Kategorie
Bez kategorii

All Meridians – Blood Sun Shadow (2020)

Ponownie Stany Zjednoczone. Tym razem określająca się mianem kapeli post metalowej, zupełnie nieznana mi grupa All Meridians, która 19 czerwca 2020 roku wydała swój debiutancki album „Blood Sun Shadow”. Krocząc w nieznane, co de facto uwielbiam, ciekaw jestem tego co mają do zaoferowania. Czeka mnie zachwyt czy rozczarowanie? Przekonajmy się!

Rozpoczynające krążek „Elegy for the Living” to lekkie, dzięki dobrym stemplom, psychodeliczne intro. „Monuments” charakteryzuje się  zwolnionym  tempem, więc doomowych wpływów tu nie zabraknie. Wokal natomiast nie powala na kolana, jest przeciętny. Riffy są mi już znane, choć skład może pochwalić się też nowymi rozwiązaniami. Na sam koniec dostaję techniczne popisy utrzymujące klimat. Oprócz słabego wokalu reszta wyszła pięknie.

Na „Terminus” słyszymy wyraźny riff prowadzący, zmieniają się tylko przejścia. Wokal nadal utrzymuje się na średnim poziomie. W dalszej części kawałka partie perkusyjne trochę się rozkręcają, a solówka gitarowa całkiem ładnie trzepie. Całość jakoś się trzyma. W „Lijden” minimalistyczna gitara podtrzymuje nastrój kompozycji, dlatego jest warta docenienia. „Agents” rozpoczyna się mocnym wejściem. Gitary brzmią inaczej choć nadal „chwytliwe”. Pojawia się intensywność. Wokal natomiast jest zdecydowanie lepszy. „Cosmic Shrines” charakteryzuje wolniejsze tempo. Jednak zmiana następuje szybciej. Rozumiejąc już zamysł co do tej płyty, przyznam, że wokal w tym, konkretnym kawałku jest dopracowany. Do tego bardzo dobra solówka. Nie jest źle, coraz lepiej bym powiedział.

Krótkim przerywnikiem okazuje się „El Transparente”. Użyto w nim fortepianu, który zbudował nastrój, co dało ciekawy efekt końcowy. Zamykający „Opposing Energies” to klawiszowy akcent na samym początku, po czym następuje swoisty spokój. Następnie mamy zmianę tempa i intensywność, którą już znamy. Wokal jest bardziej ekspresyjny, co daje dobry rezultat. Jednak co do całokształtu kompozycji mam pewne wątpliwości.

Zatem czy „Blood Sun Shadow” mnie zachwycił? Niekoniecznie. Czy rozczarował? Też nie. Raczej zaskoczył. Wprowadził w stan emocjonalnego rozluźnienia, pomimo pewnych mankamentów wokalu w niektórych kompozycjach. Nie doświadczyłem tutaj intensywnego transu, raczej lekkiego relaksu. Co ciekawe, dwie kompozycje obroniły się jako samodzielne, dotyczy to utworów „Agens” oraz „Cosmic Shrines”. Jak na debiut? Nieźle. Naprawdę. Wiadomo, album nie na każdą chwilę, ale wart przesłuchania. Do tego dobra okładka.

Koretka: Sylwia Prekurat

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Oranssi Pazuzu – Mestarin Kynsi (2020)

Dawno nic z Finlandii nie słyszałem. Tak się akurat złożyło, że, wszędzie w muzyce algorytm pewnej aplikacji proponował mi Oranssi Pazuzu. Fińską grupę grającą ponoć psychodeliczną odmianę black metalu. Co ciekawe, 17 kwietnia 2020, wydali oni swój piąty album Mestarin Kynsi, nadkładem Nuclear Blast. Czy okaże się aż tak dobry? Krążą bowiem różne opinie na temat tej płyty, więc tym bardziej chętnie wyrobie sobie własną.

Pierwszy utwór Ilmestys, już wieje grozą. Do tego przyczynia się gitara akustyczna, połączona z basową. Doskonale budująca napięcie. Minimalizm perkusji też jest temu bardzo pomocny. Wreszcie pojawia się wokal. Choć bliżej mu do deklamacji. Stemple dokładają się do efektu. Jednak mimo wszystko nie jest odkrywczy. Potem dochodzi jeszcze tzw. noise. Znany mi trochę ze stylu granego między innymi przez Cult of Luna. Nie zostałem powalony na kolana, ale kompozycja, sama w sobie zła nie jest.

Tyhjyyden sakramentti, do początkowe uspokojenie. Te Stemple są podobne do tych wykorzystanych w jednym z klasyków polskiego kina. Dokładnie w filmie Seksmisja, kiedy to główni bohaterowie (Albert i Maks) uciekając przed funkcjonariuszkami Ligi, natrafili w podziemiach, na prześladowane; ,,koczowisko” Dekadencji. Na co nigdy nie zwróciłem uwagi. Owe przedstawicielki, grały muzykę, którą można by uznać za noise, po części, ale jednak. Kto oglądał, ten wie, o czym mówię. Z gitar bowiem można wychwycić wcześniejsze brzmienie lat siedemdziesiątych. Zwłaszcza kiedy pojawia się dynamiczniejszy fragment. Co do całości kompozycji, tu już zespół postarał się bardziej.

Uusi teknokratia jest znowu z tych utworów, które ukazują to czego się można po grupie spodziewać. Dlatego jako singiel się sprawdził. Jednak jeśli chodzi o płytę, to jest nieco inaczej. Jest na nim bowiem trochę więcej dynamiki oraz inne stemple. Na ich szczęście dobrze dobrane. Choć od Ilmestys jest przez to lepszy. Dobra przyznaję, Uusi teknokratia jest lepszy, bo na płycie mamy jego pełną wersję.Przez trzy minuty faktycznie można mieć wrażenie, zanurzenia się w bezdennej otchłani. To ostatecznie przeważyło na korzyść tego utworu.

Oikeamielisten sali to trochę inne riffy, ale swego rodzaju powtórka z rozrywki. Pozwala na dalszą ,,podróż”, jednak to nie to samo. Nawet rytm, pomimo usilnych starań nie wprowadza mnie już w ,,ten” stan, w jakim byłem, słysząc, chociażby wcześniejsze Uusi teknokratia. Słabo oj słabo. Tu mam tylko pochodną a One mnie nie interesują. Tym bardziej że pod koniec tego noisu jest k…a za dużo!

Przedostatni Kuulen ääniä maan alta, zaczyna się od sampli i noisu. Tutaj jednak perkusja wreszcie wybija dobry dla mnie rytm. Nawet wokal jak ja mnie jest tu odpowiedni, co jest dobrą oznaką. Potem jednak znowu jednak zespół wszystko z…..! Macie jednak k…a szczęście. Bowiem wachlarz stempli, jaki zaserwowaliście, uratował to co sch……….e !

Zamykająca kompozycja Taivaan portti, zaczyna się z mocnym akcentem. Pozostawiając mnie całkowicie zdezorientowanym! Tak nie wolno. Choć dawno tak nie miałem z drugiej strony. Ta skondensowana dawka noisu, a prędzej post metalowych dźwięków, wyrwała by z jakiegokolwiek stanu, nawet umarłego. Jednak mimo wszystko tu było tego za dużo, choć z czasem było ciszej. To jednak zabrakło równowagi.

Sama płyta Mestarin Kynsi, jest niejednoznaczna. Album sam w sobie jest spójny. Jednak tutaj mogę wskazać dwie kompozycje, do których ewentualnie może kiedyś wrócę, są to Uusi teknokratia (wersja z płyty) oraz Kuulen ääniä maan alta, z najlepszym zestawem stempli autorstwa Evil-a. Reszta jest taka sobie i jako samodzielne utwory się nie sprawdza. Jeśli nie jest się fanem grupy, albo słucha się ich pierwszy raz, to można się zachwycić lub przejść obojętnie. Mnie bliższa jest druga opcja. Jednak jako całość album jest bardzo spójny. Jeast on również psychodeliczny, lecz nie aż tak, żebym był oczarowany. Gdyż nie jestem. Bliżej mi do rozczarowania się, choć stan, w jakim byłem po przesłuchaniu tego albumu, określę jako ,,neutralny” z lekką namiastką dezorientacji. Mimo wszystko grupa ma swój unikatowy styl, który jednych zachwyca innych nieco mniej. Chociażby przez to warto się z tym krążkiem zapoznać.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Cult of Luna – A Dawn of a Fear (2019)

Festiwale mają to do siebie, że, pozwalają odkrywać to co wcześniej nieznane. Tak było w przypadku szwedzkich pionierów tak zwanego post metalu, czyli, Cult of Luna, których miałem okazje zobaczyć pierwszy raz na żywo, podczas festiwalu Brutal Assult w 2019 roku. Zaraz po powrocie, od razu przesłuchałem ich cały muzyczny dorobek. Tak się złożyło, iż, 20 sierpnia 2019 roku wydali swój najnowszy album zatytułowany A Dawn of a Fear. Zaraz poznacie moje wrażenia po wielokrotnym przesłuchaniu tego albumu. Czy się rozczarowałem bądź też nie? Kto to wie.

Otwierający płytę ponad dziesięciominutowy The Silent Man, wcale cichy nie jest. Posiada bardzo noisowy mroczny, nienastrojonych gitar i dysonansu, wywołanego odpowiednimi partiami perkusyjnymi. Do tego wszystko jeszcze ten scream jednego z trzech potencjalnych wokalistów, uwielbiam tajemniczość, choć wolałbym jednak wiedzieć. Później syntezator wraz z łagodniejszymi riffami nieco uspokaja nastrój. Choć ogromna ilość blasów i gustowne przejścia temu przeczą. Blackowy riff wraz z bardzo spokojną marszówką? Okazuje się, że można coś takiego połączyć, co udowadnia właśnie Cult of Luna. Prezentując intygujące otwarcie albumu.

Na początku Lay Your Head to Rest syntezator brzmi dość dziwnie, potem dochodzi wyrazisty bas oraz istny grad blastów, potwierdzający istny kunszt Magnusa jako perkusisty, potem w trakcie do basu dochodzą też podkreślające go jeszcze riffy. No i uspokajający noisowy koniec. Tytułowy A Down of Fear dostarcza przysłowiowego strachu, czy niepokoju od samego początku. Umiejętnie poprzez odpowiednie brzmienie gitar, perkusji, szpetów oraz inny wokal, bardziej tajemniczy, duże napięcie. Przez to, chociażby jest jednym z moich ulubionych utworów na tym krążku.

W Nightwalkers podoba mi się, zabieg w postaci znowu innego blackowego riffu wraz z taką samą partią perkusji przez ponad dwie minuty. Potem dopiero wzbogaca go druga gitara. Co ciekawe scream wokalisty pojawia się dopiero na samym końcu. Wszystkie, ewidentnie pozostałe kompozycje utrzymane są w podobnej stylistyce, co ku mojemu zdziwieniu mi nie przeszkadza wręcz przeciwnie.

Kiedy słuchałem ich najnowszego krążka, A Down of Fear, porównując ich wcześniejsze albumy, ten jest kompletnie inny. Bardziej mroczny, tajemniczy czy też nawet odrobinę melancholijny. Muzycznie, jak i lirycznie jest to ukazane w idealny sposób. Nie jest to bowiem płyta do słuchania w każdych okolicznościach, co to, to nie. Właśnie to ukazuje się jej wyjątkowość. Tłumaczy też bardzo złożoną strukturę kompozycji. Album ten można kochać lub nienawidzić, obojętnie uchem przejść raczej chyba nie można. Mnie on urzekł od początku do samego końca. Choć jak dla mnie tu post metal nie występuje, lecz umiejętnie podobierane gatunki metalu takie jak black, doom oraz szczypta noisu, jak i dwa różne typy wokali. Do tego jeszcze bardzo prosta okładka. Mam nadzieję, iż, kolejny ich album nie zawiedzie moich oczekiwań, bo A Dwon of a Fear podniósł poprzeczkę bardzo wysoko.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10