Kategorie
Bez kategorii

Knieja – I-V (2020)

W Polsce, po raz drugi natrafiam na tajemniczy zespół. Dość sporą do tego. Jest nią krakowska Knieja. Zespół stworzony przez nieznanego, przynajmniej mi Ad Tara. 25 stycznia 2020 roku jednoosobowy zespół Knieja wydał mini album zatytułowany po prostu I-V. Chcę się przekonać, co kryje w sobie ten mini album.

I to dość dynamiczne otwarcie. Choć z czasem jest powtarzane, dopiero potem dodany inny riff, który trochę przypomina trąby. Mimo to jednak można poczuć swą obecność w lesie. W II idę dalej przez ten ,,Las” jednak mając dość mieszane odczucia. Ta kompozycja jest rozczarowująca, bo nie dostałem tego, czego nie znałem już kiedyś. III znowu jest intensywniejsza. W końcu jestem w owej kniei. Pod koniec IV usłyszałem wreszcie stemple, te odpowiadające miejscu w którym jestem. Dzięki temu się na moment zatrzymałem, aby pomyśleć. Ostatni utwór V znowu przypomniał mi gdzie jestem.

Cóż, powiem wprost, po informacji o tym, że, mam do czynienia z instrumentalnym albumem. Oczekiwałem czegoś więcej. Zamiast gęstego lasu, ze zwierzyną, czym knieja powinna być, okazało się, że, wybrałem się na spacer do lasku. Może ze skałami, ale jednak. Jak dla mnie Ad Tar się niczym szczególnym nie popisał. Co ciekawe okładka to stary obraz autorstwa:Wojciecha Gersona ,, Zwał skalisty w Dolinie Białej Wody w Tatrach” z 1892 roku. Jak dla mnie drugie z największych blackowych rozczarowań tego roku. Zachęcam do wyrażenia swojej opinii innych. Jak dla mnie Knieja nie prezentuje jakiegoś olbrzymiego potencjału.

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Czort – Apostoł (2020)

Polski Śląsk jest drugą ,,Skandynawią”, jeśli chodzi o black metal. Przynajmniej dla mnie. Czemu tak jest? Jest ku temu wiele powodów. Wiadomo mi jednak, że jest to tylko moje zdanie. Ja dziś, wedle polecenia mojej dobrej przyjaciółki. Tak, ,,Tej zagorzałej fanki Satyricona”, zabiorę się za drugi album zespołu Czort. Płyta nosi tytuł Apostoł. Została wydana 30 kwietnia 2020 roku przez Under the Sign of Garazel Productions. Sam tytuł płyty już jest przewrotny. Jak będzie z muzyką? No cóż, czas się przekonać.

Sam tytuł wstępu. Oczywiście chodzi o pierwszy utwór. Manicheistyczny Dualizm Wszechświata. Udowadnia jedną prostą rzecz, black metal nie jest dla głupich ludzi. Czemu? Niech ten kto, bez zaglądania do przeglądarki google, wiedział co to, jest manicheizm? Ja się domyślałem, ale i tak sprawdziłem, dla pewności. Prosty i banalny wydaje się sam satanizm. Przy tej syntezie trzech innych religii, czyli zoroastryzmu, buddyzmu i chrześcijaństwa. Wyższa liga, zatem już Czort, za nie postawienie na proste rozwiązania liryczne, ma u mnie plus. Muzycznie natomiast Manicheistyczny Dualizm Wszechświata, ma bardzo post-balck metalowy riff, choć sama perkusja trzyma się stylistyki. Czasami słychać trochę więcej blastów. Potem dochodzi dość melancholino – refleksyjna solówka gitarowa, ze zwolnionym tempem perkusji. Wszystko ma bardzo przebojowy charakter, jak na black metal. Dobry materiał na singiel.

Schody Podświadomości, są trochę cięższe, ale mam wrażenie, że tu przeplatają się dwa style. Death i black. Poza tym oprócz tego w paru momentach ten utwór przypomina mi, bardzo kompozycję Lucyfer zespołu Behemoth, pod kątem muzycznym oczywiście. Narodziny Końca, od samego początku są dynamiczniejsze. Czuć tu mocno speed metalowy powiew. Perkusja natomiast jest bardzo jednakowo corowa, jeśli chodzi o momenty przejść. Lecz nie brakuje tu blackowego zacięcia. Ewidentnie speed black metal, potem bardziej black.

Manifest Niepodległej Woli, pędzący gdzieś riff, rozpoczyna tą kompozycję. Dość intrygująco, nie przeczę. Znacznie więcej blastów jeśli chodzi o perkusję. Moment przerwy, w postaci marszówki, też zasługuje na uwagę. Nie jest gorzej niż było wcześniej. Choć solówka gitarowa nie jest imponująca. Genialny singiel!

Grając w Szachy w Diabłem, to interesujący popisy gry na gitarze jako początek. Sama perkusja brzmi tu akurat mocno progresywnie. Tu mamy jak dla mnie, powrót do koncepcji manicheizmu, a dokładnie momentu stworzenia. Wokalista nie śpiewa, a deklamuje tu bardziej, niż wcześniej. Przynajmniej jak dla mnie bardziej się stara.

Tchnienia Egzystencji, wydaje mi się monotonny. Nie przeczę, jest dalej tu zawarty mrok, ale jakość tak, jakby minimalna dawka. Sam tekst po raz kolejny, dotyka kwestii manicheistycznych. Pomału zacząłem się nudzić, a to chyba źle. Prawda?

Dysonans Duszy, to po części powrót, tego czego mi było brak. Namiastki pierwotnego blacku. Jeśli chodzi o riffy, to tutaj zespół, wykonał kawał dobrej pracy. Poważnie, do tego też przejścia są tu dopracowane perfekcyjnie. Obawiałem się złego kierunku, lecz ta kompozycja mnie uspokoiła. Tym bardziej, że nastąpił intensywny koniec.

Zamknięcie płyty. W Sercu Chaosu, spełnia swoją rolę. Tu jest black. Z najmniejszą ilością kombinowania. Jedynie pod sam koniec znowu pojawia się nutka progesji, jeśli chodzi o gitary i perkusje.

Podsumowując to wszystko, jeśli chodzi o krążek Apostoł. Po pierwsze, jak dla mnie teksty, mają swoje muzyczne odzwierciedlenie. Wszystkie. Ta płyta jest jak sam system religijny, do którego grupa, moim skromnym zdaniem świadomie nawiązała. Od początku do samego końca. Czerpie z blacku, deathu oraz dodaje szczyptę progresji. Album nie jest dla każdego oraz nie na każdą okazję. Aby zrozumieć jego spójność, trzeba go przesłać przynajmniej ze trzy razy, albo i więcej. Ja znalazłem na nim, kilku faworytów. Manicheistyczny Dualizm Wszechświata, Narodziny Końca, Grając w Szachy w Diabłem, Dysonans Duszy oraz W Sercu Chaosu. Na pewno będę śledził ich poczynania. Czekając na informację o ich koncercie w mojej okolicy. Krótko mówiąc: Chapeau bas Czort za ten krążek! Jak dla mnie na razie najlepszy album polskiego śląskiego podziemia black metalowego!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Vader – Solitude in Madness (2020)

Dziś znowu Polska. Całkiem niedawno, bo 1 maja tego roku, jeden z kultowych przedstawicieli polskiej sceny metalowej wydał swój dwunasty studyjny album – Solitude in Madness. Mam tu oczywiście na myśli olsztyński zespół Vader. U mnie z tym zespołem bywało różnie. Dziś, za sprawą namowy Sebastiana i obietnicy złożonej Pawłowi, zamierzam uważnie przesłuchać najnowszy krążek grupy Piotra Wiwczarka.

Otwierający Shock and Awe jakoś mną nie wstrząsnął. Mocne wejście, typowy wokal Petera. Jedyne, co przykuło moją uwagę, to wyraźne gitary w pewnym momencie, zakrawające na solo. Perkusja „strzela” tu jak dobrze naoliwione działo. Końcowy śmiech Petera jest jedyną przerwą. Oprócz tych gitar nie byłem jakoś szczególnie zaskoczony. 

Singiel Into Oblivion swoimi przejściami i riffami w tle przypomniał mi trochę pewne rozwiązania z jakiegoś utworu z Tibi et Igni, tylko nie mogę sobie przypomnieć, z którego. Na sam koniec scream Spidera, wraz z głosem Petera, dalej dobrze współgra.


Despair ma bardziej gitarowy wstęp. Więcej przejść, wreszcie pojawia się wyraźne solo gitarowe. Jest trochę lepiej. 

Incineration Of The Gods to dalej dynamika, ale też więcej blastów. Jednak przy lekkiej zmianie tempa pojawiają się bardzo dobre thrashowe riffy, no i solówka gitarowa niczego sobie. Dobry kierunek zmian. Perkusja dalej strzela. Choć breakdown jest tu wyraźniejszy, co mnie jeszcze bardziej cieszy.

Sanctification Denied też jest dobry, ponieważ tu dłużej można posłuchać gitarowego kunsztu Petera i Spidera. Mam   na myśli wyszukane riffy oraz solo. Perkusja też odrobinę zwolniła, co mnie jako słuchaczowi pozwoliło trochę odpocząć (jeśli można to tak ująć). 

And Satans Wept to powrót intensywności. Nie znalazłem tu niczego, czego nie poznałem wcześniej, oprócz kolejnych dwóch solówek gitarowych. Co nie zmienia faktu, że jest to jeden z niewielu przebojowych utworów na tej płycie.

Już zdążyłem spisać ten album na straty, kiedy zrozumiałem, że jednak się pomyliłem. Szansą na ratunek okazał się kawałek Emptiness. Rozpoczęcie od wpadającej w ucho solówki, jednej z najlepszych na płycie. Potem ten riff, jak i dynamika, bardzo podobna do When the Sun Drowns in Dark z Necropolis z 2009 czy też nawet do riffu z kultowej Wyroczni zespołu KAT. Strzał w dziesiątkę! Pomimo niecałych trzech minut długości Emptiness to istna petarda. Bardzo heavymetalowa nawet (przynajmniej dla mnie). Mimo iż Peter w dużej mierze skopiował samego siebie, jestem w stanie mu to wybaczyć, bo i tak dodał coś nowego.

Final Declaration znowu niczym nie zachwyca, choć breakdowny są tu w moim guście. Wszystko jest na miejscu, ,,działo” z grubej berty zmieniło się w samobieżne, na całe szczęście. 

Następny w kolejce jest cover Acid Drinkers, czyli Dancing In The Slaughterhouse, z płyty Infernal Connection z 1995 roku. Utwór dostał tylko większą dawkę dynamiki oraz wokal Petera i Spidera. Jakby jednak nie było, Vader dał oryginalnej wersji ,, drugie życie ”. Tu śmiech jest lepszy niż w pierwszej kompozycji z tej płyty, bardziej szalony.

Stigma Of Divinity to nic nowego, choć dostarcza ogromną dawkę energii. 

I wreszcie Bones – drugi singiel, a zarazem utwór zamykający ten krążek. Tu także breakdowny są dobre, choć nie rewelacyjne. Słychać thrashowe riffy, wokale Spidera i Petera znowu się przeplatają, ale solówki nie zwaliły mnie z nóg. Przebojowość tego singla jest dla mnie lekko naciągana. Byli lepsi kandydaci. Mimo wszystko jest to bardzo dobry finał.


Jak na album trwający niecałe pół godziny, Solitude In Madness ma różne odcienie intensywności. Choć dwie pierwsze kompozycje są bardzo deathowe, a zwłaszcza perkusja. Później, jak wspominałem, jest lepiej. Bardziej melodyjnie, powiedziałbym. Moi ulubieńcy to Despair, Incineration Of The Gods, Sanctification Denied, a przede wszystkim Emptiness. Przy nim headbanging murowany! Sama płyta jest lepsza od poprzedniej, to na pewno. Biorąc też pod uwagę, od kiedy sam zespół jest aktywy i w jaką stronę idzie tzw. stara gwardia, Vader udowadnia, że trzydzieści lat po debiucie wciąż można zrobić dobry, momentami lekko skomplikowany album. Zagorzali fani tej grupy, czyli Sebastian i Paweł, zapewne są Solitude In Madness zachwyceni. Ja natomiast jestem po prostu zadowolony. Krążek w stylu ,, krótko, zwięźle i na temat z domieszką  nostalgii ”.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

9/10

Kategorie
Bez kategorii

MAG – MAG (2020)

Z racji iż, wbrew temu co się uważa, nie ograniczam się tylko do zagranicy. Bacznie obserwuję swoje (polskie) podwórko. Dzięki wizycie w zeszłym roku na Brutal Assult, miałem okazję zobaczyć Electric Wizard na żywo, przez co mocno odświeżyłem sobie ich dorobek. Potem jeszcze miałem okazję poznać w pracy gorącego miłośnika sluge i doom metalu, co pozwoliło mi na znaczne poszerzenie moich horyzontów, a przy okazji na sentymentalne podróże do płyt, których kiedyś słuchałem, o nich oczywiście w innej serii. Tak czy inaczej, toruński MAG, ma z tym wiele wspólnego, chociażby, dlatego iż, gra doom metal. 1O kwietnia ukazał się ich debiutancki album zatytułowany po prostu MAG, wydała go Piranha Music, mało znana wytwórnia. Pachnie undergroundem. Lepiej już zachęcić mnie nie mogli. Jakiej jakości będzie to doom? Czy tylko będą się inspirować swoimi muzycznymi idolami? Odpowiem chętnie, lecz aby to zrobić muszę krążek przesłuchać.

Otwierający Kambion, jest bardzo intrygujący. Dlaczego? Krótkie gitarowe inro, połączone z perkusją to ciekawy wstęp. Dodając do tego mocno ekspresyjny wokal, podchodzący pod blackowy i już macie odpowiedź. Po drugie potem następuje gwałtowna zmiana tempa pod bardziej deathowe, mam tu na myśli raczej intensywniejsze partie perkusji. Moment? Czyżbym się przesłyszał? Chyba nie. Pojawił się czysty wokal. Jeszcze do tego dobra gitarowa solówka. Jest lepiej, niż sądziłem. Do tego dobre przejścia. Idealny, ,, magiczny ” wręcz początek. Choć druga solówka jest mocno inspirowana Black Sabbath. Taki szczegół.

Pragnienie, na samym początku jest trochę transowe, lecz pewnie nie bez powodu. Dobrze buduje napięcie, utrzymując tajemniczy klimat. Następnie pojawia się death, czyli intensywność. Co w połączeniu z wokalem znowu daje zamierzony efekt. Perkusista daje tu też większy popis swoich umiejętności. Riffy też są podobne, lecz inne, co akurat moim zdaniem jest ważne. Zespół mnie znowu zaskoczył, dodając, może jako deser, idealnie odtworzone brzmienie gitar z lat 70tych. Do tego potem ten minimalizm partii perkusyjnych. Na samym końcu sam brzmiał bas? Nie jestem pewien, ale jeśli tak to brzmiał genialnie.

Czarci chwost to dalej MAGiczny mrok, lecz jeszcze większa wirtuozeria się wkradła, jeśli chodzi o gitarzystów. Wokal dalej równie ekspresywny. Kolejna dobra solówka, trochę też większej domieszki rytuału można się doszukać w muzyce, która współgra z tekstem o sabacie wiedźm w lesie. Jednym z najmroczniejszych moim zdaniem.

Samotnik z Providance to trochę inny wokal. Bardziej agresywny, czasami bardziej screamujący. Co jest inne. Potem powraca coś, co znam, czysty śpiew i ekspresja. Dominuje średnie tempo, lecz wreszcie też wraca trans, którego było mi trochę brak. Bas. Wyciszenie i znowu bas. Proste, lecz genialne rozwiązanie. Nie mam pojęcia, kto nagrywał tu stample. A jeśli to nie są stample, tylko prawdziwe instrumenty, to tym bardziej szacunek do chłopaków z Torunia, wzrasta jeszcze bardziej. Można bowiem przy tych dźwiękach ,,odpłynąć” do innych wszechświatów własnych myśli, bądź własnego świata. Istne arcydzieło. Idealnie też sprowadza na ziemię ostatnia część, która jest zdecydowanie cięższa. Tak czy inaczej, mimo to moje zdanie się nie zmieniło.

Zamykający płytę Dobieram następną z talii zaklęć, to ewidentnie rzucanie jakiegoś zaklęcia. Przemawia za tym minimalizm instrumentalny, ograniczający się to rytmicznej perkusji, a wokalista wypowiada zaklęcie w jakimś nieznanym mi starożytnym języku. Efekt mistycyzmu jednak został osiągnięty, choć jedynie zaraz po przedostatnim utworze. Czy samodzielnie by zadziałał? Szczerze, wątpię, lecz jako kompozycja zamykająca, Dobieram następną z talii zaklęć, spełnił swoje zadanie.

Co mnie tym bardziej intryguje, nic o MAGu nie wiadomo. Debiut jest wybitny. Inspiracje Electric Wizard i Black Sabbath, które słyszę, nie ograniczają się na odtwarzaniu, lecz na przekuciu ich, w coś własnego. Mrocznego, tajemniczego, teksty też nie należą do banalnych, wręcz przeciwnie. Muzycznie też wszystko jest spójne, choć rutyna jest tu paradoksalnie, przez grupę unikana, co jest dodatkowym atutem MAGa. Do tego okładka autorstwa Adama Bejnarowicza jest równie magiczna co debiut MAGAa. Jeśli lubicie dobry doom, a jednoczenie Black Sabbath czy Electric Wizard, koniecznie sięgnijcie po płytę MAG. Szczerze nie śledzę zbytnio polskiej sceny doomowej, lecz dla mnie MAG, jest jej nadzieją. Poszukiwania ich własnego brzmienia idą moim zdaniem w dobrym kierunku. Nie mogę się doczekać ich występu na żywo, nieważne gdzie. Jeśli maiłbym też wybrać ulubione samodzielne kompozycje to były by to: Kambion, Czarci chwost i Samotnik z Providence. Choć do całego albumu będę wracał nie raz. Warto posłuchać i kupić.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Me And That Man – New Man, New Songs, Same Shit, Vol. I (2020)

Adam Darski ,, Nergal ” udowodnił, że oprócz zajmowania się zespołem Behemoth, a także gościnnymi występami u innych zespołów muzycznych, umie też rozkręcić, chociażby dobrze prosperującą już nawet sieć salonów fryzjerskich Barberian Academy&Barber Shop. Sam miałem okazję być w jednym w Warszawie i jak tylko nadarzy się okazja, wracam tam ponownie. Nawiązując jednak, z powrotem do muzyki i Nergala. W 2016 roku wspólnie z Johnem Porterem założył Me and that Man. Zupełnie inna muzyczna bajka. Widać najwidoczniej chciał spróbować czegoś innego. Czemu o tym piszę? Dlatego iż, 27 marca został wydany już drugi album tego zespołu, zatytułowany New Man, New Songs, Same Shit, Vol. I. Jestem bardzo ciekaw. Czym różni się od debiutanckiego krążka Songs of Love and Death, gdyż sam debiut przypadł mi do gustu. W tak zwanym międzyczasie Johny Porter odszedł z Me And That Man. Sam też jestem ciekaw owych powodów, które pewnie nigdy ujawnione nie zostaną. Czy nowy album okaże się lepszy? Odpalam obie płyty, dla porównania i zaczynam również podróż na nieznane mi muzyczne tereny.

Już otwierający Run with the Devil jest dobrym otwarciem płyty. Dlaczego? Krzyk tytułowego diabła, po drugie dynamiczna perkusja, wraz z genialnym saksofonem, już nie wspomnę o boskiej wręcz solówce. Ten saksofon i bardzo dobry wokal są autorstwa pierwszego gościem, czyli Jørgenem Munkeby z Norwegii, znanego z norweskiego Shining, chociażby, przynajmniej mi. Do tego bardzo pomysłowa reżyseria teledysku promującego.

Na Coming Home jest trochę więcej, jak dla mnie partii gitarowych. Perkusja też jeśli chodzi o jej aspekty, to tylko podkreśla zmiany temp, ale sam utwór jest już gorszy. Do tego kolejny gość, czyli kolejny Norweg Sivert Høyem, znany z zespołu Madrugada, ze swoim wokalem, jak dla mnie zaprezentował się do instrumentalnej części źle.

Burning Churches to natomiast znowu majstersztyk. Z prostej przynajmniej dla mnie przyczyny. Całkowicie ten utwór jest dziełem Mathew Josepha McNerneya. Mam tu na myśli oprócz wokalu, też tekst oraz muzyczną aranżację, która jest prosta i ma w sobie ducha debiutanckiego albumu Me And That Man, Songs of Love and Death. Nie wspominając również o animacji promującej. Nawiązującej trochę do norweskich podpaleń kościołów i nie tylko. Na dość długi czas na mojej playliście zagości na 666 procent.

By the River jak dla mnie jest znowu bardziej blusowy, a w pewnych momentach doomowy. Gościnny udział Ihsahna, z zespołu Emparor, to jak dla mnie było coś. Tylko jego mistrzowskie gitarowe solo, którego jest autorem, oprócz wokalu, który zaprezentował, uratowało ten numer.

Jedyny polsko języczny utwór Męstwo, to jedyna okazja, żeby usłyszeć śpiewającego Nergala. Jest on również prosty, choć trzy osobowy męski chór, na który składa się Nataniel Żuliński-Jakubowski, Filip Pęsko oraz Nikodem Walczak oraz wokal wspierający Piotra Gibnera, dodają pewnego uroku tej kompozycji, poza tym sam tekst w pewnym stopniu, znowu nawiązuje do debiutu.

Surrender to diabelsko doskonały miks dwóch gościnnych wokali, Dead Soul oraz Patrycji Goli. Tu też lepiej eksponują się umiejętności Łukasza Kumańskiego jako perkusisty. Do tego jeszcze te wkomponowane solo gitarowe Roba Caggiano. Jeśli zamierzeniem było oddanie iście transowego nowo orleańskiego charakteru, to udało się to na więcej niż piątkę. Serio.

Na siódmym Deep Down South dobrze jest usłyszeć Sasha Boolego, grającego na banjo oraz harmonijce ustnej, to dodało więcej pustynnego ducha. Lecz co z tego pytam się, gdzie pomimo udziału szerszej gamy gości, duetu wokalnego Johanny Sadonis oraz Nicka Andersona (również autora gitarowego solo), Magdaleny Szczypińskiej jako skrzypaczki oraz Michała Łapaja jako pianisty, całość wpada i wypada mi bardzo szybko. Przykro mi.

Man of the Cross, wraca jak dla mnie na odpowiednie tory. Mroczny wokal Jérôme go Reutera, znanego z neofolkowego zespołu Rome, zrobił swoje, tak samo Dawid Lipka jako trębacz. Do tego jeszcze pole do popisu miał Matteo Bassoli, nie tylko jako basista, ale też kontrabasita, a gitary w pewnym momencie swoim brzmieniem, zahaczały o black metalowe rejony, jeśli o mnie chodzi. Kolejne arcydzieło.

You Will Be Mine, jak dla mnie jest dobrą balladą. Za wokal odpowiada tu Matt Heavy, lecz kto jest wokalistą wspierającym? Matteo czy Łukasz,a może obaj. Sam nie jestem pewien, ale tak czy inaczej, wszelkie cechy dobrej ballady zostały spełnione. How Come? to lekki gospel, z wokalem Corneya Taylora oraz dwie dobre gitarowe solówki, Roba Caggiano oraz Breanta Hindsa, sam utwór był mało odkrywczy. Natomiast ostatnia Confession, zaczyna się znowu mrocznie, co mnie akurat cieszy. Wiolonczelistka Weronika Kulpa, dobrze owy mrok utrzymuje, wraz z Niklasem Kvarforthem jako wokalistą. Zaskoczeniem dla mnie, było pojawienie się już ewidentnego akcentu brzmienia black i death metalu, jeśli chodzi o gitary i perkusję, jako podsumowanie owej muzyczno-lirycznej spowiedzi, jako zamknięcia płyty, z przytupem można powiedzieć. Udało się to też znakomicie.

Me and That Man, to nie ten sam zespół, jak za czasów ukazania się debiutanckiego Songs of Love and Death. Czemu? Po pierwsze dwuznacznie brzmiący po polsku tytuł drugiego krążka, jest bardziej urozmaicony. Zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie. Do tego Neragal zaprosił do gościnnej współpracy masę ludzi, z Polski i zagranicy. Jedni zrobili to lepiej drudzy gorzej. Dlatego o tym, który utwór będzie tym, do którego będę wracał, decydowało również to. Jest ich trochę, bo otwierający Run with Devil, Burning Churches, Męstwo, Surrender, Man of the Cross, You Will Be Mine i Confession. Ponad połowa. Najsłabszym ogniwem, który nie musiał się pojawić na tej płycie, jest Coming Home oraz Deep Down South. Po drugie, swój debiut twórczy jako autorzy czy współautorzy muzyki i tekstów z zespołu zaliczyli Sasha Boole oraz Łukasz Kumański, co pokazuje zdecydowanie bardziej zespołowy charakter tego albumu, paradoksalnie Nergal wokalnie pojawia się właśnie na utworze o takim charakterze (autorstwa Łukasza Kumańskiego i tekstu Piotra Gibnera), jeszcze tylko Matteo brakuje do kompletu. Sam Nergal natomiast zdecydowanie bardziej się rozwinął jako twórca, mam tu na myśli zwłaszcza muzykę. Ogromna ewolucja od czasów debiutu, który przy tej płycie wypada blado. Serio. Po trzecie, jeśli jakimś cudem, po tej całej epidemii koronawirusa trasa zespołu dojdzie do skutku, to też to może i zapewne będzie nowe doświadczenie. Jestem bowiem ciekaw, jak zachowując kameralność występów, tylu muzyków będzie się w stanie zmieścić na jednej scenie, zwłaszcza jeśli chodzi o wymianę wokalistów. Po czwarte, nowe piosenki, nowy człowiek ( Nergal), no i jednak troszeczkę zbędnego shit-u, ale odrobinę. Mimo tego posłuchać, jak i kupić warto, do tego za tak niską cenę, tym bardziej że, album jednak zdecydowanie lepszy od debiutu, więc nota też lepsza.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Tides of Nebula – From Voodoo to Zen (2019)

Ostatnio wiele polskich zespołów zwróciło moją uwagę. Dziś jest nie inaczej. Dawno bowiem nic progresywnego nie słuchałem, posiadającego do tego wiele rockowych elementów. Dlatego sięgnąłem po najnowszy album warszawskiego Tides from Nebula, wydany 20 września 2019 roku przez Mistic Producions, zatytułowany From Vodooo to Zen. Sam nie wiem czego się spodziewać, gdyż bardzo dawno Tides from Nebula nie słuchałem. Sam jestem ciekaw czy od 2013 roku, kiedy miałem z nimi ostatni muzyczny kontakt, czy dokonali postępów. Zobaczymy.

Otwierający płytę Ghost Horses, zaczyna się bardzo tajemniczo, budując jednocześnie napięcie. Ten fakt jest akurat na plus, natomiast inną sprawą jest, iż, to oczekiwanie wydłuża się w nieskończoność, powodując u mnie irytację. Do tego brak wokalu jest bardzo rozczarowujący. Inną sprawą jest kwestia instrumentalna. Zastosowanie specyficznego riffu gitarowego, lekko przytłumionej, rodem trochę z lat 60/70 tych jest innowacyjnym rozwiązaniem, niepozostającym bez echa z mojej strony.

Na drugim The New Delta tego gitarowego brzmienia jest więcej, a do tego efekt ogólny jest taki, iż więcej tu noisu, który może sprawiać wrażenie odgłosów, zbliżonych do wycia wilków. Oczywiście odpowiednio dobrane partie perkusyjne nadają odpowiednie tempo owej kompozycji, dochodzi też dużo elektroniki. Lecz jakoś wpada i wypada mi to jednym uchem.

Dopamine też jest od samego początku elektroniczna, lecz wreszcie bardziej dynamiczna dzięki dobrym, nieudziwnionym riffom oraz partiom perkusyjnym. Jest odrobinę lepiej, do tego gustowne krótkie gitarowe solo. Oprócz tego sama elektroniczna końcówka przypomniała mi kilka utworów niemieckiej grupy Rammstein. Tytułowej dopaminy jednak nie doświadczyłem.

Czwarty Radionoize jest znowu spokojniejszy, bardziej ambientowy. Nawet kumulujące się riffy gitarowe oraz partie perkusyjne tego spokoju nie burzą. Lecz jak dla mnie jest zbyt pasywne. Pomimo braku monotonii ze strony instrumentalnej. Nie moja bajka. Tytułowy From Voodoo to Zen jest kolejnym spokojnym utworem, jedyne co może przykuć uwagę to dziwne przejścia perkusji, do tego jeszcze partie orkiestrowe. Dziwna kombinacja. W Nothing to Fear and Nothing to Doubt tylko fragment dynamiczniejszych riffów gitarowych jest coś wart. Zamykający krążek Eve White, Eve Black,Jane niczym się znowu nie wyróżnia, czego we wcześniejszych utworach nie usłyszałem. No może poza fortepianem. Samo w sobie zamknięcie jest dobre, bo nie odbiega od konwencji płyty, ale na mnie szczególnego wrażenia nie zrobiło.

Krótko mówiąc. Cała płyta jest dla mnie dużym rozczarowaniem. Po pierwsze brak jakiegokolwiek wokalu. Zróżnicowanie instrumentalno-elektroniczne może i jest, ale utwory, jak dla mnie zbyt ciągną się w nieskończoność, w tym przypadku to nie jest komplement. Tak naprawdę, jak raz na trzy lub cztery miesiące, najdzie mnie ochota na posłuchanie spokojniejszej, zupełnie delikatniejszej, bo bardziej rockowej muzyki, to ta płyta zupełnie do mnie nie przemawia. Zapewne musiałbym nałykać się jakiś dziwnych substancji psychoaktywnych, aby poczuć klimat From Vodooo to Zen. Znacznie lepszy poziom prezentuje polski Riverside czy popularny amerykański Dream Theater, a znajdą się w dyskografiach tych zespołów albumy bardziej rockowe czy strike instrumentalne. Tak jak lubię progresywne brzmienia, to krążek From Vodooo to Zen jest najgorszym, z tych które było mi dane przesłuchać w tym roku, choć po cichu chciałem zostać pozytywnie zaskoczonym. Niestety nie udało się warszawskiemu Tides of Nebula tego dokonać. Nawet mój znajomy Szymek, który lubi właśnie tego typu muzykę, był również rozczarowany. Widać czy bardziej słychać, że nawet polskim artystom, zdarza się nie zawsze wydawać udane płyty, wtedy jak w tym konkretnym przypadku, co jest to dla mnie dodatkowo bolesne.

Korekta Paulina Wawrzusiak

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Crystal Viper – Tales of Fire and Ice (2019)

Polski Crystal Viper z Martą Gabriel, na wokalu i gitarze, wydał swój najnowszy album zatytułowany Tales of Fire and Ice nakładem niemieckiej wytwórni AFM Records 22 listopada 2019 roku. Mniejsza o celowy, bądź też nie, zabieg marketingowy zespołu. Umiejętnie wrzucono bardzo kiczowatą wersję okładki, którą potem zamieniono na właściwą. Brawo, skutecznie przykuło to uwagę publiczności przed premierą tego krążka. Sam byłem bardzo sceptycznie nastawiony jeśli chodzi o jego muzyczną zawartość. Mają tym bardziej w głowie ich album z 2017 roku, na którego temat, wypowiedziałem się już na łamach tego blogu. Ciekawych zapraszam do zapoznania się. Tak czy inaczej, czy album Tales of Fire and Ice pozytywnie mnie zaskoczył? Może wręcz przeciwnie? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi na owe pytania.

W intrze Prelude oprócz nastrojowej gitary słuchać też deszcz i szykującą się burzę. Pierwszy utwór Still Alive rozpoczyna dynamiczne riffy, potem pojawia się wokal w heavy metalowym stylu. Niby dalej siłowy, lecz bardziej naturalny. Nastroju dodają tu partie klawiszowe, brzmiące bardzo podobnie, jak nie identycznie, co organy kościelne. Mimo to kompozycja dynamiczna, ale jakoś mnie w pełni nie porwała. Choć pozytywnie zaskoczyła. Na Crystal Sphere uwagę przykuwa galopująca perkusja a wcześniej gitarowe riffy. No dobrze oprócz tego zastosowanie chórków też jest tu dobre, no i w połowie przejście na bardziej thrashowe riffy.

Na Bright Lights pogłębiają się trochę wirtuozerskie popisy gitarowe, poprzedzone odpowiednim perkusyjnym wstępem. Za to tutaj partia solowa naprawdę jest godna pochwały. Wokal dalej nie jest tworzony na siłę. Neverending fire już od samego początku jest bardziej stonowany od poprzednich kompozycji. Lecz później przychodzi lekka zmiana tempa, powodująca, iż, lepiej słyszalne są dynamiczniejsze riffy. Natomiast mam wrażenie, że, jest to utwór z tych refleksyjnych. Choć nie jestem do końca pewien czy to pierwsze solo gitarowe było niezbędne do utrzymania klimatu. Mimo tego lekkiego mankamentu utwór spełnił moje kryteria jeśli chodzi o dobrą balladę.

Interlude już samym wstępem sugeruje nawiązanie bardziej do ludu niż ognia. Partie klawiszy brzmiące identycznie co fortepian, mistrzowsko zbudowały u mnie napięcie i oczekiwanie na rozwój dalszych ,,wypadków”. Przerywnik doskonały, do tego wprowadzenie do kolejnego utworu. Under Ice jest równie dynamiczny co jednocześnie trochę refleksyjny. Tutaj znowu jednak partia solowa robi dobrą robotę. Więc określę go bardziej pośrodku, pomimo iż parę cech dobrej ballady posiada.

One Question przez sam początek wreszcie daje mi zastrzyk energii, której potrzebowałem. Oprócz tego pierwszy raz mam ochotę na headbanging. Motoryka jest tu po prostu na najwyższym poziomie. Do tego dochodzi tak naprawdę przebojowość, przynajmniej dla mnie. Tutaj po raz trzeci solo gitarowe robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass) dostarcza mi tego samego co poprzedni utwór. Wreszcie jestem na ładowany, bo jak pod muzycznym kątem nie było się do czego wcześniej doczepić, to do braku energii już tak. Tu po raz drugi mamy do czynienia z naprawdę bardzo dobrą solówką, napisaną pod drugą pod kątem przebojowości kompozycję na tym albumie.

Przedostatni Tears of Arizona jest kolejną mocno refleksyjną balladą na tym albumie. Nawet może odrobinę lepszą od pierwszej? Trudno powiedzieć. Tutaj znowu klawisze przypomniały mi, a przez to nadały tej balladzie klimat trochę bardziej gotycko-symfoniczny. Ostatnim i do tego bonusem jest kompozycja Dream Warriors, która zamyka płytę, nie pozbawiając jej unikatowego klimatu. Pomimo iż, w przeciwieństwie do Tears of Arizona jest bardziej dynamiczny. Oprócz tego dwie solówki w jednym utworze to jest coś. Poziom godny bonusu.

Podsumowując, Crystal Viper jednak potrafi zaskoczyć. Bo nie ukrywam, że, byłem naprawdę bardzo sceptycznie nastawiony do tej płyty. Jednak Marta wraz z zespołem widać wyciągnęli wnioski z własnych błędów. Zaczynając od samej spójności, wszystkie elementy układają się w tytułowe opowieści lodu i ognia. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, epickości dodają utworom wreszcie odpowiednio skomponowane partie klawiszowe. Słuchać też, iż Matra nie próżnowała i od siebie dodała więcej wirtuozerskich gitarowych popisów oraz poprawiła brzmiący sztucznie, często wokal na bardziej naturalny. A co zrobiła na tych trzech balladach to istny wokalny majstersztyk. Jedynym ,,ale” drobnym, ale jednak jest fakt, iż, jeśli Crystal Viper wydałby album na takim samym poziomie, lecz całkowicie po polsku, żaden z fanów by się nie pogniewał, chyba wręcz przeciwnie. Bo jednak jakby nie patrzeć polski język nie jest zły. Warto by zrobić konkurencję na naszym rodzimym heavy/power metalowym rynku, a nie iść tylko na eksport. Tak jakoś przy okazji mnie naszła taka refleksja. Żeby zakończyć pozytywnie, dodam,iż w końcu mam kilku ulubieńców z tego krążka, do których będę pewnie za jakiś czas wracał, czyli Neverending Fire, One Question, Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass), Tears of Arizona i Dream Warriors. Wszystkie owe czynniki w tym jeden drobny mankament, powodują, iż, w przypadku tej płyty Crystal Viper wypadł u mnie bardzo mocno na plus.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Crystal Viper – Queen Of The Witches (2017)

Myślę sobie, coś znowu ze swojego kraju znaleźć dobrego trzeba, a nie tylko cudze chwalić. Z tego powodu odświeżyłem sobie, nie aż tak zakurzony album katowickiej grupy Crystal Viper, zatytułowany Queen Of The Witches, wydany 17 lutego 2017 roku przez AFM Records. Dlaczego oni? Czy może z faktu, iż, Marta Gabriel, przez niektórych określana ,,Polską Królową Heavy Metalu” jest ich wokalistką? Może też, dlatego iż od czasu mocnego rozczarowania Battle Beast jestem nienasycony żeńskim wokalem heavy metalowym? Wszystko po kolei.

Od samego początku nie jest źle. Mówię tu o The Witch Is Back, ten krzyk Marty na początku to mistrzostwo świata. Choć riffy nie są złe i motoryka gitar też, solówka gitarowa też jest niczego sobie. Otwarcie płyty może nie genialne, ale też nie złe, singiel spełnił swoją funkcję doskonale.

I Fear No Evil oprócz riffu wpadającego w ucho oraz ciekawych zmian temp. Dostarcza też w miarę dobrej partii solowej. When the Sun Goes Down jest natomiast znacznie wolniejszy i nie udaje czegoś, czym nie jest. Nawet w pewnych momentach podchodził mi pod balladę lub jakieś wprowadzenie muzyczne. Jako drugi singiel promujący był gorszy od pierwszego. Trapped Behind to typowa ballada, jednak dzięki wokalowi Marty nabrała ona klimatu, nawet płakać mi się po niej chciało.

Do or Die to już mocniejsza dawka energii i wirtuozerii gitarowej. Burn My Fire Burn pozostawię bez komentarza. Jest po prostu przeciętną kompozycją, która poza wirtuozerskimi zagrywkami i solówką nic mi nie daje. Flames and Blood to kolejny energetyczny zastrzyk, którego potrzebowałem, więc wreszcie jest dobrze. We Will Make It Last Forever o dziwo jest drugą balladą, ale lepszą od pierwszej, serio, bo chociaż więcej instrumentów można usłyszeć. Rise of the Witch Queen to po wytonowaniu, kolejna dawka mocy. Dynamiczno- statecznym zakończeniem albumu jest See You in Hell, bo tu standarty stylu też są zachowane. O dziwo zakończenie troszeczkę bardziej mi się podobało od utworu otwierającego.

Podsumowując. Sam zespół w porównaniu do poprzednich płyt zapętlił się trochę a przez to na przestrzeni czasu, nic pionierskiego do swojego stylu nie wniósł. Do tego, jak dla mnie, sama płyta nie jest do końca spójna muzycznie. Rozumiem potrzebę eksperymentów, naprawdę jednak jest kilka utworów, które ani nie są dynamiczne, ani nastrojowe, mam tu na myśli I Fear No Evil czy Burn My Fire Burn. Wokal Marty Gabriel jako kobiecy w heavy metalu jest bardzo charakterystyczny, jednak nie samym wokalem uszy żyją. Choć fakt jest Polską Królową Heavy Metalu. Jeśli chodzi o moich ulubieńców, to tutaj wygrywa druga ballada, czyli We Will Make It Last Forever a z dynamicznych pocisków Rise of the Witch Queen, See You in Hell oraz The Witch Is Back. Album jest też przepełniony oczywiście solówkami i popisami wirtuozerskimi, jednak dopiero po ponad połowie moje uszy odżyły, więc biorąc wszystkie te czynniki pod uwagę, nawet wokal werdykt z mojej strony może być jeden. Tak tylko jeszcze dodam, iż, ostatnio bardziej śledząc poczynania Crystal Viper, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany przez nich najnowszy album zatytułowany Tales Of Fire And Ice. Tak czy inaczej, Queen Of The Witches nie jest może albumem perfekcyjnym w każdym calu, ale nie jest też fatalny, lecz mimo wszystko od najnowszej płyty oczekiwać będę znacznie więcej.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Norden-Z popiołów i krwi (2018)

Norden, gdyński zespół założony w 1993 roku, po nagraniu debiutanckiego albumu w 1997 roku zawiesił działalność. Powrócił jednak w 2018 roku z wydawnictwem ,,Z popiołów i krwi”. 
Już sam fakt, że nie wiem, czy to projekt, czy zespół, jest ciekawy. Mniejsza z tym, czas przejść do recenzji. Postanowiłem o tym napisać, gdyż paru moich znajomych z owym krążkiem się zapoznało, a kilku nawet polecało, w tym Sylwia. Stwierdziłem więc, że może warto. Czy popełniłem błąd, słuchając tej płyty? Jeśli jesteście ich ciekawi, jakie odczucia towarzyszyły mi podczas przesłuchiwania krążka, zapraszam serdecznie.

W utworze otwierającym , …I zaszczeka Garm” następuje dobre wejście gitary akustycznej. Wokalista tajemniczo szepcze (po polsku, jak można się domyślić po tytule utworu), później następuje gwałtowna zmiana wraz z surowymi riffami, perkusją i dopełniającym wszystkiego screamem. Utwór sprawia wrażenie prostego, jest jednak klimatyczny i mroczny. 
Puszczając wodze fantazji, to słuchając tego, znajduję się albo w naszych polskich lasach, albo w Skandynawii. W „Jam twym orłem” doszły kolejne elementy, w tym bardziej blackowy breakdown. Ponadto w utworze zaprezentowano dwie solówki, akustyczną i elektryczną.

Momentami do wokalisty dołączały również głosy w tle. Natomiast w ,,Powiedz Ojcze” pojawia się interesująca pół-deklamacja, pół-scream. Oprócz tego zarówno blasty, jak i solo są naprawdę dobre. Ostania kompozycja ,,To twój bóg” te partie akustyczne były dla mnie najbardziej chwytliwe, nie brakuje znowu dobrych breakdownów. Cover „The Land” legendarnego Bathory jest niesamowity, na swój sposób trochę inny, ale to akurat bardzo dobrze.

Podsumowując, ten album zabrał mnie w podróż wstecz. Głównie dlatego, że to ze Szwecji pochodzi zespół–legenda Bathory, którego wspomniany cover znajduje się na płycie. To nie wszystko, gdyż ten klimat, powiedziałbym nawet „mistycyzm”, połączony z duchem północy właśnie, te gitary akustyczne oraz wokal przywiodły mi na myśl właśnie twórczość Quorthona
Jak dla mnie „Z popiołów i krwi” to bardzo dobry album, jednak nie na każdą okazję. Tym, którzy jakimś cudem nie mieli styczności z Bathory, również płytę polecam, gdyż zapewne po jej przesłuchaniu porównacie twórczość Norden do tej legendarnej formacji. 
Ta płyta to również dobry przykład, że można stworzyć bardzo dobry materiał, inspirując się innym zespołem. To wszystko z mojej strony, chętnie poznam Wasze zdanie na temat tego krążka, który mi osobiście bardzo do gustu przypadł.

10/10