Kategorie
Bez kategorii

Katatonia – Tonight’s Decision (1999)

Dziś oto jest ten dzień, kiedy wracam, po krótkim, lecz dość intensywnym kontakcie, do zespołu, który dziwnym trafem został zastąpiony przez inny, w moim osobistym rankingu. Mam tu na myśli pionierów szwedzkiego doom metalu, czyli Katatonię, których swego czasu zastąpiłem amerykańskim Type of Negative. Jednak to uległo zmianie. Tonight’s Decision to album Katatonii, który słuchałem przed laty, a dziś do niego powróciłem dzięki Justynie Szatny. Co Ciekawe, w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne z 1999 roku. Co najlepsze w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? Czy w moim odczuciu, od 2007 roku, ta płyta zmieniła się na lepsze czy gorsze? Zobaczymy.

Otwierający płytę For My Demons dalej nadaje odpowiedni nastrój. Deklamacja, a potem śpiew Jonesa. Całość dopełniają dobrze nastrojone gitary wraz z blastami oraz odpowiednie klawisze. Breakdowny trafione w punkt. Jednakże wisienką na przysłowiowym torcie są te pojedyncze riffy uspokajające. W I Am Nothing bass wraz z rozpoczynającymi partiami perkusyjnymi nadal się moim uszom podoba. Tej kompozycji nic nie brakuje, a partie bassu brzmią mi wyraźniej. Swoje robi boczny wokal Andersa. In Death, A Song jest trochę cięższy, mam nawet wrażenie, iż riffy są trochę blackowe, lecz to tylko moje subiektywne odczucie. Tak czy inaczej, w tym przypadku, także wszystko dopracowane. Poza tym dość nietypowa struktura utworów w porównaniu do poprzednich, sprawia, że mam nowego ulubieńca. Ciekaw jestem kiedy będzie się do czego doczepić na tym krążku? Bo jak na razie nie ma.

Czwarty Had To (Leave) jest dobrą kontynuacją poprzedniego utworu, pod kątem muzycznym. Choć tu słychać wyraźniejsze breakdowny, a gitary w momencie uspokojenia wraz z partiami klawiszy, sprawiają wrażenie, jakbym przenosił się pomiędzy wymiarami jakimś tunelem. Natomiast This Punishment poprzez użycie klawisze brzmi na początku bardzo gospelowo. Moim zdanie w przypadku tego utworu partie perkusji brzmią bardzo jazzowo. Każdy jej element słychać bardzo wyraźnie. Nastrój uzupełnia mistrzowska solówka basowa oraz instrumentalny popis umiejętności na najwyższym poziomie.

W Right Into The Bliss warte według mnie wspomnienia są riffy podczas zmiany temp oraz dźwięk płyty winylowej, odtwarzanej z gramofonu. Daje to mistrzowski efekt. Całość dopełniają trochę cięższe partie gitar w kilku momentach oraz genialna solówka gitarowa. No Good Can Come Of This to kolejna kompozycja o bardzo złożonej strukturze. Choć jak dla mnie, nie jest ani zły, ani dobry. Docenić należy fakt różnorodności riffów, lecz to za mało. Podobnie jest z Strained, choć tu ratunkiem okazuje się bardzo dobra solówka i druga połowa tej kompozycji. Klasyczna gitara na Darkness Coming nadaje odpowiedni, trochę bardziej refleksyjny nastrój, lecz druga połowa przez bardziej nieco przygnębiający wokal Jonasa i niepotrzebne wejście gitary elektrycznej, trochę go burzy.

Nightmares By The Sea okazuje się coverem, choć w oryginale wykonywany przez Jeffa Buckleya. Moim zdaniem kompletnie nie pasuje do reszty, no i poddaje pod wątpliwość idealną spójność tego albumu. Ostatni natomiast Black Session okazuje się bardzo dziwnym zamknięciem płyty. Dzieje się tak ,chociażby przez skrajnie brzmiące riffy dwóch gitar. Z czasem można i do tego przywyknąć. Tak czy inaczej, tutaj po raz trzeci otrzymujemy bardzo złożony utwór.

Podsumowując, szwedzka Katatonia udowodniła, nawet mi, jako osobie, która miała z nią, krótką styczność, iż nadal jest warta uwagi. Po dwóch dekadach album Tonight’s Decision jeszcze bardziej niż na początku bardziej mnie zachwycił. Różnorodny wokal Jonasa, a zwłaszcza jego przygnębiające partie, udowodniły, że, jest jednym z lepszych wokalistów reprezentujących szeroko rozumiany doom metal. Domieszka blacku oraz gotyckiego brzmienia w riffach, sprawiła, iż, nie był i nadal to nie jest tylko doom. Nadal słychać eksperymenty i szukanie stylu, który uformował się z czasem, lecz, całe szczęście nie pozostał taki sam. Lecz jednak jest jedno, ale, spójność albumu, bardzo dosadnie zaburzył ją wyżej cover. Ostatni Black Session czy nawet bonusy z wersji z 2003 roku, czyli No Devotion oraz Fractured nie zdołały jej odbudować, choć same w sobie są świetnymi kompozycjami. Jednak nie jest to powodem, aby czuć pewien niedosyt. Tak czy inaczej, w moim odczuciu od 2007 roku, wydaje się być lepsza. Katalog moich ulubionych utworów poszerzył się o Had To (Leave), This Punishment oraz I Am Nothing. Jest więc więcej niż dobrze. Korzystając z okazji, chciałem podziękować Justynie, dzięki której ponownie do Katatonii powróciłem. Czy ostatni raz? Sam nie wiem. Tak czy inaczej, na razie był to powrót nie idealny, lecz bardzo udany.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Powerwolf – The Bible of the Beast (2009)

Jakiś czas temu wyraziłem swoją opinię na temat najnowszego albumu The Sacrament of Sin niemieckiego zespołu Powerwolf. Teraz po dłuższej przerwie, powróciłem do ich trzeciej płyty, wydanej 27 kwietnia 2009 roku, czyli ponad dekadę temu. Czy czas zadziałał na korzyść płyty? Czy moje ulubione utwory zostały zamienione na inne? No i czy nadal jest on jednym z opus magnum tego zespołu? Jest tylko jeden sposób, aby poznać odpowiedzi na te pytania.

Intro Opening – Prelude To Purgatory nadal doskonale wprowadza w klimat albumu. Utwór ten cechuje porządna dawka dramatyzmu. Całość dopełnia pompatyczność instrumentów symfonicznych, oczywiście z nieodzownymi organami kościelnymi, wraz z nadal mistrzowskim oratorskim warsztatem Attili Dorna. W pierwszym faktycznym utworze Raise Your Fist Evangelist. Attila nadal nie zawodzi, zwłaszcza jeśli chodzi o chórki. Kompozycja zawiera naprawdę dobre partie gitarowe z nieprzesadzonymi przejściami perkusji. Zaś na jego końcu znajduje się koniec naprawdę nadal dobra solówka gitarowa.

Moscow After Dark jest jednak bardziej przebojowy. Zawiera bowiem bogatsze riffy gitarowe oraz bardziej dynamiczną strukturę, przez co jest jedną z wielu najbardziej energetycznych kompozycji na tej płycie. Natomiast w Panic In The Pentagram już sam początek nadal przykuwa uwagę. Utwór cechują dobrze zagrane partie basowe oraz po zmianie tempa bardzo galopująca solówka gitarowa doskonale połączona z perkusją.

Catholic In The Morning… Satanist At Night pod kątem lirycznym idealnie pokazuje dwie ukryte natury człowieka, dobrą i złą. Pod kątem muzycznym niczego mu nie brakuje. Zwłaszcza kolejnej dawki pozytywnej energii. Seven Deadly Saints też jest dobry. Słychać, iż Attlia wręcz bawi się swoim głosem. Ma też kolejną bardzo dobrą solówkę gitarową.

Werewolves Of Armenia nadal jest nieśmiertelny. Legendarny wręcz już epicki wstęp wraz z odliczaniem po niemiecku ciągle daje rade. Do tego jeszcze to hu ha, nic dziwnego, że jest jednym z koncertowych hitów. Całość dopełniają przebojowe riffy oraz śpiew, z krótką deklamacja Attili. Na sam koniec otrzymujemy, chyba najbardziej chwytliwe gitarowe solo na tej płycie. We Take The Church By Storm ma mocno thrashowe riffy, co mogło umknąć mej uwadze, przy wcześniejszym odsłuchu. Jest to następny dynamiczny utwór. Lecz tutaj dwie solówki gitarowe mnie pozytywnie zaskoczyły. Oprócz tego tekst: Ohh, We take the church by strom ! Zapadnie mi mocno w pamięć.

Resurrection By Erection to kolejny wieloletni hit koncertowy. Tekst był i jest bardzo przewrotny, lecz ludzie rozumiejący grę słów, będą wiedzieć, że nie chodzi tylko o erekcję. Muzycznie znowu tak samo jak w przypadku Werewolves Of Armenia, bez żadnego zarzutu. Natomiast Midnight Messiah wydaje mi się niedoceniony. Dwie genialne wręcz solówki, mnóstwo przejść. Zbudowane napięcie idealnie podkreślą partie werbli. Przedostatni St. Satan’s Day rozpoczyna się dobrą marszówką. Całość uzupełniają partie chóru, zmienne tempo, dynamiczne riffy oraz znowu dobrze zagrane partie basowe. Tutaj natomiast solówka jest średnia. Na sam koniec mamy epicki Wolves Against The World, który w założeniu nie był balladą, jak dla mnie stał się nią, ponieważ zawiera wszystkie jej cechy. Uważam też, że Powerwolf miał już wcześniej w swoim repertuarze ballady oprócz niby tej ,,pierwszej” z ich ostatniej płyty. Choć ten temat nie jest prostym do zrozumienia.

Podsumowując. W przypadku tej płyty czas działa na jej korzyść. Pomijając nawet fakt, iż album ma równe 10 lat. Choć są na nim elementy, do których liczę, że grupa wróci w przyszłości, jak chociażby większa dramaturgia oraz partie basowe. Czas też dokonał pewnych zmian na mojej set liście płyty. Kiedyś moimi ulubionymi utworami z tego albumu były Werewolves Of Armenia, Catholic In The Morning… Satanist At Night orazResurrection By Erection, nadl są dobre. Lecz teraz zamieniałem je na Moscow After Dark, Midnight Messiah, We Take The Church By Storm oraz Wolves Against The World. Jako fan też chciałbym dożyć okazji, aby móc usłyszeć ten album wykonany w całości na żywo. Może na następnych trzech tegorocznych listopada (22 – Gdańsk, 24 – Wrocław oraz 25 – Kraków) występach w naszym kraju, zespół weźmie pod uwagę mijające dziesięć lat i zaprezentuje jakieś zapomniane utwory, jak chociażby We Take The Church By Storm, Midnight Messiah czy Moscow After Dark. Kto wie? Oby. Tak czy inaczej, jest to jeden z trzech albumów, na których zespół opiera swój styl. Jednym z opus magnum zespołu Powerwolf, pod względem muzycznym, jak i lirycznym. Biorąc to wszystko pod uwagę, ocena może być tylko jedna.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Judas Priest – Turbo (1986)

Zespołu Judas Priest nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Kiedyś wypowiedziałem się na temat ich ostatniego albumu Firepower wydanego w zeszłym roku. Dziś natomiast przekonam się, czy ich dziesiąty album Turbo, wydany 14 kwietnia 1986 roku, czyli 33 lata temu, przetrwał próbę czasu. Rozczarował czy zaskoczył? No i czy jakieś utwory pozwoliły ukazać swój ukryty potencjał.

Otwierający płytę singiel Turbo Lover zarówno kiedyś, jak i dziś, jest dla mnie bardzo przebojowy. Poza tym początek elektroniczno/gitarowy dalej robi wrażenie. Bogactwo riffów oraz umiejętne zmiany temp, pozwalają utrzymać dynamikę tego utworu, który jest jednym z klasyków koncertowych tego zespołu. Całość zostaje utrzymana w starym, heavy metalowym stylu, chociaż wstawki elektroniczne ukazują, że zespół eksperymentował i szukał nowych rozwiązań. Nawet dziś można to usłyszeć.

Przytłumiona gitara wykorzystana na początku numeru Locked In nadaje mu odpowiedni efekt. Dynamikę utworu wzmacniają gitarowe riffy oraz perfekcyjne solówki. Private Property również jest bardzo dobry. Tekst utworu może być przez niektórych odebrany jako antykomunistyczny przekaz. Taka interpretacja nie wydaje się jednakże właściwa, bowiem tematyka tekstu dotyczy po prostu ochrony własności prywatnej. Na początku mamy tu krótką elektroniczną, efektowną wstawką. Chór wspierający Roba oraz dobra solówka gitarowa, przyczyniły się do tego, iż utwór ten był i jest naprawdę dobry.

Partenal Guidance nie jest zły, lecz czegoś tutaj brakuje. Pomimo dobrej, solowej partii gitar, nadal nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia. Rock You All Around the World jest kolejnym, dynamicznym, jaki znajduje się na tej płycie. Zaczyna się dość ostro, choć brzmi on potem trochę rock’n’rollowo, co w tym przypadku akurat nie jest złe. Wręcz przeciwnie, nadaje mu swoistego charakteru, przez co wyróżnia tę kompozycję od pozostałych na tym albumie. Ponadto, zawiera całkiem dobrą gitarową solówkę oraz gustownie dobrane partie perkusyjne. Moim zdaniem to najlepszy z numerów na tym krążku.

Out In the Cold ma bardzo nastrojowy początek. Judas Priest nadal potrafi zbudować napięcie. Moim zdaniem melodyjny sposób, w jaki Rob wykonuje wyżej wspomniany utwór, klasyfikuje go w kategorii, pomimo iż kompozycja nie jest utrzymana w wolnym tempie. Wcześniej jakoś nie dostrzegłem tego faktu. Z Wild Nights ,Hot & Crazy Days mam pewien problem. Z jednej strony niby jest dynamiczna, a z drugiej dziwnie zaaranżowana, przez co nadal jest dla mnie nudna.

Hot For Love kipi energią od samego początku. Tutaj przynajmniej dla mnie, na większą uwagę zasługują dość specyficzne riffy Jest to kolejny utwór na krążku, zawierający w sobie wpływ elektroniki. Tak więc znowu nie mam się do czego w negatywny sposób przyczepić, jeśli chodzi o ten numer. Przedostatni Reckless jest dla mnie nieodkrytą perełką tej płyty, zasługującą na miano singla. Posiada on zarówno nastrojowy, jak i przebojowy charakter. Zawiera jedną z trzech najlepszych gitarowych solówek na płycie, co też mówi samo za siebie. Ostatni All Fired, w porównaniu do Turbo Lover, nie jest może aż tak dynamicznym zamknięciem albumu, lecz uważam, że nadal spełnia swoją funkcję. Warto odnotować, że utwór ten dograny w 2001 roku, kiedy to powstała nowa wersja tejże płyty. Nie ma go na pierwotnej wersji krążka z 1986 roku.

Podsumowując. Album Turbo po upływie 33 lat od premiery, nadal jest godny swojej nazwy. Jak na tamte czasy, był mocno innowacyjny, może przez umiejętne połączenie odrobiny elektroniki z mistrzowskimi partiami gitarowymi. Zresztą jak na ,,Boga Metalu” przystało, Rob, jako wokalista zrobił to, co, umie najlepiej. Dał z siebie więcej, niż od niego oczekiwano. Pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie fakt, iż pewne dotychczas słabo znane przeze mnie utwory, dołączyły do grona moich ulubionych Mam tu na myśli Locked In, Private Property, Reckless oraz Out in the Cold. Tak się akurat złożyło, iż, w tym roku mija dokładnie 50 lat od czasu, kiedy Judas Priest zaczął funkcjonować na rockowo-metalowej scenie muzycznej, dostarczając wiele innowacyjnych rozwiązań, dzięki którym ona ewoluowała. Ten album też zalicz się do tego typu innowacji, może to nie będzie ich ostatni album, o którym napiszę? Szczerze? Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, czas wszystko zweryfikuje. Tak czy inaczej, jak się domyśliliście, ocena tego arcydzieła może być tylko jedna. Chętnie też poznam wasze opinie na temat tej płyty.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Carolus Rex (2012)

Postanowiłem ponownie odświeżyć sobie kolejny, bo drugi już album zespołu Sabaton. Carolus Rex, bo o nim mowa, ma już ponad 6 lat od swojego wydania oraz jest szóstym albumem Sabaton u. Był to też pierwszy krążek, na którym zarówno po angielsku, jak i po szwedzku, przybliżone zostały dzieje Imperium Szwedzkiego. Dotyczoną onee zarówno jego powstania, jak i upadku. Wspominałem już, że ten zespół lubię, więc podzielę się swoimi odczuciami, po sześciu latach o oficjalnej premiery tej płyty. Czy nadal do niego wracam? Może jednak niektóre utwory odżyły na nowo a inne umarły? Przekonajmy się. Dodam też, iż, jest to ostatni krążek przed odejściem z zespołu Daniela Mÿhra (instrumenty klawiszowe), Daniela Mullbacka (perkusja), Rikarda Sundéna(gitara) oraz Oscar Monteliusa (gitara). Ich brak wprowadził lekki chaos, ale zespół, a raczej dwójka jego założycieli doskonale z tym sobie poradziła.

Na początku mamy do czynienia z doskonale budującym napięcie krótkim intrem Dominium Maris Baltici. Z którego od razu przenosimy się do pierwszego utworu The Lion From The North/ Lejonet Från Norden. Dynamika jest nadal utrzymana, całość uzupełniają wyraźne przejścia perkusji. Umiejętne wykorzystanie chórków śpiewających o chwale Gustawa II Adolfa: Gustavus! Adolphus! (Gustavus Adolphus gå fram, libera, impera) Libera et impera! Acerbus et ingens! (Acerbus et ingens gå fram, libera, impera) Augusta per augusta. Potem dochodzi do tego solo gitarowe i klawiszowe. Jest to Najbardziej epicki początek, z jakim miałem i mam do czynienia.

Gott Mit Uns/ Gott Mit Uns to również energetyczny utwór, choć nie tak epicki, jak pierwszy. Przedstawione są w nim okoliczności pierwszej bitwy pod Breitenfeld, w trakcie wojny trzydziestoletniej, którą Szwedzi stoczyli przeciwko Niemcom. W jej wyniku Gustaw II Adolf zmienił układ sił w ówczesnej Europie na korzyść Imperium Szwecji oczywiście. Muzycznie riffy, jak i sama melodia bardzo łatwo wpada w ucho. Nic dziwnego, że , utwór ten został umieszczony na set liście koncertowej zespołu na bardzo długi czas.

A Lifetime Of War/En Livstid I Krig jest naprawdę dobrą oraz nastrojową balladą. Jednak mnie osobiście tekst w języku szwedzkim jakoś tak bardziej porusza. Poza tym udział instrumentów smyczkowych nadaje podniosły charakter wyżej wspomnianemu utworowi. Wszystko jest tu dopracowane. Można się o tym przekonać zwłaszcza w momentach, kiedy gra staje się bardziej dynamiczna. Uwagi słuchacza zwraca końcowe, gitarowe solo.

1648/1648 to data jednej z bardziej spektakularnych porażek w historii Szwecji. Chodzi bowiem o nieudane oblężenie Pragi w trakcie wojny trzydziestoletniej. Tu wszystko jest ok, choć jakimś dziwnym trafem utwór ten zawsze mi wpadał i wypadał jednym uchem. Teraz też tak jest pomimo niezłego gitarowego solo. No cóż, tak czasem bywa.

The Carolean’s Prayer/Karolinens Bön to druga ballada na tej płycie. Moim zdaniem jest odpowiednia, choć nastroju na samym początku nadały partie organ kościelnych, odnosząc się do samego tytułu. Sama opowieść jest dość prosta, bo opowiada o niezłomności i wierze żołnierzy w samego Boga, jak i wodza Karola XII.

Tytułowy Carolus Rex kontynuuje dzieje Karola XII, wspominając czas jego oficjalnego wstąpienia na tron. Jak na singiel przystało, pod względem muzycznym jest to znowu jeden z najbardziej epickich utworów na płycie. Po raz kolejny mam do czynienia z bogatym dorobkiem perkusji oraz doskonale dobranymi riffami. Uroku dodają także breakdowny oraz solo gitarowe będące jednym z najlepszych na całej (może nawet najlepsze). Nic więc dziwnego, że Sabaton nie rezygnuje z niego na swoich koncertach.

Killing Ground /Ett Slag Färgat Rött to dobra dawka energii. Bez zbędnego patosu, utwór opowiada po prostu o męstwie szwedzkich żołnierzy nacierających na niemieckich wrogów bez żadnej litości. Nie mniej jednak ten utwór jest idealny do wyżycia się pod sceną, w tym do headbangingu.

Poltava to już troszeczkę inna sprawa. Tutaj znowu słyszymy o bardzo dotkliwej porażce Szwedów pod Połtawą, ze strony Cesarstwa Rosyjskiego, w którym rządził Piotr I Wielki. Poprzez dynamiczne riffy, jak i zmiany temp zespół oddał doskonale zarówno panikę, jak i strach Szwedów. Efekt uzupełnią jednakowo wspaniały głos Joakima. Jak i odpowiednie użycie chórków, to wszystko składa się na kolejny, dobry epicki utwór.

Trzecią a przy tym ostatnią balladą na płycie jest ta o śmierci Karola XII. Mowa oczywiście o Long Live The King/Konungens Likfärd. Jest równie pompatyczna oraz klimatyczna jak dwie pozostałe. Doskonałym zamknięciem płyty jest Ruina Imperii/ Ruina Imperii, która podkreśla już totalny upadek szwedzkiego, które jednak trwało ponad sto lat, dając nawet nam jako Rzeczpospolitej w kość. Utwór można określić jako elektroniczny majstersztyk połączony znowu z instrumentami smyczkowymi. Efekt nadaje nietypowo zmutowany wokal Joakima wraz z udziałem męskiego chóru.

Podsumowując. Płyta była i jest równie dobra, jak The Art of War. Sabaton nadal ukazuje na niej, wszystko, co miał i ma najlepsze. Warto pamiętać, iż jest to przecież pierwszy koncepcyjny album o historii Szwecji w dorobku tego zespołu. Pomimo iż jednakowe obie wersje (angielska oraz szwedzka) są dobre to moim zdaniem doskonale dopasowanym językiem pod skomponowaną muzykę, jest jednak wersja szwedzka. Jako Polacy doceniliśmy fakt, że, w końcu Sabaton przedstawił historię swojego kraju. Okoliczności związane z powstaniem płyty były smutne, ale cóż, czasu nikt nie cofnie. Ja mając w głowie wcześniejsze, mocno przeciętne jak dla mnie Coat Of Arms, album Carolus Rex uważam za wybitny, stawiając go na równi z Art of War, choć wiedząc, że jest nieco inny. To jest kolejna płyta, na której korzyść działa upływający czas. Dlatego też chętnie do niej wracam. Jak chociażby do kompozycji takich jak Lejonet Från Norden, Gott Mit Uns, En Livstid I Krig, Carolus Rex czy Ruina Imperii. Do tego dwie równie wspaniałe okładki. Oprócz tego wszystkiego wkrada się jeszcze pewna bardziej osobista historia, związana z faktem, że to na krakowskim koncercie promującym ten właśnie album, pierwszy raz ujrzałem Angelinę, najpierw swoją najlepszą przyjaciółkę a obecnie partnerkę. To dodaje jeszcze bardziej subiektywny czynnik sentymentalny. Dlatego ocena może być tylko jedna dla tego arcydzieła, nawet pomijając moje osobiste wspomnienia.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Art of War (2008)

Tym razem przeniosę się do szwedzkiego Falun, miejsca narodzin Sabatonu, kapeli uwielbianej przez jednych, znienawidzonej przez innych. Sam lubię ich twórczość, może też z powodu mojego hobbistycznego zainteresowania historią. Tak czy inaczej, odświeżyłem sobie po prawie 11 latach przerwy, ich czwarty studyjny album zatytułowany The Art of War. Czy dalej mnie zachwyca lub nudzi? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Ogólnie tematyka płyty opiera się na szeroko rozumianej sztuce wojennej. Fakt, iż, w prologu (intrze) Sun Tzu Says jest cytowany fragment dzieła samego Sun Tzu, akurat o tym samym tytule, nie jest przypadkiem. Jednak samo zastosowanie go jako lektora z kobiecym głosem chyba tak.

Pierwszy utwór po intro, czyli Ghost Division oprócz tego, iż, paradoksalnie opowiada o legendarnej 7 Dywizji Erwina Rommla, to nadal pod kątem dynamiki sieje istne spustoszenie. Nie brakuje klawiszy dopełniających gitary oraz dużej ilość blastów. Efekt dopełnienia to solo na keybordzie.

Tytułowy The Art of War, zaczyna się kolejną mądrą deklamacją ze strony pani lektor, cytującą znowu Sun Tzu. Tutaj znowu jak kiedyś tak i teraz otrzymałem solidną porcję idealnie pokrywających się partii klawiszy i gitar. Plusem są też bardzo wyraźnie podkreślone przejścia przez perkusje, a zwłaszcza blasy, no i wpadający w ucho jednak rytm charakterystycznych klawiszy. Solówka gitarowa również nadal jest bardzo dobra. Oprócz tego wokale wspierające Joakima też robią swoje.

Czas najwyższy utwór, którym Szwedzi zjednali sobie serca wszystkich polskich fanów. Mam na myśli kultowy już 40:1. Opowiadający epicką historię naszych mężnych żołnierzy, którzy bronili Wizny przed Niemcami do ostatniej kropli krwi. Co ciekawe 40:1 pozwolił, aby świat dowiedział się o tym, że to w Polsce zaczęła się II Wojna Światowa. Pod kątem muzycznym jest to kolejny klasyk koncertowy, gdyż wszystkie elementy, czyli przejścia perkusyjne oraz gitary, a także wokale wspierające są dopięte najlepiej jak można, jak epickie solo gitarowe. Dla mnie paradoksem jest, że niektórzy nasi rodacy, potrafią żartować na ten temat i nie przyznawać się, że go nie słyszeli, bo w to akurat nie uwierzę.

Unbreakable jest kolejnym z dynamicznych utworów. Jednakże odrobiny czegoś mu zabrakło. Szkoda. Skoro nawet naprawdę dobre gitarowe solo go nie ratuje na tyle, abym zmienił zdanie. Później mamy kolejny barwny przerywnik w postaci The Nature of Warfare pozwalający nieco odpocząć. Oraz posłuchać wywodów Sun Tzu.

Natomiast kolejny utwór Cliffs of Gallipoli, mówi o beznadziejnym oraz niepotrzebnym poświęceniu wielu istnień ludzkich w bitwie o Gallipoli w 1915 roku podczas I Wojny Światowej. Zaczyna się od bardzo szybkiej partii pianina, które towarzyszy do samego końca tej kompozycji. Jednocześnie podkreśla dzięki temu epickość tej opowieści. Kolejny już kultowy przebój w dorobku zespołu, którego nie naruszył w żaden sposób upływający czas. Jak i kolejnego doskonałego solo gitarowego, jednego z trzech najlepszych na całym albumie.

Talvisota to natomiast pokazanie konfliktu znanego jako wojna zimowa, z perspektywy totalnie zaskoczonych Sowietów którzy, nie spodziewali się aż tak zażartego oporu ze strony Finów. Jednak w ostateczności fiński Dawid przegrał z sowieckim Goliatem, nie poddając się jednak tak łatwo, czego dowodem było aż 126 825 poległych samych żołnierzy radzieckich, przy zdecydowanie mniejszych stratach ze strony Fińskiej. My jako Polacy mieliśmy i nadal mamy z Finami wiele wspólnego, może więc dlatego mi ten utwór nawet muzycznie nadal przypada do gustu, a zwłaszcza jego szybkie tempo, o czym świadczą bardzo szybkie partie gitarowe.

Panzerkampf rozpoczyna się nawet bardzo dobrym gitarowym solo. Tutaj mamy przedstawiony kolejny konflikt, czyli tak zwaną wojnę ojczyźnianą z perspektywy Sowietów, jako ofiar ze strony agresji Niemców. Jako Polak tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć, bo nasz kraj oba te reżimy doświadczyły okrutnie, lecz mimo wszystko prości ludzie nie byli niczemu winni, bronili swoich domów przed wrogiem w największej bitwie pancernej II Wojny Światowej. Muzycznie znowu nie ma się do czego doczepić. Poza tym słyszę tu drugie równie dobre solo, dobre zmiany temp budujące nastój.

Union (slopes of st. Benedict) to opowieść o tak naprawdę międzynarodowych aż czterech bitwach o Monte Cassino. Warto podkreślić, że Polacy, dla których był to chrzest bojowy, w ostateczności po prawie 5 miesiącach działań Aliantów zdobyli Monte Cassino. Tu też niczego nie brakowało i nie brakuje. Wprowadzający głos pani lektor, też znowu zdaje egzamin. Jednak to drugi dobry, ale nie genialny utwór, któremu czas chyba zabrał to ,,coś”.

Kolejna niezwykle poruszająca, przynajmniej dla mnie historia o cenie ludzkiego życia jest ukazana w kolejnym już teraz kultowym The Price of a Mile. Może nie ma tu pianina, ale nie jest potrzebne, aby poczuć tak naprawdę klimat tej kompozycji. Tak samo, jak w przypadku Cliffs of Gallipoli. Mogę nawet rzec, iż to są dwa najbardziej nastrojowe, nietypowe ballady z całego muzycznego dorobku grupy.

Ostatni Firestorm to istna muzyczna burza gitar oraz ogromnej ilości przejść. Oprócz tego to w tym utworze znalazłem drugie najbardziej interesujące solo klawiszy z tej płyty. Jest to ostania dawka energii przed zamykającym płytę outro A Secret. Z wersji re-armed miałem do czynienia z dwoma bonusowymi utworami, przedstawiającymi szwedzkich wikingów w heavy metalowym stylu kolejnym, czyli Swedish Pagans oraz Glorius Land, który ogólnie opowiada o obronie własnej ojczyzny. Pierwszy okazał się kolejnym koncertowym hitem. W tym drugim natomiast jest bardzo dobre gitarowe solo oraz dość interesujący zabieg wokalny Joakima. Pomijam bowiem wersję demo Art of War czy wykonany na żywo Swedish National Anthem.

Podsumowując. Pomimo upływu 11 lat od wydania tej płyty, nadal jest ona istną kopalnią przebojów, poza tym tylko jeszcze dwie płyty mają porównywalna ilość kultowych kompozycji dla fanów zespołu Sabaton. O tych dwóch pozostałych płytach też napiszę parę słów. Tak czy inaczej. Moi byli i obecni faworyci z tego albumu, czyli 40:1, Ghost Division, Art of War, Cliffs of Gallipoli, Panzerkampf oraz The Price of a Mile, natomiast z bonusów Swedish Pagans. To wyraźnie jak bardzo dobry jest to album. Moim zdaniem nadal jednym z trzech najlepszych zespołu Sabaton.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Satyricon – Now, Diabolical (2006)

Po bardzo udanym koncercie jednego z norweskich klasyków black metalu na tegorocznej edycji Masters of Rock, postanowiłem odświeżyć sobie album, dzięki któremu mogłem tę grupę poznać. Mówię oczywiście o norweskim zespole Satyricon oraz płycie Now, Diabolicol , która ma już aż 13 lat, gdyż została wydana 13 kwietnia 2006 roku. Jak słuchało mi się jej pierwszy raz? Czy czas zadziałał na korzyść płyty a może wręcz na odwrót? Czy są inne zespoły, które może inspirują się tą płytą? Na te pytania chętnie Wam odpowiem, jeśli oczywiście jesteście ich ciekaw.

U mnie kwestia rozpoczęcia muzycznej przygody z tą grupą, to trochę zabawna sprawa, gdyż dzięki mojemu dobremu koledze Szymkowi, z którym chodziłem do jednej klasy w szkole podstawowej, a potem gimnazjum, miałem z nimi pierwszą styczność. Puścił mi po prostu kiedyś właśnie ten album, kiedy dyskutowaliśmy o konkretnym problemie, który nie dotyczył tylko nas, ale i naszej całej klasy. To tak tytułem wstępu.

Rozpoczynając już więc tytułowy Now, Diabolicol, kiedyś był dla mnie połączeniem dobrego riffu oraz dynamicznej perkusji, oczywiście wraz z doskonałym wokalem Satyra. Dziś, kiedy już po paru latach jeszcze bardziej zrozumiałem przekaz tej kompozycji, podoba mi się ona jeszcze bardziej i jest bardzo dobrym otwarciem płyty. Do tego ta blackowa gitarowa solówka i umiejętne dobrane blasty.

Drugim utworem i chyba po upływie trzynastu lat, jedna z muzycznych wizytówek tego zespołu, królującym na ich koncertach, jest K.I.N.G . Dla mnie kiedyś, szóstoklasisty, był to bardzo przebojowy kawałek. Co ciekawe kiedyś, na dyskotece szkolnej jak go puściliśmy z Szymkiem, oczywiście bez zgody osoby odpowiedzialnej za oprawę muzyczną, wszyscy się przy nim świetnie bawili, choć i tak dostaliśmy uwagi od wychowawczyni, ale było warto. Teraz, śmiało mogę stwierdzić, że i tak po 15 odtworzeniu z rzędu, dynamika perkusji nadaje tu klimat, takiego trochę black’rollu, lecz riff otwierający jest genialny, do tego ta surowa perkusja.

Z Pentagram Burns na samym początku miałem problem, ale tylko jako puszonym oddzielnie, bo wtedy wydawał mi się trochę nijaki. Nie wiedzieć czemu. Bo jako trzecia kompozycja dodawał odrobinę więcej mroku. Był też jednym z trzech utworów Satyricona, na którym wraz z Szymonem ćwiczyliśmy swoje perkusyjne umiejętności. Choć wielokrotnie frazy : ,,Rise my friend – march to war
/Time is up – shadows dance/ Fight my friend – tyrants pull /Time is up – burn the world ’’ w różnych okolicznościach śpiewaliśmy z Nim wielokrotnie. Dziś mogę oddać od siebie fakt, iż, wydaje mi się dobrą kontynuacją K.I.N.G, choć w pewnym momencie przejścia i zmiana temp, przykuwają uwagę mych uszy, do tego te subtelne blasty.

Na New Enemy aż takiej uwagi kiedyś nie poświęcałem, bo w głowie z całej płyty miałem maksymalnie trzy utwory. Natomiast po przesłuchaniu go z przerwami, intensywność perkusji, a potem tak zwane uspokojenie, w postaci niby siarczystych, lecz lżejszych riffów, dało balans, do tego jeszcze deklamacja Johna Woza jako gościa. Jeszcze to kilka sekund ciszy.

The Rite of Our Cross rozpoczyna mroczna a do tego lekko jazzowa perkusja, potem cisza oraz istna nawałnica riffów, nie brakuje też dobrych blasów ,a gitarowy breakdown z towarzyszącymi blastami. Jak kiedyś aż tak mi nie utkwił w pamięci, tak teraz już tak, przez co stał się jednym z moich nowych ulubionych utworów na tym albumie. Do tego sekcja dęta dała o sobie znać. Natomiast jak kiedyś tak i dziś That Darkness Shall Be Eternal jest tylko dobrym kawałkiem,bo dla mnie niczym szczególnym się nie wyróżnia, no dobra, może tą marszówką.

Delirium to znowu inna sprawa. Jak dla mnie tytuł idealnie odzwierciedlił, to co jest, na nim zawarte. Osobiście uważam, iż, na nim zmiany tempa z intensywnego na spokojne osiągnęły poziom perfekcyjny. Dynamiki też nie można mu oczywiście odmówić, bo breakdowny ma znakomite.

Przedostatni To the Mountains jako najdłuższy utwór miał i nadal ma sporo do zaoferowania, co ciekawe jako samodzielny, też daje radę. Dla mnie z sentymentu najistotniejsze są partie perkusji, które są dla mnie istną ucztą. Choć trochę lekko jazzowe połączenia riffów z perkusją właśnie, też są interesujące. W pewnym momencie wraz z sekcją dętą brzmieniowo przypomina zbliżającą się burzę, a raczej jej epicentrum. Tym właśnie epicentrum burzy był i nadal pozostaje Storm (Of The Destroyer). Najbardziej intensywny utwór na płycie, co w przypadku utworu zamykającego jak dla mnie było dość śmiałym posunięciem.

Podsumowując to wszystko. Z dawnych ulubieńców pozostał mi tylko Now, Diabolicol oraz K.I.N.G. Po powrocie do tego albumu, po latach doszły jeszcze dwa, kiedyś niedoceniane, albowiem The Rite of Our Cross oraz Delirium. Tak samo, jak kiedyś, tak i dziś. Ta płyta jest bardzo spójna, choć nie idealnie. Jest może na niej utwór, który nie musiał, That Darkness Shall Be Eternal, ale nie zawsze można mieć wszystko. Natomiast dodatkowym wręcz plusem jest fakt, iż tym albumem, w swojej twórczości, inspirował się Nihil, który dla wielu jest ojcem polskiego post-black metalu, a to jednak świadczy o kultowym statusie tej płyty. Czas zadziałał w moich odczuciach zdecydowanie również, na plus, bo odkryłem, na tym krążku coś, czego nie znałem. Przez co znowu intensywniej słucham tego zespołu. Uważam, że byłoby wręcz genialnie, gdyby okazało się, iż Satyricon ogłasza z okazji 15-lecia wydania tej płyty trasę, na której zagraliby go w całości. Wtedy na pewno wraz z Mirkiem i Beatą, pojedziemy, jeśli nie do jakiegoś miasta w Polsce, to w Czechach na pewno. Jeśli jakimś cudem, nie znaliście tego albumu, polecam nadrobić zaległości, choć uważam, iż, jest to raczej nie możliwe. Sentymentalizm z nim związany, nowe muzyczne odkrycie oraz inne wymienione powyżej czynniki, wskazują na tylko jedną ocenę tego kultowego dzieła. Podzielcie się też swoimi opiniami, na jego temat, a jak będziecie chcieli to też wspomnieniami.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Children of Bodom -Follow the Reaper (2000)

Jeśli chodzi o nurt zwany melodic death metal, to w moim odczuciu jest tylko jeden zespół, który wiele lat temu, był i nadal jest w czołówce przedstawicieli tego podgatunku death metalu. Mówię tu o fińskim Children of Bodom. Dziś pochylę się nad ich albumem wydanym prawie 19 lat temu, czyli Follow The Reaper. Czy po latach mnie rozczarował? Czy wywołał u mnie coś więcej niż tylko nutę sentymentalizmu? Sam jestem tego ciekaw.

Tytułowy kawałek, wraz z recytowanym fragmentem kiedyś wywołał u mnie dreszcze. Nadal jest dla mnie najlepszym utworem otwierającym, jeśli chodzi o Children of Bodom. Oprócz tego, jest jeszcze kilka kompozycji przy których, tak kiedyś, jak i dziś, nogi oraz reszta ciała podświadomie, chce odreagować w pogo. Są to Bodom After Midnight, Children of Decadence, Everytime I Die oraz Kissing the Shadows. Reszta jest po prostu dobra, może czas zabrał im to ,,coś” . Sam skorzystałbym z okazji, zobaczyć ich specjalny koncert, na którym zagraliby tą płytę w całości. Ze względu na sentyment. Oby kiedyś zrealizowali taką trasę,zahaczając oczywiście o Polskę bądź Czechy.

Tak czy inaczej, album jest tak spójny, że trudno wyłapać jego złe momenty. Bo tak naprawdę tak dziś oraz kiedyś, ich po prostu brak. Każdy utwór posiada inne, co nie znaczy, że, złe solo Alexa oraz keybordzisty Jannego. Jeszcze do tego jeszcze dźwięki gitar, dają efekt żniwiarza ostrzącego swą kosę osełką. Przez wielu ta płyta jest też uważana za swoistą kopalnię lub biblię gitarowych riffów, ja również podzielam to zdanie. Choć bywają momenty, kiedy owa płyta bywa mocno przewidywalna, więc jeśli ktoś nie jest fanem starych Children of Bodom, będzie miał trochę inne wrażenia, do których ma oczywiście prawo. Moim skromnym zdaniem ten album jest i będzie wizytówką Children of Bodom w pełnej formie. Na początku myślałem ,że oprócz samej masy wspomnień, nie będę czuł nic. Jednak płyta mnie pozytywnie zaskoczyła, gdyż znowu poczułem przypływ energii oraz jeszcze większy szacunek do zespołu, od którego rozpoczęła się moja przygoda z melodic death metalem.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Kreator – Enemy of God (2005)

Niemieckiego Kreatora, jednego z klasyków niemieckiej szkoły thrash metalu, miłośnikom owego gatunku przedstawiać chyba nie muszę. Tym, którzy tegoż zespołu jakimś cudem nie znają, polecam serdecznie. Dziś ponownie po wielu latach w całości odsłuchałem sobie album Enemy of God z 2005 roku. Jesteście ciekawi, jak wtedy go odebrałem, a jak teraz go odbieram? Jeśli tak, to zachęcam do lektury.

Akurat się składa, że przy tym albumie miałem pierwszy kontakt z Kreatorem. Tak, zgadza się, nie przy Endless Pain czy Pleasure to Kill, tylko po przesłuchaniu tytułowego singla z Enemy of God właśnie. Wiem, że narażam się tu grupie konserwatystów metalu, no ale cóż, było, jak było, nie zmienię tego. Uwielbiałem wracać do tej płyty przynajmniej raz na miesiąc, dopiero po dwóch latach słuchania odłożyłem CD na półkę. Czternaście lat temu było tak, a dziś jest następująco…

Sam tytułowy numer wszedł od razu. Doskonałe wejście gitar, riff zapadający w pamięć, wokal Petrozzy. Przy okazji: jak na tamte czasy teledysk był, moim skromnym zdaniem, odważny, ale nie przesadzony. Tak samo było z „Impossible Brutality” idealnie połączonym z poprzednim numerem. Riff taki, jak trzeba, super solówki, żadnych słabych stron. Jednak dziś nie jestem aż tak oszołomiony, jak wtedy.

W „Suicide Terrorist” słychać już powtarzalność, przynajmniej dla mnie. Tylko końcowymi popisami Samiego Yli-Sirniö i Petrozzy się różni. „World Anarchy” słucha mi się nawet lepiej od tytułowej kompozycji. Poza tym tekst jest prawdziwy do bólu. Ta zmiana tempa i spokojny śpiew – cudo. „Dystopia” oraz „Voices Of The Dead” – takie sobie. Za to w „Murder Fantasies” zarówno tekst, jak i numer jest bardzo dobry, a solówka jedna z lepszych na płycie.

„When Death Takes Its Dominion”, wstęp bardzo dobry tak samo, jak i perkusja (breaki, crashe,etc.), co do gitar – również bardzo dobre. Solówka jest po prostu genialna, tyle na temat. „One Evil Comes (A Million Follow)” – cóż, dobry. Niby fajny, ale to jednak nie jest to. Wypada zbyt przeciętnie na tle innych kawałków. Przy „Dying Race Apocalypse” jak kiedyś, tak i teraz odpłynąłem do krainy muzycznych doznań. Akustyczne wprowadzenie, solówki cudnie pieszczące uszy, agresywny wokal, a w głowie tylko wyobrażenie pogo do tego utworu. Już kiedyś była i wciąż jest najlepszą piosenką tego albumu.

„Under A Total Blackened Sky” – dobry, ale jakoś nie został przeze mnie zapamiętany. „The Ancient Plague” jako piosenka zamykająca też nie jest zła ani przeciętna, tylko dobra. Podsumowując pod kątem muzycznym (bo pod lirycznym to kwestia względna), album nadal w moim odczuciu brzmi bardzo spójnie. Kiedy jednak słuchałem tej płyty, nie wiedząc czemu, w pewnych momentach chciałem, żeby pewne utwory przeleciały. Może nieodpowiedni nastrój? Brak chęci rozładowania gniewu czy stresu?
Do moich faworytów, czyli najlepszych trzech piosenek albumu, należą bezdyskusyjnie „Dying Race Apocalypse”, na równi „Murder Fantasies” i „World Anarchy”.

A co Wy myślicie o tym albumie? Też wam przypadł do gustu czy wręcz odwrotnie? Jak wypadłem w debiutanckiej recenzji thrash metalowej? O wszystkim dajcie znać w komentarzach, jestem otwarty na konstruktywną krytykę. Jeśli chodzi o mnie to ten album w porównaniu, do odczuć jak słuchałem go po raz pierwszy, wypada bardzo dobrze. Pozdrawiam serdecznie.

9/10