Kategorie
Bez kategorii

Brothers of Metal – Emblas Saga (2020)

Ach ta Szwecja. Ponownie mając do czynienia z zespołem z tego kraju, a dokładnie Brothers of Metal, nabrałem ochoty na odrobinę fuzji heavy metalu z viking metalem. Akurat tak się złożyło, iż właśnie ten zespół wydał swój drugi już album zatytułowany „Emblas Saga” dokładnie 10 stycznia 2020 roku nakładem AFM Records. Czy owo połączenie gatunków okaże się trafione? Po przesłuchaniu płyty, rzecz jasna, napiszę parę słów o swoich wrażeniach i odczuciach dotyczących krążka.

Intro „Brood of the Trickster” jest epickim wstępem do całego albumu. Lektor specyficznym tonem głosu wprowadza słuchacza w magiczny świat dźwięków. „Powersnake” to od samego początku heavy metal na wypasie. Dobrym zabiegiem jest w tym utworze zarówno męski jak i damski głos, w tle zaś słyszymy okrzyki Wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, jest nieźle. Nastrój budują spokojniejsze fragmenty i kobiecy wokal. Natomiast solówka gitarowa, jak dla mnie, jest trochę jakby wciśnięta na siłę. 

„Hel” otwiera niezły riff, w tle słyszymy okrzyki. Kawałek opowiada historię Hel, władczyni Krainy Umarłych, dziwną i niepokojącą. Tutaj jednak solówka dobrze się wkomponowuje. „Chain Breaker” oprócz tego, że jest dynamiczny i wokalista potrafi dobrze screamować, to nic nowego nie wnosi. Choć przyznać trzeba, że duet dwóch, różniących się od siebie wokali jest ciekawy, aczkolwiek tylko tyle. 

„Kaunaz Dagaz”, jak dla mnie, brzmi dziwnie. Muzycznie jest na poziomie przeciętnym. Broni się tylko jednym, bardziej thrashowym riffem i gitarową solówką. Natomiast spotkanie z partiami wielogłosowymi już miałem, więc nie ma tutaj zaskoczenia. Początek „Theft of the Hammer” przypomina mi trochę Amon Amarth, kiedy przestawili się na heavy metalowe kompozycje. Pomimo podobieństw, gitary sprawiają, iż bardzo dobrze się go słucha.

„Weaver of Fate” jest balladą, która jednak nie spełniła moich oczekiwań. Pomimo dobrego, damskiego wokalu i krótkiej solówki, nie ma tego czegoś. „Njord” jako pieśń o bogu mórz i opiekunie kupców, sama w sobie jest dobra, jeśli spojrzeć pod kątem lirycznym. Muzycznie broni się na tyle, że da się ją przesłuchać w całości.

Tytułowa „Emblas Saga” wreszcie porusza mnie na tyle, że budzę się z letargu. Śpiew w wykonaniu Ylvy w ich ojczystym języku sprawdził się w tym utworze idealnie. Deklamacja lektora, dobre tło muzyczne, ciekawe partie gitarowe i różnorodne barwy wokali zdały egzamin. Ten kawałek wprowadza wreszcie w epicki nastrój.

„Brothers Unite” rozpoczyna się dość spokojnie, wręcz flegmatycznie. Spodziewając się czegoś nowego, otrzymuję jednak znane mi już patenty. Nawet fragment, w którym słychać „zaśpiewy Wikingów podczas uczty”, nie ratuje tego utworu. Wprowadza natomiast słuchacza w zniecierpliwienie.  Zaczynający się epicko „One”, jest wręcz łagodny w swoim brzmieniu. Do tego screamujący wokal, uzupełnia drugi głos deklamacją. W dalszej części utworu znowu pojawia się Ylva. To wszystko razem brzmi na tyle dobrze, że mogę „One” zakwalifikować do udanej ballady. 

Przedostatni „Ride of the Valkyries” jest dynamiczny, choć nie na tyle, aby uznać trafność jego tytułu. Pomimo chęci i niezłych gitar, czegoś jednak zabrakło. Więc w ostateczności, jednak NIE!. Zamykający „To the Skies and Beyond” charakteryzuje dobra solówka gitarowa, riff jest dosyć chwytliwy, duety wokalne też dają radę. Także ostatni kawałek można uznać za znośny, wraz z symfonicznym zakończeniem.

Reasumując, na koniec powiem tak, jeśli chodzi o heavy metal o tematyce nordyckiej, to nie jest to fuzja na każdą okazję. Trzeba mieć odpowiednie nastawienie i dystans. Lirycznie jest przyjemne dla ucha, muzycznie ratują ten krążek od katastrofy „Powersnake”, „Theft of the Hammer”, „One” oraz „Ride of the Valkyries”. Sam album jednak na dłuższą metę nie zapada w pamięć . Zapewne wrócę do któregoś z tych utworów przy okazji gry komputerowej o tematyce nordyckiej, lecz raczej nie nastąpi to prędko.

Korekta: Sylwia Prekurat

5/10

Kategorie
Bez kategorii

KŁY – Wyrzyny (2020)

Tak, znowu Polska. Najwidoczniej rodzimy black jeszcze mi się nie znudził, tym bardziej że ten rok jest na polskiej scenie black metalowej dość obfity. Tym razem z wielką przyjemnością sięgam po śląskie KŁY i ich drugi album „Wyrzyny”, wydany nakładem Pagan Records 8 maja 2020 roku. Czy okaże się lepszy od debiutu z 2018 roku? Tylko słuchając go, kilkakrotnie możemy się o tym przekonać.

„Burza (My, rozgwiazdy)”, otwierająca album, rozpoczyna się od dźwięku dzwonu, wprowadzając nas skutecznie w mistyczny charakter utworu. Słychać wyraźnie post – metalowe brzmienie gitar. Wokal przywodzi na myśl i jednocześnie kojarzy się z Nihilem z Furii. Linia basowa to istny majstersztyk. Dobrze akcentowane przejścia. Deklamacja w połączeniu z czystym śpiewem to idealne podsumowanie. Na koniec blackowa powtórka. W tym kawałku nie ma monotonii, muzyczny rollercoaster utrzymuje go na wysokim poziomie. Mistrzowskie otwarcie k….!

W „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyńcza” czuć lekką zmianę klimatu, aczkolwiek ponownie słyszymy dzwony, głosy się powtarzają, jakby słuchacz był na lekkim haju. Dobra dawka psychodeli. Trochę mniej blacku. Jeśli chodzi o tempo, jest dosyć dynamiczne. Typowe, blastowe napier…..! Po raz pierwszy pojawia się na tej płycie growl. Uruchomił mi się headbaging, a to jest dobry znak. Pomimo dawki znacznie lżejszych riffów niż się spodziewałem, o dziwo, okazały się one równie chwytliwe i przyjemne dla ucha. Do tego jeszcze na koniec te magiczne stemple. Chcę więcej!

„Krajobraz jako oko” to kontynuacja poprzedniej kompozycji, ale z drobnymi, folkowymi elementami. Tutaj akcent jest położony na bas, tempo też znacznie wolniejsze. Może trochę za dużo progresji jak na mój gust. Pomimo tego nie jest źle, bo w dalszej części kawałka pojawia się perkusyjna nawałnica. „Trójząb„, ni z tego ni z owego, przenosi mnie do… Japonii (kraju kwitnącej wiśni)? Tak…tylko po co? Przychodzi mi jedynie do głowy nawiązanie do demo. Tu natomiast progresja jest dobrze wyważona. Gdy go słucham, pojawia się, u mnie stan, jaki chciałem, muzycznego uniesienia. Sam tytuł nawiązuje oczywiście do nazwy zespołu.

Przedostatni „Gwiezdny wiatr” to ponownie dobre stemple. Wraca tutaj dynamika, zdecydowanie jest mniej blacku na rzecz post – metalu. Mówiąc kolokwialnie, utwór jest przebojowy niczym „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyncza”. Album zamyka „Zakorzenienie”, które idealnie podsumowuje całą płytę.

Jeśli chodzi o „Wyrzyny” to KŁY postawiły na transowy klimat. Okładka przedstawiająca grzyby halucynogenne nie jest myląca. Naprowadza na właściwą ścieżkę doznań muzycznych, szerzej ukazanej w kompozycji zamykającej płytę. Jeśli chodzi o brzmienie całości, zderzamy się z przemieszaniem nurtów i miksem gatunków, w różnych proporcjach. Jednak ośmielam się sądzić, że wypadli lepiej od Finów z Oranssi Pazuzu, gdyż mają zdecydowanie więcej samodzielnie broniących się kompozycji, bez wpływów innych, podobnych im kapel. Na podsumowanie, „(My, rozgwiazdy)”, „Burza”, „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyncza”, „Gwiezdny wiatr” i „Zakorzenienie” to dosyć oryginalne utwory w swej strukturze.

Reasumując, za każdym razem jednak gdy kończę słuchać ten album, trans, z jakiego wychodzę, nie jest jeszcze tym kompletnym. Odczuwam lekki niedosyt…choć tak niewiele brakowało.

Korekta: Sylwia Prekurat

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Vader – Solitude in Madness (2020)

Dziś znowu Polska. Całkiem niedawno, bo 1 maja tego roku, jeden z kultowych przedstawicieli polskiej sceny metalowej wydał swój dwunasty studyjny album – Solitude in Madness. Mam tu oczywiście na myśli olsztyński zespół Vader. U mnie z tym zespołem bywało różnie. Dziś, za sprawą namowy Sebastiana i obietnicy złożonej Pawłowi, zamierzam uważnie przesłuchać najnowszy krążek grupy Piotra Wiwczarka.

Otwierający Shock and Awe jakoś mną nie wstrząsnął. Mocne wejście, typowy wokal Petera. Jedyne, co przykuło moją uwagę, to wyraźne gitary w pewnym momencie, zakrawające na solo. Perkusja „strzela” tu jak dobrze naoliwione działo. Końcowy śmiech Petera jest jedyną przerwą. Oprócz tych gitar nie byłem jakoś szczególnie zaskoczony. 

Singiel Into Oblivion swoimi przejściami i riffami w tle przypomniał mi trochę pewne rozwiązania z jakiegoś utworu z Tibi et Igni, tylko nie mogę sobie przypomnieć, z którego. Na sam koniec scream Spidera, wraz z głosem Petera, dalej dobrze współgra.


Despair ma bardziej gitarowy wstęp. Więcej przejść, wreszcie pojawia się wyraźne solo gitarowe. Jest trochę lepiej. 

Incineration Of The Gods to dalej dynamika, ale też więcej blastów. Jednak przy lekkiej zmianie tempa pojawiają się bardzo dobre thrashowe riffy, no i solówka gitarowa niczego sobie. Dobry kierunek zmian. Perkusja dalej strzela. Choć breakdown jest tu wyraźniejszy, co mnie jeszcze bardziej cieszy.

Sanctification Denied też jest dobry, ponieważ tu dłużej można posłuchać gitarowego kunsztu Petera i Spidera. Mam   na myśli wyszukane riffy oraz solo. Perkusja też odrobinę zwolniła, co mnie jako słuchaczowi pozwoliło trochę odpocząć (jeśli można to tak ująć). 

And Satans Wept to powrót intensywności. Nie znalazłem tu niczego, czego nie poznałem wcześniej, oprócz kolejnych dwóch solówek gitarowych. Co nie zmienia faktu, że jest to jeden z niewielu przebojowych utworów na tej płycie.

Już zdążyłem spisać ten album na straty, kiedy zrozumiałem, że jednak się pomyliłem. Szansą na ratunek okazał się kawałek Emptiness. Rozpoczęcie od wpadającej w ucho solówki, jednej z najlepszych na płycie. Potem ten riff, jak i dynamika, bardzo podobna do When the Sun Drowns in Dark z Necropolis z 2009 czy też nawet do riffu z kultowej Wyroczni zespołu KAT. Strzał w dziesiątkę! Pomimo niecałych trzech minut długości Emptiness to istna petarda. Bardzo heavymetalowa nawet (przynajmniej dla mnie). Mimo iż Peter w dużej mierze skopiował samego siebie, jestem w stanie mu to wybaczyć, bo i tak dodał coś nowego.

Final Declaration znowu niczym nie zachwyca, choć breakdowny są tu w moim guście. Wszystko jest na miejscu, ,,działo” z grubej berty zmieniło się w samobieżne, na całe szczęście. 

Następny w kolejce jest cover Acid Drinkers, czyli Dancing In The Slaughterhouse, z płyty Infernal Connection z 1995 roku. Utwór dostał tylko większą dawkę dynamiki oraz wokal Petera i Spidera. Jakby jednak nie było, Vader dał oryginalnej wersji ,, drugie życie ”. Tu śmiech jest lepszy niż w pierwszej kompozycji z tej płyty, bardziej szalony.

Stigma Of Divinity to nic nowego, choć dostarcza ogromną dawkę energii. 

I wreszcie Bones – drugi singiel, a zarazem utwór zamykający ten krążek. Tu także breakdowny są dobre, choć nie rewelacyjne. Słychać thrashowe riffy, wokale Spidera i Petera znowu się przeplatają, ale solówki nie zwaliły mnie z nóg. Przebojowość tego singla jest dla mnie lekko naciągana. Byli lepsi kandydaci. Mimo wszystko jest to bardzo dobry finał.


Jak na album trwający niecałe pół godziny, Solitude In Madness ma różne odcienie intensywności. Choć dwie pierwsze kompozycje są bardzo deathowe, a zwłaszcza perkusja. Później, jak wspominałem, jest lepiej. Bardziej melodyjnie, powiedziałbym. Moi ulubieńcy to Despair, Incineration Of The Gods, Sanctification Denied, a przede wszystkim Emptiness. Przy nim headbanging murowany! Sama płyta jest lepsza od poprzedniej, to na pewno. Biorąc też pod uwagę, od kiedy sam zespół jest aktywy i w jaką stronę idzie tzw. stara gwardia, Vader udowadnia, że trzydzieści lat po debiucie wciąż można zrobić dobry, momentami lekko skomplikowany album. Zagorzali fani tej grupy, czyli Sebastian i Paweł, zapewne są Solitude In Madness zachwyceni. Ja natomiast jestem po prostu zadowolony. Krążek w stylu ,, krótko, zwięźle i na temat z domieszką  nostalgii ”.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Nightwish – Human. II Nature.(2020)

Już jest! Kolejny, bo dziewiąty album fińskiego Nightwish, zatytułowany Human. II Nature, wydany oczywiście przez Nulear Blast 10 kwietnia 2020 roku jest już w mojej kolekcji płyt CD. Z racji bycia fanem Nightwisha nie mogło być inaczej. Jest to drugi album, na którym wokalnie udziela się Floor, trzeci raz Troy Donodcley, a piąty Marco Hietala, który również niedawno wydał swój pierwszy solowy album. Ja po trochę rozczarowującym mnie Endless Forms Most Beautiful, podchodzę do najnowszej płyty tej grupy z lekkim dystansem. Czy okaże się lepsza bądź bardziej innowacyjna od poprzedniej? Czy instrumentalny całkowicie drugi krążek, okaże się dobrym podsumowaniem pierwszej ? Cóż, przynajmniej parę przesłuchań, okaże się najbardziej pomocne. Zaczynamy.

Otwierający Music ma istnie epicko – transowy wstęp, który później przechodzi w postać symfoniczno – folkową. Tuomas stanął na wysokości zadania. Później wchodzi bardziej delikatny wokal Floor. Dopiero jednak w ¾ utworu słychać pierwsze gitarowe solo. Zapewne autorstwa Emppu, lub też napisane pod niego. Tak czy inaczej, wreszcie rozkręcił się cały zespół. Pierwszy singiel promujący, czyli, Noice, z tego, chociażby powodu był wcześniej znany. Tym bardziej że sam tekst, chociażby jest godny uznania. Muzycznie jest bardziej dynamiczny, słychać to, chociażby po zmianie wokalu Floor jak i Marco. Jednak przychodzące w porę lekkie uspokojenie, pozwala choć przez moment wyraźny bas, lecz trwa to krótko. Gdyż później jest nieco ciężej, oczywiście też dynamicznie. Tak czy inaczej, na chwilę obecną, chociażby z powodu mieszanych uczuć fanów, w tym również moich, spełnił rolę singla bardzo dobrze.

Shoemaker zaczyna bardzo dobra partia symfoniczna. Duet Floor i Troya brzmi w tej kompozycji dość udanie, choć muzycznie wydaje mi się odrobinę lżejsza, zwłaszcza jeśli chodzi o gitary oraz perkusję. Do tego jeszcze krótka deklamacja, szepczącym głosem. Mam nadzieje, że, operowe partie też były Floor, bo utrzymały nastrój do samego końca. Drugi z singli natomiast, Harvest. Jak dla mnie jest bardziej relaksacyjny, podchodzący trochę pod balladę. Nic dziwnego, że, główny wokal należy tu do Troya, bo utwór jest pełen folku. Nie kończy się on (folk), nawet jak wchodzi gitarowy riff. Solówki są też Troy’a. Podoba mi się on bardziej, od pochodzącego z poprzedniej płyty utwór My Walden. Wiem po prostu, że, Harvest zagości na mojej playliście na długo. Co świadczy o wyjątkowości tego utworu? Lirycznie jest ponuro i mroczne, muzycznie natomiast szczęśliwie. Jestem dlatego przekonany, że, zagości on na przyszłych koncertach grupy na 100%.

Piąty Pan ma zupełnie inny klimat, bardziej refleksyjny, o to też oprócz muzycznej oprawy odpowiednio dba wokalnie Floor. Choć potem pojawia się cięższy gitarowy riff, ale jak szybko się pojawił, tak zniknął. Nie wiem kogo, ale pomysł z chórem, był trafiony, zwłaszcza przy zmianach tempa. Końcówka w postaci breakdownu gatunkowego, wyszła z lekkim przytupem. Na How s The Heart znowu usłyszymy Troya, ale instrumentalnie, choć również w duecie z Floor. Choć tu już wkrada się lekka przewidywalność, lecz mimo to jest dobrze i nastrojowo.

Siódmy Procession zaczyna się bardzo transowo. Po samej muzyce oraz tekście przynajmniej dla mnie jest to utwór, ukazujący tę ciemną stronę ludzkiej natury, przynajmniej ja go tak zrozumiałem. Przedostatni a co ciekawe najkrótszy Tribal, jest bardzo intensywny, a do tego, chyba jedyny, na którym słyszymy duet Floor i Marco. Lecz chociażby przez tę intensywność i zmienność bardzo mi się spodobał, do tego partie perksusyjne są tu rewelacyjne. Zamykający pierwszą część albumu Endlessness, jest ciekawy z wielu powodów. Pierwszym z nich jest wokal Marco. Drugim umiejętne budowanie muzycznego napięcia, zdecydowanie lepiej niż w Noice. Choć zamknięcie jest odrobinę gorsze, niż sam początek.

All the Works of Nature Adorn the World to tytuł, prawie dwudziesto – dziewięcio minutowej kompozycji, podzielonej na osiem aktów. Vista, którą rozpoczyna deklamacja dająca do zrozumienia, że wiele rzeczy można kochać, ale naturę najbardziej. The Blue, samo w sobie zaczyna się bardzo dramatycznie, co słychać po instrumentach smyczkowych, choć z upływem prawie dwóch minut, robi się bardziej epicko. The Green, natomiast jest bardzo spokojny i przez to bardziej odprężający. Na Moors, Troy ma pole do popisu, później znowu pojawia się sekcja symfoniczna, gdzie znowu, pojawia się pewnego rodzaju dramatyzm. Aurorae, znowu jest bardziej spokojny, co udowadnia, chociażby harfa, jednak później znowu zaczyna się dziać, bo słychać cały wachlarz instrumentów, z chórem w tle. Szepty na Quiet As The Snow są bardzo dobrym nastrojowym rozwiązaniem, którym mnie jako słuchacza Toumas kupił. Przedostatni Anthropocene (incl. hurrian hymn to nikkal) to powrót, dobrze już znanej smyczkowej ,,dramaturgii” . Ad Astra, która pojawiła się jako trzeci singiel promujący, za każdym razem doprowadza mnie do łez. Chodzi o przede wszystkim o wbijający się w pamięć tekst zamykającej album deklamacji, opowiadający o naszym Wspólnym domu zwanym Ziemią, o tym, że, trzeba jednak o Nią zadbać, jeśli chcemy, aby nadal była tak piękna i różnorodna, w gatunki zwierząt i roślin. Do tego jeszcze równie poruszająca serce muzyka. Tu mamy właściwe zamknięcie płyty, no i idealny deser, po instrumentalnej uczcie, zaserwowanej nam przez zespół, na właśnie drugiej części albumu.

Nie byłbym sobą jakbym jeszcze czegoś nie zostawił na koniec. Dobra robota Nightwish. Pomimo iż, podchodziłem z dość sporą rezerwą to tej płyty, jest to dobry album, bo wreszcie jest na nim, choć odrobinę innowacji, pomijając znanej już elementy, z Endless Forms Most Beautiful, chociażby, i dla jasności mam tu na myśli samą muzykę, ale to tylko w paru przypadkach. Otwierający album Music umiał pozytywnie zaskoczyć, rewelacyjny Harvest i z pierwszej części jeszcze, Procession oraz Tribal, znalazł się w gronie moich ulubionych, utworów. Natomiast jeśli miałbym wybierać z All the Works of Nature Adorn the World, to najbardziej podobały mi się Vista, Moors, Quiet As The Snow, oraz samo zakończenie Ad Astra. Droga, którą obrał zespół, jest moim zdaniem dobra, choć żeby, nie było cukierkowo, to jednak trochę bardziej, ale jednak Floor i jej głos zdziałały na tej płycie znacznie więcej, niż poprzedniej, choć to dla mnie i tak za mało. Tak czy inaczej, jest to album naprawdę wyjątkowy, no i nie mam tu na myśli, podzielenia go na dwie części, wedle samego tytułu. Coś się wreszcie zaczęło dziać! Okoliczności pandemii dodatkowo też akurat sprawiły, iż tematyka tekstów nie może pozostać bez echa!

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Testament – Titans of Creation (2020)

Jedną z trochę niedocenionych amerykańskich grup, wykonujących thrash metal, który dziś nie jest bardzo sprecyzowany, jest moim zdaniem Testament. Nie bez powodu o nich wspominam,bowiem 3 kwietnia 2020 roku, miał premierę ich najnowszy, dwunasty już album, zatytułowany Titans of Creation, wydany przez Nuclear Blast. Czym okaże się lepszy lub też gorszy od wcześniejszego, wydanego już cztery lata temu Brotherhood Of The Snake? Jest tylko jeden znany mi sposób, aby się o tym przekonać.

Otwierający płytę Children Of The Next Level rozpoczyna tak zwaną jazdę bez trzymanki. Świadczy o tym, chociażby riff oraz dynamiczne partie perkusji. Ukoronowaniem jest oczywiście wokal Chucka. Prawie w połowie pojawia się bardzo dobry break down, gdzie nie jestem do końca pewien, czy Chuck nie jest wspomagany jeszcze przez któregoś z gitarzystów, jeśli chodzi o wokal. Potem też pojawia się bardzo chwytliwa solówka, jedna trochę krótsza, lecz ta dłuższa jest oczywiście jeszcze lepsza. Mistrzowskie otwarcie, sam singiel bowiem skutecznie mnie, jak i wielkiego amatora tej grupy Jacka, skutecznie zachęcił do zakupu pre orderu tego krążka.

WW III nie zwalnia tempa ani na chwilę, jeśli chodzi o dynamikę. Bardzo ciekawie brzmi podkreślony bas. Tematyka liryczna jest równie dość intrygująca. Pod sam koniec wstęp istnie speed metalowy, tak samo jak sama solówka, jak dla mnie. Blasty towarzyszące przejściom są genialne. Natomiast Dream Deceiver, jest lekkim opuszczeniem gardy z racji swojej chwytliwości oraz lekkiego podobieństwa, do dwóch singli, pochodzącego z poprzedniego albumu Brotherhood Of The Snake, tytułowego Brotherhood Of The Snake oraz A PaleKing. Czy to dobrze? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Ja zaliczając się do fanów zespołu, mogę przymknąć na to ucho, jednak jest to w pewnym sensie lekkie pójście na łatwiznę, to owej przebojowości Dream Deceiver nie pozbawia. Jak również w miarę dobrej solówki gitarowej.

Drugi singiel, czyli Night Of The Witch, przez gitary oraz partie perkusyjne na samym początku jest bardzo intensywny, na pewno bardziej od poprzedniego utworu. Jednak tu już odrobinę wkrada się rutyna, przynajmniej dla mnie jako fana. Choć wokal Chucka jest tu też bardziej nastawiony na krzyk, niż w poprzednich. Mimo to jednak jako singiel nie jest tak dobry, w porównaniu do Children Of The Next Level. Jednak poziom jest utrzymany. Natomiast z piątym w kolejności City Of Angels, jest zupełnie inaczej. Gdyż cieszy fakt, iż wspomnianej przeze mnie wcześniej przewidywalności, w tym przypadku zespół skutecznie się wyłamuje. Jak? Chociażby że, początek otwierają partie basu, same przejścia są bardziej progresywne, jak riffy spokojniejsze, tak samo jak wokale wspierające Chucka, czyli jednak się wcześniej się nie przesłyszałem. Do tego krótkie, lecz też jazzowe solo, potwierdza fakt, iż owa kompozycja zalicza się do jednej z ulubionych z tej płyty.

Ishtars Gate przez swój orientalny wydźwięk gitar, w samym wstępie, już zaskarbił moją sympatię. Liryczną tematyką oraz większą wirtuozerią basu w jego trakcie. Potem ponowny powrót muzycznego orientu. Nadal godne uwagi gitarowe popisy. Kolejny ulubieniec, obowiązkowo wpisany na playlistę. Symptoms też daje radę, choć tutaj słychać już zdecydowanie mniej thrashowej dynamiki, a duża ilość przejść, zaczyna mi przypominać trochę kurs w podgatunki z końcówką core. Co trochę mnie lekko niepokoi, a jednocześnie udowadnia, że, grupa nie boi się eksperymentów. Tak czy inaczej, mam co do tej kompozycji bardzo mieszane odczucia. Na False Prophet wraca to, czego mi zaczynało brakować. To bardziej thrashowe brzmienie, może nie ze spodziewaną intensywnością, ale to zawsze lepsze niż nic. Wreszcie! Furia wraca! Bo The Healers się pojawia, a z nim, chwytliwe riffy i podwójna stopa. Przez to, chociażby headbanging pojawia się u mnie bezwarunkowo. Code Of Hammurabi to znowu basowa wirtuozeria. Choć właściwa dynamika przychodzi jeśli o mnie chodzi, trochę za późno, jednak coś za coś. W zamian jeśli o mnie chodzi, jedna z najlepszych solówek na płycie. Oprócz tego również perkusja jest nietypowa. Przedostatni Curse Of Osiris to jest ta właściwa intensywność, idealna do dobrego pogo. Zamykający natomiast płytę Catacombs, umiejętnie buduje napięcie, gdzie słychać elementy podchodzące pod symfoniczne, z chórem włącznie, a sama marszówka jest świetna. Biorąc pod uwagę, że jest on całkowicie instrumentalny. Jeśli o mnie chodzi, zamknięcie idealne, bo pozostawiające słuchacza z lekkim niedosytem.

Czy Titans of Creation okazał się w ostateczności lepszy od poprzedniego, zdecydowanie krótszego Brotherhood Of The Snake? Cóż, po części tak, a lekko na nie. Czemu? Po pierwsze, chociażby przez swoją różnorodność, gdyż Brotherhood Of The Snake nie ma żadnego z progresywnych elementów, oprócz tego jest mniej wirtuozerii perkusji oraz gitary basowej, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma jej wcale. To akurat stawia w mojej hierarchii płyt grupy Testament, najnowszy album na wyższej pozycji niż Brotherhood Of The Snake. Jednak aby, nie być całkowicie bezkrytycznym, to minusem jeśli chodzi o podobieństwa obu krążków, jest Dream Deceiver. Jakby go nie było na krążku, szczerze w żądnym stopniu nie odczułbym braku, no, chyba że, zespołowi o to chodziło, o zwrócenie uwagi. Wracając jednak znowu do pozytywnych aspektów płyty. Mam z niej więcej kompozycji do których, na pewno przez jakiś czas będę wracał. Są to Children Of The Next Level, WW III, City Of Angels, Ishtars Gate, The Healers, Curse Of Osiris z towarzyszącym mu potem Catacombs. Do tego okładka też jest lepsza od poprzedniej. W ostateczności na Titans of Creation jest więcej kreatywnego tworzenia muzyki jak i samych tekstów, niż odrobiny zniszczenia. Korzystając z okazji, życzę zdrowia Chuckowi oraz basiście Stevowi. Obyście wyzdrowieli i jak się wszystko poukłada, zagrali na Masters of Rock w lipcu. Chętnie też poznam wasze opinie odnośnie tego krążka. Ja ze swojej strony temat wyczerpałem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Children of Bodom – Haxed 2019

Wiadomość o wydaniu przez Children of Bodom dziesiątego albumu, zelektryzowała mnie do szpiku kości. Jestem ich fanem, choć po wydaniu Are You Dead Yet?, stracili nieco werwy. Tym bardziej jestem ciekaw ich najnowszego dzieła Haxed, wydanego 8 marca tego roku. Czy wrócili po latach, w dobrym stylu? Czy znowu albumem mocno przeciętnym? Zobaczymy.

This Road to jest konkretny początek. Dynamika jak trzeba, no i znowu przypomniał mi się ten dźwięk ostrzonej kosy. Dobra solówka Alexa, połączona z blastami. Jeszcze ten keybord. Under Grass And Clover z racji tego, iż też był singlem, swoją funkcję spełnił dobrze. Choć sam numer ratują dobre solówki. Gitary oraz keyborda. Serio.

No i tu rozpoczynają się pretensje z mojej strony. Dlaczego Glass Houses nie został singlem, Ja się k…. pytam? Moim skromnym zdaniem to najlepsza kompozycja na tym albumie. Keybord przywołuje na myśl Follow the Reapier, gitary Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet?. Natomiast intro Hecate’s Nightmare przywołuje trochę klimat rodem z opuszczonego wesołego miasteczka. Zresztą samo lyric viedo nawiązuje do symbolu, jakim dla Children of Bodom jest żniwiarz. Muzycznie jest przyzwoicie, choć szału ni ma, tym bardziej, jeśli chodzi o Alexa i jego solówkę, nie jest ona najlepszą na tym krążku.

Początek Kick in a Spleen to ewidentne nawiązanie do utworu Are You Dead Yet. Czy to zarzut? Nie, wręcz przeciwnie. Dodali coś od siebie jak, chociażby kolejną świetną solówkę keybordów, jak i breakdown. Kolejna dobra solówka gitar. Tak kolejna dobra kompozycja to Platitudes And Barren Words, która została singlem. Tylko tym razem jest chwytliwe i na odpowiednim poziomie.

W tytułowym Hexed pożądany efekt daje wzmocniony wokal Alexa, samo brzmienie jest trochę bardziej agresywne, przejścia klawiszy inne, co nie znaczy gorsze. Znowu kolejne solówki gitar i klawiszy. Ciekawa jest końcówka, która przypomniała mi klimat, jaki niosła za sobą kompozycja Downfall, z drugiego albumu Children of Bodom zatytułowanego Hatebreeder. No dobrze, było miło, ale też bez przesady. Relapse (The Nature of My Crime) uważam za numer przeciętny, bo mnie nie powalił. Tak samo jest z Say Never Look Back. Jeśli chodzi o, Soon Departed jest nieco lepiej, bo breakdown oraz wolniejsze tempo robi swoje. Nawet lepiej jest z zamykającym album Knuckleduster, zmiany temp oraz towarzyszące im klawisze, sprawiają, że jest to doskonałe zamknięcie płyty.

Podsumowując to wszystko, chodzi mi po głowie jedno. Powiem szczerze, nie spodziewałem się tak pozytywnego obrotu sprawy. Children of Bodom zaprezentowali mi, jak i jeszcze innym starszym fanom, bardzo sentymentalną podróż w przeszłość, z nowymi akcentami, dającymi nowe życie. Nowi fani, nieznający takich płyt jak Hatebreeder, Follow The Reapier, Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet? Mają doskonałą okazję, aby nadrobić muzyczne zaległości. Wreszcie po wielu latach wydawania albumów, powiedziałbym nijakich lub przecietnych ( dobrych, ale bez ochoty powracania do nich z mojej skromnej strony), mamy do czynienia z przebojowym wydawnictwem. Nowe solówki zarówno gitarowe, jak i keybordowe są o niebo lepsze, niż na poprzednich krążkach, są chwytliwe i zapadające w pamięć, jak być powinno. Nie jest to, może album bez wad, ze względu na dwie mocno przeciętne kompozycje (Relapse (The Nature of My Crime) oraz Say Never Look Back), ale żaden jeszcze taki nie był, poza tym nie są one też aż tak fatalne. Dla mnie jest to powrót to doskonałej formy, śmiało mogę stwierdzić, że, Haxed jest bardzo dobrym dziesiątym albumem, w dorobku Children of Bodom, co zresztą słychać i czuć (headbanging oraz pogo czy deathwall mam na myśli). Osobiście nie mogę doczekać się ich koncertu na tegorocznym Masters of Rock, licząc, że, zawitają też do Polski, będzie ogień. Tym którzy jeszcze nie mieli okazji przesłuchać, serdecznie polecam. Może jest to stwierdzenie lekko na wyrost, ale to moje zdanie. Ten album to jeden z niewielu, który oprócz oczywiście Follow the Reapier i nie tylko, zasługuje na miano swego rodzaju opus magnum Children of Bodom. Dziesiąty album okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę jak dla mnie.

10/10