GloryHammer – Legends from Beyond the Galactic Terrorvortex (2019)

Ostatnio tak mocno zastanawiałem się, nad powrotem do folku, a raczej pirackiego metalu, mam tu na myśli szkocki Alestorm. Jednak wpisuję Christopher Bowes, a tu znienacka algorytm youtube pokazuje Gloryhammer. Okazuje się, że Christopher Bowes założył go w 2010 roku. Grupa wykonuje kosmiczny power metal oraz śpiewa alternatywną wersję szkockiej historii osadzoną w kosmosie. Pierwszy raz byłem wdzięczny youtubowi za jego algorytm. Dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami odnośnie do najnowszego albumu grupy zatytułowanego Legends from beyond the Glactic Terrorvortex, wydanego 31 maja tego roku, przez Napalm Records. Czy przesłuchanie tego krążka było dobrym pomysłem? Zobaczymy.

Utwór, a raczej intro Into the Terrorvortex of Kor-Virliath, już powoduje u mnie podniosły nastój. Drugi The Siege of Dunkeld (In Hoots We Trust) utrzymuje epickość i rozpoczyna się bardzo dynamicznie. Do tego ten chór, bardzo dobry pomysł. Potem w odpowiednim momencie wchodzi bardzo dobry wokal Thomasa Winklera. No i wreszcie kosmiczne klawisze Chrisa. Dobre są też zmiany temp i przejścia oraz genialnie zrobiony głos złych charakterów, czyli Zargothaxa i Mrocznego Imperatora Dundee.

Masters of the Galaxy utrzymuje podobną tendencję, z pewnymi wyjątkami. Kompozycja, a raczej singiel jest bardziej chwytliwy, poza tym ten zły głos przeplatający się z głównym wokalem, wraz z efektem złego śmiechu, robi wrażenie. Do tego partie podkreślające gitarę basową oraz naprawdę dobra gitarowa solówka. Potem w The Land of Unicorns, to ja dostałem jednego z największych zaskoczeń co do tekstów, bo na początku to pomyślałem, że, to taki tytułowy żart. Jednak nie bo bohaterowie naprawdę mają chronić dolinę jednorożców przed złem. Muzycznie wyróżniają się tu dwie partie solowe gitarowa i klawiszowa. Choć nie, jeszcze faktycznie wokal, a zwłaszcza pod koniec to jest ,,coś”. Power of the Laser Dragon Fire oraz Legendary Enchanted Jetpack utrzymują dobry poziom, choć niby motoryka gitar jest, niby wszystko ok, ale sama chwytliwość trochę kuleje.

Natomiast Gloryhammer ma wszystko, co trzeba. Sam wstęp zapowiada petardę. Gdy moje uszy słyszą chwytliwe riffy, dobrą perkusję to tego, headbanging oczywiście gwarantowany. Do tego chór też robi swoje. Jeszcze te słowa powtarzane przez robota-super sprawa. Najlepsza fuzja gitar i klawiszy na płycie. Do tego te kosmiczne przejścia. To samo jest w przypadku Hootsforce. Tu jest jeszcze bardziej dynamicznie. Co ciekawe struktura muzyczna przypomina mi mocno pierwotny zespół Chrisa, czyli Alestrom. W tym przypadku to jest akurat komplement, bo nogi w moim przypadku same rwą się do pogo. Tylko co ciekawe wokal Thomasa zupełnie moim uszom nie przeszkadza, bo zwolnienia też w tym utworze występują oraz ten śpiewający robot. Te dwa single są singlami idealnymi.

Przed ostatni Battle for Eternity też jest dobry. Nie jest przesadzony, ale jednak do miana hitu mu troszkę brakuje, choć klawisze przypominające kalwesyn brzmią ciekawie, jednak to za mało. Sam tekst jednak sugeruje przygotowania do finalnej bitwy dobra ze złem. Z ostatnim The Fires of Ancient Cosmic Destiny miałem na początku problem, bo nie rozumiałem sensu zamieszenia prawie 13-minutowego zakończenia. Jednak zmieniłem zdanie i tu rozgrywa się finalna potyczka. Muzycznie jest ona na początku lekko przytłaczająca, choć to złudne wrażenie. Zły ,,Lektor” wszystko nam objaśnia, tak samo wokal, co lekko mnie zirytowało, sam koniec jest owiany nutą tajemnicy. Bo nie wiemy, czy Ci dobrzy wrócili szczęśliwe, czy też nie.

Podsumowując. Sam jeszcze oprócz najnowszego krążka Gloryhammer presłuchałem ich dwa poprzednie, myśląc, że będą lepsze, okazały się takie same, ale jeszcze bardziej pomogły mi zrozumieć sens liryk. Co do samej płyty, słuchając jej wielokrotnie, przypomniałem sobie też z dzieciństwa takie serie gier jak Starcraft, Warcraft oraz Heroes of Might and Magic. Dla mnie muzyka, fabuła, bo inaczej tego nazwać nie umiem, układa się w naprawdę dobrą fabularną strategiczną grę w starym stylu. Do tego okładka jest genialna. Serio dla mnie właśnie tak to wygląda, a idealna spójność płyty, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Moimi ulubionymi utworami bądź misjami, miłośnicy gier wiedzą, o co chodzi, są w kolejności. Pierwszy Gloryhammer, drugi Hootsforce, trzeci Masters of the Galaxy, a na końcu jako finalna walka z ,,bossem” The Fires of Ancient Cosmic Destiny. Muzycznie zespół uderzył w moją kolejną słabość i pasję, czyli zamiłowanie do gier typy Sci-FI oraz Fantasy. Jako albumu kosmiczno-power metalowy na chwilę obecną, biorąc wszystkie przedstawione przeze manie aspekty pod uwagę, ten jest dla mnie numerem jeden w 2019 roku na chwilę obecną.

10/10

Beast in Black – From Hell With Love (2019)

Fiński Beast in Black już jest Wam zapewne znany. Wyraziłem swoją opinię na temat ich debiutu Berserker. Jeśli jej jeszcze nie znaci, bo nie czytaliście. Polecam nadrobić zaległości. Dziś mam zamiar podzielić się z Wami, swoimi odczuciami odnośnie do ich najnowszego dzieła. Drugiego albumu zatytułowanego From Hell With Love. Wydany On został 8 lutego 2019 przez Nuclear Blast. Czy mnie zaskoczył lub rozczarował? Czy jest to kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Na te oraz inne pytania, chętnie Wam odpowiem, jeśli jesteście ich ciekaw.

Już od pierwszego utworu Cry out for a Hero nie jest nudno. Klawisze idealnie przeplatają się z riffami dwóch gitar. Antona oraz Kasperiego. Do tego mocny wokal Yannisa. Ciekawym zabiegiem jest wzmacnianie jego wokalu poprzez wokal Antona. Do tego oczywiście solówka gitarowa.

W utworach takich: jak From Hell with Love, Die by the Blade, True Believer oraz Heart of Steel. Właśnie aranżacje partii klawiszowych, przypomniały mi zarówno zespół Modern Talking, jak i genialną wręcz piosenkę Knight Rider, otwierającą każdy odcinek serialu Nieustraszony, który był na antenie od 1982 do 1986 roku.

Co do kwestii samych gitar. Pomimo pewnego schematu, jaki opracował Anton. Każda solówka, jego autorstwa, niezależnie czy wykonana przez niego, czy Kasperiego, jest po prostu świetna oraz zapadająca w pamięć. Natomiast jeśli chodzi o kwestię samych riffów, to bardziej energetyczne, pomimo obowiązkowej obecności klawiszy, moim zdaniem znajdują się na Cry out for a Hero, Sweet True Lies, Unlimited Sin, This Is War oraz No Surrender.

Przechodząc do wokalu, Yannis, nie we wszystkich numerach, pokazał, na co go stać. Mam tu na myśli album Berserker. Są jednak utwory, gdzie naprawdę mnie pozytywnie zaskoczył, takie jak True Believer. Znowu jego ekspresyjny głos idealnie odzwierciedlał, a przy tym podkreślał treść kompozycji. Przez to właśnie jedyna ballada Oceandeep, przy doskonałej gitar akustycznych, znowu sprawiła, że, zawładnęła mną cała masa emocji. Dopełniły je, partie dwugłosowe, odpowiednie solo, ale wokal był tym kluczem, który otworzył te drzwi wzruszenia, smutku i łez. Wzmocniony wokal poprzez udział Antona, świetnie został zastosowany w Cry out for a Hero. Na kilku utworach jest on powtórzony i daje zamierzony efekt. Wykrzyczenie pojedynczych fraz przez Mata oraz Kasperiego, też było dobre. Zwłaszcza w Sweet True Lies, This is War oraz No Surrender. Perkusista Atte Palokangas również wykonał kawał dobrej roboty, bez jego udziału, to wszystko nie byłoby tak zgrane ze sobą.

Jednak mimo wszystko są pewne detale, które sprawiły, że nie wszystkie kompozycje mogę stawiać na równi. Mianowicie do moich ulubionych, nie tylko zaliczają się dwa single. Sweet True Lies dlatego, że, od samego początku poprzez riffy dwóch gitar, dobre perkusyjne przejścia, brzmiał dla mnie inaczej. Zwłaszcza solówka Antona. Oprócz tego tekst, w tym jego prawda życiowa, odnośnie do skomplikowanych relacji damsko-męskich. Na Die by the Blade, słychać ducha debiutanckiego albumu. Nie One jednak są u mnie na podium .

Te miejsca zarezerwowane są dla innych. Numerem dwa jest From Hell with Love. Połączenie energii z nieznanych klawiszy, bardzo chwytliwych riffów, ale i samej treść tekstu, do tego ten zmienny wokal Yannisa. Numerem jeden jest bezdyskusyjnie True Believer. Chociażby przez to, jak mnie zaskoczył, gdzie frontman pokazał, jak na chwilę obecną, wszelkie chyba umiejętności swojego fachu. Oprócz tego umiejętne budowane muzyczne napięcie też zrobiło swoje. Na uwagę a przez to na trzecie miejsce, zasługuje bardzo motywujący No Surrender, choć który przypomina pod kątem przekazu, przypomina bardzo numer o tym samym tytule, nagrany przez Judas Priest na ich najnowszym albumie Firepower. Wisienką na torcie do tego, w postaniu bonusów, są dwa covery: Killed By Death oraz No Easy Way Out. Jeden zespołu Motörhead a drugi Roberta Teppera. Zapomniałem też wspomnieć o kolejnej, okładce autorstwa Romana Ismailova, robi wrażenie.

Otrzymaliśmy od Beast in Black. Kolejny bardzo dobry album. Zespół dopracował swój już styl, wykonując muzyczny progres. Poprzeczkę postawili sobie bardzo wysoko, jestem ciekaw czy ją przeskoczą. Czy jestem tym albumem rozczarowany? Zdecydowanie nie. Czy jest to dla mnie mocny kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Zdecydowanie tak. Płyta jest kompletna i spójna, pod każdym możliwym względem. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy pod kątem lirycznym, jest kontynuatorką płyty Berserker .Tak czy inaczej, Die by the Blade nawiązuje do niej na 100 procent. Zresztą sam tytuł debiutu można usłyszeć parę razy, tak samo, jak odniesie do samej bestii. Dajcie znać, czy i wam spodobał się drugi album Beast in Black. Ja dla mnie dzięki duchowi lat osiemdziesiątych oraz dodaniu wielu od siebie muzycznych patentów, ponownie zapisali się w historii obu gatunków, zarówno heavy, jak i power metalu.

10/10

Powerwolf – The Sacrament of Sin (2018)

Na to wszyscy, nie wyłączając mnie, czekali. Kolejny albumu grupy Powerwolf zatytułowany „The Sacrament of Sin” ujrzał światło dzienne 20 lipca 2018 roku. Chociaż jest już trochę po premierze, mogę podzielić się z Wami swoją opinią na temat tego krążka. Jeśli jesteście jej ciekawi, serdecznie zapraszam.

Fire & Forgive już od samego początku zapowiada się dobrze i jest właśnie dobrym kawałkiem. Zdecydowanie więcej tu symfonii, choć chwytliwych riffów i solówki też nie brak — jednak w końcu był to singiel. Utwór, z tego, co mi wiadomo, pod kątem lirycznym nawiązuje do historii opętanej Polki, a co ciekawe sam teledysk był kręcony na Dolnym Śląsku. Następnie pojawia się kolejny singiel Demons Are a Girl’s Best Friend, który jest luźnym nawiązaniem do piosenki Marylin Monroe Diamonds are a Girl’s Best Friend. W moich uszach ten kawałek wypada mocno przeciętnie. Muszę przyznać, że kiedy oczekiwałem na ukazanie się albumu w całości, po pierwszym zetknięciu z tą kompozycją byłem i nadal jestem mocno rozczarowany. Może to wynika też z samej kolejności, bo ten utwór pojawił się jako pierwszy singiel, jednak efekt pierwszego wrażenia pozostał.

Na szczęście inna sprawa jest z Killers with the Cross, mroczny szept Attili na samym początku idealnie zbudował napięcie, poprzedzając mocne muzyczne wejście całego zespołu. Riffy w połączeniu z blastami perkusji, wraz z genialną solówką, to po prostu mistrzostwo, co sprawia, że to jeden z trzech moich ulubionych utworów z tej płyty. Oprócz tego teledysk do niego też wyszedł im świetny. W Incense & Iron zespół eksperymentalnie postawił na elementy folkowe na samym początku, co dało bardzo dobry rezultat. Jest dzięki temu na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o kompozycje z tego krążka. Na żywo zresztą miałem okazję oglądać go na Masters of Rock w tym roku.



Ciekawe jest, że pierwszą w historii zespołu balladą okazał się kawałek Where the Wild Wolves Have Gone. Czemu Powerwolf aż tyle zwlekał? Może kiedyś się tego dowiemy … W każdym razie utwór ma to, co potrzebne w balladzie, czyli przede wszystkim nastrój, który sprawia, że uwalniają się emocje. Jak na pierwszy raz było bardzo dobrze, partie pianina zrobiły swoje. Zbudowany nastrój podtrzymuje skutecznie Stossgebet, na którym moim deklamacje Attili są najlepsze. Więcej w tym utworze symfonii niż metalu, co akurat wychodzi na dobre, ponieważ dodaje epickości. O ile mnie pamięć nie zawodzi, od czasu albumu „Preachers of the Night”, zespół nie nagrał nic, co zawierałoby nawet po części język niemiecki, ale ten utwór pokazuje, że wiedzą, kiedy to zrobić. Na początku Nightside of Siberia, trzeciego i ostatniego z moich muzycznych ulubieńców, występuje element operowej grozy. Taki nastrój genialnie zbudował napięcie, potem weszły riffy z perkusją, natomiast prawdziwą magią są momenty zmian tempa oraz sam refren, który można nucić bez końca.

Tytułowy The Sacrament of Sin też daje radę, choć mnie jakoś na kolana nie powala, nawet pomimo krótkiego folkowego fragmentu i deklamacji Attili. Tytułowa kompozycja albumu jest po prostu dobra, teledysk do niej robi jednak większe wrażenie. Venom of Venus to znowu inna sprawa: pojawia się tam operowy śpiew, udane chóry, bardzo dobra solówka, świetna perkusja. Dzięki tym wszystkim elementom do kompozycji chce się wracać (zresztą z tego, co wiem, znalazł się na koncertowej setliście zespołu). Nighttime Rebel nie jest zły, ale też nie jest wspaniały, jest jednym z tak zwanych powerwolfowych średniaków, tak samo, jak utwór zamykający Fist by Fist (Sacralize or Strike).

Zespół zdecydowanie się rozwinął, gdyż zastosował po raz pierwszy elementy folkowe w dwóch utworach. Cechy powerwolfowej przebojowości oraz wypracowanego stylu zostały zachowane w stu procentach. Dużym plusem jest też rozszerzenie symfonicznych partii oraz chórków przy jednoczesnym zachowaniu genialnych deklamacji Atilli. Jak dla mnie jest to bardzo dobry album, oczekiwania tak naprawdę pokryły się z rzeczywistością. Sama okładka (której autorką jest Zsofia Dankova – chapeau bas) jest odzwierciedleniem przekazu zawartego w tekstach. Zło i dobro to pojęcia względne i to nie tylko dobro leży po stronie kościoła. Tak ja zrozumiałem ten przekaz, zespół nie stosuje ślepego antyklerykalizmu opartego na nienawiści, tylko na zdrowym rozsądku. Jak dla mnie ta spójność muzyczna oraz liryczna, sprawia, że jako wieloletni fan z jednej strony jestem zadowolony, lecz z drugiej czuję pewien nie dosyt. Chętnie poznam też Wasze opinie.

9/10