riff otwierający jest genialny, do tego ta surowa perkusja.

Z Pentagram Burns na samym początku miałem problem, ale tylko jako puszonym oddzielnie, bo wtedy wydawał mi się trochę nijaki. Nie wiedzieć czemu. Bo jako trzecia kompozycja dodawał odrobinę więcej mroku. Był też jednym z trzech utworów Satyricona, na którym wraz z Szymonem ćwiczyliśmy swoje perkusyjne umiejętności. Choć wielokrotnie frazy : ,,Rise my friend – march to war
/Time is up – shadows dance/ Fight my friend – tyrants pull /Time is up – burn the world ’’ w różnych okolicznościach śpiewaliśmy z Nim wielokrotnie. Dziś mogę oddać od siebie fakt, iż, wydaje mi się dobrą kontynuacją K.I.N.G, choć w pewnym momencie przejścia i zmiana temp, przykuwają uwagę mych uszy, do tego te subtelne blasty.

Na New Enemy aż takiej uwagi kiedyś nie poświęcałem, bo w głowie z całej płyty miałem maksymalnie trzy utwory. Natomiast po przesłuchaniu go z przerwami, intensywność perkusji, a potem tak zwane uspokojenie, w postaci niby siarczystych, lecz lżejszych riffów, dało balans, do tego jeszcze deklamacja Johna Woza jako gościa. Jeszcze to kilka sekund ciszy.

The Rite of Our Cross rozpoczyna mroczna a do tego lekko jazzowa perkusja, potem cisza oraz istna nawałnica riffów, nie brakuje też dobrych blasów ,a gitarowy breakdown z towarzyszącymi blastami. Jak kiedyś aż tak mi nie utkwił w pamięci, tak teraz już tak, przez co stał się jednym z moich nowych ulubionych utworów na tym albumie. Do tego sekcja dęta dała o sobie znać. Natomiast jak kiedyś tak i dziś That Darkness Shall Be Eternal jest tylko dobrym kawałkiem,bo dla mnie niczym szczególnym się nie wyróżnia, no dobra, może tą marszówką.

Delirium to znowu inna sprawa. Jak dla mnie tytuł idealnie odzwierciedlił, to co jest, na nim zawarte. Osobiście uważam, iż, na nim zmiany tempa z intensywnego na spokojne osiągnęły poziom perfekcyjny. Dynamiki też nie można mu oczywiście odmówić, bo breakdowny ma znakomite.

Przedostatni To the Mountains jako najdłuższy utwór miał i nadal ma sporo do zaoferowania, co ciekawe jako samodzielny, też daje radę. Dla mnie z sentymentu najistotniejsze są partie perkusji, które są dla mnie istną ucztą. Choć trochę lekko jazzowe połączenia riffów z perkusją właśnie, też są interesujące. W pewnym momencie wraz z sekcją dętą brzmieniowo przypomina zbliżającą się burzę, a raczej jej epicentrum. Tym właśnie epicentrum burzy był i nadal pozostaje Storm (Of The Destroyer). Najbardziej intensywny utwór na płycie, co w przypadku utworu zamykającego jak dla mnie było dość śmiałym posunięciem.

Podsumowując to wszystko. Z dawnych ulubieńców pozostał mi tylko Now, Diabolicol oraz K.I.N.G. Po powrocie do tego albumu, po latach doszły jeszcze dwa, kiedyś niedoceniane, albowiem The Rite of Our Cross oraz Delirium. Tak samo, jak kiedyś, tak i dziś. Ta płyta jest bardzo spójna, choć nie idealnie. Jest może na niej utwór, który nie musiał, That Darkness Shall Be Eternal, ale nie zawsze można mieć wszystko. Natomiast dodatkowym wręcz plusem jest fakt, iż tym albumem, w swojej twórczości, inspirował się Nihil, który dla wielu jest ojcem polskiego post-black metalu, a to jednak świadczy o kultowym statusie tej płyty. Czas zadziałał w moich odczuciach zdecydowanie również, na plus, bo odkryłem, na tym krążku coś, czego nie znałem. Przez co znowu intensywniej słucham tego zespołu. Uważam, że byłoby wręcz genialnie, gdyby okazało się, iż Satyricon ogłasza z okazji 15-lecia wydania tej płyty trasę, na której zagraliby go w całości. Wtedy na pewno wraz z Mirkiem i Beatą, pojedziemy, jeśli nie do jakiegoś miasta w Polsce, to w Czechach na pewno. Jeśli jakimś cudem, nie znaliście tego albumu, polecam nadrobić zaległości, choć uważam, iż, jest to raczej nie możliwe. Sentymentalizm z nim związany, nowe muzyczne odkrycie oraz inne wymienione powyżej czynniki, wskazują na tylko jedną ocenę tego kultowego dzieła. Podzielcie się też swoimi opiniami, na jego temat, a jak będziecie chcieli to też wspomnieniami.

10/10