Kategorie
Bez kategorii

Rammstein – Herzeleid (1995)

Dziś wracam do twórczości, jednych z pionierów indrustial metalu, niemieckiego zespołu Rammstein. Do ich debiutu wydanego 29 września 1995 roku, czyli jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Zatytułowanego Herzeleid. Ja miałem z nim pierwszy kontakt muzyczny w 2002, czyli osiemnaście lat temu. Czy nadal ma w sobie to ,,coś”? Czy lista ulubieńców ulegnie zmianie? Czym w swojej muzyce zjednali sobie tak ogromną ilość fanów? Odpowiedzi oczywiście po przesłuchaniu. Zaczynamy!

Już po samym tytule pierwszego utworu, można było się czegoś spodziewać. Ognia! Do tego to krótkie, lecz umiejętnie budujące napięcie intro. Keyboard i perkusja (marszówka i nie tylko) Majstersztyk! Potem wchodzą dynamiczne riffy do tego wszystkiego. Do tego wokal Tilla. Ni to scream, ni to growl. Powiem szczerze, że kiedyś przy pierwszym kontakcie, było to dla mnie coś nowego. Innego. Wokale wspierające potęgowały to wrażenie. Jeszcze w trakcie sampel bądź dźwięk przeładowania broni. A w trakcie frazy, które utkwiły w mojej młodej wtedy jeszcze głowie:„ Sex ist eine Schlacht/Liebe ist Krieg /Sex ist eine Schlacht, ja/ Liebe ist Krieg’’. Do tego na sam koniec manifest: ,, Rammstein/ Rammstein/Rammstein!’’. Dalej Wollt Ihr Das Bett In Flammen jest dla mnie jednym z kultowych utworów tej grupy.

Der Meister kontynuuje energetyczną burzę. Choć tu riffy mogą po upływie czasu podchodzić nawet lekko pod thrashowe. Takie jest moje wrażenie. Nie jest on moim ulubionym, lecz zły też nie jest. Sposób, w jaki został napisany, oddaje, iż, jak słyszę jego fragment, to od razu nucę: „Es kommt zu euch / Es kommt zu euch / Es kommt zu euch / ’’ …

Weisses Fleisch ma elektroniczny wstęp , znowu zapowiadający brak nudy. Energia jest bowiem odpowiednio dawkowana. Krótki nawałriffów, potem częściowy spokój, a następnie powtórka. Lecz tu mamy do czynienia z pierwszą solówką gitarową. W sumie całkiem nieźle. Do tego ten tekst. ,, Jetzt hast du Angst und ich bin soweit/ Mein krankes Dasein nach Erlösung schreit/ Dein weisses Fleisch wird mein Schafott/ /In meinem Himmel gibt es keinen Gott. ’’. Tu ponownie zostaje oddany motyw tytułu album, czyli Ból Serca.

Na Asche Zu Asche, znowu sinusoida dynamiki. Pierwsza do tego solówka na keybordzie. Potem słychać uspokojenie za pomocą basu. Ja dalej śpiewając w kółko : „Asche zu Asche / Und Staub zu Staub / Asche zu Asche /Und Staub zu Staub ”. Poziom oczekiwań całkowicie spełniony.

Natomiast z kompozycją Seemann, nadal mam ten sam problem. W założeniu ballady, chociaż w pewnym stopniu powinny urzekać, albo sprawiać, aby słuchacz coś poczuł. Ja poczułem dwie rzeczy: Najpierw ulgę, a potem zniecierpliwienie. No niestety Seemann Wam nie wyszedł, w moim odczuciu. Pomimo przerwy z mojej strony, a nie słuchałem go od 2007 roku, tak przynajmniej pamiętam. Szkoda.

Przy pierwszych dźwiękach Du Riechst So Gut, samoczynnie na mojej twarzy zagościł uśmiech. Nie przeszkadza mi zupełnie powrót do znanego schematu. Trochę inne riffy oraz elementy elektroniczne. Nie szkodzi jednak bo mimo to, dalej jest wśród moich ulubionych. Zatem: ,,Du riechst so gut/ Du riechst so gut /Ich geh dir hinterher”.

Można zrobić wolniejszą kompozycję, posiadającą trochę więcej corowych elementów? Można. Das Alte Leid to właśnie udowadnia. Cieszy fakt, iż, nie jest balladą. Tylko jednym z tych, przy których można odpocząć. Mimo to ma swój urok. Flake miał tu tez swój moment na popisy , jak również gitarzysta Richard Kruspe. Tylko nadal nie rozumiem co zespół, miał na myśli. Dodając jako sampel płacz dziecka? Uwypuklić przekaz? Być może.

Heirate Mich, to deklamacja Tilla, którą osobiście znam na pamięć. Tekst jest dla jednych poważny i romantyczny zarazem , a ale drugich mocno ironiczny. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy ludzi. Muzycznie wszystko, co znane nie jest mi obce. Elektronika mocno współgra ze wspomnianą wcześniej deklamacją, a riffy dobrze oddają dramatyzm sytuacji. Z ciekawostek utwór ten został użyty w filmie pod tytułem Zaginiona Autostrada. Heirate Mich to nadal jeden z moich ulubieńców.

Tytułowy Herzeleid, to mocny akcent Tilla, z ponownie mocno corowym zacięciem. Na wyraźne sylabizowanie tekstu wokalista też położył nacisk, aby podkreślić przekaz. Kiedyś to robiło większe wrażenie, teraz trochę mniej. No nic efekt czasu. Szkoda.

Laichzeit to kolejny hit, który ma w sobie, to co lubię. Odrobina partii keybordku i potem od razu energia z gitar i petardy. Zmiany temp? Owszem. Budowanie napięcia? Jak najbardziej. Kontrowersyjne miłosne metafory dozwolone ,, Od lat osiemnastu”? Oczywiście! Jeden z lepszych popisów Richarda? Proszę bardzo. Zadowolony śpiewam zatem: „Die Mutter hat das Meer geholt/ Laichzeit / die Schwestern haben keine Zeit /Laichzeit /der Hund steht winkend am Gestade /Laichzeit /der Fisch braucht seine Einsamkeit Laichzeit’’. Dodam też, iż przez ten utwór parę razy w szkole na zajęciach z języka niemieckiego zostałem upomniany, przez nauczycielkę za używanie niestosownego języka. Niemieckiego oczywiście.

Zamykający utwór Rammstein, znowu buduje to napięcie. Skutecznie. Cięższe riffy wraz z perkusją, do tego Till znowu sylabizujący, lecz połączenie tego wszystkie nadal daje z……y efekt. Zakończenie z tak zwanym hukiem. Do tego tu znajduje się najlepsza jak dla mnie solówka gitarowa na tej płycie.

Herzeleid jako płyta, była i jest jedną z najlepszych z dorobku grupy Rammstein. Lista najlepszych kompozycji zmianie nieuległa i jest to osiem z jedenastu numerów z listy. To o czymś świadczy. Pomijam oczywisty fakt, że Rammstain zrobił też, coś, czego nikt inny przedtem. Dorzucił ogromną dawkę pirotechniki do swoich występów, co sprawiło, podnieśli jakoś koncertów na nieznany wcześniej poziom. Oprócz tego Rammstein był jednym z kilku zespołów, dzięki któremu, mój niemiecki, może był na poziomie dostatecznym, ale tylko przez zaspokajanie ciekawości sensu, jaki za sobą niosły teksty tej grupy. Jeśli jakimś cudem ich nie znacie to ,nie zwlekajcie zbyt długo. Naprawdę warto!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Kamelot – Eternity (1995)

Z racji powrotu mojego zamiłowania do power metalu i jego pochodnych, po dłuższej przerwie ponownie wziąłem się za amerykański zespół power/heavymetalowy Kamelot. Wybór padł na jego debiut Eternity, wydany przez Noise Records 23 sierpnia 1995 roku, czyli równe dwadzieścia pięć lat temu. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? No i czy lub w jakim stopniu zespół muzycznie ewoluował? Kilka przesłuchań i przynajmniej dla mnie to będzie na tyle jasne, aby udzielić jednoznacznych odpowiedzi.

Pierwszy kawałek, tytułowy Eternity, ma pompatyczny symfoniczny wstęp, co skutecznie przykuwa uwagę, później natomiast pojawia się riff otwierający. Kiedyś sam utwór wydawał mi się nijaki, może dlatego, że byłem dość mocno zakręcony na punkcie innych zespołów, kiedy w 2005 roku parę płyt Kamelota pojawiło się na moim discmanie. Dziś solówka oraz zmiany tempa, niepozwalające jednoznacznie go zakwalifikować, no i oczywiście bardzo dobry wokal Marka Vanderbilta sprawiają, że Eternity ponownie trafia na moją playlistę. Bardzo dobry numer otwierający płytę. Black Tower również nie jest gorszy. Zwiększona jest oczywiście dynamika samej kompozycji, pojawia się też więcej dobrych gitarowych popisów Thoma.

Na Call of the See słyszę riff, który wydaje mi się znajomy. Serio, albo to inny zespół inspirował się tym utworem, albo na odwrót. Tak czy inaczej, jest bardzo chwytliwy. Kolejna dobra solówka Thoma. Tu znowu przebojowość oraz budowanie napięcia wygrywają i mam kolejnego nowego ulubieńca z tego albumu. Jest bardzo dobrze. „The see is calling me!”. Równie dynamicznemu Proud Nomad też nie mam nic do zarzucenia, gdyż pomimo przewidywalności pewnego rodzaju różnorodność riffów gitarowych autorstwa Thoma nie pozwala mi się znudzić. Co ciekawe, mam wrażenie, że Red Sands jest swego rodzaju kontynuacją poprzedniego utworu. Jeśli nie liryczną, to muzyczną, bo zaczyna się z tak zwanym przytupem, do tego chyba pierwszy raz słyszę w nim wokal wspierający Thoma. Tu też jest jedna z czterech najlepszych jak dla mnie solówek na tej płycie, co z miejsca klasyfikuje Red Sands jako mój trzeci „nowy” ulubiony utwór z tego albumu. Z One Of The Hunted mam podobnie. Kiedyś wydawał mi się taki sobie, bez jakiegoś szału, a teraz wręcz przeciwnie. Krótko mówiąc, pierwsza połowa albumu Eternity jest rewelacyjna!

Z Fire Within jest odrobinę gorzej, bo z jednej strony może być to ballada, a z drugiej utwór balladopodobny. Zakładając, że mam do czynienia z balladą, to ratują ją tylko nastrojowe partie gitarowe, bo słuchając tekstu, jakoś nie poczułem potrzeby refleksji czy też wzruszenia. Warbird natomiast jak szybko wlatuje, tak wylatuje. Jeśli chodzi o dobrą balladę, a przynajmniej lepszą od poprzedniej, to jest nią What About Me. Tu wokal jest jednoznacznie ukierunkowany, tekst też jest refleksyjny, więc nie jest może genialnie, ale tragedii nie ma. Etude Jongleur jest instrumentalnym przerywnikiem przed zamykającym płytę The Gleeman, który swoją rolę spełnia po latach znakomicie. W porównaniu do moich nowych ulubionych kompozycji jest przebojowy, choć już bardziej przewidywalny (co w jego przypadku nie jest zarzutem),a partie keyboardowe są w nim wręcz magiczne.

Podkreślę to jeszcze raz: o dziwo, czas okazał się bardzo łaskawy dla debiutanckiego albumu Kamelotu. Dowodzi to, że nawet po latach można zostać pozytywnie zaskoczonym. Sam zespół oczywiście ewoluował, dodając trochę więcej elementów symfonicznych do swoich następnych płyt. Jak dla mnie z perspektywy czasu ten konkretny debiut można uznać za bardzo udany. Sam żałuję, że nie od niego zaczynałem swoją przygodę z amerykańskim Kamelot. Czy powrócę do następnych płyt tego zespołu? Sam nie wiem, możliwe, że tak. Na chwilę obecną Eternity staje się dla mnie ulubionym albumem Kamelotu, pomimo iż znam ich późniejsze dokonania.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Amon Amarth – Twilight of the Thunder God (2008)

Tak mi się wydaje, ale oczywiście mylić się mogę, że mało kto, zwłaszcza jeśli miał ze zdecydowanie cięższymi dźwiękami do czynienia, nie słyszał o szwedzkim Amon Amarth, czyli naczelnej grupie wykonującej szeroko rozumiany viking metal, którego może nie byli prekursorami, lecz na pewno odpowiadają za jego obecnie wielką popularność. No właśnie. Sam osobiście padłem ich ofiarą. Za sprawą wydanego 19 września 2008 roku, ich siódmego albumu zatytułowanego Twilight of the Thunder God, wydanego przez Metal Blade Records. Kiedy to ja rozpoczynałem pierwszy roku szkolny w liceum. Dostając ten album, od kumpla, który stwierdził, że: ,,Muszę go przesłuchać i tego nie pożałuję”. Faktycznie tak kiedyś było. Nie żałowałem. Byłem wręcz zachwycony! Czy po dwunastu latach nadal ma tej krążek w sobie to ,,coś”? No i czemu po zapoznaniu się z nim, przez wiele lat byłem ultra fanem Amonów, a później już trochę mniej? Tylko ponownie słuchając tego krążka, się to okaże. Tak zamierzam z dziką ochotą bowiem zrobić!

Już od samego początku nadal jest tak jak kiedyś. Za sprawą tytułowego singla Twilight of the Thunder God. Czemu? Po pierwsze iśćie ,,wojenny” wstęp. Scream Johana Hegga, perkusja i co najważniejsza od razu wpadający w ucho riff. Przebojowość na najwyższym poziomie. Po drugie, stopniowe zmiany tempa. Gościnny występ, jeśli chodzi o solo gitarowe Roppego Latvali (ówczesnego członka zespołu Children of Bodom, o tym akurat zespole pisałem nie raz na tym blogu). Solówka mistrzostwo świata! Breakdowny również, przez co headbanging zawsze jest! Po samym tytule można się domyślić, że, jest to pieśń o gromowładnym Thorze, walczącym z mitycznym wężem Jormungandem. Ciekawostką jest fakt, że od tego utworu, jeśli chodzi o teledyski, rozpoczęła się współpraca szwedzkiej grupy z polskim domem produkcyjnym Grupa 13 S.p.z.o.o. .

Na Free Will Sacrifice, dynamika nie zwalania, oj nie. Na samym początku nawet bardziej są podkreślone gitary, mam tu na myśli riffy oczywiście. W połowie znowu istna perkusyjna – gitarowo – wokalna nawałnica! Potem popisowe przejście gitar i perkusji. Czuć klimat mitycznego Ragnaröku. Choć ta kompozycja jest z tych dobrych.

Kolejny singiel, który nadal zwala z nóg. Kto czuwa nad Asgaardem? No kto?Guardians оf Asgaard! Ta sama przebojowość. Mamy kolejnego gość również, w postaci wspierającego wokalu, czyli Larsa-Görana Petrova znany z równie kultowej szwedzkiej grupy Entombed. Samemu zawsze jak słyszę, ten singiel śpiewam tak: „We’re the guardians /Guardians of Asgaard /Guardians/Guardians of Asgaard/Guardians/Of Asgaard ”. Nie bez powodu należy też ten utwór do tak zwanego niezbędnika koncertowego tej grupy. W pełni na to zasługuje!

Where Is Your God, jest z tych zdecydowanie intensywniejszych. Naprawdę deathowych utworów. Melodyki w riffach tam zdecydowanie mniej, paradoksalnie sam tekst, jest też idealnie tu muzycznie odzwierciedlony. Choć momentami Hegg brzmi jak, w pewnym sensie rapował scremując, może to głupie, ale po latach dopiero, odniosłem takie wrażenie. Mimo to tak jak kiedyś Where Is Your God był nieszczególny, niby tylko intensywniejszy. Tak po latach odkryłem w nim ukryty pełny potencjał. Zatem wpisuję go na listę ulubionych utworów, z tego krążka.

Varyags of Miklagaard, daję odrobinkę odpoczynku. Bardzo żałuję faktu, iż ta kompozycja nie została singlem . Bo ma wszystkie atuty, nie singlu, a bardzo dobrego singla. Tu nawet breakdowny przez liczniejsze blasty są podkreślone. Riffy dodają też tą melodyjność. Tu też headbanging jest pewny. W moim przypadku jeszcze nucąc : ,,We were loyal warriors / That’s the oath we gave To protect the emperor Even to the grave/ It’s time to take farewell / We have been resolved / From the sacred oath we gave It’s time to go back home/ ’’.

Tattered Banners Аnd Bloody Flags, ma wstęp trzech rodzajów riffów, waz z iście epicką marszówką na perkusji. Umiejętnym również budowaniem napięcia, jeśli chodzi, o rozwinięcie akcji, jeśli chodzi o tekst. Miłośnicy mitologii skandynawskiej przed odkryciem Amon Amarth, wiedzą, o co mi chodzi. Zatem nadal Tattered Banners Аnd Bloody Flags jest jedną z ulubionych kompozycji. Choć w sumie jeśli chodzi o epickość to w tym momencie albumu, jest najlepszy!

No Fear For the Setting Sun, jest kolejnym strikte deathowym utworem, z odrobiną bardziej thrashowych gitar. Potrzebnym na albumie, bo to po latach zrozumiałem, ale jako samodzielna kompozycja, średnio. No może w sumie solo gitarowe go by uratowało. The Hero zaskakuje. Mocno heavy metalowy start, jeśli chodzi o riffy gitar. Poza tym bardziej popisowym tłem to się nie wyróżnia. Jeśli miałbym wskazać najsłabsze ogniwa? No Fear For the Setting Sun i The Hero. Pomimo bardzo dobrych tekstów, muzyka wypada przeciętnie, na tle 12 lat.

Przedostatni Live For the Kill jest natomiast o wiele lepszy. Podkreślony jest też wokal wspierający gitarzystów. Gościnnie też fińska Apocalyptica zrobiła genialne tło ze swoich trzech wiolonczeli. Do tego jeszcze na sam koniec jednak z lepszych solówek gitarowych, a potem to ,,wiolonczelowe uspokojenie”. ,,Kropką na i” jest zbiorowy scream wszystkich. Epickość osiągnęła szczyt.

Zamykająca ,,ballada” Embrace of the Endless Ocean, owy szczyt skutecznie zachowuje. Słuchając tekstu Hegg, doskonale wie, jaki rodzaj screamu zastosować, a mimo to nadal chwyta za serce. Kiedy pierwszy raz słuchałem Embrace of the Endless Ocean, nie potrafił do mnie dotrzeć fenomen tej kompozycji. Jakim cudem z viking metalu, można stworzyć balladę? Gdzie nie dość, że nie ma czystego śpiewu. Męskiego lub żeńskiego? W końcu do mnie dotarło. Skoro do Embrace of the Endless Ocean, regularnie wracałem, zawsze towarzyszyły mi przy nim ,te same emocje, to znaczy, że k**** można! Zamknięcie genialne.

Twilight of the Thunder God jako płyta nadal jest dla mnie jednym z opus magnum szwedzkiego zespołu Amon Amarth. Ma w sobie to ,,coś”. Energię. Epickość. Co najważniejsze utwory tworzą spójną całość. Malutkimi potencjalnymi do tego, słabymi ogniwami, muzycznie, tylko żeby było jasne, są Fear For the Setting Sun i The Hero. Jeśli chodzi o teksty, tematyka skandynawskiego ragnareku, jeśli chodzi o jakość i autentyczność, jest absolutnie profesjonalna. Czemu po tym albumie byłem ultra fanem Amonów? Właśnie dlatego. Z czasem ta jakość się rozmyła. Muzyczna i liryczna. Zainteresowanych odsyłam do recenzji albumu Berserker, to poznacie temat bliżej, z mojej perspektywy. Krążek Twilight of the Thunder God dał temu zespołowi niebywałą wręcz popularność! Gdyby nie ta płyta, to bym ich, też nie odkrył. Również to jest też powód, dla którego ta płyta jest nadal dla mnie numerem jeden w dokonaniach Amonów, no i dlatego że, osiem kompozycji jest genialnych, a dwie dobre. Z genialną okładką! Na sam koniec dodam też, że Jacku poznałeś więc mój ulubiony album Amon Amarth, który przeszedł próbę czasu. Chętnie poznam twój!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Dimmu Borgir – In Sorte Diaboli (2007)

Jak Norwegia, to w końcu musiała się pojawić grupa Dimmu Borgir. Ten zespół również towarzyszył mi niemal od początku mojej przygody z metalem. Nie zamierzam się tego wypierać. Szukając jednak w ich dorobku odpowiedniej płyty do omówienia, nie miałem łatwego wyboru. W końcu zdecydowałem się na album In Sorte Diaboli, wydany 24 kwietnia 2007 roku przez Nuclear Blast. Żeby też było jasne, będzie to wersja podstawowa, bez bonusów. Czy po trzynastu latach płyta ta dalej potrafi przyciągnąć moją uwagę na dłuższy czas? Co jest w niej lepszego od poprzednich? Czy to możliwie, że po jej wydaniu dla niektórych ta grupa się skończyła? Wielokrotnie słuchając tego albumu, chętnie odpowiem.

The Serpentine Offering dostarcza mi tego, czego na płycie Death Cult Armageddon z 2003 roku trochę mi brakowało: bardziej nastrojowych lub też skomponowanych pod emocje, rozbudowanych partii symfonicznych. Drugą kwestią są tu genialne partie perkusyjne, intensywność, w której echa podwójnej stopy słychać bardzo wyraźnie. Trzecia sprawa – czysty śpiew Vortexa to jest magia! Jego synchronizacja z Shagrathem też jest genialna! Czwarta rzecz, tekst. Metaforyczne ukazanie, że lekarstwem na całe zło może być samosąd dokonany na tych, którzy ciemiężyli człowieka od samego początku istnienia chrześcijaństwa (księża). Tak go przynajmniej rozumiem, choć dodać można tu też niebezpieczny aspekt fanatyzmu, jeśli chodzi o reprezentantów obu stron, dobra i zła. Tak czy inaczej, pomimo dwuznacznego przekazu jest to bardzo dojrzały tekst. Zresztą to też ukazuje, jaka będzie tematyka całej płyty. Krótko mówiąc, The Serpentine Offering nadal spełnia wszelkie wymagania, jeśli chodzi o dobry singiel, przez co był i jest jednym z moich ulubionych utworów z tej płyty.

The Chosen Legacy zaczyna się jeszcze mocniej. Tu wokalnie rządzi Shagrath. Bardzo dobre są też przejścia podkreślone nie tylko poprzez perkusję, ale też partie symfoniczne. Choć ta zbytnia głośność
perkusji ma dwie strony. Deklamacja też odbywa się w odpowiednim momencie. Utwór sam w sobie jest bardzo przebojowy, pomimo iż nie jest singlem. Zatem: ,, In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli/ In sorte diaboli! ”.

Na The Conspiracy Unfolds słychać wreszcie trochę inne riffy niż w poprzednich kawałkach. Końcowa deklamacja też robi wrażenie. Co nie zmienia faktu, że jest to jedynie dobry utwór, choć warto podkreślić, że dopiero po dziesiątym przesłuchaniu (przynajmniej jeśli o mnie chodzi) staje się męczący.

Pora na The Sacrilegious Scorn, drugi oficjalny singiel. Kolejny raz możemy usłyszeć Vortexa, a tego nigdy dla moich uszu nie jest za wiele. Serio. Do tego moment, kiedy Mustis gra partie fortepianu, będące koniecznym oddechem od intensywności, to swego rodzaju rytuał, tym bardziej że ma miejsce akurat tuż po tekście: ,,It all seems like an eternity/ This battle between us two./ Good and evil, me and you!/ Time has come to step up and/ take back what You take from Me/”. Idealne zbudowanie napięcia i epickości zarazem. Później znów deklamacja, też z tekstem dającym do myślenia. Kolejny idealny singiel, a także kompozycja warta wielokrotnego powrotu. Instrumentalny The Fallen Arises daje odetchnąć, ale jak na przerywnik nie jest zły. Bo jest małą zapowiedzią tego, co nadchodzi.

Mam na myśli The Sinister Awakening. W tej szóstej kompozycji dwie gitary wreszcie dają czadu. Tak kiedyś, jak i dziś. Poważnie! Do tego jeszcze jak dla mnie inne riffy. Odpowiednie przejścia symfoniczno – perkusyjne wraz z wokalem Shagratha są tu genialne. Potem jeszcze ten pędzący riff. Uruchamia się headbanging i śpiewanie: ,,Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis/ Antichristus Spiritualis! ’’. No i ta finałowa partia symfoniczna… Popisy Mustisa jednym słowem! Kolejny przebojowy utwór, pomimo iż nie jest singlem.

The Fundamental Alienation ma natomiast symfoniczny, a przez to intrygujący wstęp. Znowu skutecznie zbudowane napięcie. Niestety, potem to wszystko pomału się rozłazi, bo brak dobranych do perkusji gitar trochę rozczarowuje. Potem jest lepiej, nie przeczę, ale odrobinę za późno, choć może lepiej późno niż wcale? No dobra, lepiej, bo od drugiej minuty mam to, co chciałem. Intensywność z wieloma blastami, do tego z dobrymi riffami i deklamacją w tle. Growlujący Shagrath brzmi dziwnie, jednak tu znowu wkracza chwytliwość całości: „They say I am the cancer/ On the back of the Inquisition / I may well be the cancer /In the heart of the Inquisition ’’. Zatem następny tytuł do playlisty. Zresztą w moim przypadku nigdy z niej nie zszedł.

Przedostatni The Invaluable Darkness poza tym, że jest ostatnią okazją, aby usłyszeć genialnego Vortexa, dostarcza również (oprócz dalej utrzymującej się epickości) kolejną porcję nowych riffów, co cieszy moje ucho. Choć deklamacja Shagratha jest przewidywalna, wciąż robi wrażenie. No i ta chwytliwość, i znowu ta śpiewana bez końca przeze mnie część: ,,I will win this war /But never the peace /I am my own free spirit /Hence I will not rest!”. Oczywistości chyba pisać nie muszę.

Ostatni The Foreshadowing Furnace ma symfoniczno-gitarowy wstęp. Tu też jest bardzo przewidywalnie, bo najpierw perkusyjna nawałnica, później lekkie uspokojenie, a potem znowu pędzący riff. Co jednak broni tę strukturę, to fakt, iż przynajmniej partie gitarowe postarano się jakoś urozmaicić. Tak czy inaczej, nie można tej kompozycji odmówić epickości i potencjału do wpadania w ucho. No i znowu nucenie bez końca: ,,Sparks fly and fire licks my wings/ Tied to this wood–I was born for burning/ I rebelled against the flock/ Declined to submit to slavery/ As a token from my legions of the chosen few/ I reveal the secrets to the world’s most famous forgery! ”. Tak więc pomimo pewnych niedociągnięć oraz przewidywalności, The Foreshadowing Furnace i tak zostaje w głowie na długo.

Sam tytuł płyty, In sorte diaboli, nie jest moim zdaniem przypadkowy. Teksty oscylują wokół Szatana nie tylko jako oponenta Boga, ale też ducha prawdziwej wolności oraz buntu. Dlatego uważam tę płytę za
koncepcyjną. Koncepcyjną i bardzo udaną: każdy utwór, poza oczywiście przerywnikiem The Fallen Arises, można zaliczyć do tych, które pozostają ze słuchaczem na długi czas, w mniejszym lub większym stopniu. Przynajmniej ze mną tak było i pozostało. Choć jeśli albumu nie słuchamy więcej niż dziesięć razy, to wszystkie kawałki brzmią równie dobrze. Kolejnym powodem, dla którego to właśnie ta płyta jest najlepsza, jest udział Hellhammera jako perkusisty. Koncerty bez niego to jednak nie to samo, choć przyznam, że Dariusz ,,Darey” Brzozowski dobrze gra na żywo partie Norwega. Podsumowując, mimo upływu lat wszystkie elementy albumu – zarówno pod kątem muzycznym, jak i lirycznym – świetnie ze sobą współgrają. Do tego ta okładka! Joachim Luetke dał radę, cała reszta zespołu również. Po trzynastu latach ten album nadal jest z*******y!

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Slipknot – All Hope is Gone (2008)

Zamaskowani i najeżeni kolcami, przez jednych uwielbiani, przez innych znienawidzeni. Mówię oczywiście o jedynej w swoim rodzaju amerykańskiej grupie Slipknot, która łączy wiele gatunków metalu, tworząc przy tym swój własny i unikatowy styl. Dziś powrócę do płyty, dzięki której miałem okazję ich poznać – All Hope is Gone, wydanej 25 sierpnia 2008 roku przez wytwórnię Roadrunner Records. Sam jestem ciekaw, jakie będą moje wrażenia po prawie dwunastu latach przerwy. Tym bardziej że jeśli śledzicie mojego bloga, to wiecie, że ostatni album tej grupy bardzo przypadł mi do gustu.

Intro .execute. dalej spełnia swoją rolę. Sample Craiga przemieszane z riffami robią hałas, potem słyszymy tekst deklamowany niczym przez głośnik, a na sam koniec wchodzi perkusja zapowiadająca pierwszy utwór. Gematria (The Killing Name), bo o nim mowa, kiedyś doprowadzał mnie do szaleństwa, oczywiście z zachwytu. Do tego jeszcze ta intensywność! Dziś jest to dla mnie po prostu dobra, chwytliwa kompozycja.

Sulfur to dalej liryczny majstersztyk. Tekst dający do myślenia, muzycznie też nadal na najwyższym poziomie. Jeszcze te sample! Craig, ty j****y geniuszu…

Psychosocial mam bardzo emocjonalną więź, bo tekst był bardzo prawdziwy w pewnych momentach mojego życia. Poza tym znajdziemy tutaj pełną gamę instrumentów perkusyjnych i różnego rodzaje wokalu, od screamu po czysty. Nic dziwnego, że utwór jest jednym z koncertowych szlagierów tej grupy. Ciekawostka: nie wiem, czy wiedzieliście, ale fragment Psychosocial został wykorzystany w filmie Punisher: Strefa Wojny, który miał swoją premierę kilka miesięcy po wyjściu albumu. Przypadek? Nie sądzę, raczej dobra promocja. Sam film  też nie jest zły, jeśli ktoś jest fanem Punishera, jak ja.

Dead Memories jest podobnie, chociażby znowu z powodu przekazu tego utworu, konkretnie fragmentu: ,,You told me to love you and I did./Tied my soul into a knot and got me to submit./So when I got away, I only kept my scars./The other me is gone. / Now I don’t know where I belong… . ’’. Do tego jeszcze konkurs na najlepszy klip tego zespołu do czasu ukazania się najnowszej płyty wygrywał właśnie teledysk do Dead Memories, w którym reżyser P.P. Brown wykonał kawał dobrej roboty.

Co do reszty kompozycji, po upływie tylu lat na uwagę zasługują jeszcze GehennaWherein Lies Continue oraz Snuff. 

Cały album jest pełen chwytliwych utworów. Może dlatego, że był to mój pierwszy kontakt z twórczością tego zespołu, to z tej właśnie płyty pochodzi najwięcej utworów Slipknot, które uwielbiam: Gematria (The Killing Name), SulfurPsychosocial, Dead Memories, Gehenna, a kiedyś jeszcze Vendetta i Butcher’s Hook.

Podsumowując, mimo upływu czasu płyta w ogóle się nie zestarzała. Najlepsza jest jednak wtedy, kiedy jej tytuł pokrywa się ze stanem słuchacza. Tak właśnie było w moim przypadku, kiedy słuchałem All Hope Is Gone po raz pierwszy. Obecnie wciąż wracam do tego albumu, choć już nie w całości. Tak więc jeśli ktoś jakimś cudem nie zna Slipknot, śmiało polecam zacząć właśnie od All Hope Is Gone, zwłaszcza kiedy traci się nadzieję na cokolwiek.

Korekta Ewa „Iva” Zwolińska

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Gamma Ray – Heading For Tomorrow (1990)

Z pewnymi zespołami ,jest tak, że, się niby je zna, ale nie za dobrze, bo kojarzy się jedynie po jednej ze znanych osób. W przypadku niemieckiego Gamma Ray wydawał mi się on znajomy, nie przez wzgląd na byłego członka i wokalistę Halloween, bo byłoby to kłamstwem,ale dlatego, że, znam inną osobę, której głos rozpoznam wszędzie. Mam tu nam myśli Ralfa Scheepersa i jego obecny zespół Primal Fear. Dziś rozprawiać będę o debiucie Gamma Ray wydanym 27 lutego 1990 roku. Czy po trzydziestu latach nadal potrafi wprawić w zachwyt lub ewentualną rozpacz? Okazać się to może jedynie po wielokrotnym odsłuchaniu owego krążka.

Tytuł samego intra jest w sumie oczywisty. Po prostu Welcome. Dynamika na Lust for Life była i jest nadal obecna, już, chociażby przez dźwięk gitar i doskonale dopasowaną perkusję jest obecna. Wokal Ralfa jako prowadzący jest bardzo dobry, uzupełniają go też dobre partie chóru. Przejścia wykonane za pomocą gitary akustycznej są rozwiązaniem, na które trudno wpaść. Do tego jeszcze dwie doskonałe solówki gitarowa na koniec. Na Heaven Can Wait jedyne co jest inne to niby brzmienie sprawiające wrażenie, że jeszcze jest keyboard, którego nie ma. No i więcej wokalu wpierającego Falfa. Kolejna dobra solówka gitarowa. Początek Space Eater jest istnie kosmiczny do tego jeszcze ta dość długa partia Rafla. Oprócz tego inne niż dotąd przejście perkusyjne, zmieniające trochę tempo. Nadal robi wrażenie. Oprócz tego bardziej słychać na nim gitarę basową oraz dobrą solówkę gitarową. Kolejne utwory, czyli Money, Hold Your Ground, Free Time są odpowiednio szybkie. Motoryka była i jest zachowana przez to doskonale. Wyjątkiem jest bardzo dobra ballada The Silence. Odpowiednio nastrojowa przed wokal Ralfa oraz dobrą aranżację. Jedyne ,,ale” miałem i nadal mam, do zamykającego płytę tytułowego Heading for Tomorrow. Ponad piętnaście minut. Nic odkrywczego, oprócz zbyt dużą ilością solówek. To był akurat nietrafiony zabieg. Znam lepsze utwory tego typu.

Jeśli chodzi o debiut. Jak na tamte czasy był dobry. Większość utworów z tej płyty była grana przez Gamma Ray, nawet po odejściu z grupy. O tym, że był dobry, świadczyć może fakt, iż, po niecałym roku zespół wypuścił swój drugi album zatytułowany Sigh No More. To już jednak inna historia. Jeśli chodzi o ten album, znowu moje lista ulubionych kompozycji uległa lekkiej zmianie. Są to bowiem teraz Lust for Life, Space Eater, Money oraz The Silence. Wszystkie inne są więcej niż przeciętne. Gdyby nie drobny mankament w postaci tytułowego Heading for Tomorrow, dałbym prawie najwyższą notę. Będąc jednak sprawiedliwym. Biorąc pod uwagę, że albumu pomimo upływu trzydziestu lat, słucha się go jednym tchem, ale jednak mam nieodparte wrażenie, że, został nagrany trochę na siłę. To mu trochę ujmuje w moich uszach.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Satyricon – The Shadowthrone (1994)

Po raz kolejny powracam do zespołu, który znowu przypomina mi, czasy szkolne i nie mówię tu tylko o gimnazjum, dla jasności. Tak jest! Znowu norweski Satyricon, z jego drugim studyjnym albumem, zatytułowanym The Shadowthrone, wydanym przez wytwórnię Moonfog Productions, dokładnie 12 września 1994 roku, która to została założona przez członków tej grupy, Tormoda Opedalaoraz Sigurda Wongravena, znanego wtedy i dziś, jako Satyr. Prawdziwe norweskie muzyczne podziemie wydawnicze, które diabelnie szanuję, mające na swoim koncie nie tylko wydawnictwa swojego zespołu. Czemu o tym wspominam? Z prostych powodów. Po pierwsze postanowiłem sobie znowu odświeżyć wcześniejsze dokonania muzyczne, tej jednej, z wielu norweskich legend black metalu, a po drugie do owego powrotu namówiła mnie, ultra fanka Satyricona oraz moja bardzo dobra przyjaciółka. Czy po 26 latach, a w moim przypadku licząc pierwszy kontakt to lat piętnaście, dalej ma w sobie to ,,coś”? Czy dalej mogę ten krążek, uważać za jeden z klasyków norweskiego black metalu? No cóż, tylko wielokrotne odsłuchy mogą mi to ukazać.

Kompozycję Hvite Krists Dod, rozpoczyna dość agresywna, krótka, lecz treściwa deklamacja, bo myślę, że, można ją tak nazwać. To już nadaje odpowiedni ton oraz nastrój. Wokal Satyra mówi jedno, gitary Satyra i Samotha drugie, a perkusja Frosta trzecie, lecz tym samym głosem! To akurat ważne. Do tego ta oszczędność riffów, dająca niedosyt. Potem jednak mamy do czynienia z prawdziwą deklamacją, a keyboard emitujący trąby i inne instrumenty dodatkowo, utrzymuje napięcie. Przemyślanie skomponowane blasty oraz przejściach perkusyjnych autorstwa Frosta, to ukoronowanie tego utworu. Znowu chce mi się śpiewać: ,,Vi brenner guds barn på bålet/ Vi brenner guds hus/ Tidens mørke skal dekke for solen/ Perleporten skal knuses! ’’. Znowu też na 666 procent Hvite Krists Dod wraca na moją playlistę. Tak jak kiedyś, tak i dziś, mam ciarki za każdym razem jak słyszę to arcydzieło. Mistrzostwo i tyle!

In the Mist by the Hills, dobrze kontynuuje, lub jak kto woli, podtrzymuje, wcześniej wyrobione napięcie. Jest trochę bardziej dynamiczne, lecz uważam, że to dobrze, oprócz tego Frost, dalej uprawia swoją perkusyjną magię, bo nie mogę wyjść z transu, w który mnie jego perkusja właśnie wprowadziła od 50 sekundy tego utworu. Gitary, dalej odpowiednio oszczędne. Lecz potem Frost poszedł trochę bardziej w deathową intensywność, a jeśli nie to mocno nią inspirowaną. Choć przejścia przy zmianie tempa, też robią swoje. Tak czy inaczej, ta kompozycja jest, jak i była, doskonałym uzupełnieniem do Hvite Krists Dod, dlatego po nim właśnie na playliście, na długi czas będzie umieszczony.

Woods to Eternity, po prawie dwu i pół minutowej dawce nieokiełznanej, moim zdaniem, fuzji deathu z black metalem, przychodzi do tłumiącej to wszystko solowej, ale też bardziej wirtuozerskiej partii gitary akustycznej, a przynajmniej ja ją tam słyszę. Ten element pozwala na powrót tej tajemniczości, co jeszcze bardziej ułatwiają partie keybordu, emitujące namiastkę symfonicznych instrumentów, co daje ten upragniony mrok. No i na koniec powrót transowej perkusji Frosta, aż headbanging się mi uruchomił na moment.

W Vikingland, oprócz Satyra, głosu użyczają jeszcze inni członkowie zespołu, próbując technik operowych, lub też antycznych sposobów bardów śpiewających sagi, bo jakby nie było tytuł, odnosi się do krainy wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, nie jest źle. Lecz z racji, iż, jednak wybredny jestem trochę, to pomieszanie trochę elementów, które już znam, daje efekt w postaci, umieszczenia tego utworu w kategorii, ,,dobre tylko przy słuchaniu całej płyty, a nie osobno” . Także tyle w temacie jeśli chodzi o mnie.

Dominions of Satyricon zaczyna się dobrze, wreszcie pojawia się, przynajmniej na moje ucho, nowa partia riffów gitarowych. Popisy Frosta przypominają mi, czemu to jego próbowałem, naśladować kiedy to sam grałem na perkusji. Mistrzowskie zmiany temp, wraz z wreszcie większym natężeniem gitar. Wokal Satyra oczywiście również bardzo dobry. Jak na prawie dziesięciu -minowy utwór, pomimo upływu czasu, potrafi skutecznie przykuwać moją uwagę, za każdym razem, co też łatwe nie jest. Co w sumie sprawia, że zostaje moją nową ulubioną kompozycją z tej płyty, którą dopiero po czasie doceniłem.

https://www.youtube.com/watch?v=fD7OYc-bGus

Przedostatni The King of the Shadowthrone, jak na króla przystało ma, mocne wejście, podczas którego towarzyszy mu istna lawina gitarowych riffów. Mających ponownie wreszcie wirtuozerski potencjał. Po królewsku wykonany wokal przez Satyra też daje odpowiedni efekt końcowy. Sprawiający, że, to drugi utwór, który po czasie zostaje umieszczony na mojej playliście. Zamykający płytę I En Svart Kiste, jest końcowym instrumentalnym pokazem zdolności wszystkich członków grupy. Jednak utrzymuje mrok oraz tajemniczość, a mnie to wystarcza. Zwłaszcza za partie keyboardu odpowiada tu osobiście Satyr.

Co do moich wcześniejszych pytań. Tak po 26 latach, a piętnastu, no nie licząc powrotów do pojedynczych utworów, ta płyta dalej ma w sobie to, co mnie wcześniej w niej urzekło. Sprawiając, że, słuchałem jej naprawdę dość spory czas. Ten mrok, te teksty. Nie wiem, czy to dość odpowiednie stwierdzenie, ale jak na black metal, momentami bardziej wpadające w ucho riffy. Bo rok 1994 był bogaty w black metalowe wydawnictwa, oj i to bardzo. Może do któregoś z nich kiedyś wrócę, aby wyrazić swoją opinię? Kto wie, może tak będzie. Na chwilę obecną, pomimo lekkich niedociągnięć. Jak dla przykładu momenty monotonii oraz zniechęcenia, mam tu na myśli Vikingland. To jako całość, The Shadowthrone , pomimo wiecznego mrozu, dalej majestatycznie stoi, jak kiedyś. Z lekkimi tylko rysami. Okładka też jest urzekająca. Także jeśli jakimś cudem nie znasz tego arcydzieła, to nie zastanawiaj się i zakładaj słuchawki! Warto, pomimo wspomnianej ,,rysy” , udać się przed norweski tron cieni, mozolnie zbudowany przez Satyricona. Chętnie też poznam twoje zdanie przyjaciółko, odnośnie tej płyty, jak i innych fanów Satyricona. Ja swoje wyraziłem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Judas Priest – British Steel (1980)

Tak to jest z dobrymi zespołami, że samemu się chce do nich wracać. Tak właśnie jest u mnie z brytyjskimi tytanami heavy metalu czyli, Judas Priest. Dziś przekonam się, czy nieśmiertelny British Steel wydany w 1980, ale przeze mnie przesłuchany pierwszy raz w 2000 roku wielokrotnie, dalej zasługuje na miano jednego z ponadczasowych albumów w dorobku Judas Priest? Czy czas zadziałał na korzyść tego krążka? Nie mogę się doczekać, aby się o tym przekonać.

Rapid Fire już od samego początku czaruje dobrym riffem. Solówka dalej pozostaje tą, która jak już wejdzie do głowy, to tak łatwo nie wychodzi. Wokal Roba tu też jest bez zarzutów. Co ciekawe z czasem Rapid Fire wydał mi się bardziej chwytliwy niż na samym początku. Następny Metal Gods ma trochę bardziej rockową strukturę jak dla mnie, gdzie jednak perkusja jest postawiona na pierwszym planie, zaraz za gitarami. Singlowy Breaking The Law dalej pozostaje w panteonie muzycznych wizytówek Judas Priest. Wspomnę tylko, że, jak na tamte czasy pomysł na napad zespołu na bank, gdzie jeszcze w sejfie jest właśnie złota płyta, w pełni zasłużona za album British Steel. Istny majstersztyk jak na 1980 rok, czyli tytułowe złamanie prawa. Jeśli chodzi o muzykę, to gitara basowa daje fajne tło do perkusji oraz łagodniejszego wokalu Roba.

Z utworem jest jak z dobrym alkoholem. Muszą być ku temu odpowiednie okoliczności. Choć gitarowa solówka w każdych okolicznościach jest godna uznania. Do tego ten cowbell zastosowany przy zmianie tempa, do tego minimalistyczne wprowadzanie riffów też jest interesujące. To w ostateczności sprawia, iż, Grinder staje się jednym z moich nowych ulubionych utworów z tej płyty. Gdzie najlepiej pasuje przytłumiona gitara ? Oczywiście, że w kompozycji United, która była drugim singlem promującym ten album. Brzmi tam ewidentnie jak ostrzący się miecz czy inna stalowa broń. Pasuje w niej też chór wspierający Roba. Do tego ten wyraźny bas Iana Hilla, istna poezja dla ucha.

Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise miałem kilka podejść. Zwłaszcza przy pierwszym odsłuchu całej płyty. Po wielu latach przerwy miałem nadzieję, że moje wrażenia odnośnie tej kompozycji uległy zmianie. Nawet nie miałem pojęcia, jak bardzo się myliłem. Utwór wydaje się naprawdę dalej przeciętnym na tle wcześniejszych. Trzeciemu i ostatniemu singlowi promującemu Living After Midnight niby nic nie brakuje, ale jednak. Po wielu odtworzeniach owy utwór zaczyna być lekko monotonny. Mimo wszystko. Przedostatni The Rage dzięki nieco jazzowej trochę perkusji oraz znowu wyraźnemu basowi Hilla jest dla mnie zdecydowanie atrakcyjniejszy. Do tego tu też Rob ukazuje swoje walory wokalne. Tu też Tipton zaprezentował najlepszą jak dla mnie solówkę gitarową z całej płyty. Natomiast ostatni zamykający płytę Steeler, jest bardzo dynamiczny i bardziej rock’n’rollowy niż metalowy, moim zdaniem co udowadnia zaprezentowanie wielu pokrewnych ze gatunków muzycznych na British Steel.

Jeśli chodzi o ponadczasowość krążka British Steel. Jest ona niezaprzeczalna. Jednak na albumie pojawiły się malutkie rysy rdzy, mimo to. Mam tu na myśli nieszczęsny Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise, lekko też ,,wyeksploatowany” Living After Midnight. Pojawili się też nowi ulubieńcy, dla których widać owa przerwa, okazała się szansą na nowe życie. Mam tu na myśli utwory takie jak Grinder, United orazThe Rage. Oby owy album przetrwał w kulturze kolejne czterdzieści lat! Mimo owy rys British Steel był i nadal uważam, że, jest, jedną z muzycznych wizytówek Judas Priest. Udowodnił bowiem że, już w 1980 roku rock’n’roll, można skutecznie wymieszać z heavy metalowymi riffami oraz z rockowo-jazzową (momentami) perkusją oraz dodać do tego jedyny w swoim rodzaju wokal Roba Halforda. Faktem, o którym pewnie, każdy fan zespołu wie to, iż, autorek okładki do tego albumu, jak i loga Judas Priest był, polski grafik Rosław Szaybo.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Coat of Arms (2010)

Osoby śledzące mojego bloga wiedzą już, że nie pierwszy raz recenzuje album grupy Sabaton. Jest tak, chociażby z powodu, iż, łączy moje oba zainteresowania, muzykę i historię. Zainspirowany dość interesującej konwersacją z Martą, wezmę się za mający już dokładnie dziesięć lat, piąty studyjny album Szwedów, zatytułowany Coat of Arms. Napiszę, co sprawia że, pomimo upływu dekady od jego wydania, tak naprawdę moja opinia o nim jest w sumie niezmienna.

Tytułowy singiel otwierający ten album, brzmi jak kontynuacja drogi, jaką zespół obrał na płycie The Art of War z 2008 roku. Na temat krążka o sztuce wojny wyraziłem swoje zdanie, kto nie zna, polecam się zapoznać. Co do Coat of Arms, jest dobry, ale nie odkrywczy. Natomiast drugi utwór Midway, opowiadający o legendarnej bitwie morskiej, rozegranej podczas II Wojny Światowej między USA a Japonią, to jest istna energetyczna oraz przebojowa petarda. Swoją drogą pojawił się w kinach bardzo dobry film o tym samym tytule. Także jak ktoś jest fanem kina wojennego. Polecam. Szkoda, że, Sabaton-u nie zaprosili do współpracy. Także Midway, to genialny utwór do nakręcenia się przed pracą, jeśli ktoś ma ją dość stresującą. Oddający instrumentalnie i wokalnie przez Joakima dramatu owej morskiej batalii.

Polski akcent, który oczywiście pojawia się w Uprising. Kompozycja również odpowiednio oddaje realia Powstania Warszawskiego, jest przebojowa, a jednocześnie też dramatyczna. Za to zapewne polscy fani jeszcze bardziej pokochali grupę, a polski fanklub Polish Batalion, zyskał nowych członków. Zresztą moim zdaniem słusznie. Także na razie nie jest źle.

Inna sprawa już jest w przypadku drugiego i ostatniego singla promującego tę płytę czyli – Screaming Eagles. No i tu pojawiają się przysłowiowe ,,schody”. Jak dla mnie pod kątem muzycznym jest on mocno przeciętny, a co najważniejsze za mało przebojowy jak na singiel. Wpada i wypada jednym uchem. Natomiast piąta kompozycja to zupełnie inna historia. Oczywiście mam tu na myśli The Final Solution. Zapewne z racji delikatnej tematyki, która została muzycznie genialnie oprawiona, ten utwór jest moją słabością i najlepszą jak dotąd balladą w dorobku tej grupy. Kolejny utwór Aces In Exile, jest też o Polakach, jak i innych cudzoziemcach biorących udział w Bitwie o Anglię. Jednak muzycznie? Znowu wpada i wypada jednym uchem. Tak samo jest też z Saboteurs. Poruszający tematykę ciężkiej wody i akcji sabotażowej przeprowadzonej przez norweski ruch oporu. Słabo.

Jednak z ósmą kompozycją zatytułowaną Wehrmacht, pojawiają się kontrowersje. Chodzi o tematykę niemieckiego wojska III Rzeszy, czyli Wermachtu. W wielu państwach europejskich, z racji doznanych krzywd, nie został on odebrany pozytywnie, a wręcz przeciwnie. Choć sam w sobie nie wychwala owej armii, najwidoczniej Joakim i spółka przecenili zdolności interpretacyjne części fanów. Zwłaszcza Polaków. Przedostatni White Death jest o najlepszym moim zdaniem snajperze, który stąpał po tej Ziemi i jednocześnie jest jednym z największych bohaterów narodowych dla wszystkich Finów, mówię oczywiście o istnym łowcy żołnierzy radzieckich w czasie wojny zimowej, czyli Simo Häyhä o pseudonimie Biała Śmierć. Tu trashowe riffy to istna magia, tak samo jak solówka gitarowa. Ostatni bardziej rock’n rollowo / metalowo tematycznie Metal Ripper muzycznie broni się bardzo dobrze, zatem fakt luźniejszej tematyki jest do wybaczenia, bo tu jest druga pod kątem technicznym, najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Zamknięcie albumu lepsze niż początek.

Podsumowując to wszystko i dodając coś jeszcze od siebie. Album jest ogólnie dobrą kontynuacją The Art of War, ale z paroma dobrymi patentami. Kontrowersyjną tematyką akurat przeciętnego utworu, jeśli chodzi o muzyczny aspekt – Wehrmacht. Drugi już po 40:1, w dorobku Sabatonu ,,polski hit koncertowy” – Uprising. Ponadczasową balladę, przy której za każdym razem mam łzy w oczach, The Final Solution oczywiście mam tu na myśli. Dający odpocząć od historii samej w sobie, Metal Ripper, no i dwie energetyczne petardy, czyli, Midway oraz White Death. Oczywiście wszystkie te wymienione kompozycje są moimi ulubionymi z tej płyty, do których wracam bardzo często. Reszta jest przeciętna, ale też nie na fatalnym poziomie muzycznym. Krótko mówiąc, w wyniku prostej kalkulacji, album wypada nie najgorzej w moich uszach, chociaż w porównaniu do poprzedniczki, forma spadła prawda Marto? Dla mnie nieco spadła jeśli chodzi o cały krążek, pomimo nieco lepszej okładki.

8/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

My Dying Bride – The Angel and the Dark River (1995)

Brytyjski My Dying Bride, zwłaszcza dla fanów doom metalu nie jest obcy. Jeśli chodzi o mnie, szukając nie raz inspiracji, oprócz brytyjskiej grupy Paradise Lost, bardzo intensywnie zasłuchiwałem się w twórczości My Dying Bride właśnie. Szczególne miejsce w moich wspomnieniach ma ich trzeci album zatytułowany The Angel and the Dark River, wydany przez wytwórnię Peaceville Records w 1995 roku, czyli dwie i pół dekady temu. Czy dalej potrafi swoim brzmieniem doprowadzić mnie jednocześnie do stanu mizantropii, zadumy, a jednocześnie zachwytu? Tylko słuchając go, po prawie 10-letniej przerwie będę w stanie to stwierdzić. Nie mogę się doczekać!

Otwierająca album ponad dwunastominutowa kompozycja The Cry of Mankind, jest dalej po części etiudą. Ciągnący się przez wieczność riff gitarowy? Proszę bardzo. Wielokrotne, nie raz trochę przekombinowane partie perkusyjne? Jak najbardziej. Dla podkreślenia, tragizmu przekazu wygenerowano dźwięk harfy z keybordu? Oczywiście, że, tak, co akurat było posunięciem genialnym i prostym zarazem. Pomijając fakt, iż, można doliczyć się chyba przynajmniej trzech różnych solówek gitarowych. Tak czy inaczej, pomimo iż, kompozycja bywa monotonna, to dalej doprowadza moje uchy do stanu zwanego zachwytem.

From Darkest Skies zaczyna się niepozornym basem, któremu zaczynają towarzyszyć bardzo smutne partie skrzypiec. Zastanawia mnie trochę lekko zbyt z manieryzowany wokal Aarona. Skrzypce komponujące się z organami, wprowadzają odpowiedni nastrój, choć dobrą robotę robią też odpowiednie riffy. Black Voyage dalej natomiast mogę uznać za swoistą kontynuację poprzedniego utworu. Sam w sobie po upływie tylu lat nie wywołuje u mnie jakiś większych emocji, ma jakąkolwiek wartość gdy słucha się go podczas odsłuchu całego albumu. Solówki instrumentalne gitar, strzypiec czy nawet perkusji, są godne uwagi, ale nie na tyle, aby uratować Black Voyage jako samodzielny utwór. Niestety.

Fortepianowy początek A Sea to Suffer In jednak dalej doprowadza mnie do stanu uwielbienia. Potem słychać dobrze znany riff z początku płyty, ale pojawiają się też kolejne nieznane, do tego tu perkusja współgra ze skrzypcami, a co najważniejsze z wokalem Aarona. Znowu więc jest dobrze, melancholijnie jak trzeba. Na Two Winters Only gitara akustyczna potęguje refleksyjny charakter, do tego akurat tu minimalistyczny wokal Aarona nadaje się idealnie. Można się w niej zatracić, jeśli ma się odpowiedni nastrój. Natomiast w zamykającym ten krążek Your Shameful Heaven, skrzypce po raz trzeci, prezentują się wręcz obłędnie. Skutecznie wyciskając z nadwrażliwych romantyków kilka łez, przy każdym odtworzeniu, tak się akurat składa, że, osobiście naliczam się do ich grona. Uwadze przejść też nie może jedna z dwóch najlepszych solówek gitarowych na tej płycie.

Krótko mówiąc, jeśli chodzi o wybranie ulubionych kompozycji z tej płyty, to nigdy nie było łatwe. Cała płyta była i jest o tyle specyficzna, że najlepiej słuchać ją w całości, lecz jeśli chodzi o najlepsze momenty, to oczywiście otwierający, The Cry of Mankind, czwarty A Sea to Suffer In , oraz ostatni Your Shameful Heaven. Czy owy album dalej potrafi jednocześnie zachwycić i doprowadzić do stanu mizantropii? Owszem i to bardzo umiejętnie, jednak czas, sprawił, iż, nie jest już dla moich uszu tak doskonała, jak to było w pierwszej gimnazjum, kiedy to pierwszy raz słuchałem jej na własnym discmanie, a potem wieży aiwa, w domowym zaciszu. Może też dlatego, że, od 2006 roku wydanych zostało również wiele dobrych płyt z gatunku gothic/doom. Tak czy inaczej, moim zdaniem, The Angel and the Dark River, nie wiele stracił na swojej wartości muzycznej, pomimo upływu dwudziestu pięciu lat, od jej wydania, a w moim przypadku po ponad dziesięcioletniej przerwie od wielokrotnego jej słuchania, aby ponownie w tym roku znowu do niej wrócić, z racji, chociażby iż w tym roku wydali swoją najnowszą płytę, którą też zamierzam przesłuchać. Jeśli ktoś szuka albumu, aby rozpocząć swoją przygodę z gatunkiem gothic/doom, ten album mogę śmiało polecić.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak