Kategorie
Bez kategorii

Behemoth – Demigod (2004)

Polski zespół Behemoth pomimo pozorów i krytyki części środowiska black metalowego, posiada wiele oblicz. Udowadnia to od samego początku swojego funkcjonowania i odwagi do eksperymentowania. Dzisiaj po wielu latach przerwy ponownie sięgnę po jeden z najbardziej znanych albumów tego zespołu, czyli „Demigod” wydany 11 października 2004 roku. Ja swój pierwszy kontakt z tym krążkiem miałem pomiędzy 2006, a 2007 rokiem, więc trochę czasu od tego momentu minęło. Czy po latach odbiór tego albumu przeze mnie jest wciąż taki sam? Aby się o tym przekonać, trzeba ten krążek przesłuchać kilkukrotnie.

Otwierający płytę „Sculpting the Throne Ov Seth” poprzez gitarę akustyczną w dalszym ciągu wprowadza intrygujący klimat oraz umiejętnie buduje napięcie. Jeśli chodzi o partie perkusyjne grane przez Inferno, jak dla mnie, bardziej pasują do death metalu. Podwójne stopy,
blasty, etc. Pasują do tego riffy gitarowe, dodające trochę orientalnej egzotyki. Problemem nadal jest jednak dla mnie growl Nergala. Dlaczego? Z jednej strony trzeba się bardziej skupić na tekście, więc słowa będą zrozumiałe tylko dla tych, którzy go przeczytają. Stąd mam, jeśli chodzi o jego wokal, mieszane odczucia. Natomiast solówka gitarowa trzyma poziom w równym stopniu co kiedyś.

W tytułowym „Demigod” instrumenty dęte, rozpoczynające utwór, nadal mi się podobają. Tekst jest pełen symboliki. Na samym końcu wpadająca w ucho solówka. „Conquer All” jako kompozycja nie bierze jeńców! Tu
akurat blasty na początku i riff, były i są nadal dla mnie jednymi z najlepszych na tej płycie. Oprócz tego genialna solówka gitarowa na sam koniec, mistrzostwo samo w sobie! Może przez komercyjny charakter utworu tak go odbieram? Bynajmniej, jest to dla mnie epicki kawałek.

„The Nephilim Rising” charakteryzuje większa ilość przejść corowych oraz nieco breakdownów. Deklamacja w tle robi wrażenie, nie zaprzeczę, choć tu pod sam koniec sytuację ratuje niezła solówka oraz partie akustyczne. „Towards Babylon” jakoś nadal wpada jednym uchem, a wypada drugim.

Podobnie jest z „Before the Æons Came”. Oprócz tekstu opartego na dziele Algernona Charlesa Swinburnea, którego dzięki tej płycie poznałem i dalszej porcji ,,intensywności” nie znajduję, niczego co by mnie rozłożyło na przysłowiowe łopatki. Tak samo jest z „Mysterium Coniunctionis (Hermanubis)”, chociaż tutaj solówka „próbuje” urozmaicić utwór. Może na „Xul” trochę lepiej słychać te gitary. Pod koniec kawałka mogę nawet rzec, że bardzo dobrze.

Kolejny singiel, czyli „Slaves Shall Serve”. Za każdym razem robi na mnie ogromne wrażenie! Tekst utworu zaintrygował nawet jednego z gospodarzy programów typu talk-show o imieniu Kuba. Zresztą sam często podczas tego kawałka krzyczę:,, Slaves shall serve!
Slaves shall serve! Slaves shall fucking serve!’’
. Epickim zakończeniem jak dla mnie jest dający odrobinę wytchnienia „The Reign Ov Shemsu-Hor”. Po przysłowiowej ciszy następuje burza! Dla miłośników perkusji kompozycja jest istnym bogactwem dźwięków, czystym, synkopowanym szaleństwem! Tym bardziej dla tych, którzy chcą się uczyć od najlepszych, mam tu na myśli oczywiście Inferno. Wcześniej kawałek był przeze mnie niedoceniany, a teraz ląduje na mojej playliście.

Na podsumowanie, dla mnie album „Demigod” tworzy absolutną całość. Chociaż ma słabsze strony, którymi są :„Towards Babylon”, „Before the Æons Came”, „Mysterium Coniunctionis (Hermanubis)” oraz „XUL”. Może dlatego, że wiedziałem, z czym mam do czynienia? Kiedyś intensywność tych kompozycji, zwłaszcza jeśli chodzi o perkusję i riffy, „zwaliła mnie z nóg”. Najwidoczniej Nergal chciał udowodnić, że da się ciężej i szybciej. To mu się udało. Poza tym był to pierwszy krążek zagrany w składzie, w którym zespół tworzy do dzisiaj. Do tego płyta zawiera tzw. koncertowe dodatki jak „Conquer All” oraz „Slaves Shall Serve”. Znalazłem też na nim, po latach, nowego ulubieńca, czyli „The Reign Ov Shemsu-Hor”. Ogólnie rzecz biorąc, album nadal jest dobry, w szczególności dla spragnionych bardziej deathowego oblicza tej kapeli. Tym, którzy jednak nie znają „Demigod”, polecam go serdecznie. Pomimo drobnych niedoskonałości, jak dla mnie nawet po kilkuletniej przerwie, materiał wart jest tego, aby do niego wracać. Chętnie też poznam zdanie moich przyjaciół, Kingi i Mateusza, wiernych fanów Behemotha na temat tego albumu.

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Sirenia – At Sixes And Sevens (2002)

Uwielbiam gdy, dla takich fanów jak ja zespół świetnie prosperuje pomimo decyzji osoby zakładającej pierwotnie tą samą grupę. Wszystko zmienia się mniej więcej co dwie płyty. Pomijając fakt, że sam wcześniej został wyrzucony z innej kapeli, mowa w tym przypadku o Tristanii. Dla jasności mówię tu o Mortenie Velandzie i jego składzie, który znany jest pod nazwą Sirenia. Dzisiaj powrócę, do tego co kiedyś bardzo mi się podobało, tzn. szeroko rozumianego gothic metalu i debiutanckiego albumu tej jednoosobowej formacji, zatytułowanego „At Sixes And Sevens” wydanego 21 maja 2002 roku. Czy sama płyta straciła na swoim uroku? Czy może jednak z upływem czasu zyskała na jakości? No i na koniec zadamy sobie pytanie, czy fakt, iż jej autor miał ją przygotowaną dla swojego byłego zespołu, a wykorzystał jako debiut innej, można uznać za niewłaściwe? Przekonamy się jedynie, słuchając więcej niż jeden raz, prawda?

Otwierający płytę „Meridian” ukazuje dość spory zakres różnorodnych inspiracji muzycznych. Klawiszowe i smyczkowe partie wraz z operowym śpiewem dobrze utrzymują napięcie, jednak charakterystyczny scream, wraz z breakami oraz partiami perkusji można podciągnąć pod lekko deathowy. Jeśli chodzi o, „Sister Nightfall” to od samego początku pojawia się w nim charakterystyczny riff grany na gitarze akustycznej. Tu też pojawia się duet Fabienne oraz Jana Kennetha Barkveda. Potem robi się trochę blackowo przez scream Mortena.

Trzeci „On The Wane”  to bardziej klimat gotycki. Wokalnie jest dosyć ciekawie. Więcej na nim słychać Fabienne, a szept Jana to faktyczne mistrzostwo, choć wisienką na torcie jest solówka na skrzypcach. Na „In A Manica” słychać po raz pierwszy dwóch wokalistów – Jana jak również Kristiana. W tej kompozycji jest też więcej elektroniki, typowego keybordu. Tytułowy „At Sixes And Sevens” ma znakomity akustyczno – skrzypcowy wstęp wraz z wokalem Fabienne na czele, który w dalszym ciągu mnie zachwyca. 

Paradoksalnie, po upływie lat pozostałe kompozycje z tej płyty, zwłaszcza po uważnym przesłuchaniu pierwszych sześciu, niczym mnie ponownie nie zaskoczyły. Czy to źle? W pewnym sensie tak, bo jednak większość z nas, oczekuje po jakimś czasie na odkrycie czegoś nowego w znanych już kawałkach. No, ale cóż…bywa. Tak czy inaczej. Debiut „At Sixes And Sevens” z 2002 roku, mogę śmiało określić mianem średniego. Jako całość nie stracił swojego, unikatowego klimatu. Trochę gotyku, odrobinę doomu no i deathu. Słychać więc na nim muzyczne poszukiwania Mortena. Z upływem czasu jednak stał się bardziej przewidywalny, aż za bardzo. W tym aspekcie jest nieco gorzej. 

Czy to dobrze, że Morten wykorzystał stworzony przez siebie materiał pod szyldem zespołu Sirenia? Moim zdaniem tak. Natomiast sposób, w jaki nim potem zarządzał, nie kryjąc się z tym, to inna historia. Zastanawia mnie tylko jedno… Dlaczego nie poszedł w karierę solową skoro muzyków, z wokalistami włącznie, wykorzystywał jedynie do występów na żywo? Tak czy inaczej, w tamtym czasie „At Sixes And Sevens” był bardzo dobry. Obecnie jest tylko przyzwoity, choć nadal różnorodny.

Korekta: Sylwia Prekurat

6/10

Kategorie
Bez kategorii

System of a Down – System of a Down (1998)

Amerykański System of a Down. Jedna z ikon tzw. nu – metalu. Zespół, uważany nawet przez metalowców za zbyt łagodny i wyklęty. W moim gimnazjum i szkole średniej przynajmniej tak kiedyś było. Dzisiaj, po 22 latach od premiery, przypomnę Wam i Sobie, ich debiutancki album zatytułowany po prostu „System of a Down”, wydany 30 czerwca w 1998 roku  przez American Recordings. Pierwszy raz styczność z tym krążkiem miałem pod koniec 2001 r. Czy po prawie 20 stu latach czas okazał się dla tej płyty łaskawy? Jesteśmy skłonni spojrzeć na nią i wysłuchać świeżym okiem, uchem? No cóż…okaże się. Zaczynamy!

„Suite-Pee” już od samego początku brzmi gange-owo -mam tu na myśli riff otwierający utwór oczywiście z dynamiczną perkusją. Następnie wchodzi budujący napięcie poprzez bas, breakdown. Wokal Serja jest intensywny. Momentami jednocześnie scremuje i growluje. Wszystko to wcześniej wydawało mi się po prostu przebojowe, zresztą nadal w taki sposób to odbieram, chociaż przez lata doświadczeń z różnymi nurtami muzycznymi i przez pryzmat tego dostrzegam nawet te drobne niuanse kawałka. Jak dla mnie jest to odpowiednie otwarcie albumu. 

W „Know” początek to bardziej rozbudowana sekcja rytmiczna – perkusja. Oprócz tego pojawiają się nowe rozwiązania jeśli chodzi o riffy. Wokal Serja mocno bazuje na granicy rapu. Znowu pojawia się ciekawe i dynamiczne przejście perkusyjne, stopniujące napięcie. Nadal!

„Suger” jako singiel pierwszy raz ,, rozp…….. mi „system”, kiedy zobaczyłem teledysk. Tematyka okazała się mocno społeczno – polityczna, buntownicza. Wstęp, ta deklamacja wokalisty, z kończącym ją ,,diabolicznym” głosem, nadal jest dla mnie majstersztykiem. Kontrowersyjny teledysk? Proszę bardzo. Chwytliwe brzmienie? Jak najbardziej. Zmuszający do myślenia tekst? Oczywiście! Osobiście nie rozumiem krytyki celującej w ten utwór. Jak dla mnie nadal jest rewelacyjny.

Suggestions” jest dynamiczny od samego początku. Umiejętne przejścia perkusyjne, no i znowu za…….y breakdown z riffem w tle. Ironia w głosie Serja jest w nim genialna. Na swój sposób lekko szalona.

Spiders” natomiast jest już bardziej psychodeliczny, co akcentuje bas i wstęp wokalny. Do tego znowu inteligentny tekst. W „Ddevil” intryguje dobra marszówka. Tu ponownie Serj wręcz bawi się swoim głosem. Gange nadal króluje, choć hard rockowy riff też tu się pojawia. Czego jednak można wymagać od kawałka długości raptem 1m.:43s.? 

W „Soil” jest trochę słyszalnych cowoych elementów – mam tu też na myśli gitary. Pojawia się kontrolowane zamieszanie instrumentalne. Znakiem rozpoznawczym utworu jest dobra solówka. Daron się postarał. Szaleństwo trwa! Riffowe wejście w „War” nadal mi się podoba. Z pozoru proste, ale niekoniecznie. Headbanging jest!

„Mind” natomiast to inny temat. Tu została zobrazowana muzycznie i lirycznie kwestia złożoności ludzkiego umysłu. Osobiście tak ten utwór interpretuje, jako najbardziej skomplikowany, rozbudowany i niejasny do końca w swojej strukturze, jednocześnie intrygujący. Pojawiają się też lekko doomowe naleciałości, dwa rodzaje ekspresji poprzez ukazanie czystego gniewu czy wściekłości, kumulacja szaleństwa. Ten utwór był i jest moim ulubionym z całego albumu. Słuchałem go w trudnych chwilach. Zawsze pomagał.

„Peephole” znowu dobrze buduje napięcie. Słuchając go, mam wrażenie, jakbym kręcił się na szalonej karuzeli w wesołym miasteczku, sam do końca nie wiem czemu?? Zmian tempa po prostu nie da się nie usłyszeć. Znowu headbanging!

„Cubert” to kontynuacja sinusoidy – znanej, ale lubianej. Energia nadal buzuje! W „Darts” Serj znowu zaskakuje wokalem, bawi się nim w za…….y sposób. Do tego tykający zegar, a potem breakdowny? Mistrzostwo!  Zamykający „P.L.U.C.K.” zaskakuje na początku ciekawym riffem. Jest tutaj wszystko, co znane z wcześniejszych utworów z wyjątkiem dwóch momentów, w których pojawiają się nowe riffy. Natomiast perkusja nie jest tu uboga, oj nie. Intensywne zamknięcie płyty jak dla mnie, gdzie wreszcie słychać Darona.

 Z perspektywy czasu System of a Down jak dla mnie był udanym debiutem. Dlaczego? Cała paleta stylów. Od grangu, hard rocku, doomu po metalcore. Zostały użyte różnorakie środki ekspresji wokalnej, co czyni krążek jeszcze bogatszym. Także…może się powtarzam, ale co jest w tym albumie nie tak? Bo ja k…. nie wiem! Kiedyś był dla mnie rewolucyjny. Teraz słuchając go, może nie jestem w stanie głębokiej psychodelii, ale takiej umiarkowanej, dla mnie przyjemnej.  Charakterystyka brzmienia zespółu dawniej określana jako nu-metal, z perspektywy czasu, jest niewłaściwa. Skład nagrywając kolejne albumy, podążył określoną na tej płycie ścieżką, może cięższą, jeśli chodzi o Toxicity, ale jednak. Reasumując, płyta nie ma złych momentów, a spójność jest jej kolejnym atutem. Obok nagranego po debiucie Toxicity, ta płyta jest ich Opus Magnum. Do tego kultowa okładka. Zatem ocena może być tylko jedna.

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10!

Kategorie
Bez kategorii

Cradle of Filth – The Principle Of Evil Made Flesh (1994)

Jak debiuty, to, żeby łatwo nie było, zespół, którego słuchałem, a i teraz słucham często. Debiutancki album The Principle Of Evil Made Flesh, wydany 24 lutego 1994 roku, przez Cacophonus Records . Łatwo nie będzie orzec, czy z perspektywy dwudziestu sześciu lat, owa płyta jako debiut, jest nadal tak dobra jak kiedyś, dla mnie. Trzyletnia przerwa od tej płyty zapewne pomoże. Kilka przesłuchań na świeżo również. Natomiast wypadł w porównaniu do dobrze mi znanych, następnych albumów oraz oczywiście Dani, jako lider Cradle of Filth kontynuował obrany na nim muzyczny kurs? Aby udzielić konkretnych odpowiedzi, trzeba The Principle Of Evil Made Flesh kilkukrotnie posłuchać. Zaczynamy zatem.

Intro Darkness Our Bride(Jugular Wedding) nadal odpowiednio wprowadza nastrój mroku, czy też grozy, chociażby poprzez szepty. Tytułowy The Principle Of Evil Made Flesh natomiast z powodu bycia trochę bardziej blackowym, mam tu na myśli perkusję, czy chociażby wokal samego Daniego, pomimo niby riffów gitarowych , które na siłę można by uznać, za odrobinę melodyjne, chociażby przez solówkę, nie zwala mnie z nóg oraz nie przyprawia o zachwyt. No po prostu nie. Nawet trochę bardziej czuję się rozczarowany. Z The Forest Whispers My Name jest odrobinkę lepiej. Chociażby na samym jego początku. Jednak deklamacja nadal robi wrażenie. Później zmiana tempa przez intensywniejszą perkusję. Co z tego jak to nadal mimo wszystko dla mnie za mało. Iscariot tak zwany przerywnik, daje radę. Efekt bicia serca? Fenomenalny. Nie typowy, bo fortepianowy początek, znowu nie ratuje kolejnej kompozycji, The Black Goddess Rises, jedyne co można uznać za ciekawe, to duet Daniego z Darrenem, a potem wokal Andrei Meyer. Tylko tyle.

Pomimo cichej nadziei, że tak nie jest, schemat powtarza się do samego końca płyty. Same intra, poprzedzające właściwe kompozycje, naprawdę nadal dają radę. Problem em dla mnie są te ,,właściwe” utwory. Czyli A Crescendo Of Passion Bleeding, To Eve The Art Of Witchcraft, Of Mist And Midnight Skies oraz Summer Dying Fast. Lirycznie są na odpowiednim jak dla mnie poziomie, natomiast muzycznie w porównaniu do drugiego albumu Cradle of Filth, zatytułowanego Dusk… And Her Embrace, jest dziwnie. Czemu? Ponieważ lirycznie dalej album jest genialny, natomiast muzycznie jest znacznie gorzej. Wiadome jest, że, zawsze trzeba od czegoś zacząć, to zrozumiałe. Czas jednak w tym przypadku, jeśli o mnie chodzi, a dla tych, co nie wiedzą, nie jest to pierwsza moja recenzja płyty Cradle of filth, zapewne też nie ostatnia, okazał się tragiczny w skutkach. Tyle dobrze, że jak dla mnie, zespół wyciągnął wnioski. Takie, że sam zamysł mrocznego klimatu grozy został jak najbardziej zachowany, natomiast sama oprawa muzyczna poprawiona. Nie twierdzę, że, album jest fatalny, bo byłoby to kłamstwem, jest natomiast z tych bardzo przeciętnych. Osobiście liczyłem, że, w porównaniu kiedy pierwszy raz go słuchałem , a było to jesienią 2005 roku, bo akurat Cradle of Filth samodzielnie udało mi się odkryć, to będę miał, chociaż podobne doznania, bardziej pozytywne, bo pod względem lirycznym, ten album wtedy rzucił na mnie urok. Dziś niestety, z powodu samej muzyki, przestał on już tak skutecznie działać, jak kiedyś. Niestety ku mojemu rozczarowaniu.

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Rammstein – Herzeleid (1995)

Dziś wracam do twórczości, jednych z pionierów indrustial metalu, niemieckiego zespołu Rammstein. Do ich debiutu wydanego 29 września 1995 roku, czyli jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Zatytułowanego Herzeleid. Ja miałem z nim pierwszy kontakt muzyczny w 2002, czyli osiemnaście lat temu. Czy nadal ma w sobie to ,,coś”? Czy lista ulubieńców ulegnie zmianie? Czym w swojej muzyce zjednali sobie tak ogromną ilość fanów? Odpowiedzi oczywiście po przesłuchaniu. Zaczynamy!

Już po samym tytule pierwszego utworu, można było się czegoś spodziewać. Ognia! Do tego to krótkie, lecz umiejętnie budujące napięcie intro. Keyboard i perkusja (marszówka i nie tylko) Majstersztyk! Potem wchodzą dynamiczne riffy do tego wszystkiego. Do tego wokal Tilla. Ni to scream, ni to growl. Powiem szczerze, że kiedyś przy pierwszym kontakcie, było to dla mnie coś nowego. Innego. Wokale wspierające potęgowały to wrażenie. Jeszcze w trakcie sampel bądź dźwięk przeładowania broni. A w trakcie frazy, które utkwiły w mojej młodej wtedy jeszcze głowie:„ Sex ist eine Schlacht/Liebe ist Krieg /Sex ist eine Schlacht, ja/ Liebe ist Krieg’’. Do tego na sam koniec manifest: ,, Rammstein/ Rammstein/Rammstein!’’. Dalej Wollt Ihr Das Bett In Flammen jest dla mnie jednym z kultowych utworów tej grupy.

Der Meister kontynuuje energetyczną burzę. Choć tu riffy mogą po upływie czasu podchodzić nawet lekko pod thrashowe. Takie jest moje wrażenie. Nie jest on moim ulubionym, lecz zły też nie jest. Sposób, w jaki został napisany, oddaje, iż, jak słyszę jego fragment, to od razu nucę: „Es kommt zu euch / Es kommt zu euch / Es kommt zu euch / ’’ …

Weisses Fleisch ma elektroniczny wstęp , znowu zapowiadający brak nudy. Energia jest bowiem odpowiednio dawkowana. Krótki nawałriffów, potem częściowy spokój, a następnie powtórka. Lecz tu mamy do czynienia z pierwszą solówką gitarową. W sumie całkiem nieźle. Do tego ten tekst. ,, Jetzt hast du Angst und ich bin soweit/ Mein krankes Dasein nach Erlösung schreit/ Dein weisses Fleisch wird mein Schafott/ /In meinem Himmel gibt es keinen Gott. ’’. Tu ponownie zostaje oddany motyw tytułu album, czyli Ból Serca.

Na Asche Zu Asche, znowu sinusoida dynamiki. Pierwsza do tego solówka na keybordzie. Potem słychać uspokojenie za pomocą basu. Ja dalej śpiewając w kółko : „Asche zu Asche / Und Staub zu Staub / Asche zu Asche /Und Staub zu Staub ”. Poziom oczekiwań całkowicie spełniony.

Natomiast z kompozycją Seemann, nadal mam ten sam problem. W założeniu ballady, chociaż w pewnym stopniu powinny urzekać, albo sprawiać, aby słuchacz coś poczuł. Ja poczułem dwie rzeczy: Najpierw ulgę, a potem zniecierpliwienie. No niestety Seemann Wam nie wyszedł, w moim odczuciu. Pomimo przerwy z mojej strony, a nie słuchałem go od 2007 roku, tak przynajmniej pamiętam. Szkoda.

Przy pierwszych dźwiękach Du Riechst So Gut, samoczynnie na mojej twarzy zagościł uśmiech. Nie przeszkadza mi zupełnie powrót do znanego schematu. Trochę inne riffy oraz elementy elektroniczne. Nie szkodzi jednak bo mimo to, dalej jest wśród moich ulubionych. Zatem: ,,Du riechst so gut/ Du riechst so gut /Ich geh dir hinterher”.

Można zrobić wolniejszą kompozycję, posiadającą trochę więcej corowych elementów? Można. Das Alte Leid to właśnie udowadnia. Cieszy fakt, iż, nie jest balladą. Tylko jednym z tych, przy których można odpocząć. Mimo to ma swój urok. Flake miał tu tez swój moment na popisy , jak również gitarzysta Richard Kruspe. Tylko nadal nie rozumiem co zespół, miał na myśli. Dodając jako sampel płacz dziecka? Uwypuklić przekaz? Być może.

Heirate Mich, to deklamacja Tilla, którą osobiście znam na pamięć. Tekst jest dla jednych poważny i romantyczny zarazem , a ale drugich mocno ironiczny. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy ludzi. Muzycznie wszystko, co znane nie jest mi obce. Elektronika mocno współgra ze wspomnianą wcześniej deklamacją, a riffy dobrze oddają dramatyzm sytuacji. Z ciekawostek utwór ten został użyty w filmie pod tytułem Zaginiona Autostrada. Heirate Mich to nadal jeden z moich ulubieńców.

Tytułowy Herzeleid, to mocny akcent Tilla, z ponownie mocno corowym zacięciem. Na wyraźne sylabizowanie tekstu wokalista też położył nacisk, aby podkreślić przekaz. Kiedyś to robiło większe wrażenie, teraz trochę mniej. No nic efekt czasu. Szkoda.

Laichzeit to kolejny hit, który ma w sobie, to co lubię. Odrobina partii keybordku i potem od razu energia z gitar i petardy. Zmiany temp? Owszem. Budowanie napięcia? Jak najbardziej. Kontrowersyjne miłosne metafory dozwolone ,, Od lat osiemnastu”? Oczywiście! Jeden z lepszych popisów Richarda? Proszę bardzo. Zadowolony śpiewam zatem: „Die Mutter hat das Meer geholt/ Laichzeit / die Schwestern haben keine Zeit /Laichzeit /der Hund steht winkend am Gestade /Laichzeit /der Fisch braucht seine Einsamkeit Laichzeit’’. Dodam też, iż przez ten utwór parę razy w szkole na zajęciach z języka niemieckiego zostałem upomniany, przez nauczycielkę za używanie niestosownego języka. Niemieckiego oczywiście.

Zamykający utwór Rammstein, znowu buduje to napięcie. Skutecznie. Cięższe riffy wraz z perkusją, do tego Till znowu sylabizujący, lecz połączenie tego wszystkie nadal daje z……y efekt. Zakończenie z tak zwanym hukiem. Do tego tu znajduje się najlepsza jak dla mnie solówka gitarowa na tej płycie.

Herzeleid jako płyta, była i jest jedną z najlepszych z dorobku grupy Rammstein. Lista najlepszych kompozycji zmianie nieuległa i jest to osiem z jedenastu numerów z listy. To o czymś świadczy. Pomijam oczywisty fakt, że Rammstain zrobił też, coś, czego nikt inny przedtem. Dorzucił ogromną dawkę pirotechniki do swoich występów, co sprawiło, podnieśli jakoś koncertów na nieznany wcześniej poziom. Oprócz tego Rammstein był jednym z kilku zespołów, dzięki któremu, mój niemiecki, może był na poziomie dostatecznym, ale tylko przez zaspokajanie ciekawości sensu, jaki za sobą niosły teksty tej grupy. Jeśli jakimś cudem ich nie znacie to ,nie zwlekajcie zbyt długo. Naprawdę warto!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Kamelot – Eternity (1995)

Z racji powrotu mojego zamiłowania do power metalu i jego pochodnych, po dłuższej przerwie ponownie wziąłem się za amerykański zespół power/heavymetalowy Kamelot. Wybór padł na jego debiut Eternity, wydany przez Noise Records 23 sierpnia 1995 roku, czyli równe dwadzieścia pięć lat temu. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? No i czy lub w jakim stopniu zespół muzycznie ewoluował? Kilka przesłuchań i przynajmniej dla mnie to będzie na tyle jasne, aby udzielić jednoznacznych odpowiedzi.

Pierwszy kawałek, tytułowy Eternity, ma pompatyczny symfoniczny wstęp, co skutecznie przykuwa uwagę, później natomiast pojawia się riff otwierający. Kiedyś sam utwór wydawał mi się nijaki, może dlatego, że byłem dość mocno zakręcony na punkcie innych zespołów, kiedy w 2005 roku parę płyt Kamelota pojawiło się na moim discmanie. Dziś solówka oraz zmiany tempa, niepozwalające jednoznacznie go zakwalifikować, no i oczywiście bardzo dobry wokal Marka Vanderbilta sprawiają, że Eternity ponownie trafia na moją playlistę. Bardzo dobry numer otwierający płytę. Black Tower również nie jest gorszy. Zwiększona jest oczywiście dynamika samej kompozycji, pojawia się też więcej dobrych gitarowych popisów Thoma.

Na Call of the See słyszę riff, który wydaje mi się znajomy. Serio, albo to inny zespół inspirował się tym utworem, albo na odwrót. Tak czy inaczej, jest bardzo chwytliwy. Kolejna dobra solówka Thoma. Tu znowu przebojowość oraz budowanie napięcia wygrywają i mam kolejnego nowego ulubieńca z tego albumu. Jest bardzo dobrze. „The see is calling me!”. Równie dynamicznemu Proud Nomad też nie mam nic do zarzucenia, gdyż pomimo przewidywalności pewnego rodzaju różnorodność riffów gitarowych autorstwa Thoma nie pozwala mi się znudzić. Co ciekawe, mam wrażenie, że Red Sands jest swego rodzaju kontynuacją poprzedniego utworu. Jeśli nie liryczną, to muzyczną, bo zaczyna się z tak zwanym przytupem, do tego chyba pierwszy raz słyszę w nim wokal wspierający Thoma. Tu też jest jedna z czterech najlepszych jak dla mnie solówek na tej płycie, co z miejsca klasyfikuje Red Sands jako mój trzeci „nowy” ulubiony utwór z tego albumu. Z One Of The Hunted mam podobnie. Kiedyś wydawał mi się taki sobie, bez jakiegoś szału, a teraz wręcz przeciwnie. Krótko mówiąc, pierwsza połowa albumu Eternity jest rewelacyjna!

Z Fire Within jest odrobinę gorzej, bo z jednej strony może być to ballada, a z drugiej utwór balladopodobny. Zakładając, że mam do czynienia z balladą, to ratują ją tylko nastrojowe partie gitarowe, bo słuchając tekstu, jakoś nie poczułem potrzeby refleksji czy też wzruszenia. Warbird natomiast jak szybko wlatuje, tak wylatuje. Jeśli chodzi o dobrą balladę, a przynajmniej lepszą od poprzedniej, to jest nią What About Me. Tu wokal jest jednoznacznie ukierunkowany, tekst też jest refleksyjny, więc nie jest może genialnie, ale tragedii nie ma. Etude Jongleur jest instrumentalnym przerywnikiem przed zamykającym płytę The Gleeman, który swoją rolę spełnia po latach znakomicie. W porównaniu do moich nowych ulubionych kompozycji jest przebojowy, choć już bardziej przewidywalny (co w jego przypadku nie jest zarzutem),a partie keyboardowe są w nim wręcz magiczne.

Podkreślę to jeszcze raz: o dziwo, czas okazał się bardzo łaskawy dla debiutanckiego albumu Kamelotu. Dowodzi to, że nawet po latach można zostać pozytywnie zaskoczonym. Sam zespół oczywiście ewoluował, dodając trochę więcej elementów symfonicznych do swoich następnych płyt. Jak dla mnie z perspektywy czasu ten konkretny debiut można uznać za bardzo udany. Sam żałuję, że nie od niego zaczynałem swoją przygodę z amerykańskim Kamelot. Czy powrócę do następnych płyt tego zespołu? Sam nie wiem, możliwe, że tak. Na chwilę obecną Eternity staje się dla mnie ulubionym albumem Kamelotu, pomimo iż znam ich późniejsze dokonania.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Amon Amarth – Twilight of the Thunder God (2008)

Tak mi się wydaje, ale oczywiście mylić się mogę, że mało kto, zwłaszcza jeśli miał ze zdecydowanie cięższymi dźwiękami do czynienia, nie słyszał o szwedzkim Amon Amarth, czyli naczelnej grupie wykonującej szeroko rozumiany viking metal, którego może nie byli prekursorami, lecz na pewno odpowiadają za jego obecnie wielką popularność. No właśnie. Sam osobiście padłem ich ofiarą. Za sprawą wydanego 19 września 2008 roku, ich siódmego albumu zatytułowanego Twilight of the Thunder God, wydanego przez Metal Blade Records. Kiedy to ja rozpoczynałem pierwszy roku szkolny w liceum. Dostając ten album, od kumpla, który stwierdził, że: ,,Muszę go przesłuchać i tego nie pożałuję”. Faktycznie tak kiedyś było. Nie żałowałem. Byłem wręcz zachwycony! Czy po dwunastu latach nadal ma tej krążek w sobie to ,,coś”? No i czemu po zapoznaniu się z nim, przez wiele lat byłem ultra fanem Amonów, a później już trochę mniej? Tylko ponownie słuchając tego krążka, się to okaże. Tak zamierzam z dziką ochotą bowiem zrobić!

Już od samego początku nadal jest tak jak kiedyś. Za sprawą tytułowego singla Twilight of the Thunder God. Czemu? Po pierwsze iśćie ,,wojenny” wstęp. Scream Johana Hegga, perkusja i co najważniejsza od razu wpadający w ucho riff. Przebojowość na najwyższym poziomie. Po drugie, stopniowe zmiany tempa. Gościnny występ, jeśli chodzi o solo gitarowe Roppego Latvali (ówczesnego członka zespołu Children of Bodom, o tym akurat zespole pisałem nie raz na tym blogu). Solówka mistrzostwo świata! Breakdowny również, przez co headbanging zawsze jest! Po samym tytule można się domyślić, że, jest to pieśń o gromowładnym Thorze, walczącym z mitycznym wężem Jormungandem. Ciekawostką jest fakt, że od tego utworu, jeśli chodzi o teledyski, rozpoczęła się współpraca szwedzkiej grupy z polskim domem produkcyjnym Grupa 13 S.p.z.o.o. .

Na Free Will Sacrifice, dynamika nie zwalania, oj nie. Na samym początku nawet bardziej są podkreślone gitary, mam tu na myśli riffy oczywiście. W połowie znowu istna perkusyjna – gitarowo – wokalna nawałnica! Potem popisowe przejście gitar i perkusji. Czuć klimat mitycznego Ragnaröku. Choć ta kompozycja jest z tych dobrych.

Kolejny singiel, który nadal zwala z nóg. Kto czuwa nad Asgaardem? No kto?Guardians оf Asgaard! Ta sama przebojowość. Mamy kolejnego gość również, w postaci wspierającego wokalu, czyli Larsa-Görana Petrova znany z równie kultowej szwedzkiej grupy Entombed. Samemu zawsze jak słyszę, ten singiel śpiewam tak: „We’re the guardians /Guardians of Asgaard /Guardians/Guardians of Asgaard/Guardians/Of Asgaard ”. Nie bez powodu należy też ten utwór do tak zwanego niezbędnika koncertowego tej grupy. W pełni na to zasługuje!

Where Is Your God, jest z tych zdecydowanie intensywniejszych. Naprawdę deathowych utworów. Melodyki w riffach tam zdecydowanie mniej, paradoksalnie sam tekst, jest też idealnie tu muzycznie odzwierciedlony. Choć momentami Hegg brzmi jak, w pewnym sensie rapował scremując, może to głupie, ale po latach dopiero, odniosłem takie wrażenie. Mimo to tak jak kiedyś Where Is Your God był nieszczególny, niby tylko intensywniejszy. Tak po latach odkryłem w nim ukryty pełny potencjał. Zatem wpisuję go na listę ulubionych utworów, z tego krążka.

Varyags of Miklagaard, daję odrobinkę odpoczynku. Bardzo żałuję faktu, iż ta kompozycja nie została singlem . Bo ma wszystkie atuty, nie singlu, a bardzo dobrego singla. Tu nawet breakdowny przez liczniejsze blasty są podkreślone. Riffy dodają też tą melodyjność. Tu też headbanging jest pewny. W moim przypadku jeszcze nucąc : ,,We were loyal warriors / That’s the oath we gave To protect the emperor Even to the grave/ It’s time to take farewell / We have been resolved / From the sacred oath we gave It’s time to go back home/ ’’.

Tattered Banners Аnd Bloody Flags, ma wstęp trzech rodzajów riffów, waz z iście epicką marszówką na perkusji. Umiejętnym również budowaniem napięcia, jeśli chodzi, o rozwinięcie akcji, jeśli chodzi o tekst. Miłośnicy mitologii skandynawskiej przed odkryciem Amon Amarth, wiedzą, o co mi chodzi. Zatem nadal Tattered Banners Аnd Bloody Flags jest jedną z ulubionych kompozycji. Choć w sumie jeśli chodzi o epickość to w tym momencie albumu, jest najlepszy!

No Fear For the Setting Sun, jest kolejnym strikte deathowym utworem, z odrobiną bardziej thrashowych gitar. Potrzebnym na albumie, bo to po latach zrozumiałem, ale jako samodzielna kompozycja, średnio. No może w sumie solo gitarowe go by uratowało. The Hero zaskakuje. Mocno heavy metalowy start, jeśli chodzi o riffy gitar. Poza tym bardziej popisowym tłem to się nie wyróżnia. Jeśli miałbym wskazać najsłabsze ogniwa? No Fear For the Setting Sun i The Hero. Pomimo bardzo dobrych tekstów, muzyka wypada przeciętnie, na tle 12 lat.

Przedostatni Live For the Kill jest natomiast o wiele lepszy. Podkreślony jest też wokal wspierający gitarzystów. Gościnnie też fińska Apocalyptica zrobiła genialne tło ze swoich trzech wiolonczeli. Do tego jeszcze na sam koniec jednak z lepszych solówek gitarowych, a potem to ,,wiolonczelowe uspokojenie”. ,,Kropką na i” jest zbiorowy scream wszystkich. Epickość osiągnęła szczyt.

Zamykająca ,,ballada” Embrace of the Endless Ocean, owy szczyt skutecznie zachowuje. Słuchając tekstu Hegg, doskonale wie, jaki rodzaj screamu zastosować, a mimo to nadal chwyta za serce. Kiedy pierwszy raz słuchałem Embrace of the Endless Ocean, nie potrafił do mnie dotrzeć fenomen tej kompozycji. Jakim cudem z viking metalu, można stworzyć balladę? Gdzie nie dość, że nie ma czystego śpiewu. Męskiego lub żeńskiego? W końcu do mnie dotarło. Skoro do Embrace of the Endless Ocean, regularnie wracałem, zawsze towarzyszyły mi przy nim ,te same emocje, to znaczy, że k**** można! Zamknięcie genialne.

Twilight of the Thunder God jako płyta nadal jest dla mnie jednym z opus magnum szwedzkiego zespołu Amon Amarth. Ma w sobie to ,,coś”. Energię. Epickość. Co najważniejsze utwory tworzą spójną całość. Malutkimi potencjalnymi do tego, słabymi ogniwami, muzycznie, tylko żeby było jasne, są Fear For the Setting Sun i The Hero. Jeśli chodzi o teksty, tematyka skandynawskiego ragnareku, jeśli chodzi o jakość i autentyczność, jest absolutnie profesjonalna. Czemu po tym albumie byłem ultra fanem Amonów? Właśnie dlatego. Z czasem ta jakość się rozmyła. Muzyczna i liryczna. Zainteresowanych odsyłam do recenzji albumu Berserker, to poznacie temat bliżej, z mojej perspektywy. Krążek Twilight of the Thunder God dał temu zespołowi niebywałą wręcz popularność! Gdyby nie ta płyta, to bym ich, też nie odkrył. Również to jest też powód, dla którego ta płyta jest nadal dla mnie numerem jeden w dokonaniach Amonów, no i dlatego że, osiem kompozycji jest genialnych, a dwie dobre. Z genialną okładką! Na sam koniec dodam też, że Jacku poznałeś więc mój ulubiony album Amon Amarth, który przeszedł próbę czasu. Chętnie poznam twój!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Dimmu Borgir – In Sorte Diaboli (2007)

Jak Norwegia, to w końcu musiała się pojawić grupa Dimmu Borgir. Ten zespół również towarzyszył mi niemal od początku mojej przygody z metalem. Nie zamierzam się tego wypierać. Szukając jednak w ich dorobku odpowiedniej płyty do omówienia, nie miałem łatwego wyboru. W końcu zdecydowałem się na album In Sorte Diaboli, wydany 24 kwietnia 2007 roku przez Nuclear Blast. Żeby też było jasne, będzie to wersja podstawowa, bez bonusów. Czy po trzynastu latach płyta ta dalej potrafi przyciągnąć moją uwagę na dłuższy czas? Co jest w niej lepszego od poprzednich? Czy to możliwie, że po jej wydaniu dla niektórych ta grupa się skończyła? Wielokrotnie słuchając tego albumu, chętnie odpowiem.

The Serpentine Offering dostarcza mi tego, czego na płycie Death Cult Armageddon z 2003 roku trochę mi brakowało: bardziej nastrojowych lub też skomponowanych pod emocje, rozbudowanych partii symfonicznych. Drugą kwestią są tu genialne partie perkusyjne, intensywność, w której echa podwójnej stopy słychać bardzo wyraźnie. Trzecia sprawa – czysty śpiew Vortexa to jest magia! Jego synchronizacja z Shagrathem też jest genialna! Czwarta rzecz, tekst. Metaforyczne ukazanie, że lekarstwem na całe zło może być samosąd dokonany na tych, którzy ciemiężyli człowieka od samego początku istnienia chrześcijaństwa (księża). Tak go przynajmniej rozumiem, choć dodać można tu też niebezpieczny aspekt fanatyzmu, jeśli chodzi o reprezentantów obu stron, dobra i zła. Tak czy inaczej, pomimo dwuznacznego przekazu jest to bardzo dojrzały tekst. Zresztą to też ukazuje, jaka będzie tematyka całej płyty. Krótko mówiąc, The Serpentine Offering nadal spełnia wszelkie wymagania, jeśli chodzi o dobry singiel, przez co był i jest jednym z moich ulubionych utworów z tej płyty.

The Chosen Legacy zaczyna się jeszcze mocniej. Tu wokalnie rządzi Shagrath. Bardzo dobre są też przejścia podkreślone nie tylko poprzez perkusję, ale też partie symfoniczne. Choć ta zbytnia głośność
perkusji ma dwie strony. Deklamacja też odbywa się w odpowiednim momencie. Utwór sam w sobie jest bardzo przebojowy, pomimo iż nie jest singlem. Zatem: ,, In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli! ”.

Na The Conspiracy Unfolds słychać wreszcie trochę inne riffy niż w poprzednich kawałkach. Końcowa deklamacja też robi wrażenie. Co nie zmienia faktu, że jest to jedynie dobry utwór, choć warto podkreślić, że dopiero po dziesiątym przesłuchaniu (przynajmniej jeśli o mnie chodzi) staje się męczący.

Pora na The Sacrilegious Scorn, drugi oficjalny singiel. Kolejny raz możemy usłyszeć Vortexa, a tego nigdy dla moich uszu nie jest za wiele. Serio. Do tego moment, kiedy Mustis gra partie fortepianu, będące koniecznym oddechem od intensywności, to swego rodzaju rytuał, tym bardziej że ma miejsce akurat tuż po tekście: ,,It all seems like an eternity/ This battle between us two./ Good and evil, me and you!/ Time has come to step up and/ take back what You take from Me/”. Idealne zbudowanie napięcia i epickości zarazem. Później znów deklamacja, też z tekstem dającym do myślenia. Kolejny idealny singiel, a także kompozycja warta wielokrotnego powrotu. Instrumentalny The Fallen Arises daje odetchnąć, ale jak na przerywnik nie jest zły. Bo jest małą zapowiedzią tego, co nadchodzi.

Mam na myśli The Sinister Awakening. W tej szóstej kompozycji dwie gitary wreszcie dają czadu. Tak kiedyś, jak i dziś. Poważnie! Do tego jeszcze jak dla mnie inne riffy. Odpowiednie przejścia symfoniczno – perkusyjne wraz z wokalem Shagratha są tu genialne. Potem jeszcze ten pędzący riff. Uruchamia się headbanging i śpiewanie: ,,Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis! ’’. No i ta finałowa partia symfoniczna… Popisy Mustisa jednym słowem! Kolejny przebojowy utwór, pomimo iż nie jest singlem.

The Fundamental Alienation ma natomiast symfoniczny, a przez to intrygujący wstęp. Znowu skutecznie zbudowane napięcie. Niestety, potem to wszystko pomału się rozłazi, bo brak dobranych do perkusji gitar trochę rozczarowuje. Potem jest lepiej, nie przeczę, ale odrobinę za późno, choć może lepiej późno niż wcale? No dobra, lepiej, bo od drugiej minuty mam to, co chciałem. Intensywność z wieloma blastami, do tego z dobrymi riffami i deklamacją w tle. Growlujący Shagrath brzmi dziwnie, jednak tu znowu wkracza chwytliwość całości: „They say I am the cancer/ On the back of the Inquisition / I may well be the cancer /In the heart of the Inquisition ’’. Zatem następny tytuł do playlisty. Zresztą w moim przypadku nigdy z niej nie zszedł.

Przedostatni The Invaluable Darkness poza tym, że jest ostatnią okazją, aby usłyszeć genialnego Vortexa, dostarcza również (oprócz dalej utrzymującej się epickości) kolejną porcję nowych riffów, co cieszy moje ucho. Choć deklamacja Shagratha jest przewidywalna, wciąż robi wrażenie. No i ta chwytliwość, i znowu ta śpiewana bez końca przeze mnie część: ,,I will win this war /But never the peace /I am my own free spirit /Hence I will not rest!”. Oczywistości chyba pisać nie muszę.

Ostatni The Foreshadowing Furnace ma symfoniczno-gitarowy wstęp. Tu też jest bardzo przewidywalnie, bo najpierw perkusyjna nawałnica, później lekkie uspokojenie, a potem znowu pędzący riff. Co jednak broni tę strukturę, to fakt, iż przynajmniej partie gitarowe postarano się jakoś urozmaicić. Tak czy inaczej, nie można tej kompozycji odmówić epickości i potencjału do wpadania w ucho. No i znowu nucenie bez końca: ,,Sparks fly and fire licks my wings/ Tied to this wood–I was born for burning/ I rebelled against the flock/ Declined to submit to slavery/ As a token from my legions of the chosen few/ I reveal the secrets to the world’s most famous forgery! ”. Tak więc pomimo pewnych niedociągnięć oraz przewidywalności, The Foreshadowing Furnace i tak zostaje w głowie na długo.

Sam tytuł płyty, In sorte diaboli, nie jest moim zdaniem przypadkowy. Teksty oscylują wokół Szatana nie tylko jako oponenta Boga, ale też ducha prawdziwej wolności oraz buntu. Dlatego uważam tę płytę za
koncepcyjną. Koncepcyjną i bardzo udaną: każdy utwór, poza oczywiście przerywnikiem The Fallen Arises, można zaliczyć do tych, które pozostają ze słuchaczem na długi czas, w mniejszym lub większym stopniu. Przynajmniej ze mną tak było i pozostało. Choć jeśli albumu nie słuchamy więcej niż dziesięć razy, to wszystkie kawałki brzmią równie dobrze. Kolejnym powodem, dla którego to właśnie ta płyta jest najlepsza, jest udział Hellhammera jako perkusisty. Koncerty bez niego to jednak nie to samo, choć przyznam, że Dariusz ,,Darey” Brzozowski dobrze gra na żywo partie Norwega. Podsumowując, mimo upływu lat wszystkie elementy albumu – zarówno pod kątem muzycznym, jak i lirycznym – świetnie ze sobą współgrają. Do tego ta okładka! Joachim Luetke dał radę, cała reszta zespołu również. Po trzynastu latach ten album nadal jest z*******y!

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Slipknot – All Hope is Gone (2008)

Zamaskowani i najeżeni kolcami, przez jednych uwielbiani, przez innych znienawidzeni. Mówię oczywiście o jedynej w swoim rodzaju amerykańskiej grupie Slipknot, która łączy wiele gatunków metalu, tworząc przy tym swój własny i unikatowy styl. Dziś powrócę do płyty, dzięki której miałem okazję ich poznać – All Hope is Gone, wydanej 25 sierpnia 2008 roku przez wytwórnię Roadrunner Records. Sam jestem ciekaw, jakie będą moje wrażenia po prawie dwunastu latach przerwy. Tym bardziej że jeśli śledzicie mojego bloga, to wiecie, że ostatni album tej grupy bardzo przypadł mi do gustu.

Intro .execute. dalej spełnia swoją rolę. Sample Craiga przemieszane z riffami robią hałas, potem słyszymy tekst deklamowany niczym przez głośnik, a na sam koniec wchodzi perkusja zapowiadająca pierwszy utwór. Gematria (The Killing Name), bo o nim mowa, kiedyś doprowadzał mnie do szaleństwa, oczywiście z zachwytu. Do tego jeszcze ta intensywność! Dziś jest to dla mnie po prostu dobra, chwytliwa kompozycja.

Sulfur to dalej liryczny majstersztyk. Tekst dający do myślenia, muzycznie też nadal na najwyższym poziomie. Jeszcze te sample! Craig, ty j****y geniuszu…

Psychosocial mam bardzo emocjonalną więź, bo tekst był bardzo prawdziwy w pewnych momentach mojego życia. Poza tym znajdziemy tutaj pełną gamę instrumentów perkusyjnych i różnego rodzaje wokalu, od screamu po czysty. Nic dziwnego, że utwór jest jednym z koncertowych szlagierów tej grupy. Ciekawostka: nie wiem, czy wiedzieliście, ale fragment Psychosocial został wykorzystany w filmie Punisher: Strefa Wojny, który miał swoją premierę kilka miesięcy po wyjściu albumu. Przypadek? Nie sądzę, raczej dobra promocja. Sam film  też nie jest zły, jeśli ktoś jest fanem Punishera, jak ja.

Dead Memories jest podobnie, chociażby znowu z powodu przekazu tego utworu, konkretnie fragmentu: ,,You told me to love you and I did./Tied my soul into a knot and got me to submit./So when I got away, I only kept my scars./The other me is gone. / Now I don’t know where I belong… . ’’. Do tego jeszcze konkurs na najlepszy klip tego zespołu do czasu ukazania się najnowszej płyty wygrywał właśnie teledysk do Dead Memories, w którym reżyser P.P. Brown wykonał kawał dobrej roboty.

Co do reszty kompozycji, po upływie tylu lat na uwagę zasługują jeszcze GehennaWherein Lies Continue oraz Snuff. 

Cały album jest pełen chwytliwych utworów. Może dlatego, że był to mój pierwszy kontakt z twórczością tego zespołu, to z tej właśnie płyty pochodzi najwięcej utworów Slipknot, które uwielbiam: Gematria (The Killing Name), SulfurPsychosocial, Dead Memories, Gehenna, a kiedyś jeszcze Vendetta i Butcher’s Hook.

Podsumowując, mimo upływu czasu płyta w ogóle się nie zestarzała. Najlepsza jest jednak wtedy, kiedy jej tytuł pokrywa się ze stanem słuchacza. Tak właśnie było w moim przypadku, kiedy słuchałem All Hope Is Gone po raz pierwszy. Obecnie wciąż wracam do tego albumu, choć już nie w całości. Tak więc jeśli ktoś jakimś cudem nie zna Slipknot, śmiało polecam zacząć właśnie od All Hope Is Gone, zwłaszcza kiedy traci się nadzieję na cokolwiek.

Korekta Ewa „Iva” Zwolińska

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Gamma Ray – Heading For Tomorrow (1990)

Z pewnymi zespołami ,jest tak, że, się niby je zna, ale nie za dobrze, bo kojarzy się jedynie po jednej ze znanych osób. W przypadku niemieckiego Gamma Ray wydawał mi się on znajomy, nie przez wzgląd na byłego członka i wokalistę Halloween, bo byłoby to kłamstwem,ale dlatego, że, znam inną osobę, której głos rozpoznam wszędzie. Mam tu nam myśli Ralfa Scheepersa i jego obecny zespół Primal Fear. Dziś rozprawiać będę o debiucie Gamma Ray wydanym 27 lutego 1990 roku. Czy po trzydziestu latach nadal potrafi wprawić w zachwyt lub ewentualną rozpacz? Okazać się to może jedynie po wielokrotnym odsłuchaniu owego krążka.

Tytuł samego intra jest w sumie oczywisty. Po prostu Welcome. Dynamika na Lust for Life była i jest nadal obecna, już, chociażby przez dźwięk gitar i doskonale dopasowaną perkusję jest obecna. Wokal Ralfa jako prowadzący jest bardzo dobry, uzupełniają go też dobre partie chóru. Przejścia wykonane za pomocą gitary akustycznej są rozwiązaniem, na które trudno wpaść. Do tego jeszcze dwie doskonałe solówki gitarowa na koniec. Na Heaven Can Wait jedyne co jest inne to niby brzmienie sprawiające wrażenie, że jeszcze jest keyboard, którego nie ma. No i więcej wokalu wpierającego Falfa. Kolejna dobra solówka gitarowa. Początek Space Eater jest istnie kosmiczny do tego jeszcze ta dość długa partia Rafla. Oprócz tego inne niż dotąd przejście perkusyjne, zmieniające trochę tempo. Nadal robi wrażenie. Oprócz tego bardziej słychać na nim gitarę basową oraz dobrą solówkę gitarową. Kolejne utwory, czyli Money, Hold Your Ground, Free Time są odpowiednio szybkie. Motoryka była i jest zachowana przez to doskonale. Wyjątkiem jest bardzo dobra ballada The Silence. Odpowiednio nastrojowa przed wokal Ralfa oraz dobrą aranżację. Jedyne ,,ale” miałem i nadal mam, do zamykającego płytę tytułowego Heading for Tomorrow. Ponad piętnaście minut. Nic odkrywczego, oprócz zbyt dużą ilością solówek. To był akurat nietrafiony zabieg. Znam lepsze utwory tego typu.

Jeśli chodzi o debiut. Jak na tamte czasy był dobry. Większość utworów z tej płyty była grana przez Gamma Ray, nawet po odejściu z grupy. O tym, że był dobry, świadczyć może fakt, iż, po niecałym roku zespół wypuścił swój drugi album zatytułowany Sigh No More. To już jednak inna historia. Jeśli chodzi o ten album, znowu moje lista ulubionych kompozycji uległa lekkiej zmianie. Są to bowiem teraz Lust for Life, Space Eater, Money oraz The Silence. Wszystkie inne są więcej niż przeciętne. Gdyby nie drobny mankament w postaci tytułowego Heading for Tomorrow, dałbym prawie najwyższą notę. Będąc jednak sprawiedliwym. Biorąc pod uwagę, że albumu pomimo upływu trzydziestu lat, słucha się go jednym tchem, ale jednak mam nieodparte wrażenie, że, został nagrany trochę na siłę. To mu trochę ujmuje w moich uszach.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10