Kategorie
Bez kategorii

Crystal Skull – Ancient Tales (2020)

Szukając czegoś z gatunku heavy/power, natknąłem się na włoski zespół Crystal Skull. Okazuje się on tworem jednej osoby, dokładnie Claudio Livery znanego jako ,,The Reaper”. Dokładnie 17 czerwca 2020 roku za pomocą Undergraund Symphony, Crystal Skull wydał swój debiutancki album, zatytułowany Ancient Tales. Cóż, zatem słuchawki na uszy. Nie oczekując niczego, usłyszę jak się spisał się ten Claudio Livera. Zaczynamy.

The Book jest krótkim interem , z dość dobrą deklamacją autora, lecz potem tempo się zmienia, dzięki dynamiczniejszym riffom i gwałtowniejszym partiom perkusji. Na samym końcu z deklaracją: ,,We are Crystal Skull”. Jako otwarcie dobry, choć bez rewelacji. Land Of The Dead jest dynamiczny od samego początku. Dobrym patentem są nagrane tzw. wokale wspierające. Wokal główny jest dobry, bo nieprzekombinowany. Choć w pewnych momentach jego angielszczyzna mogłaby być wyraźniejsza. Jeśli chodzi o gitary? Jak dla mnie bardzo dobre. Solówka też niczego sobie. Jest lepiej, niż się spodziewałem.

Stormaxe, to trochę inne riffy, dalej z powiewem energii. Nie wiem czemu tutaj wokale (główny jak i wspierający) są odrobinę słabsze. Sam utwór jest już też trochę mniej przebojowy. Mimo to solówka wspierana blastami zła nie jest. Tzw. ,,góry” jeśli chodzi o wokal, Claudio mógłby mieć lepsze. Wstęp do Crystal Legions, jest wolniejszy, ale tylko przez moment. Wokal poprawiony, a riffy też w miarę. Dobrze obrany kierunek.

Początek Tears Of The Night, jest istną petardą! Wreszcie ochota na headbanging wraca! Przebojowość wraca na odpowiednie tory. Riff prowadzący jest bardzo dobry. Perkusja też. Jest to jeden z najlepszych utworów z płyty jak na razie. Do tego na sam koniec Claudio dorzuca dobre solówki. Jest coraz lepiej Crystal Skull. The Eyes podtrzymuje tempo. Jest jak dotąd jedynym singlem z tej płyty. W sumie jako taki nie jest zły. Tu wokale są najlepiej zrobione. Wszystko jest poukładane i bez mankamentów. Choć tu mam do czynienia z najlepszą solówką z płyty! Na równi z Tears Of The Night, The Eyes staje się moim ulubionym utworem z tego albumu.

Die By My Axe, ma krótki, lecz treściwy wstęp gitarowy. Pomimo średniego tempa riffy przeplatające się, umiejętnie zapowiadają burzę. Tak owa słusznie nastąpiła! Jednak jej rozmiar, mnie odrobinkę rozczarował, ale nie jest źle. Zastrzyk energii bowiem dostałem, oprócz tego tu, też jest dobra solówka. Kompozycja mimo lekkiego zawodu jest dobra, ale nie genialna. The Last King miał być chyba w pierwotnym zamierzeniu balladą? Najwidoczniej plany ulegają zmianą, albo The Reapier postanowił poeksperymentować. Gdyż wyszedł faktycznie klimatyczny utwór, z partiami akustycznymi, ale jednak z partiami, które raczej balladom nie towarzyszą. Z drugą solówką gitarową na płycie, to fakt, ale jest to utwór pół na pół. Choć tzw. chwytliwości odmówić mu nie można. Dobry jak dla mnie na singiel nr. 2. Zamykający album Lake Of Dreams jest równie klimatyczny, choć ma więcej cech ballady. Jest też zdecydowanie wolniejszy i spokojniejszy, ma też refleksyjniejsze teksty. Jednak w ostateczności owa ballada jest dobra, jedynym drobiazgiem, który sprawia, że nie jest genialna, to wokal.

Debiutancki Ancient Tales, jak dla mnie jak na power/heavy metal, nie jest zły. Nie jest na pewno prekursorki, to fakt, ale już wolę, proste i sprawdzone patenty, niż kombinowanie na siłę. Choć co do efektów, jakie przyniósł utwór The Last King, to mam dość mieszane opinie. Niepodważalnym faktem, jest, że został stworzony przez jedną osobę. Inwencji twórczej jeśli chodzi o riffy, chociażby, odmówić Claudio nie można. Znalazły się też trzy kompozycje, warte wielokrotnego odsłuchu. Dokładniej Tears Of The Night, The Eyes oraz Die By My Axe. Jedynym utworem, którego wymazanie nie zaszkodziłoby płycie jest Stormaxe, to tak na marginesie. Sama płyta Ancient Tales, na chwilę obecną jest dla mnie mocnym kandydatem na godny uwagi album 2020 roku, jeśli chodzi o nurt power/heavy.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Firewind – Firewind (2020)

Poszukując czegoś z nurtu heavy i power metalu, natknąłem się na grecki Firewind. Ucieszył mnie fakt, iż zespół wydał swój dziewiąty album 15 maja 2020 roku zatytułowany po prostu „Firewind”. Wydawcą krążka jest AFM Records. Czy okaże się godnym kandydatem na album tego roku w swoim gatunku? Przekonać można się tylko w jeden sposób, oczywiście odsłuchując go!

Otwierający „Welcome to the Empire” zaczyna się  dosyć łagodnie, od gitarowych popisów Gusa,  trochę w neoklasycznym stylu, jednak bardzo nastrojowym. Później jest bardziej hardrockowo – chodzi o przejścia perkusyjne. Natomiast wokal Herbiego nie powala, wręcz dezorientuje słuchacza. Jak dla mnie średnio, pomimo dobrego riffu oraz solówki. Z „Devour” jest znacznie lepiej, bardziej heavy metalowo. Odpowiednia dynamika, wokal Gusa jest „na swoim miejscu”, obowiązkowa solówka i  umiejętnie w nią wpleciona perkusja.

Początek „Rising Fire” jest nietypowy. Elektronika połączona z elementami corowymi? No cóż… Można? Pewnie, że tak. Na szczęście w dalszej części mamy czysty heavy. Do tego z nie byle jaką solówką, a raczej dwoma…trzema? Nie! Aż czterema! Jednak jeśli chodzi o tzw. „przebojowość” to jednak „Devour” na chwilę obecną jest lepszy, zostawiając „Rising Fire” nieco z tyłu. „Break Away” stopniowo wprowadza klimat, który znam z Beast in Black. Natomiast będąc ,,podekscytowanym” i czekając na przysłowiowy ogień, dostaję k…. w twarz! Mam tu na myśli zupełnie niespodziewane przejścia, do tego jeszcze z przekształconym wokalem w tle. Nie oszczędzono mi tu rozczarowań, bo utwór okazał się tak naprawdę nijaki. Pomimo wokalu wspierającego oraz solówek, dynamika jednak jest zbyt mała. Także tu kapela „dała d…”.

No! Wreszcie, k…. ! „Orbitual Sunrise” ratuje sytuacje. Tu od samego początku do końca jest to, co lubię! Dynamika, czysty wokal w stylu Roba z Judas Priest z domieszką barwy Yannisa z Beast in Black, swoją drogą ich rodaka. Lepiej późno niż wcale. Wreszcie uruchomił mi się Headbanging! „Longing to Know You” to miała być z założenia ballada przez duże „B”. Nie można kompozycji odmówić nastroju, wokal Herbiego „chwyta za serducho”, jednak ciężko do końca określić ten kawałek jako balladę. Poruszył mnie, ale nie wzruszył, a to są dwa, trochę różne stany. Mimo wszystko.

„Perfect Stranger”  jest dosyć energetyczny. Słychać w nim sporo blastów w połączeniu z dobrym riffem. Jednak czegoś mu brakuje. Niewiele, a jednak. Z „Overdrive” mam identycznie, choć tu są wreszcie jakieś partie keybordu. Natomiast początek „All My Life” przypomina fragment utworu Sabaton „White Death”. Riff jest krótszy, ale śmiało, można powiedzieć, że niemalże identyczny. Pomimo tego wpada w ucho właśnie z powodu owych podobieństw. Pozostałe riffy też są bardzo dobre. Wszystkiego dopełniają jednak solówki. Wreszcie! „Space Cowboy” to kolejny, genialny popis umiejętności Gusa. Szkoda, że tzw. efekt ,,wow” psują lekko przekombinowane przejścia. Po ch….. było tak kombinować? Nie wyszło to dobre. Oj nie.

Zamykający „Kill the Pain” jest technicznym mistrzostwem, również bardzo energetycznym. Jednak jeśli chodzi o głos, akurat w tym utworze wokalista nie dotrzymał kroku instrumentom. Czemu tak się stało? Nie wiem.  Płyta kończy się mocnym akcentem, aczkolwiek
w przypadku „Kill the Pain” znowu z niedosytem.

Podsumowując, powiem tak… „miotaczem ognia” ten album zdecydowanie nie jest. Pomimo ogromnej pracy, jaką Gus włożył, w napisanie partii gitarowych to z pozostałymi zgrał się dobrze tylko w dwóch kawałkach. Mam tu na myśli „Orbitual Sunrise” oraz „All My Life”. W większości kompozycji z akcentem na prawie dobrze” było, to co pisał. Nie wiem, czy wszystko Gus tworzył sam, czy w porozumieniu z resztą zespołu? Dla mnie „Firewind” jest tylko momentami mocny i żywiołowy, ale zdecydowanie za mało było „huraganu”, a za dużo „zefirku”. Czuję się lekko rozczarowany. Nie tego oczekiwałem po tym krążku. Zdecydowanie ten krążek nie będzie mocnym kandydatem na płytę heavy/power z 2020 roku.

Korekta: Sylwia Prekurat

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Primal Fear – Metal Commando (2020)

Niemiecki Primal Fear powraca! 24 lipca grupa wydała swój trzynasty album zatytułowany „Metal Commando”. Jest to też ich pierwsza płyta nakładu Nuclear Blast. Jeśli chodzi o sam skład, w zeszłym roku do kapeli dołączył perkusista Michael Ehre, który na stanowisku tym zastąpił Francesco Jovino. Z ich ostatniego wydawnictwa „Apocalypse”, niestety, nie byłem zadowolony. Tym bardziej pełen nadziei, zabieram się za ich najnowszy krążek. Czy okaże się on lepszy od ostatniego? No cóż, jest tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać.

„I Am Alive” jako pierwsza kompozycja i jeden z singli, od pierwszych dźwięków pokazuje, z czym mamy do czynienia. Gitarowe riffy kopią, gdzie trzeba wraz z odpowiednimi blastami w tle. Przejścia perkusyjne są tu mocne, niezwykle precyzyjne i wyraziste. Dodając do tego wokal Ralfa, mamy co trzeba. Trzyma poziom! Otwarcie idealne! Chociaż ten riff nie jest do końca oryginalny, już go gdzieś słyszałem. „Along Came the Devil” jako singiel jest właściwą kontynuacją albumu. Zwłaszcza przez wysokie partie wokale Ralfa. Robią one wrażenie! Jest dobrze, bo jest energia. Wreszcie słychać też popisy Toma.

Natomiast „Halo” nie trzyma już poziomu poprzednich kompozycji. Tempo wzrasta, choć poziom techniczny gitarzystów nie. Mimo wszystko utwór można zaliczyć do kategorii tych dobrych. Utwór „Hear Me Calling” jako ballada daje radę. Jako singiel również. Chociaż w moim odczuciu, wstęp trochę za długi. Tekst jest refleksyjny, ale nie łzawy, co czyni go znośnym w odsłuchu. Gitary brzmią świetnie, więc nie mam do czego się tutaj przyczepić. Jedynie może jako do całokształtu kompozycji. No! Na to czekałem! Początek „The Lost & the Forgotten” przypomina mi „The End is Near z Rulebreakera”. Do tego ten ryk! To jest mój numer jeden! Tu jest wszystko! W tym jedna z najlepszych solówek na tej płycie!

„My Name Is Fear” jak dla mnie również brzmi idealnie. Kolejny utwór do kolekcji ulubionych na playliście. „I Will Be Gone” to wreszcie prawdziwa ballada, nie tylko przez magię gitar akustycznych, ale też przez wokal i wzruszający tekst. Zespół stanął tu na wysokości zadania.  „Raise Your Fists” chociaż wzrusza, dostarcza też odpowiedniej dawki heavy metalu, dobrze znanej z poprzednich utworów z tej płyty.

Natomiast „Howl of the Banshee” nie powala słuchacza na kolana. Jest kolejnym z tych ,,dobrych” utworów. Nawet solówka nie była w stanie go uratować, chociaż miałem taką nadzieję. Podobnie ma się sprawa z „Afterlife”. Niby niczego nie brakuje, ale w ostateczności całą kompozycję „trzyma” jedynie gitara.

Zamykający „Infinity” to zupełnie inna historia! Neoklasyczne gitarowe otwarcie, nastrojowy wokal Ralfa – zakładam więc, że mam do czynienia z długą balladą. Potem następują zmiany tempa, budując napięcie. Sama długość utworu to najważniejszy, wirtuozerski pierwiastek i pełnia barw różnorakich dźwięków. Dla miłośników tego rodzaju kompozycji jest to epicki majstersztyk. Bo dla mnie właśnie jest!

 Primal Fear jak dla mnie powraca w całej, swojej klasie i okazałości! Cieszy mnie to niezmiernie. „Metal Commando” na chwilę obecną jest najlepszym krążkiem heavy/power metalowym tego roku. Dlaczego? Już same cyfry mówią za siebie. Bowiem osiem z jedenastu utwór zagości na mojej playliście na stałe! „The Lost & the Forgotten”, „My Name Is Fear”, „I Am Alive”, „I Will Be Gone”, „Raise Your Fists”, „Afterlife”, „Along Came the Devil” oraz najdłuższy „Infinity”. Do tego zaje…a okładka. Brawo Primal Fear! Pozostaje mi tylko czekać na wasz koncert. Do zobaczenia znowu na żywo!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Kamelot – Eternity (1995)

Z racji powrotu mojego zamiłowania do power metalu i jego pochodnych, po dłuższej przerwie ponownie wziąłem się za amerykański zespół power/heavymetalowy Kamelot. Wybór padł na jego debiut Eternity, wydany przez Noise Records 23 sierpnia 1995 roku, czyli równe dwadzieścia pięć lat temu. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? No i czy lub w jakim stopniu zespół muzycznie ewoluował? Kilka przesłuchań i przynajmniej dla mnie to będzie na tyle jasne, aby udzielić jednoznacznych odpowiedzi.

Pierwszy kawałek, tytułowy Eternity, ma pompatyczny symfoniczny wstęp, co skutecznie przykuwa uwagę, później natomiast pojawia się riff otwierający. Kiedyś sam utwór wydawał mi się nijaki, może dlatego, że byłem dość mocno zakręcony na punkcie innych zespołów, kiedy w 2005 roku parę płyt Kamelota pojawiło się na moim discmanie. Dziś solówka oraz zmiany tempa, niepozwalające jednoznacznie go zakwalifikować, no i oczywiście bardzo dobry wokal Marka Vanderbilta sprawiają, że Eternity ponownie trafia na moją playlistę. Bardzo dobry numer otwierający płytę. Black Tower również nie jest gorszy. Zwiększona jest oczywiście dynamika samej kompozycji, pojawia się też więcej dobrych gitarowych popisów Thoma.

Na Call of the See słyszę riff, który wydaje mi się znajomy. Serio, albo to inny zespół inspirował się tym utworem, albo na odwrót. Tak czy inaczej, jest bardzo chwytliwy. Kolejna dobra solówka Thoma. Tu znowu przebojowość oraz budowanie napięcia wygrywają i mam kolejnego nowego ulubieńca z tego albumu. Jest bardzo dobrze. „The see is calling me!”. Równie dynamicznemu Proud Nomad też nie mam nic do zarzucenia, gdyż pomimo przewidywalności pewnego rodzaju różnorodność riffów gitarowych autorstwa Thoma nie pozwala mi się znudzić. Co ciekawe, mam wrażenie, że Red Sands jest swego rodzaju kontynuacją poprzedniego utworu. Jeśli nie liryczną, to muzyczną, bo zaczyna się z tak zwanym przytupem, do tego chyba pierwszy raz słyszę w nim wokal wspierający Thoma. Tu też jest jedna z czterech najlepszych jak dla mnie solówek na tej płycie, co z miejsca klasyfikuje Red Sands jako mój trzeci „nowy” ulubiony utwór z tego albumu. Z One Of The Hunted mam podobnie. Kiedyś wydawał mi się taki sobie, bez jakiegoś szału, a teraz wręcz przeciwnie. Krótko mówiąc, pierwsza połowa albumu Eternity jest rewelacyjna!

Z Fire Within jest odrobinę gorzej, bo z jednej strony może być to ballada, a z drugiej utwór balladopodobny. Zakładając, że mam do czynienia z balladą, to ratują ją tylko nastrojowe partie gitarowe, bo słuchając tekstu, jakoś nie poczułem potrzeby refleksji czy też wzruszenia. Warbird natomiast jak szybko wlatuje, tak wylatuje. Jeśli chodzi o dobrą balladę, a przynajmniej lepszą od poprzedniej, to jest nią What About Me. Tu wokal jest jednoznacznie ukierunkowany, tekst też jest refleksyjny, więc nie jest może genialnie, ale tragedii nie ma. Etude Jongleur jest instrumentalnym przerywnikiem przed zamykającym płytę The Gleeman, który swoją rolę spełnia po latach znakomicie. W porównaniu do moich nowych ulubionych kompozycji jest przebojowy, choć już bardziej przewidywalny (co w jego przypadku nie jest zarzutem),a partie keyboardowe są w nim wręcz magiczne.

Podkreślę to jeszcze raz: o dziwo, czas okazał się bardzo łaskawy dla debiutanckiego albumu Kamelotu. Dowodzi to, że nawet po latach można zostać pozytywnie zaskoczonym. Sam zespół oczywiście ewoluował, dodając trochę więcej elementów symfonicznych do swoich następnych płyt. Jak dla mnie z perspektywy czasu ten konkretny debiut można uznać za bardzo udany. Sam żałuję, że nie od niego zaczynałem swoją przygodę z amerykańskim Kamelot. Czy powrócę do następnych płyt tego zespołu? Sam nie wiem, możliwe, że tak. Na chwilę obecną Eternity staje się dla mnie ulubionym albumem Kamelotu, pomimo iż znam ich późniejsze dokonania.

Korekta: Ewa „Iva” Zwolińska

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Coat of Arms (2010)

Osoby śledzące mojego bloga wiedzą już, że nie pierwszy raz recenzuje album grupy Sabaton. Jest tak, chociażby z powodu, iż, łączy moje oba zainteresowania, muzykę i historię. Zainspirowany dość interesującej konwersacją z Martą, wezmę się za mający już dokładnie dziesięć lat, piąty studyjny album Szwedów, zatytułowany Coat of Arms. Napiszę, co sprawia że, pomimo upływu dekady od jego wydania, tak naprawdę moja opinia o nim jest w sumie niezmienna.

Tytułowy singiel otwierający ten album, brzmi jak kontynuacja drogi, jaką zespół obrał na płycie The Art of War z 2008 roku. Na temat krążka o sztuce wojny wyraziłem swoje zdanie, kto nie zna, polecam się zapoznać. Co do Coat of Arms, jest dobry, ale nie odkrywczy. Natomiast drugi utwór Midway, opowiadający o legendarnej bitwie morskiej, rozegranej podczas II Wojny Światowej między USA a Japonią, to jest istna energetyczna oraz przebojowa petarda. Swoją drogą pojawił się w kinach bardzo dobry film o tym samym tytule. Także jak ktoś jest fanem kina wojennego. Polecam. Szkoda, że, Sabaton-u nie zaprosili do współpracy. Także Midway, to genialny utwór do nakręcenia się przed pracą, jeśli ktoś ma ją dość stresującą. Oddający instrumentalnie i wokalnie przez Joakima dramatu owej morskiej batalii.

Polski akcent, który oczywiście pojawia się w Uprising. Kompozycja również odpowiednio oddaje realia Powstania Warszawskiego, jest przebojowa, a jednocześnie też dramatyczna. Za to zapewne polscy fani jeszcze bardziej pokochali grupę, a polski fanklub Polish Batalion, zyskał nowych członków. Zresztą moim zdaniem słusznie. Także na razie nie jest źle.

Inna sprawa już jest w przypadku drugiego i ostatniego singla promującego tę płytę czyli – Screaming Eagles. No i tu pojawiają się przysłowiowe ,,schody”. Jak dla mnie pod kątem muzycznym jest on mocno przeciętny, a co najważniejsze za mało przebojowy jak na singiel. Wpada i wypada jednym uchem. Natomiast piąta kompozycja to zupełnie inna historia. Oczywiście mam tu na myśli The Final Solution. Zapewne z racji delikatnej tematyki, która została muzycznie genialnie oprawiona, ten utwór jest moją słabością i najlepszą jak dotąd balladą w dorobku tej grupy. Kolejny utwór Aces In Exile, jest też o Polakach, jak i innych cudzoziemcach biorących udział w Bitwie o Anglię. Jednak muzycznie? Znowu wpada i wypada jednym uchem. Tak samo jest też z Saboteurs. Poruszający tematykę ciężkiej wody i akcji sabotażowej przeprowadzonej przez norweski ruch oporu. Słabo.

Jednak z ósmą kompozycją zatytułowaną Wehrmacht, pojawiają się kontrowersje. Chodzi o tematykę niemieckiego wojska III Rzeszy, czyli Wermachtu. W wielu państwach europejskich, z racji doznanych krzywd, nie został on odebrany pozytywnie, a wręcz przeciwnie. Choć sam w sobie nie wychwala owej armii, najwidoczniej Joakim i spółka przecenili zdolności interpretacyjne części fanów. Zwłaszcza Polaków. Przedostatni White Death jest o najlepszym moim zdaniem snajperze, który stąpał po tej Ziemi i jednocześnie jest jednym z największych bohaterów narodowych dla wszystkich Finów, mówię oczywiście o istnym łowcy żołnierzy radzieckich w czasie wojny zimowej, czyli Simo Häyhä o pseudonimie Biała Śmierć. Tu trashowe riffy to istna magia, tak samo jak solówka gitarowa. Ostatni bardziej rock’n rollowo / metalowo tematycznie Metal Ripper muzycznie broni się bardzo dobrze, zatem fakt luźniejszej tematyki jest do wybaczenia, bo tu jest druga pod kątem technicznym, najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Zamknięcie albumu lepsze niż początek.

Podsumowując to wszystko i dodając coś jeszcze od siebie. Album jest ogólnie dobrą kontynuacją The Art of War, ale z paroma dobrymi patentami. Kontrowersyjną tematyką akurat przeciętnego utworu, jeśli chodzi o muzyczny aspekt – Wehrmacht. Drugi już po 40:1, w dorobku Sabatonu ,,polski hit koncertowy” – Uprising. Ponadczasową balladę, przy której za każdym razem mam łzy w oczach, The Final Solution oczywiście mam tu na myśli. Dający odpocząć od historii samej w sobie, Metal Ripper, no i dwie energetyczne petardy, czyli, Midway oraz White Death. Oczywiście wszystkie te wymienione kompozycje są moimi ulubionymi z tej płyty, do których wracam bardzo często. Reszta jest przeciętna, ale też nie na fatalnym poziomie muzycznym. Krótko mówiąc, w wyniku prostej kalkulacji, album wypada nie najgorzej w moich uszach, chociaż w porównaniu do poprzedniczki, forma spadła prawda Marto? Dla mnie nieco spadła jeśli chodzi o cały krążek, pomimo nieco lepszej okładki.

8/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Allen / Olzon – Worlds Apart (2020)

Najwidoczniej pewni artyści nie lubią próżni twórczej. Wśród nich jest znana z Nightwish oraz The Dark Element – Anette Olzon, która podjęła współpracę z Allenem Russel. Który jest znany przede wszystkim z zespołu Symphony X. Oboje zawiązali projekt Allen/ Olzon i 6 marca 2020 roku wydali album zatytułowany Worlds Apart. Z racji, iż, osoba Anette Olzon nie jest mi obojętna, jestem ciekaw, co z tej współpracy wynikło. Muzyczna tragedia czy cudowne objawienie i wprowadzenie muzycznych innowacji? Słuchając, przekonam się, oraz podzielę się swoimi wrażeniami.

Otwierający Never Die to niby epickość, czyli klimatyczne, nawet trochę przedłużane wejście gitar, a potem partii smyczkowych. Sam wokal Allena brzmi typowo power metalowo, ale na samym końcu strikte heavy. Drugi, tytułowy Worlds Apart to keybordowo/fortepianowy wstęp. Po raz pierwszy pojawia się wokal Anette, choć zdawkowo, bo w duecie z Allenem. Na tym krążku po raz pierwszy, lecz nie ostatni. Prostota w tym dwie solówki gitarowe zadziałały, bo singiel nawet wpada w ucho.

Na I Will Never Leave You Allen trochę przekombinował moim zdaniem z death metalowymi breakami oraz przejściami. Nie tędy droga. Wokalnie Anette natomiast ukazała się w pełnej klasie. What If I Live to kolejny duet wokalny Allena i Anette. Muzycznie wpada i wypada jednym uchem, jak dla mnie. Lost Soul natomiast jak dla mnie, jest najbardziej epicką, we właściwym tego słowa znaczeniu, kompozycją na tej płycie. Do tego thrashowe riffy które można na niej usłyszeć tego nie zaburzają. No Sign of Life nie wyróżnia się znowu niczym szczególnym, zarówno muzycznie jak i wokalnie. Wyraźnie czuć zmęczenie materiału. Sytuację ratuje bardzo dobra ballada One More Chance. Czyżby tytuł nie był przypadkowy? Proszący o danie płycie szansy? Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Sama ballada zawiera w sobie odpowiedni nastrój, więc daje jej duże B. Natomiast już bardziej dynamiczny My Enemy, też od biedy można podciągnąć pod balladę, gdyż zawiera jej kilka cech. Przynajmniej ja tak uważam. Osobisty tekst, gdzie duet dwojga wokalistów jest dopasowany idealnie, a tych momentów na krążku jest mało. Nastrój też, nie kłuci się tu z przebojowością. Who You Really Are też niczym mnie nie zachwyciło. Typowy heavy metal. Przedostatni Cold Inside jako ballada wypada słabiutko, nastoju prawie żadnego, tu wypada małe b. Jak też słusznie myślałem, zamykający płytę Who’s Gonna Stop Me Now był przewidujący. Tylko że, tu twórcy, nie wysilili się nawet aby, dobrze dobrać symfoniczne elementy, przez co dla mnie to zamknięcie było fatalne.

Album Worlds Apart sam w sobie odkrywczy oraz innowacyjny nie jest. To na pewno. Jest z rodzaju tych prostszych, choć pod koniec jako słuchacz byłem już lekko zmęczony i znudzony. Nie wiem, kto pisał poszczególne utwory, oraz czy wszystkie nie były pisane wspólnie. Serio. Jeśli miałbym wskazać te godne uwagi, to byłyby to Never Die, One More Chance oraz My Enemy. Nawet nie jestem do końca pewien, czy, wolę go bardziej, od drugiego już(ale dla mnie słabszego od debiutanckiego) albumu Songs the Night Sings zespołu The Dark Element, ale zbytnie gitarowe popisy, deathowe breaki, a także kiczowatość źle dobranych symfonicznych ozdobników, lub ich całkowity brak, to wszystko sprawia, że, ta płyta jest miszmaszem gatunkowym. W złym tego słowa znaczeniu. Trzy utwory trzymają określoną stylistykę znaną mi z metalu symfonicznego. Na koniec dodam, że, okładka też jest kiczowata. Nie wspomnę już o kosmicznej polskiej cenie tej płyty. Taki materiał to się może ukazywać co rok lub dwa lata, ja zainteresowałem się nim,tylko dlatego, że, jestem fanem poczynań Anette Olzon. Jak zatem wyszła współpraca? Jej skutkiem powstał drugoligowy album, a mnie jeśli już to interesuje pierwsza liga, a przede wszystkim muzyczna ekstraklasa. Także jak dla mnie totalny niewypał, bo nie zamierzam się tym projektem już interesować.

6/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Dragonforce – Extreme Power Metal (2019)

Ostatnio moją uwagę ponownie przykuł brytyjski Dragonforce. W okrągłe dwadzieścia lat od czasu rozpoczęcia swojej działalności wydali 27 sierpnia 2019 roku wydany przez Metal Blade Records, swój ósmy album zatytułowany bardzo odważnie, Extreme Power Metal. Czy okaże się faktycznie tak ekstremalny, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu jak sugeruje tytuł? Czy może będzie nad odwrót? Chętnie się przekonam oraz udzielę odpowiedzi.

Już od samego początku zespół nie próżnuje. Mam tu na myśli singiel otwierający Highway to Oblivion. Szybkie elektroniczne wprowadzenie, no i od razu hiper prędkość gitar połączona ze zgranymi partiami perkusji. Do tego nie tylko jeden główny wokal, a aż sześć biorąc pod uwagę cały krążek to dość sporo. Co do bogactwa riffów nie mam wątpliwości od heavy po thrash metalowe. Nawet w jedynym, wolniejszym a chwytliwym The Last Dragonborn, który trochę mi przypomina fragment ścieżki dźwiękowej z tej najstarszej wersji filmu Karade Kid. Natomiast zamykający płytę cover najsłynniejszej ballady autorstwa Celine Dion z filmu Titanic wyprowadził mnie mocno z równowagi, a potem tylko bawił. Potraktowałem go jako ciekawostkę, bo poważnie nie potrafię.

Dragonforce zaaplikował mi solidną dawkę energii, we wszystkich utworach z płyty, no może poza ostatnim. Podobno power metal jest gatunkiem uodpornionym na radykalne impulsy. Czy aby na pewno? Każdy bowiem, kto kiedykolwiek omdlewał, dyszał lub zesztywniał z podniecenia po usłyszeniu zwrotnych solówek oraz mknących jak błyskawica rymów, znajdzie to coś dla siebie. W moim przypadku jednak tego wszystkiego, czyli zawrotnej prędkości gitar połączonej z perkusją, było za dużo. Wokal Marca spisywał się świetnie, jednak na tej płycie ewidentnie zespół poszedł o krok za daleko. Tak więc w Extreme Power Metal jest dla mnie za dużo speed metalu, pomijając fakt, iż okładka jest rodem z jakiejś gry komputerowej, co wyjaśnia pikslowe brzmienie klawiszy w wielu utworach. Spójność albumu jest również nie do podważenia, bo jest zbyt przewidywana, lecz sprawia, iż, nie mam ulubionej kompozycji, która wyróżniałaby się czymś wybitnym. Album nie jest zły, ale zbyt intensywny oraz szybki, co chociażby po czterech pierwszych utworach, psuje bardzo dobre pierwsze wrażenie, jeśli o mnie chodzi, zwłaszcza aby do niego wracać. Na pewno nie. Zamiast naprawdę ekstremalnego power metalu, zespół stworzył kit-piksel-speed power metal.

Korekta Paulina Wawrzusiak

5/10

Kategorie
Bez kategorii

Powerwolf – The Bible of the Beast (2009)

Jakiś czas temu wyraziłem swoją opinię na temat najnowszego albumu The Sacrament of Sin niemieckiego zespołu Powerwolf. Teraz po dłuższej przerwie, powróciłem do ich trzeciej płyty, wydanej 27 kwietnia 2009 roku, czyli ponad dekadę temu. Czy czas zadziałał na korzyść płyty? Czy moje ulubione utwory zostały zamienione na inne? No i czy nadal jest on jednym z opus magnum tego zespołu? Jest tylko jeden sposób, aby poznać odpowiedzi na te pytania.

Intro Opening – Prelude To Purgatory nadal doskonale wprowadza w klimat albumu. Utwór ten cechuje porządna dawka dramatyzmu. Całość dopełnia pompatyczność instrumentów symfonicznych, oczywiście z nieodzownymi organami kościelnymi, wraz z nadal mistrzowskim oratorskim warsztatem Attili Dorna. W pierwszym faktycznym utworze Raise Your Fist Evangelist. Attila nadal nie zawodzi, zwłaszcza jeśli chodzi o chórki. Kompozycja zawiera naprawdę dobre partie gitarowe z nieprzesadzonymi przejściami perkusji. Zaś na jego końcu znajduje się koniec naprawdę nadal dobra solówka gitarowa.

Moscow After Dark jest jednak bardziej przebojowy. Zawiera bowiem bogatsze riffy gitarowe oraz bardziej dynamiczną strukturę, przez co jest jedną z wielu najbardziej energetycznych kompozycji na tej płycie. Natomiast w Panic In The Pentagram już sam początek nadal przykuwa uwagę. Utwór cechują dobrze zagrane partie basowe oraz po zmianie tempa bardzo galopująca solówka gitarowa doskonale połączona z perkusją.

Catholic In The Morning… Satanist At Night pod kątem lirycznym idealnie pokazuje dwie ukryte natury człowieka, dobrą i złą. Pod kątem muzycznym niczego mu nie brakuje. Zwłaszcza kolejnej dawki pozytywnej energii. Seven Deadly Saints też jest dobry. Słychać, iż Attlia wręcz bawi się swoim głosem. Ma też kolejną bardzo dobrą solówkę gitarową.

Werewolves Of Armenia nadal jest nieśmiertelny. Legendarny wręcz już epicki wstęp wraz z odliczaniem po niemiecku ciągle daje rade. Do tego jeszcze to hu ha, nic dziwnego, że jest jednym z koncertowych hitów. Całość dopełniają przebojowe riffy oraz śpiew, z krótką deklamacja Attili. Na sam koniec otrzymujemy, chyba najbardziej chwytliwe gitarowe solo na tej płycie. We Take The Church By Storm ma mocno thrashowe riffy, co mogło umknąć mej uwadze, przy wcześniejszym odsłuchu. Jest to następny dynamiczny utwór. Lecz tutaj dwie solówki gitarowe mnie pozytywnie zaskoczyły. Oprócz tego tekst: Ohh, We take the church by strom ! Zapadnie mi mocno w pamięć.

Resurrection By Erection to kolejny wieloletni hit koncertowy. Tekst był i jest bardzo przewrotny, lecz ludzie rozumiejący grę słów, będą wiedzieć, że nie chodzi tylko o erekcję. Muzycznie znowu tak samo jak w przypadku Werewolves Of Armenia, bez żadnego zarzutu. Natomiast Midnight Messiah wydaje mi się niedoceniony. Dwie genialne wręcz solówki, mnóstwo przejść. Zbudowane napięcie idealnie podkreślą partie werbli. Przedostatni St. Satan’s Day rozpoczyna się dobrą marszówką. Całość uzupełniają partie chóru, zmienne tempo, dynamiczne riffy oraz znowu dobrze zagrane partie basowe. Tutaj natomiast solówka jest średnia. Na sam koniec mamy epicki Wolves Against The World, który w założeniu nie był balladą, jak dla mnie stał się nią, ponieważ zawiera wszystkie jej cechy. Uważam też, że Powerwolf miał już wcześniej w swoim repertuarze ballady oprócz niby tej ,,pierwszej” z ich ostatniej płyty. Choć ten temat nie jest prostym do zrozumienia.

Podsumowując. W przypadku tej płyty czas działa na jej korzyść. Pomijając nawet fakt, iż album ma równe 10 lat. Choć są na nim elementy, do których liczę, że grupa wróci w przyszłości, jak chociażby większa dramaturgia oraz partie basowe. Czas też dokonał pewnych zmian na mojej set liście płyty. Kiedyś moimi ulubionymi utworami z tego albumu były Werewolves Of Armenia, Catholic In The Morning… Satanist At Night orazResurrection By Erection, nadl są dobre. Lecz teraz zamieniałem je na Moscow After Dark, Midnight Messiah, We Take The Church By Storm oraz Wolves Against The World. Jako fan też chciałbym dożyć okazji, aby móc usłyszeć ten album wykonany w całości na żywo. Może na następnych trzech tegorocznych listopada (22 – Gdańsk, 24 – Wrocław oraz 25 – Kraków) występach w naszym kraju, zespół weźmie pod uwagę mijające dziesięć lat i zaprezentuje jakieś zapomniane utwory, jak chociażby We Take The Church By Storm, Midnight Messiah czy Moscow After Dark. Kto wie? Oby. Tak czy inaczej, jest to jeden z trzech albumów, na których zespół opiera swój styl. Jednym z opus magnum zespołu Powerwolf, pod względem muzycznym, jak i lirycznym. Biorąc to wszystko pod uwagę, ocena może być tylko jedna.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Art of War (2008)

Tym razem przeniosę się do szwedzkiego Falun, miejsca narodzin Sabatonu, kapeli uwielbianej przez jednych, znienawidzonej przez innych. Sam lubię ich twórczość, może też z powodu mojego hobbistycznego zainteresowania historią. Tak czy inaczej, odświeżyłem sobie po prawie 11 latach przerwy, ich czwarty studyjny album zatytułowany The Art of War. Czy dalej mnie zachwyca lub nudzi? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Ogólnie tematyka płyty opiera się na szeroko rozumianej sztuce wojennej. Fakt, iż, w prologu (intrze) Sun Tzu Says jest cytowany fragment dzieła samego Sun Tzu, akurat o tym samym tytule, nie jest przypadkiem. Jednak samo zastosowanie go jako lektora z kobiecym głosem chyba tak.

Pierwszy utwór po intro, czyli Ghost Division oprócz tego, iż, paradoksalnie opowiada o legendarnej 7 Dywizji Erwina Rommla, to nadal pod kątem dynamiki sieje istne spustoszenie. Nie brakuje klawiszy dopełniających gitary oraz dużej ilość blastów. Efekt dopełnienia to solo na keybordzie.

Tytułowy The Art of War, zaczyna się kolejną mądrą deklamacją ze strony pani lektor, cytującą znowu Sun Tzu. Tutaj znowu jak kiedyś tak i teraz otrzymałem solidną porcję idealnie pokrywających się partii klawiszy i gitar. Plusem są też bardzo wyraźnie podkreślone przejścia przez perkusje, a zwłaszcza blasy, no i wpadający w ucho jednak rytm charakterystycznych klawiszy. Solówka gitarowa również nadal jest bardzo dobra. Oprócz tego wokale wspierające Joakima też robią swoje.

Czas najwyższy utwór, którym Szwedzi zjednali sobie serca wszystkich polskich fanów. Mam na myśli kultowy już 40:1. Opowiadający epicką historię naszych mężnych żołnierzy, którzy bronili Wizny przed Niemcami do ostatniej kropli krwi. Co ciekawe 40:1 pozwolił, aby świat dowiedział się o tym, że to w Polsce zaczęła się II Wojna Światowa. Pod kątem muzycznym jest to kolejny klasyk koncertowy, gdyż wszystkie elementy, czyli przejścia perkusyjne oraz gitary, a także wokale wspierające są dopięte najlepiej jak można, jak epickie solo gitarowe. Dla mnie paradoksem jest, że niektórzy nasi rodacy, potrafią żartować na ten temat i nie przyznawać się, że go nie słyszeli, bo w to akurat nie uwierzę.

Unbreakable jest kolejnym z dynamicznych utworów. Jednakże odrobiny czegoś mu zabrakło. Szkoda. Skoro nawet naprawdę dobre gitarowe solo go nie ratuje na tyle, abym zmienił zdanie. Później mamy kolejny barwny przerywnik w postaci The Nature of Warfare pozwalający nieco odpocząć. Oraz posłuchać wywodów Sun Tzu.

Natomiast kolejny utwór Cliffs of Gallipoli, mówi o beznadziejnym oraz niepotrzebnym poświęceniu wielu istnień ludzkich w bitwie o Gallipoli w 1915 roku podczas I Wojny Światowej. Zaczyna się od bardzo szybkiej partii pianina, które towarzyszy do samego końca tej kompozycji. Jednocześnie podkreśla dzięki temu epickość tej opowieści. Kolejny już kultowy przebój w dorobku zespołu, którego nie naruszył w żaden sposób upływający czas. Jak i kolejnego doskonałego solo gitarowego, jednego z trzech najlepszych na całym albumie.

Talvisota to natomiast pokazanie konfliktu znanego jako wojna zimowa, z perspektywy totalnie zaskoczonych Sowietów którzy, nie spodziewali się aż tak zażartego oporu ze strony Finów. Jednak w ostateczności fiński Dawid przegrał z sowieckim Goliatem, nie poddając się jednak tak łatwo, czego dowodem było aż 126 825 poległych samych żołnierzy radzieckich, przy zdecydowanie mniejszych stratach ze strony Fińskiej. My jako Polacy mieliśmy i nadal mamy z Finami wiele wspólnego, może więc dlatego mi ten utwór nawet muzycznie nadal przypada do gustu, a zwłaszcza jego szybkie tempo, o czym świadczą bardzo szybkie partie gitarowe.

Panzerkampf rozpoczyna się nawet bardzo dobrym gitarowym solo. Tutaj mamy przedstawiony kolejny konflikt, czyli tak zwaną wojnę ojczyźnianą z perspektywy Sowietów, jako ofiar ze strony agresji Niemców. Jako Polak tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć, bo nasz kraj oba te reżimy doświadczyły okrutnie, lecz mimo wszystko prości ludzie nie byli niczemu winni, bronili swoich domów przed wrogiem w największej bitwie pancernej II Wojny Światowej. Muzycznie znowu nie ma się do czego doczepić. Poza tym słyszę tu drugie równie dobre solo, dobre zmiany temp budujące nastój.

Union (slopes of st. Benedict) to opowieść o tak naprawdę międzynarodowych aż czterech bitwach o Monte Cassino. Warto podkreślić, że Polacy, dla których był to chrzest bojowy, w ostateczności po prawie 5 miesiącach działań Aliantów zdobyli Monte Cassino. Tu też niczego nie brakowało i nie brakuje. Wprowadzający głos pani lektor, też znowu zdaje egzamin. Jednak to drugi dobry, ale nie genialny utwór, któremu czas chyba zabrał to ,,coś”.

Kolejna niezwykle poruszająca, przynajmniej dla mnie historia o cenie ludzkiego życia jest ukazana w kolejnym już teraz kultowym The Price of a Mile. Może nie ma tu pianina, ale nie jest potrzebne, aby poczuć tak naprawdę klimat tej kompozycji. Tak samo, jak w przypadku Cliffs of Gallipoli. Mogę nawet rzec, iż to są dwa najbardziej nastrojowe, nietypowe ballady z całego muzycznego dorobku grupy.

Ostatni Firestorm to istna muzyczna burza gitar oraz ogromnej ilości przejść. Oprócz tego to w tym utworze znalazłem drugie najbardziej interesujące solo klawiszy z tej płyty. Jest to ostania dawka energii przed zamykającym płytę outro A Secret. Z wersji re-armed miałem do czynienia z dwoma bonusowymi utworami, przedstawiającymi szwedzkich wikingów w heavy metalowym stylu kolejnym, czyli Swedish Pagans oraz Glorius Land, który ogólnie opowiada o obronie własnej ojczyzny. Pierwszy okazał się kolejnym koncertowym hitem. W tym drugim natomiast jest bardzo dobre gitarowe solo oraz dość interesujący zabieg wokalny Joakima. Pomijam bowiem wersję demo Art of War czy wykonany na żywo Swedish National Anthem.

Podsumowując. Pomimo upływu 11 lat od wydania tej płyty, nadal jest ona istną kopalnią przebojów, poza tym tylko jeszcze dwie płyty mają porównywalna ilość kultowych kompozycji dla fanów zespołu Sabaton. O tych dwóch pozostałych płytach też napiszę parę słów. Tak czy inaczej. Moi byli i obecni faworyci z tego albumu, czyli 40:1, Ghost Division, Art of War, Cliffs of Gallipoli, Panzerkampf oraz The Price of a Mile, natomiast z bonusów Swedish Pagans. To wyraźnie jak bardzo dobry jest to album. Moim zdaniem nadal jednym z trzech najlepszych zespołu Sabaton.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

GloryHammer – Legends from Beyond the Galactic Terrorvortex (2019)

Ostatnio tak mocno zastanawiałem się, nad powrotem do folku, a raczej pirackiego metalu, mam tu na myśli szkocki Alestorm. Jednak wpisuję Christopher Bowes, a tu znienacka algorytm youtube pokazuje Gloryhammer. Okazuje się, że Christopher Bowes założył go w 2010 roku. Grupa wykonuje kosmiczny power metal oraz śpiewa alternatywną wersję szkockiej historii osadzoną w kosmosie. Pierwszy raz byłem wdzięczny youtubowi za jego algorytm. Dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami odnośnie do najnowszego albumu grupy zatytułowanego Legends from beyond the Glactic Terrorvortex, wydanego 31 maja tego roku, przez Napalm Records. Czy przesłuchanie tego krążka było dobrym pomysłem? Zobaczymy.

Utwór, a raczej intro Into the Terrorvortex of Kor-Virliath, już powoduje u mnie podniosły nastój. Drugi The Siege of Dunkeld (In Hoots We Trust) utrzymuje epickość i rozpoczyna się bardzo dynamicznie. Do tego ten chór, bardzo dobry pomysł. Potem w odpowiednim momencie wchodzi bardzo dobry wokal Thomasa Winklera. No i wreszcie kosmiczne klawisze Chrisa. Dobre są też zmiany temp i przejścia oraz genialnie zrobiony głos złych charakterów, czyli Zargothaxa i Mrocznego Imperatora Dundee.

Masters of the Galaxy utrzymuje podobną tendencję, z pewnymi wyjątkami. Kompozycja, a raczej singiel jest bardziej chwytliwy, poza tym ten zły głos przeplatający się z głównym wokalem, wraz z efektem złego śmiechu, robi wrażenie. Do tego partie podkreślające gitarę basową oraz naprawdę dobra gitarowa solówka. Potem w The Land of Unicorns, to ja dostałem jednego z największych zaskoczeń co do tekstów, bo na początku to pomyślałem, że, to taki tytułowy żart. Jednak nie bo bohaterowie naprawdę mają chronić dolinę jednorożców przed złem. Muzycznie wyróżniają się tu dwie partie solowe gitarowa i klawiszowa. Choć nie, jeszcze faktycznie wokal, a zwłaszcza pod koniec to jest ,,coś”. Power of the Laser Dragon Fire oraz Legendary Enchanted Jetpack utrzymują dobry poziom, choć niby motoryka gitar jest, niby wszystko ok, ale sama chwytliwość trochę kuleje.

Natomiast Gloryhammer ma wszystko, co trzeba. Sam wstęp zapowiada petardę. Gdy moje uszy słyszą chwytliwe riffy, dobrą perkusję to tego, headbanging oczywiście gwarantowany. Do tego chór też robi swoje. Jeszcze te słowa powtarzane przez robota-super sprawa. Najlepsza fuzja gitar i klawiszy na płycie. Do tego te kosmiczne przejścia. To samo jest w przypadku Hootsforce. Tu jest jeszcze bardziej dynamicznie. Co ciekawe struktura muzyczna przypomina mi mocno pierwotny zespół Chrisa, czyli Alestrom. W tym przypadku to jest akurat komplement, bo nogi w moim przypadku same rwą się do pogo. Tylko co ciekawe wokal Thomasa zupełnie moim uszom nie przeszkadza, bo zwolnienia też w tym utworze występują oraz ten śpiewający robot. Te dwa single są singlami idealnymi.

Przed ostatni Battle for Eternity też jest dobry. Nie jest przesadzony, ale jednak do miana hitu mu troszkę brakuje, choć klawisze przypominające kalwesyn brzmią ciekawie, jednak to za mało. Sam tekst jednak sugeruje przygotowania do finalnej bitwy dobra ze złem. Z ostatnim The Fires of Ancient Cosmic Destiny miałem na początku problem, bo nie rozumiałem sensu zamieszenia prawie 13-minutowego zakończenia. Jednak zmieniłem zdanie i tu rozgrywa się finalna potyczka. Muzycznie jest ona na początku lekko przytłaczająca, choć to złudne wrażenie. Zły ,,Lektor” wszystko nam objaśnia, tak samo wokal, co lekko mnie zirytowało, sam koniec jest owiany nutą tajemnicy. Bo nie wiemy, czy Ci dobrzy wrócili szczęśliwe, czy też nie.

Podsumowując. Sam jeszcze oprócz najnowszego krążka Gloryhammer presłuchałem ich dwa poprzednie, myśląc, że będą lepsze, okazały się takie same, ale jeszcze bardziej pomogły mi zrozumieć sens liryk. Co do samej płyty, słuchając jej wielokrotnie, przypomniałem sobie też z dzieciństwa takie serie gier jak Starcraft, Warcraft oraz Heroes of Might and Magic. Dla mnie muzyka, fabuła, bo inaczej tego nazwać nie umiem, układa się w naprawdę dobrą fabularną strategiczną grę w starym stylu. Do tego okładka jest genialna. Serio dla mnie właśnie tak to wygląda, a idealna spójność płyty, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Moimi ulubionymi utworami bądź misjami, miłośnicy gier wiedzą, o co chodzi, są w kolejności. Pierwszy Gloryhammer, drugi Hootsforce, trzeci Masters of the Galaxy, a na końcu jako finalna walka z ,,bossem” The Fires of Ancient Cosmic Destiny. Muzycznie zespół uderzył w moją kolejną słabość i pasję, czyli zamiłowanie do gier typy Sci-FI oraz Fantasy. Jako albumu kosmiczno-power metalowy na chwilę obecną, biorąc wszystkie przedstawione przeze manie aspekty pod uwagę, ten jest dla mnie numerem jeden w 2019 roku na chwilę obecną.

10/10