Kategorie
Bez kategorii

Vader – Solitude in Madness (2020)

Dziś znowu Polska. Całkiem niedawno, bo 1 maja tego roku, jeden z kultowych przedstawicieli polskiej sceny metalowej wydał swój dwunasty studyjny album – Solitude in Madness. Mam tu oczywiście na myśli olsztyński zespół Vader. U mnie z tym zespołem bywało różnie. Dziś, za sprawą namowy Sebastiana i obietnicy złożonej Pawłowi, zamierzam uważnie przesłuchać najnowszy krążek grupy Piotra Wiwczarka.

Otwierający Shock and Awe jakoś mną nie wstrząsnął. Mocne wejście, typowy wokal Petera. Jedyne, co przykuło moją uwagę, to wyraźne gitary w pewnym momencie, zakrawające na solo. Perkusja „strzela” tu jak dobrze naoliwione działo. Końcowy śmiech Petera jest jedyną przerwą. Oprócz tych gitar nie byłem jakoś szczególnie zaskoczony. 

Singiel Into Oblivion swoimi przejściami i riffami w tle przypomniał mi trochę pewne rozwiązania z jakiegoś utworu z Tibi et Igni, tylko nie mogę sobie przypomnieć, z którego. Na sam koniec scream Spidera, wraz z głosem Petera, dalej dobrze współgra.


Despair ma bardziej gitarowy wstęp. Więcej przejść, wreszcie pojawia się wyraźne solo gitarowe. Jest trochę lepiej. 

Incineration Of The Gods to dalej dynamika, ale też więcej blastów. Jednak przy lekkiej zmianie tempa pojawiają się bardzo dobre thrashowe riffy, no i solówka gitarowa niczego sobie. Dobry kierunek zmian. Perkusja dalej strzela. Choć breakdown jest tu wyraźniejszy, co mnie jeszcze bardziej cieszy.

Sanctification Denied też jest dobry, ponieważ tu dłużej można posłuchać gitarowego kunsztu Petera i Spidera. Mam   na myśli wyszukane riffy oraz solo. Perkusja też odrobinę zwolniła, co mnie jako słuchaczowi pozwoliło trochę odpocząć (jeśli można to tak ująć). 

And Satans Wept to powrót intensywności. Nie znalazłem tu niczego, czego nie poznałem wcześniej, oprócz kolejnych dwóch solówek gitarowych. Co nie zmienia faktu, że jest to jeden z niewielu przebojowych utworów na tej płycie.

Już zdążyłem spisać ten album na straty, kiedy zrozumiałem, że jednak się pomyliłem. Szansą na ratunek okazał się kawałek Emptiness. Rozpoczęcie od wpadającej w ucho solówki, jednej z najlepszych na płycie. Potem ten riff, jak i dynamika, bardzo podobna do When the Sun Drowns in Dark z Necropolis z 2009 czy też nawet do riffu z kultowej Wyroczni zespołu KAT. Strzał w dziesiątkę! Pomimo niecałych trzech minut długości Emptiness to istna petarda. Bardzo heavymetalowa nawet (przynajmniej dla mnie). Mimo iż Peter w dużej mierze skopiował samego siebie, jestem w stanie mu to wybaczyć, bo i tak dodał coś nowego.

Final Declaration znowu niczym nie zachwyca, choć breakdowny są tu w moim guście. Wszystko jest na miejscu, ,,działo” z grubej berty zmieniło się w samobieżne, na całe szczęście. 

Następny w kolejce jest cover Acid Drinkers, czyli Dancing In The Slaughterhouse, z płyty Infernal Connection z 1995 roku. Utwór dostał tylko większą dawkę dynamiki oraz wokal Petera i Spidera. Jakby jednak nie było, Vader dał oryginalnej wersji ,, drugie życie ”. Tu śmiech jest lepszy niż w pierwszej kompozycji z tej płyty, bardziej szalony.

Stigma Of Divinity to nic nowego, choć dostarcza ogromną dawkę energii. 

I wreszcie Bones – drugi singiel, a zarazem utwór zamykający ten krążek. Tu także breakdowny są dobre, choć nie rewelacyjne. Słychać thrashowe riffy, wokale Spidera i Petera znowu się przeplatają, ale solówki nie zwaliły mnie z nóg. Przebojowość tego singla jest dla mnie lekko naciągana. Byli lepsi kandydaci. Mimo wszystko jest to bardzo dobry finał.


Jak na album trwający niecałe pół godziny, Solitude In Madness ma różne odcienie intensywności. Choć dwie pierwsze kompozycje są bardzo deathowe, a zwłaszcza perkusja. Później, jak wspominałem, jest lepiej. Bardziej melodyjnie, powiedziałbym. Moi ulubieńcy to Despair, Incineration Of The Gods, Sanctification Denied, a przede wszystkim Emptiness. Przy nim headbanging murowany! Sama płyta jest lepsza od poprzedniej, to na pewno. Biorąc też pod uwagę, od kiedy sam zespół jest aktywy i w jaką stronę idzie tzw. stara gwardia, Vader udowadnia, że trzydzieści lat po debiucie wciąż można zrobić dobry, momentami lekko skomplikowany album. Zagorzali fani tej grupy, czyli Sebastian i Paweł, zapewne są Solitude In Madness zachwyceni. Ja natomiast jestem po prostu zadowolony. Krążek w stylu ,, krótko, zwięźle i na temat z domieszką  nostalgii ”.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Satyricon – The Shadowthrone (1994)

Po raz kolejny powracam do zespołu, który znowu przypomina mi, czasy szkolne i nie mówię tu tylko o gimnazjum, dla jasności. Tak jest! Znowu norweski Satyricon, z jego drugim studyjnym albumem, zatytułowanym The Shadowthrone, wydanym przez wytwórnię Moonfog Productions, dokładnie 12 września 1994 roku, która to została założona przez członków tej grupy, Tormoda Opedalaoraz Sigurda Wongravena, znanego wtedy i dziś, jako Satyr. Prawdziwe norweskie muzyczne podziemie wydawnicze, które diabelnie szanuję, mające na swoim koncie nie tylko wydawnictwa swojego zespołu. Czemu o tym wspominam? Z prostych powodów. Po pierwsze postanowiłem sobie znowu odświeżyć wcześniejsze dokonania muzyczne, tej jednej, z wielu norweskich legend black metalu, a po drugie do owego powrotu namówiła mnie, ultra fanka Satyricona oraz moja bardzo dobra przyjaciółka. Czy po 26 latach, a w moim przypadku licząc pierwszy kontakt to lat piętnaście, dalej ma w sobie to ,,coś”? Czy dalej mogę ten krążek, uważać za jeden z klasyków norweskiego black metalu? No cóż, tylko wielokrotne odsłuchy mogą mi to ukazać.

Kompozycję Hvite Krists Dod, rozpoczyna dość agresywna, krótka, lecz treściwa deklamacja, bo myślę, że, można ją tak nazwać. To już nadaje odpowiedni ton oraz nastrój. Wokal Satyra mówi jedno, gitary Satyra i Samotha drugie, a perkusja Frosta trzecie, lecz tym samym głosem! To akurat ważne. Do tego ta oszczędność riffów, dająca niedosyt. Potem jednak mamy do czynienia z prawdziwą deklamacją, a keyboard emitujący trąby i inne instrumenty dodatkowo, utrzymuje napięcie. Przemyślanie skomponowane blasty oraz przejściach perkusyjnych autorstwa Frosta, to ukoronowanie tego utworu. Znowu chce mi się śpiewać: ,,Vi brenner guds barn på bålet/ Vi brenner guds hus/ Tidens mørke skal dekke for solen/ Perleporten skal knuses! ’’. Znowu też na 666 procent Hvite Krists Dod wraca na moją playlistę. Tak jak kiedyś, tak i dziś, mam ciarki za każdym razem jak słyszę to arcydzieło. Mistrzostwo i tyle!

In the Mist by the Hills, dobrze kontynuuje, lub jak kto woli, podtrzymuje, wcześniej wyrobione napięcie. Jest trochę bardziej dynamiczne, lecz uważam, że to dobrze, oprócz tego Frost, dalej uprawia swoją perkusyjną magię, bo nie mogę wyjść z transu, w który mnie jego perkusja właśnie wprowadziła od 50 sekundy tego utworu. Gitary, dalej odpowiednio oszczędne. Lecz potem Frost poszedł trochę bardziej w deathową intensywność, a jeśli nie to mocno nią inspirowaną. Choć przejścia przy zmianie tempa, też robią swoje. Tak czy inaczej, ta kompozycja jest, jak i była, doskonałym uzupełnieniem do Hvite Krists Dod, dlatego po nim właśnie na playliście, na długi czas będzie umieszczony.

Woods to Eternity, po prawie dwu i pół minutowej dawce nieokiełznanej, moim zdaniem, fuzji deathu z black metalem, przychodzi do tłumiącej to wszystko solowej, ale też bardziej wirtuozerskiej partii gitary akustycznej, a przynajmniej ja ją tam słyszę. Ten element pozwala na powrót tej tajemniczości, co jeszcze bardziej ułatwiają partie keybordu, emitujące namiastkę symfonicznych instrumentów, co daje ten upragniony mrok. No i na koniec powrót transowej perkusji Frosta, aż headbanging się mi uruchomił na moment.

W Vikingland, oprócz Satyra, głosu użyczają jeszcze inni członkowie zespołu, próbując technik operowych, lub też antycznych sposobów bardów śpiewających sagi, bo jakby nie było tytuł, odnosi się do krainy wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, nie jest źle. Lecz z racji, iż, jednak wybredny jestem trochę, to pomieszanie trochę elementów, które już znam, daje efekt w postaci, umieszczenia tego utworu w kategorii, ,,dobre tylko przy słuchaniu całej płyty, a nie osobno” . Także tyle w temacie jeśli chodzi o mnie.

Dominions of Satyricon zaczyna się dobrze, wreszcie pojawia się, przynajmniej na moje ucho, nowa partia riffów gitarowych. Popisy Frosta przypominają mi, czemu to jego próbowałem, naśladować kiedy to sam grałem na perkusji. Mistrzowskie zmiany temp, wraz z wreszcie większym natężeniem gitar. Wokal Satyra oczywiście również bardzo dobry. Jak na prawie dziesięciu -minowy utwór, pomimo upływu czasu, potrafi skutecznie przykuwać moją uwagę, za każdym razem, co też łatwe nie jest. Co w sumie sprawia, że zostaje moją nową ulubioną kompozycją z tej płyty, którą dopiero po czasie doceniłem.

https://www.youtube.com/watch?v=fD7OYc-bGus

Przedostatni The King of the Shadowthrone, jak na króla przystało ma, mocne wejście, podczas którego towarzyszy mu istna lawina gitarowych riffów. Mających ponownie wreszcie wirtuozerski potencjał. Po królewsku wykonany wokal przez Satyra też daje odpowiedni efekt końcowy. Sprawiający, że, to drugi utwór, który po czasie zostaje umieszczony na mojej playliście. Zamykający płytę I En Svart Kiste, jest końcowym instrumentalnym pokazem zdolności wszystkich członków grupy. Jednak utrzymuje mrok oraz tajemniczość, a mnie to wystarcza. Zwłaszcza za partie keyboardu odpowiada tu osobiście Satyr.

Co do moich wcześniejszych pytań. Tak po 26 latach, a piętnastu, no nie licząc powrotów do pojedynczych utworów, ta płyta dalej ma w sobie to, co mnie wcześniej w niej urzekło. Sprawiając, że, słuchałem jej naprawdę dość spory czas. Ten mrok, te teksty. Nie wiem, czy to dość odpowiednie stwierdzenie, ale jak na black metal, momentami bardziej wpadające w ucho riffy. Bo rok 1994 był bogaty w black metalowe wydawnictwa, oj i to bardzo. Może do któregoś z nich kiedyś wrócę, aby wyrazić swoją opinię? Kto wie, może tak będzie. Na chwilę obecną, pomimo lekkich niedociągnięć. Jak dla przykładu momenty monotonii oraz zniechęcenia, mam tu na myśli Vikingland. To jako całość, The Shadowthrone , pomimo wiecznego mrozu, dalej majestatycznie stoi, jak kiedyś. Z lekkimi tylko rysami. Okładka też jest urzekająca. Także jeśli jakimś cudem nie znasz tego arcydzieła, to nie zastanawiaj się i zakładaj słuchawki! Warto, pomimo wspomnianej ,,rysy” , udać się przed norweski tron cieni, mozolnie zbudowany przez Satyricona. Chętnie też poznam twoje zdanie przyjaciółko, odnośnie tej płyty, jak i innych fanów Satyricona. Ja swoje wyraziłem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Faidra – Six Voices Inside (2020)

Wreszcie coś godnego uwagi, dokładnie z szeroko rozumianego atmospheric black metalu, zostało mi polecone przez dwie osoby. Do tego jest to płyta kolejnej grupy ze Szwecji. Zespół o nazwie Faida 21 lutego 2020 wydał swój debiutancki album zatytułowany Six Voices Inside, wydany przez Nordthen Silence Productions. Z ogromną ciekawością zakładam słuchawki, bo akurat ten podgatunek blacku jest u mnie dość problematyczny, lecz mniejsza z tym. Chętnie się wypowiem na temat owego krążka.

Otwierający album Pack Amongst Wolves już mi coś przypomina. Jeden riff gitarowy ciągnie się przez ponad dwie minuty. Partie perkusyjne, a tym bardziej odpowiednio dobrane blasty, dają odpowiedni nastój. Choć jeśli chodzi o scream, to jest on wątpliwej jakości. Wyciszający zupełnie inny riff, daje pewne odprężenie. Potem znowu powrót do minimalnie, ale jednak większej ilości dynamiki.

Co ciekawe znowu w The Depths, scream, genialnie skonstruowane breaki z blastami jednocześnie, są po prostu świetne. Klimat nadal utrzymany przez nagrany podkład keybordowy. Po przyzwoitym początku jest jeszcze lepiej. Gdyż identycznie jest w trzecim Obsequies. Tylko że w nim, pod koniec jest krótka deklamacja po angielsku. Zespół dalej utrzymuje poziom. Nawet więcej, pomimo najcięższego rozwinięcia kompozycji, nawet trochę dethowej, sam porwałem się do headbangingu. Nie pamiętam kiedy przy atmospheric black metalu, tak było. Do tego znowu ta perkusja.

Przedostatni The Judas Cradle, kontynuuje to co dobre, dodając do partii perkusyjnych jeszcze podwójną stopę oraz jedyną, chyba ,,solówkę” gitarową na tym albumie. Ostatni natomiast i tytułowy zarazem, Six Voices Inside, idealnie zamyka tę płytę. Po raz drugi i ostatni słyszymy deklamację po angielsku. Choć momentami tu wokalista brzmi tu jak Shagrath z norweskiego Dimmu Borgir.

Chciałbym bardzo podziękować Sylwii i Wiktorowi, za podesłanie mi tej płyty do odsłuchu. Udało się Wam sprawić, że może wreszcie zacznę słuchać częściej atmospheric black metalu. No i owszem, Sylwia, słychać na tej płycie mocną inspirację starym Burzum ,lecz jak też wyłapałem trochę podobieństw do Dimmu Borgir. Tak czy inaczej, pomimo iż album, nie jest innowacyjny, to fanom gatunku do gustu przypadnie na pewno, lecz również zespołów takich jak Burzum czy Dimmu Borgir z czasów Stormblast. Inspiracja to jedno, okoliczności słuchania to druga sprawa. One też muszą być, bo akurat w atmospheric black metalu, słuchacz, przynajmniej dla mnie, musi je mieć. Co do ulubieńców to tu stawiam na The Depths oraz The Judas Cradle. Album jest mroczny też kiedy trzeba, a jego spójność nienaganna. Z racji, natomiast że to jest debiut, zapewne możne być, jeszcze lepiej.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Behemoth – I Loved You at Your Darkest (2018)

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich zespołów metalowych za granicą jest oczywiście Behemoth. Jego frontman Adam ,,Nergal” Darski poprzez swoją charakterystyczną osobowość nie tylko po za, ale również w Polsce jest bardzo znany. Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ obiecałem Joannie, że kiedyś, którymś z albumów Behemotha się zajmę i oto słowa mego dotrzymuję. Dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami, pierwszymi oraz potem kolejnymi, odnośnie do najnowszego krążka tejże grupy zatytułowanego I Loved You at Your Darkest, wydanego 5 października 2018 roku. Jakie było moje pierwsze wrażenie po wysłuchaniu go w całości? Co się zmieniło od pierwszego przesłuchania? Czy mnie rozczarował? Czy zasłużenie otrzymał Fryderyka w kategorii Metal? Wszystkie odpowiedzi po kolei i na spokojnie. Zaczynamy.

Już samo intro Solve spisuje się dobrze. Zwłaszcza ten dziecięcy chór powtarzający frazę: I shall not forgive! Jesus Christ! I forgive thee not! . Gęsia skórka i napięcie zbudowane po mistrzowsku. Moje uszy aż nie mogą się doczekać!Wolves Ov Siberia to akurat stylistyka znana ze zdecydowanie wczesnych lat funkcjonowania zespołu. Jednak tu następują również zmiany temp, gdzie kolejny riff słychać. Aż utwór Lasy Pomorza mi się trochę przypomniał nostalgicznie.

Początek God = Dog wielu może zbić z tropu. Jak mnie na początku. Kompletnie inne, chociażby brzmienie gitar. Powraca dobrze znany z intra dziecięcy chór. Klimat natomiast jest zbudowany jak dla mnie na przynajmniej trzech doskonale zastosowanych przejściach, jeśli chodzi o samo tempo utworu. Do tego dobra solówka gitarowa Negala. Inną kompletnie sprawą jest mistrzowski tekst i element dzieci, które przez swój wiek są najbardziej podatne na jakiekolwiek manipulacje.

Na Ecclesia Diabolica Catholica występuje znowu kompletnie inny riff otwierający, lecz tu utwór jest prostszy w konstrukcji, a jednocześnie znajduje się na nim jedna z trzech najlepszych gitarowych partii solowych na tym albumie. Nie mówiąc już o fenomenalnym przejściu pod sam koniec na samą gitarę akustyczną, co ma wręcz symboliczne znaczenie.

Otwarcie kompozycji Bartzabel znowu zwiastuje burzę. Tu też pierwszy raz Negal nie growluje, nie deklamuje, a śpiewa, co tak naprawdę pierwszy raz zrobił na debiutanckim krążku, jego drugiego zespołu Me an That Man. Jak na muzyczną inspirację średniowiecznym rytuałem przywołania tytułowego demona, kompozycja jest bardzo wysublimowanie skomponowana.

Na If Crucifixion Was Not Enough jest dużo bardziej transowo niż intensywnie. Dopiero w połowie jeden kamyczek zmienia się w istny głaz. Natomiast owy głaz spada raz, a potem znowu trans. Angelvs XIII jest moim skromnym zdaniem najcięższym utworem na tej płycie. W pojęciu samego albumu to dobrze, lecz puszczony jako samodzielny, wyrwany z kontekstu się nie sprawdza.

Na Sabbath Mater mamy trochę powtórkę jak z Ecclesia Diabolica Catholica chodzi o początek. Tu nie słyszymy tylko Nergala. No i tu znajduje się solówka numer dwa, jeśli chodzi o całą płytę. Havohej Pantocrator otwierający bass wykonany przez Oriona wcześniej na dobrze znanym Blow Your Trumpets Gabriel z poprzedniego albumu grupy The Satanist. Oprócz tego ponownie zmiany temp dają radę. Na Rom 58 znowu trans. Natomiast w ostatniej pełnej kompozycji We Are the Next 1000 Years najbardziej moim uszom spodobała się perkusyjna uczta i pokazania po raz kolejny mistrzowskiego kunsztu Inferna. Jako klimatyczne outro Coagvla też spełniło swoją funkcję.

Tutaj podsumowanie płyty będzie nietypowe. Dlaczego? Dlatego iż kiedy pierwszy raz słuchałem tego albumu, to pomimo iż The Satanist znałem, to i tak doznałem szoku. W sensie myślałem, że pomyliłem zespoły. Potem po oswojeniu się i mylnym, a przez co dość lekko odrzucającym pierwszym wrażeniu, po dokładnie 4 miesiącach przerwy powróciłem do tej płyty. Na chłodno i po mentalnym oraz słuchowym dojrzeniu moje odczucia zmieniły się o 180 stopni. Ten album jest kontynuacją muzycznej drogi, jaką grupa obrała na The Satanist. Co mnie jeszcze bardziej zaintrygowało to fakt, iż Neal, oparł teksty na Biblii, pokazując jej ciemną stronę. Pojęcia albumu kompletnego, dopełnia też okładka płyty autorstwa Nicola Samori. Choć tak jak w przypadku poprzedniej płyty był minimalizm, to tu na ILYAYD postawiono na epickość, co było bardzo dobre. Orkiestrowe aranżacje też zrobiły swoje. Płyta zasłużyła na otrzymanego Fryderyka w 666% procentach. Bo połączenie jazzowych bądź jak wcześniej pisałem transowych wręcz gitar oraz perkusji, ze znanymi z death i black metalu elementami, dodając orkiestrę pod batutą Jana Stokłosy, tworzy kolejne chyba najbardziej epickie i zróżnicowane muzyczne arcydzieło w dorobku zespołu Behemoth. Album nie jest dla każdego, no i aby się nim zachwycić, też warto czasem po pierwszym przesłuchaniu, dać mu drugą szansę. Ja dałem i nie żałuję, nie czując się w żadne sposób rozczarowany tą płytą. Co do nieświętej trójcy płyty to Ecclesia Diabolica Catholica, Bartzabel oraz Havohej Pantocrator. Czekam teraz tylko niecierpliwie na wrześniową trasę po Polsce, aby móc usłyszeć tę płytę w całości jeszcze lepiej niż w wersji studyjnej. Ocenę mogę wystawić w takim przypadku tylko jedną i wiecie jaką. Teraz mogę powiedzieć: Obietnica spełniona Joanno, pozdrawiam serdecznie.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Astral Doors – Worship or Die (2019)

Doznałem oświecenia, usłyszałem naprawdę zespół warty zainteresowania, to wszystko dzięki Beacie. Mówię tu o szwedzkim Astral Doors, macierzystej grupie wokalisty Nilsa Patrika Johanssona, znanego mi wcześniej z grypy Civil War (złożonej z byłych członków Sabatonu). Długo się zastanawiałem co wybrać, ale w ostateczności postawiłem na ich najnowszy album Worship or Die, wydany 26 kwietnia tego roku, nakładem wytwórni Metallville. Czy warto po nie sięgnąć? Czy wreszcie ktoś będzie lepszy dla mnie od szwedzkiego Hammerfall? Wraz z odpowiedziami na te pytania, podzielę się swoimi wrażeniami odnośnie do owej płyty.

Night of the Hunter jako otwierająca kompozycja i singiel jednocześnie sprawdza się całkiem nieźle. Dość krótkie intro wraz z bardzo dobrym riffem otwierającym, do tego bardzo charakterystyczny wokal Nilsa, czasem wspomagany chórkiem. Oprócz tego dwie dobre, choć krótkie gitarowe solówki. Jest dobrze. This Must Be Paradise wyróżnia się co odrobinę innymi riffami, bardziej heavy metalowymi. Bardziej natomiast spodobał mi się tytułowy Worship or Die, oparty na thrashowych riffach i mający dwa dobre beakdowny, do tego te mroczne partie klawiszy. Do tego odpowiednio długa i dobra solówka. Concrete Heart nic nie brakuje, lecz sam w sobie jakoś z nóg mnie nie zwalił, co nie znaczy, że, nie doceniam nastrojowego wokalu Nilsa, który chciał zrobić z niego balladę. Mistyczny wstęp i gitara bardziej przykuły moją uwagę przy wstępie do utworu Marathon i odpowiednio zbudowały napięcie, do tego odpowiednie zmiany temp, marszówki, .w pewnym momencie breakdown. Jeszcze to zakończenie. Epickie chórki wraz z marszówką.



Desperado jest jednak przeciętny, pomimo podobnej struktury jak wcześniejszy utwór. Po prostu bez szału, co nie znaczy, że jest złe. Ride the Clouds jak dla mnie jest typowym dynamicznym numerem, choć bez odrobiny tego czegoś. Light at the End of the Tunnel to znowu ballada, której odrobinę brakuje, choć wszystko niby jest, w tym i kolejna dobra solówka. Nawet ten wirtuozerski wokal z Marathon, lecz jednak nie.

St. Petersburg to znowu inna sprawa. Znowu ten klawiszowy mrok, wraz z dobrą gitarą. Oprócz tego w tym utworze Nils śpiewa dla mnie jakoś bardziej przekonująco, może dlatego, że, o rosyjskim Rasputinie? Tak tekst napisał, że, nigdy nie będę na te 100 procent pewien, lecz 99%. Dobry ruch panowie. Triumph and Superiority kolejna mocna dawka dynamiki poprzez motorykę gitar, nie ma to, jak mocna kolaboracja gatunkowa. Bez pompatyczności tylko konkretnie i na temat. Jak dla mnie najszybszy utwór na płycie, wraz z dotrzymującymi tempo solówkami. Następny Let the Fire Burn daje trochę wytchnienia, choć i tak headbanging mam przy nim. Ostatni Forgive Me Father jest dla mnie prawdziwą zagadką. Tu akurat mamy do czynienia z drugą na płycie udaną balladą. Tekst jest naprawdę intrygujący, można go interpretować na wiele sposób. Zespół doskonałego wyboru na kompozycję zamykającą tę płytę.

Podsumowując. Sam zespół Astral Doors ma 75 procent heavy metalu a 25 to epickość i zabiegi znane z power metalu. Wokal Nilsa oprócz większej chrypki, bardzo mi przypina Dio, co akurat jest plusem. Jeśli chodzi o sam album , to wiele jest opinii, w tym i moja, że od czasu New Revelation nie mieli w swoim dorobku płyty przepełnionej tak chwytliwymi i melodyjnymi utworami. Jeśli chodzi, o najlepszy to dla mnie to jest ich sporo: Night of the Hunter, Worship or Die, mistrzowski Marathon oraz St. Petersburg, a z dynamicznych Triumph and Superiority, czyli ponad połowa albumu. Jako całość album jest jak najbardziej spójny. Dodatkowym plusem jest fakt, iż, biorąc pod uwagę ilość bardzo dobrych solówek, na chwilę obecną Worship Or Die w kategorii album heavy metalowy 2019 roku, prowadzi wyrównaną w moich uszach batalię z fińskim Beast in Black. Jeśli nie znaliście Astral Doors, ta płyta jest ich doskonałą wizytówką.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

U.D.O – Steelfactory (2018)

Dziś sięgam po najnowszy album, kolejnej ikony niemieckiego heavy metalu. Mam tu na myśli zespół założony przez Udo Dirkschneidera, znany jako U.D.O. Ich najnowszy album Steelfactory wydany 31 sierpnia 2018 roku przez wytwórnię AFM, polecony mi przez Beatę oraz Mirka, na długi czas mną całkowicie zawładną. Zrobiłem sobie od niego krótką przerwę, aby mieć czysty ogląd w kwestii tego krążka. Jakie są moje wrażenia? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, serdecznie zapraszam.

Otwierający płytę Tongue Reaper nie daje taryfy ulgowej. Potężne wejście gitar, wraz ze specyficznym wokalem Uda. Energiczne riffy wraz z dobrymi przejściami, a chórki wspierające frontmana w odpowiednich momentach zrobiły swoje. Make the Move przenosi nas w sumie do tytułowej fabryki, bo rytm występujący w utworze, można właśnie porównać do linii produkcyjnej. Sam przekaz jest jasny i konkretny, jeśli chcesz być bad boyem a przede wszystkim sobą, to heavy metal wraz z wiarą w siebie, to wszystko, czego Ci trzeba. Oprócz tego dobre chwytliwe riffy, wraz z kilkoma wirtuozerskimi wstawkami.

Na Keeper of My Soul nie wiem czemu, ale po samych gitarach słychać bliskowschodnie dźwięki. Ten wątek bardzo rozwinął skrzydła, jeśli chodzi znowu o kwestie gitar, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W przypadku In the Heat of the Night mam wrażenie, że, jest odrobinę spokojniejszy, dający chwilę wytchnienia. Nie jestem pewien, czy cały czas w roli głównego wokalisty występuje Udo, ale czysty śpiew to istny majsertsztyk.

No dobra przerwa obiadowa była, czas znowu do pracy. Bo takie wrażenie odniosłem po usłyszeniu Raise the Game oraz trochę Blood on Fire . Serio. Nie jest to zarzut, przy takich rytmach to normę z ochotą się robi, przynajmniej w moim przypadku. Rising High jak dla mnie brzmi całkowicie rock’n’rollowo i hard rockowo. Na Hungry and Angry znowu wraca motyw fabryki.

One Heart One Soul jedna z najlepszych, jeśli chodzi o samo przesłanie utworów, na tej płycie. Jako jeden z dwóch singli, spełniła swoją funkcję wyśmienicie. Trzy partie solowe gitar? Proszę bardzo. Symboliczny głos większej ilości ludzi, aby bardziej oddać sens kompozycji? Proszę bardzo. Do tego jeszcze genialny klip. Czego chcieć więcej. No tak przepraszam, na sam koniec konkretne dłuższe solo gitarowe.

Po A Bite of Evil jestem lekko rozczarowany. Jest mniej dynamiczny, mniejsza czy jest o wilkołakach, czy nie. Po upływie czasu, jak dla mnie odstaje, odrobinę lekko od reszty, choć doceniam podkreślenia gitary basowej. Eraser to znowu inna sprawa. Dynamika i energia robią jednak swoje. Do tego dobre riffy, do tego druga jak dla mnie partia solowa na płycie. Rose in the Desert nie jest zła. Niezłe zmiany temp, jednak to nie to. Niby ballada a nią nie jest. Natomiast The Way ową balladą jest i do tego bardzo dobrą. Oprócz tego na niej znajduje się solówka numer trzy, jeśli chodzi o cały krążek. Jeśli chodzi o tzw. zamknięcie albumu, utwór wybrany bardzo dobrze.

Sam album faktycznie zabrał mnie do tytułowej fabryki. Kipiącej heavy metalową oraz rock’n’rollową mocą, oraz dynamiką ( Make the Move , Raise the Game, Blood on Fire, Hungry and Angry , Eraser ). Jednak nie przebywałem w niej cały czas, gdyż były momenty refleksji (Keeper of My Soul, One Heart One Soul, The Way) . Muzycznie nie da się nie usłyszeć wirtuozerskiego wręcz podejścia do gitary elektrycznej, co jest akurat dla mnie sporym atutem. Spójność płyty jest dla mnie dyskusyjna, choć jak dla mnie, nie kłóci się, z różnorodnością niektórych kompozycji. Jeśli miałbym podać trzy utwory, do których najchętniej wracam, są to: Make the Move , Raise the Game (ex aequo), Eraser oraz One Heart One Soul. Korzystając z okazji, mieliście rację, Beato oraz Mirku, ten album w kategorii heavy metal, całkowicie jest wart przesłuchania, w moim nie jednego. W lutym tego roku miałem okazję zobaczyć U.D.O pierwszy raz na żywo, czego też nie żałuję, bo warto było. Czekam na wasze kolejne propozycje, serdecznie pozdrawiając. Chętnie też poznam zdanie, innych, ja biorąc pewne drobne mankamenty pod uwagę oraz ochłonięcie z emocji, tak czy inaczej, ocenę wystawię prawie idealną.

9,5/10