Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Coat of Arms (2010)

Osoby śledzące mojego bloga wiedzą już, że nie pierwszy raz recenzuje album grupy Sabaton. Jest tak, chociażby z powodu, iż, łączy moje oba zainteresowania, muzykę i historię. Zainspirowany dość interesującej konwersacją z Martą, wezmę się za mający już dokładnie dziesięć lat, piąty studyjny album Szwedów, zatytułowany Coat of Arms. Napiszę, co sprawia że, pomimo upływu dekady od jego wydania, tak naprawdę moja opinia o nim jest w sumie niezmienna.

Tytułowy singiel otwierający ten album, brzmi jak kontynuacja drogi, jaką zespół obrał na płycie The Art of War z 2008 roku. Na temat krążka o sztuce wojny wyraziłem swoje zdanie, kto nie zna, polecam się zapoznać. Co do Coat of Arms, jest dobry, ale nie odkrywczy. Natomiast drugi utwór Midway, opowiadający o legendarnej bitwie morskiej, rozegranej podczas II Wojny Światowej między USA a Japonią, to jest istna energetyczna oraz przebojowa petarda. Swoją drogą pojawił się w kinach bardzo dobry film o tym samym tytule. Także jak ktoś jest fanem kina wojennego. Polecam. Szkoda, że, Sabaton-u nie zaprosili do współpracy. Także Midway, to genialny utwór do nakręcenia się przed pracą, jeśli ktoś ma ją dość stresującą. Oddający instrumentalnie i wokalnie przez Joakima dramatu owej morskiej batalii.

Polski akcent, który oczywiście pojawia się w Uprising. Kompozycja również odpowiednio oddaje realia Powstania Warszawskiego, jest przebojowa, a jednocześnie też dramatyczna. Za to zapewne polscy fani jeszcze bardziej pokochali grupę, a polski fanklub Polish Batalion, zyskał nowych członków. Zresztą moim zdaniem słusznie. Także na razie nie jest źle.

Inna sprawa już jest w przypadku drugiego i ostatniego singla promującego tę płytę czyli – Screaming Eagles. No i tu pojawiają się przysłowiowe ,,schody”. Jak dla mnie pod kątem muzycznym jest on mocno przeciętny, a co najważniejsze za mało przebojowy jak na singiel. Wpada i wypada jednym uchem. Natomiast piąta kompozycja to zupełnie inna historia. Oczywiście mam tu na myśli The Final Solution. Zapewne z racji delikatnej tematyki, która została muzycznie genialnie oprawiona, ten utwór jest moją słabością i najlepszą jak dotąd balladą w dorobku tej grupy. Kolejny utwór Aces In Exile, jest też o Polakach, jak i innych cudzoziemcach biorących udział w Bitwie o Anglię. Jednak muzycznie? Znowu wpada i wypada jednym uchem. Tak samo jest też z Saboteurs. Poruszający tematykę ciężkiej wody i akcji sabotażowej przeprowadzonej przez norweski ruch oporu. Słabo.

Jednak z ósmą kompozycją zatytułowaną Wehrmacht, pojawiają się kontrowersje. Chodzi o tematykę niemieckiego wojska III Rzeszy, czyli Wermachtu. W wielu państwach europejskich, z racji doznanych krzywd, nie został on odebrany pozytywnie, a wręcz przeciwnie. Choć sam w sobie nie wychwala owej armii, najwidoczniej Joakim i spółka przecenili zdolności interpretacyjne części fanów. Zwłaszcza Polaków. Przedostatni White Death jest o najlepszym moim zdaniem snajperze, który stąpał po tej Ziemi i jednocześnie jest jednym z największych bohaterów narodowych dla wszystkich Finów, mówię oczywiście o istnym łowcy żołnierzy radzieckich w czasie wojny zimowej, czyli Simo Häyhä o pseudonimie Biała Śmierć. Tu trashowe riffy to istna magia, tak samo jak solówka gitarowa. Ostatni bardziej rock’n rollowo / metalowo tematycznie Metal Ripper muzycznie broni się bardzo dobrze, zatem fakt luźniejszej tematyki jest do wybaczenia, bo tu jest druga pod kątem technicznym, najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Zamknięcie albumu lepsze niż początek.

Podsumowując to wszystko i dodając coś jeszcze od siebie. Album jest ogólnie dobrą kontynuacją The Art of War, ale z paroma dobrymi patentami. Kontrowersyjną tematyką akurat przeciętnego utworu, jeśli chodzi o muzyczny aspekt – Wehrmacht. Drugi już po 40:1, w dorobku Sabatonu ,,polski hit koncertowy” – Uprising. Ponadczasową balladę, przy której za każdym razem mam łzy w oczach, The Final Solution oczywiście mam tu na myśli. Dający odpocząć od historii samej w sobie, Metal Ripper, no i dwie energetyczne petardy, czyli, Midway oraz White Death. Oczywiście wszystkie te wymienione kompozycje są moimi ulubionymi z tej płyty, do których wracam bardzo często. Reszta jest przeciętna, ale też nie na fatalnym poziomie muzycznym. Krótko mówiąc, w wyniku prostej kalkulacji, album wypada nie najgorzej w moich uszach, chociaż w porównaniu do poprzedniczki, forma spadła prawda Marto? Dla mnie nieco spadła jeśli chodzi o cały krążek, pomimo nieco lepszej okładki.

8/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Allen / Olzon – Worlds Apart (2020)

Najwidoczniej pewni artyści nie lubią próżni twórczej. Wśród nich jest znana z Nightwish oraz The Dark Element – Anette Olzon, która podjęła współpracę z Allenem Russel. Który jest znany przede wszystkim z zespołu Symphony X. Oboje zawiązali projekt Allen/ Olzon i 6 marca 2020 roku wydali album zatytułowany Worlds Apart. Z racji, iż, osoba Anette Olzon nie jest mi obojętna, jestem ciekaw, co z tej współpracy wynikło. Muzyczna tragedia czy cudowne objawienie i wprowadzenie muzycznych innowacji? Słuchając, przekonam się, oraz podzielę się swoimi wrażeniami.

Otwierający Never Die to niby epickość, czyli klimatyczne, nawet trochę przedłużane wejście gitar, a potem partii smyczkowych. Sam wokal Allena brzmi typowo power metalowo, ale na samym końcu strikte heavy. Drugi, tytułowy Worlds Apart to keybordowo/fortepianowy wstęp. Po raz pierwszy pojawia się wokal Anette, choć zdawkowo, bo w duecie z Allenem. Na tym krążku po raz pierwszy, lecz nie ostatni. Prostota w tym dwie solówki gitarowe zadziałały, bo singiel nawet wpada w ucho.

Na I Will Never Leave You Allen trochę przekombinował moim zdaniem z death metalowymi breakami oraz przejściami. Nie tędy droga. Wokalnie Anette natomiast ukazała się w pełnej klasie. What If I Live to kolejny duet wokalny Allena i Anette. Muzycznie wpada i wypada jednym uchem, jak dla mnie. Lost Soul natomiast jak dla mnie, jest najbardziej epicką, we właściwym tego słowa znaczeniu, kompozycją na tej płycie. Do tego thrashowe riffy które można na niej usłyszeć tego nie zaburzają. No Sign of Life nie wyróżnia się znowu niczym szczególnym, zarówno muzycznie jak i wokalnie. Wyraźnie czuć zmęczenie materiału. Sytuację ratuje bardzo dobra ballada One More Chance. Czyżby tytuł nie był przypadkowy? Proszący o danie płycie szansy? Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Sama ballada zawiera w sobie odpowiedni nastrój, więc daje jej duże B. Natomiast już bardziej dynamiczny My Enemy, też od biedy można podciągnąć pod balladę, gdyż zawiera jej kilka cech. Przynajmniej ja tak uważam. Osobisty tekst, gdzie duet dwojga wokalistów jest dopasowany idealnie, a tych momentów na krążku jest mało. Nastrój też, nie kłuci się tu z przebojowością. Who You Really Are też niczym mnie nie zachwyciło. Typowy heavy metal. Przedostatni Cold Inside jako ballada wypada słabiutko, nastoju prawie żadnego, tu wypada małe b. Jak też słusznie myślałem, zamykający płytę Who’s Gonna Stop Me Now był przewidujący. Tylko że, tu twórcy, nie wysilili się nawet aby, dobrze dobrać symfoniczne elementy, przez co dla mnie to zamknięcie było fatalne.

Album Worlds Apart sam w sobie odkrywczy oraz innowacyjny nie jest. To na pewno. Jest z rodzaju tych prostszych, choć pod koniec jako słuchacz byłem już lekko zmęczony i znudzony. Nie wiem, kto pisał poszczególne utwory, oraz czy wszystkie nie były pisane wspólnie. Serio. Jeśli miałbym wskazać te godne uwagi, to byłyby to Never Die, One More Chance oraz My Enemy. Nawet nie jestem do końca pewien, czy, wolę go bardziej, od drugiego już(ale dla mnie słabszego od debiutanckiego) albumu Songs the Night Sings zespołu The Dark Element, ale zbytnie gitarowe popisy, deathowe breaki, a także kiczowatość źle dobranych symfonicznych ozdobników, lub ich całkowity brak, to wszystko sprawia, że, ta płyta jest miszmaszem gatunkowym. W złym tego słowa znaczeniu. Trzy utwory trzymają określoną stylistykę znaną mi z metalu symfonicznego. Na koniec dodam, że, okładka też jest kiczowata. Nie wspomnę już o kosmicznej polskiej cenie tej płyty. Taki materiał to się może ukazywać co rok lub dwa lata, ja zainteresowałem się nim,tylko dlatego, że, jestem fanem poczynań Anette Olzon. Jak zatem wyszła współpraca? Jej skutkiem powstał drugoligowy album, a mnie jeśli już to interesuje pierwsza liga, a przede wszystkim muzyczna ekstraklasa. Także jak dla mnie totalny niewypał, bo nie zamierzam się tym projektem już interesować.

6/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Dragonforce – Extreme Power Metal (2019)

Ostatnio moją uwagę ponownie przykuł brytyjski Dragonforce. W okrągłe dwadzieścia lat od czasu rozpoczęcia swojej działalności wydali 27 sierpnia 2019 roku wydany przez Metal Blade Records, swój ósmy album zatytułowany bardzo odważnie, Extreme Power Metal. Czy okaże się faktycznie tak ekstremalny, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu jak sugeruje tytuł? Czy może będzie nad odwrót? Chętnie się przekonam oraz udzielę odpowiedzi.

Już od samego początku zespół nie próżnuje. Mam tu na myśli singiel otwierający Highway to Oblivion. Szybkie elektroniczne wprowadzenie, no i od razu hiper prędkość gitar połączona ze zgranymi partiami perkusji. Do tego nie tylko jeden główny wokal, a aż sześć biorąc pod uwagę cały krążek to dość sporo. Co do bogactwa riffów nie mam wątpliwości od heavy po thrash metalowe. Nawet w jedynym, wolniejszym a chwytliwym The Last Dragonborn, który trochę mi przypomina fragment ścieżki dźwiękowej z tej najstarszej wersji filmu Karade Kid. Natomiast zamykający płytę cover najsłynniejszej ballady autorstwa Celine Dion z filmu Titanic wyprowadził mnie mocno z równowagi, a potem tylko bawił. Potraktowałem go jako ciekawostkę, bo poważnie nie potrafię.

Dragonforce zaaplikował mi solidną dawkę energii, we wszystkich utworach z płyty, no może poza ostatnim. Podobno power metal jest gatunkiem uodpornionym na radykalne impulsy. Czy aby na pewno? Każdy bowiem, kto kiedykolwiek omdlewał, dyszał lub zesztywniał z podniecenia po usłyszeniu zwrotnych solówek oraz mknących jak błyskawica rymów, znajdzie to coś dla siebie. W moim przypadku jednak tego wszystkiego, czyli zawrotnej prędkości gitar połączonej z perkusją, było za dużo. Wokal Marca spisywał się świetnie, jednak na tej płycie ewidentnie zespół poszedł o krok za daleko. Tak więc w Extreme Power Metal jest dla mnie za dużo speed metalu, pomijając fakt, iż okładka jest rodem z jakiejś gry komputerowej, co wyjaśnia pikslowe brzmienie klawiszy w wielu utworach. Spójność albumu jest również nie do podważenia, bo jest zbyt przewidywana, lecz sprawia, iż, nie mam ulubionej kompozycji, która wyróżniałaby się czymś wybitnym. Album nie jest zły, ale zbyt intensywny oraz szybki, co chociażby po czterech pierwszych utworach, psuje bardzo dobre pierwsze wrażenie, jeśli o mnie chodzi, zwłaszcza aby do niego wracać. Na pewno nie. Zamiast naprawdę ekstremalnego power metalu, zespół stworzył kit-piksel-speed power metal.

Korekta Paulina Wawrzusiak

5/10

Kategorie
Bez kategorii

Powerwolf – The Bible of the Beast (2009)

Jakiś czas temu wyraziłem swoją opinię na temat najnowszego albumu The Sacrament of Sin niemieckiego zespołu Powerwolf. Teraz po dłuższej przerwie, powróciłem do ich trzeciej płyty, wydanej 27 kwietnia 2009 roku, czyli ponad dekadę temu. Czy czas zadziałał na korzyść płyty? Czy moje ulubione utwory zostały zamienione na inne? No i czy nadal jest on jednym z opus magnum tego zespołu? Jest tylko jeden sposób, aby poznać odpowiedzi na te pytania.

Intro Opening – Prelude To Purgatory nadal doskonale wprowadza w klimat albumu. Utwór ten cechuje porządna dawka dramatyzmu. Całość dopełnia pompatyczność instrumentów symfonicznych, oczywiście z nieodzownymi organami kościelnymi, wraz z nadal mistrzowskim oratorskim warsztatem Attili Dorna. W pierwszym faktycznym utworze Raise Your Fist Evangelist. Attila nadal nie zawodzi, zwłaszcza jeśli chodzi o chórki. Kompozycja zawiera naprawdę dobre partie gitarowe z nieprzesadzonymi przejściami perkusji. Zaś na jego końcu znajduje się koniec naprawdę nadal dobra solówka gitarowa.

Moscow After Dark jest jednak bardziej przebojowy. Zawiera bowiem bogatsze riffy gitarowe oraz bardziej dynamiczną strukturę, przez co jest jedną z wielu najbardziej energetycznych kompozycji na tej płycie. Natomiast w Panic In The Pentagram już sam początek nadal przykuwa uwagę. Utwór cechują dobrze zagrane partie basowe oraz po zmianie tempa bardzo galopująca solówka gitarowa doskonale połączona z perkusją.

Catholic In The Morning… Satanist At Night pod kątem lirycznym idealnie pokazuje dwie ukryte natury człowieka, dobrą i złą. Pod kątem muzycznym niczego mu nie brakuje. Zwłaszcza kolejnej dawki pozytywnej energii. Seven Deadly Saints też jest dobry. Słychać, iż Attlia wręcz bawi się swoim głosem. Ma też kolejną bardzo dobrą solówkę gitarową.

Werewolves Of Armenia nadal jest nieśmiertelny. Legendarny wręcz już epicki wstęp wraz z odliczaniem po niemiecku ciągle daje rade. Do tego jeszcze to hu ha, nic dziwnego, że jest jednym z koncertowych hitów. Całość dopełniają przebojowe riffy oraz śpiew, z krótką deklamacja Attili. Na sam koniec otrzymujemy, chyba najbardziej chwytliwe gitarowe solo na tej płycie. We Take The Church By Storm ma mocno thrashowe riffy, co mogło umknąć mej uwadze, przy wcześniejszym odsłuchu. Jest to następny dynamiczny utwór. Lecz tutaj dwie solówki gitarowe mnie pozytywnie zaskoczyły. Oprócz tego tekst: Ohh, We take the church by strom ! Zapadnie mi mocno w pamięć.

Resurrection By Erection to kolejny wieloletni hit koncertowy. Tekst był i jest bardzo przewrotny, lecz ludzie rozumiejący grę słów, będą wiedzieć, że nie chodzi tylko o erekcję. Muzycznie znowu tak samo jak w przypadku Werewolves Of Armenia, bez żadnego zarzutu. Natomiast Midnight Messiah wydaje mi się niedoceniony. Dwie genialne wręcz solówki, mnóstwo przejść. Zbudowane napięcie idealnie podkreślą partie werbli. Przedostatni St. Satan’s Day rozpoczyna się dobrą marszówką. Całość uzupełniają partie chóru, zmienne tempo, dynamiczne riffy oraz znowu dobrze zagrane partie basowe. Tutaj natomiast solówka jest średnia. Na sam koniec mamy epicki Wolves Against The World, który w założeniu nie był balladą, jak dla mnie stał się nią, ponieważ zawiera wszystkie jej cechy. Uważam też, że Powerwolf miał już wcześniej w swoim repertuarze ballady oprócz niby tej ,,pierwszej” z ich ostatniej płyty. Choć ten temat nie jest prostym do zrozumienia.

Podsumowując. W przypadku tej płyty czas działa na jej korzyść. Pomijając nawet fakt, iż album ma równe 10 lat. Choć są na nim elementy, do których liczę, że grupa wróci w przyszłości, jak chociażby większa dramaturgia oraz partie basowe. Czas też dokonał pewnych zmian na mojej set liście płyty. Kiedyś moimi ulubionymi utworami z tego albumu były Werewolves Of Armenia, Catholic In The Morning… Satanist At Night orazResurrection By Erection, nadl są dobre. Lecz teraz zamieniałem je na Moscow After Dark, Midnight Messiah, We Take The Church By Storm oraz Wolves Against The World. Jako fan też chciałbym dożyć okazji, aby móc usłyszeć ten album wykonany w całości na żywo. Może na następnych trzech tegorocznych listopada (22 – Gdańsk, 24 – Wrocław oraz 25 – Kraków) występach w naszym kraju, zespół weźmie pod uwagę mijające dziesięć lat i zaprezentuje jakieś zapomniane utwory, jak chociażby We Take The Church By Storm, Midnight Messiah czy Moscow After Dark. Kto wie? Oby. Tak czy inaczej, jest to jeden z trzech albumów, na których zespół opiera swój styl. Jednym z opus magnum zespołu Powerwolf, pod względem muzycznym, jak i lirycznym. Biorąc to wszystko pod uwagę, ocena może być tylko jedna.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Art of War (2008)

Tym razem przeniosę się do szwedzkiego Falun, miejsca narodzin Sabatonu, kapeli uwielbianej przez jednych, znienawidzonej przez innych. Sam lubię ich twórczość, może też z powodu mojego hobbistycznego zainteresowania historią. Tak czy inaczej, odświeżyłem sobie po prawie 11 latach przerwy, ich czwarty studyjny album zatytułowany The Art of War. Czy dalej mnie zachwyca lub nudzi? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Ogólnie tematyka płyty opiera się na szeroko rozumianej sztuce wojennej. Fakt, iż, w prologu (intrze) Sun Tzu Says jest cytowany fragment dzieła samego Sun Tzu, akurat o tym samym tytule, nie jest przypadkiem. Jednak samo zastosowanie go jako lektora z kobiecym głosem chyba tak.

Pierwszy utwór po intro, czyli Ghost Division oprócz tego, iż, paradoksalnie opowiada o legendarnej 7 Dywizji Erwina Rommla, to nadal pod kątem dynamiki sieje istne spustoszenie. Nie brakuje klawiszy dopełniających gitary oraz dużej ilość blastów. Efekt dopełnienia to solo na keybordzie.

Tytułowy The Art of War, zaczyna się kolejną mądrą deklamacją ze strony pani lektor, cytującą znowu Sun Tzu. Tutaj znowu jak kiedyś tak i teraz otrzymałem solidną porcję idealnie pokrywających się partii klawiszy i gitar. Plusem są też bardzo wyraźnie podkreślone przejścia przez perkusje, a zwłaszcza blasy, no i wpadający w ucho jednak rytm charakterystycznych klawiszy. Solówka gitarowa również nadal jest bardzo dobra. Oprócz tego wokale wspierające Joakima też robią swoje.

Czas najwyższy utwór, którym Szwedzi zjednali sobie serca wszystkich polskich fanów. Mam na myśli kultowy już 40:1. Opowiadający epicką historię naszych mężnych żołnierzy, którzy bronili Wizny przed Niemcami do ostatniej kropli krwi. Co ciekawe 40:1 pozwolił, aby świat dowiedział się o tym, że to w Polsce zaczęła się II Wojna Światowa. Pod kątem muzycznym jest to kolejny klasyk koncertowy, gdyż wszystkie elementy, czyli przejścia perkusyjne oraz gitary, a także wokale wspierające są dopięte najlepiej jak można, jak epickie solo gitarowe. Dla mnie paradoksem jest, że niektórzy nasi rodacy, potrafią żartować na ten temat i nie przyznawać się, że go nie słyszeli, bo w to akurat nie uwierzę.

Unbreakable jest kolejnym z dynamicznych utworów. Jednakże odrobiny czegoś mu zabrakło. Szkoda. Skoro nawet naprawdę dobre gitarowe solo go nie ratuje na tyle, abym zmienił zdanie. Później mamy kolejny barwny przerywnik w postaci The Nature of Warfare pozwalający nieco odpocząć. Oraz posłuchać wywodów Sun Tzu.

Natomiast kolejny utwór Cliffs of Gallipoli, mówi o beznadziejnym oraz niepotrzebnym poświęceniu wielu istnień ludzkich w bitwie o Gallipoli w 1915 roku podczas I Wojny Światowej. Zaczyna się od bardzo szybkiej partii pianina, które towarzyszy do samego końca tej kompozycji. Jednocześnie podkreśla dzięki temu epickość tej opowieści. Kolejny już kultowy przebój w dorobku zespołu, którego nie naruszył w żaden sposób upływający czas. Jak i kolejnego doskonałego solo gitarowego, jednego z trzech najlepszych na całym albumie.

Talvisota to natomiast pokazanie konfliktu znanego jako wojna zimowa, z perspektywy totalnie zaskoczonych Sowietów którzy, nie spodziewali się aż tak zażartego oporu ze strony Finów. Jednak w ostateczności fiński Dawid przegrał z sowieckim Goliatem, nie poddając się jednak tak łatwo, czego dowodem było aż 126 825 poległych samych żołnierzy radzieckich, przy zdecydowanie mniejszych stratach ze strony Fińskiej. My jako Polacy mieliśmy i nadal mamy z Finami wiele wspólnego, może więc dlatego mi ten utwór nawet muzycznie nadal przypada do gustu, a zwłaszcza jego szybkie tempo, o czym świadczą bardzo szybkie partie gitarowe.

Panzerkampf rozpoczyna się nawet bardzo dobrym gitarowym solo. Tutaj mamy przedstawiony kolejny konflikt, czyli tak zwaną wojnę ojczyźnianą z perspektywy Sowietów, jako ofiar ze strony agresji Niemców. Jako Polak tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć, bo nasz kraj oba te reżimy doświadczyły okrutnie, lecz mimo wszystko prości ludzie nie byli niczemu winni, bronili swoich domów przed wrogiem w największej bitwie pancernej II Wojny Światowej. Muzycznie znowu nie ma się do czego doczepić. Poza tym słyszę tu drugie równie dobre solo, dobre zmiany temp budujące nastój.

Union (slopes of st. Benedict) to opowieść o tak naprawdę międzynarodowych aż czterech bitwach o Monte Cassino. Warto podkreślić, że Polacy, dla których był to chrzest bojowy, w ostateczności po prawie 5 miesiącach działań Aliantów zdobyli Monte Cassino. Tu też niczego nie brakowało i nie brakuje. Wprowadzający głos pani lektor, też znowu zdaje egzamin. Jednak to drugi dobry, ale nie genialny utwór, któremu czas chyba zabrał to ,,coś”.

Kolejna niezwykle poruszająca, przynajmniej dla mnie historia o cenie ludzkiego życia jest ukazana w kolejnym już teraz kultowym The Price of a Mile. Może nie ma tu pianina, ale nie jest potrzebne, aby poczuć tak naprawdę klimat tej kompozycji. Tak samo, jak w przypadku Cliffs of Gallipoli. Mogę nawet rzec, iż to są dwa najbardziej nastrojowe, nietypowe ballady z całego muzycznego dorobku grupy.

Ostatni Firestorm to istna muzyczna burza gitar oraz ogromnej ilości przejść. Oprócz tego to w tym utworze znalazłem drugie najbardziej interesujące solo klawiszy z tej płyty. Jest to ostania dawka energii przed zamykającym płytę outro A Secret. Z wersji re-armed miałem do czynienia z dwoma bonusowymi utworami, przedstawiającymi szwedzkich wikingów w heavy metalowym stylu kolejnym, czyli Swedish Pagans oraz Glorius Land, który ogólnie opowiada o obronie własnej ojczyzny. Pierwszy okazał się kolejnym koncertowym hitem. W tym drugim natomiast jest bardzo dobre gitarowe solo oraz dość interesujący zabieg wokalny Joakima. Pomijam bowiem wersję demo Art of War czy wykonany na żywo Swedish National Anthem.

Podsumowując. Pomimo upływu 11 lat od wydania tej płyty, nadal jest ona istną kopalnią przebojów, poza tym tylko jeszcze dwie płyty mają porównywalna ilość kultowych kompozycji dla fanów zespołu Sabaton. O tych dwóch pozostałych płytach też napiszę parę słów. Tak czy inaczej. Moi byli i obecni faworyci z tego albumu, czyli 40:1, Ghost Division, Art of War, Cliffs of Gallipoli, Panzerkampf oraz The Price of a Mile, natomiast z bonusów Swedish Pagans. To wyraźnie jak bardzo dobry jest to album. Moim zdaniem nadal jednym z trzech najlepszych zespołu Sabaton.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

GloryHammer – Legends from Beyond the Galactic Terrorvortex (2019)

Ostatnio tak mocno zastanawiałem się, nad powrotem do folku, a raczej pirackiego metalu, mam tu na myśli szkocki Alestorm. Jednak wpisuję Christopher Bowes, a tu znienacka algorytm youtube pokazuje Gloryhammer. Okazuje się, że Christopher Bowes założył go w 2010 roku. Grupa wykonuje kosmiczny power metal oraz śpiewa alternatywną wersję szkockiej historii osadzoną w kosmosie. Pierwszy raz byłem wdzięczny youtubowi za jego algorytm. Dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami odnośnie do najnowszego albumu grupy zatytułowanego Legends from beyond the Glactic Terrorvortex, wydanego 31 maja tego roku, przez Napalm Records. Czy przesłuchanie tego krążka było dobrym pomysłem? Zobaczymy.

Utwór, a raczej intro Into the Terrorvortex of Kor-Virliath, już powoduje u mnie podniosły nastój. Drugi The Siege of Dunkeld (In Hoots We Trust) utrzymuje epickość i rozpoczyna się bardzo dynamicznie. Do tego ten chór, bardzo dobry pomysł. Potem w odpowiednim momencie wchodzi bardzo dobry wokal Thomasa Winklera. No i wreszcie kosmiczne klawisze Chrisa. Dobre są też zmiany temp i przejścia oraz genialnie zrobiony głos złych charakterów, czyli Zargothaxa i Mrocznego Imperatora Dundee.

Masters of the Galaxy utrzymuje podobną tendencję, z pewnymi wyjątkami. Kompozycja, a raczej singiel jest bardziej chwytliwy, poza tym ten zły głos przeplatający się z głównym wokalem, wraz z efektem złego śmiechu, robi wrażenie. Do tego partie podkreślające gitarę basową oraz naprawdę dobra gitarowa solówka. Potem w The Land of Unicorns, to ja dostałem jednego z największych zaskoczeń co do tekstów, bo na początku to pomyślałem, że, to taki tytułowy żart. Jednak nie bo bohaterowie naprawdę mają chronić dolinę jednorożców przed złem. Muzycznie wyróżniają się tu dwie partie solowe gitarowa i klawiszowa. Choć nie, jeszcze faktycznie wokal, a zwłaszcza pod koniec to jest ,,coś”. Power of the Laser Dragon Fire oraz Legendary Enchanted Jetpack utrzymują dobry poziom, choć niby motoryka gitar jest, niby wszystko ok, ale sama chwytliwość trochę kuleje.

Natomiast Gloryhammer ma wszystko, co trzeba. Sam wstęp zapowiada petardę. Gdy moje uszy słyszą chwytliwe riffy, dobrą perkusję to tego, headbanging oczywiście gwarantowany. Do tego chór też robi swoje. Jeszcze te słowa powtarzane przez robota-super sprawa. Najlepsza fuzja gitar i klawiszy na płycie. Do tego te kosmiczne przejścia. To samo jest w przypadku Hootsforce. Tu jest jeszcze bardziej dynamicznie. Co ciekawe struktura muzyczna przypomina mi mocno pierwotny zespół Chrisa, czyli Alestrom. W tym przypadku to jest akurat komplement, bo nogi w moim przypadku same rwą się do pogo. Tylko co ciekawe wokal Thomasa zupełnie moim uszom nie przeszkadza, bo zwolnienia też w tym utworze występują oraz ten śpiewający robot. Te dwa single są singlami idealnymi.

Przed ostatni Battle for Eternity też jest dobry. Nie jest przesadzony, ale jednak do miana hitu mu troszkę brakuje, choć klawisze przypominające kalwesyn brzmią ciekawie, jednak to za mało. Sam tekst jednak sugeruje przygotowania do finalnej bitwy dobra ze złem. Z ostatnim The Fires of Ancient Cosmic Destiny miałem na początku problem, bo nie rozumiałem sensu zamieszenia prawie 13-minutowego zakończenia. Jednak zmieniłem zdanie i tu rozgrywa się finalna potyczka. Muzycznie jest ona na początku lekko przytłaczająca, choć to złudne wrażenie. Zły ,,Lektor” wszystko nam objaśnia, tak samo wokal, co lekko mnie zirytowało, sam koniec jest owiany nutą tajemnicy. Bo nie wiemy, czy Ci dobrzy wrócili szczęśliwe, czy też nie.

Podsumowując. Sam jeszcze oprócz najnowszego krążka Gloryhammer presłuchałem ich dwa poprzednie, myśląc, że będą lepsze, okazały się takie same, ale jeszcze bardziej pomogły mi zrozumieć sens liryk. Co do samej płyty, słuchając jej wielokrotnie, przypomniałem sobie też z dzieciństwa takie serie gier jak Starcraft, Warcraft oraz Heroes of Might and Magic. Dla mnie muzyka, fabuła, bo inaczej tego nazwać nie umiem, układa się w naprawdę dobrą fabularną strategiczną grę w starym stylu. Do tego okładka jest genialna. Serio dla mnie właśnie tak to wygląda, a idealna spójność płyty, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Moimi ulubionymi utworami bądź misjami, miłośnicy gier wiedzą, o co chodzi, są w kolejności. Pierwszy Gloryhammer, drugi Hootsforce, trzeci Masters of the Galaxy, a na końcu jako finalna walka z ,,bossem” The Fires of Ancient Cosmic Destiny. Muzycznie zespół uderzył w moją kolejną słabość i pasję, czyli zamiłowanie do gier typy Sci-FI oraz Fantasy. Jako albumu kosmiczno-power metalowy na chwilę obecną, biorąc wszystkie przedstawione przeze manie aspekty pod uwagę, ten jest dla mnie numerem jeden w 2019 roku na chwilę obecną.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Beast in Black – From Hell With Love (2019)

Fiński Beast in Black już jest Wam zapewne znany. Wyraziłem swoją opinię na temat ich debiutu Berserker. Jeśli jej jeszcze nie znacie, bo nie czytaliście. Polecam nadrobić zaległości. Dziś mam zamiar podzielić się z Wami, swoimi odczuciami odnośnie do ich najnowszego dzieła. Drugiego albumu zatytułowanego From Hell With Love. Wydany On został 8 lutego 2019 przez Nuclear Blast. Czy mnie zaskoczył lub rozczarował? Czy jest to kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Na te oraz inne pytania, chętnie Wam odpowiem, jeśli jesteście ich ciekaw.

Już od pierwszego utworu Cry out for a Hero nie jest nudno. Klawisze idealnie przeplatają się z riffami dwóch gitar. Antona oraz Kasperiego. Do tego mocny wokal Yannisa. Ciekawym zabiegiem jest wzmacnianie jego wokalu poprzez wokal Antona. Do tego oczywiście solówka gitarowa.

W utworach takich: jak From Hell with Love, Die by the Blade, True Believer oraz Heart of Steel. Właśnie aranżacje partii klawiszowych, przypomniały mi zarówno zespół Modern Talking, jak i genialną wręcz piosenkę Knight Rider, otwierającą każdy odcinek serialu Nieustraszony, który był na antenie od 1982 do 1986 roku.

Co do kwestii samych gitar. Pomimo pewnego schematu, jaki opracował Anton. Każda solówka, jego autorstwa, niezależnie czy wykonana przez niego, czy Kasperiego, jest po prostu świetna oraz zapadająca w pamięć. Natomiast jeśli chodzi o kwestię samych riffów, to bardziej energetyczne, pomimo obowiązkowej obecności klawiszy, moim zdaniem znajdują się na Cry out for a Hero, Sweet True Lies, Unlimited Sin, This Is War oraz No Surrender.

Przechodząc do wokalu, Yannis, nie we wszystkich numerach, pokazał, na co go stać. Mam tu na myśli album Berserker. Są jednak utwory, gdzie naprawdę mnie pozytywnie zaskoczył, takie jak True Believer. Znowu jego ekspresyjny głos idealnie odzwierciedlał, a przy tym podkreślał treść kompozycji. Przez to właśnie jedyna ballada Oceandeep, przy doskonałej gitar akustycznych, znowu sprawiła, że, zawładnęła mną cała masa emocji. Dopełniły je, partie dwugłosowe, odpowiednie solo, ale wokal był tym kluczem, który otworzył te drzwi wzruszenia, smutku i łez. Wzmocniony wokal poprzez udział Antona, świetnie został zastosowany w Cry out for a Hero. Na kilku utworach jest on powtórzony i daje zamierzony efekt. Wykrzyczenie pojedynczych fraz przez Mata oraz Kasperiego, też było dobre. Zwłaszcza w Sweet True Lies, This is War oraz No Surrender. Perkusista Atte Palokangas również wykonał kawał dobrej roboty, bez jego udziału, to wszystko nie byłoby tak zgrane ze sobą.

Jednak mimo wszystko są pewne detale, które sprawiły, że nie wszystkie kompozycje mogę stawiać na równi. Mianowicie do moich ulubionych, nie tylko zaliczają się dwa single. Sweet True Lies dlatego, że, od samego początku poprzez riffy dwóch gitar, dobre perkusyjne przejścia, brzmiał dla mnie inaczej. Zwłaszcza solówka Antona. Oprócz tego tekst, w tym jego prawda życiowa, odnośnie do skomplikowanych relacji damsko-męskich. Na Die by the Blade, słychać ducha debiutanckiego albumu. Nie One jednak są u mnie na podium .

Te miejsca zarezerwowane są dla innych. Numerem dwa jest From Hell with Love. Połączenie energii z nieznanych klawiszy, bardzo chwytliwych riffów, ale i samej treść tekstu, do tego ten zmienny wokal Yannisa. Numerem jeden jest bezdyskusyjnie True Believer. Chociażby przez to, jak mnie zaskoczył, gdzie frontman pokazał, jak na chwilę obecną, wszelkie chyba umiejętności swojego fachu. Oprócz tego umiejętne budowane muzyczne napięcie też zrobiło swoje. Na uwagę a przez to na trzecie miejsce, zasługuje bardzo motywujący No Surrender, choć który przypomina pod kątem przekazu, przypomina bardzo numer o tym samym tytule, nagrany przez Judas Priest na ich najnowszym albumie Firepower. Wisienką na torcie do tego, w postaniu bonusów, są dwa covery: Killed By Death oraz No Easy Way Out. Jeden zespołu Motörhead a drugi Roberta Teppera. Zapomniałem też wspomnieć o kolejnej, okładce autorstwa Romana Ismailova, robi wrażenie.

Otrzymaliśmy od Beast in Black. Kolejny bardzo dobry album. Zespół dopracował swój już styl, wykonując muzyczny progres. Poprzeczkę postawili sobie bardzo wysoko, jestem ciekaw czy ją przeskoczą. Czy jestem tym albumem rozczarowany? Zdecydowanie nie. Czy jest to dla mnie mocny kandydat na heavy/power metalową płytę 2019? Zdecydowanie tak. Płyta jest kompletna i spójna, pod każdym możliwym względem. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy pod kątem lirycznym, jest kontynuatorką płyty Berserker .Tak czy inaczej, Die by the Blade nawiązuje do niej na 100 procent. Zresztą sam tytuł debiutu można usłyszeć parę razy, tak samo, jak odniesie do samej bestii. Dajcie znać, czy i wam spodobał się drugi album Beast in Black. Mnie bardzo, dzięki duchowi lat osiemdziesiątych oraz dodaniu wielu od siebie muzycznych patentów, ponownie zapisali się w historii obu gatunków, zarówno heavy, jak i power metalu.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Powerwolf – The Sacrament of Sin (2018)

Na to wszyscy, nie wyłączając mnie, czekali. Kolejny albumu grupy Powerwolf zatytułowany „The Sacrament of Sin” ujrzał światło dzienne 20 lipca 2018 roku. Chociaż jest już trochę po premierze, mogę podzielić się z Wami swoją opinią na temat tego krążka. Jeśli jesteście jej ciekawi, serdecznie zapraszam.

Fire & Forgive już od samego początku zapowiada się dobrze i jest właśnie dobrym kawałkiem. Zdecydowanie więcej tu symfonii, choć chwytliwych riffów i solówki też nie brak — jednak w końcu był to singiel. Utwór, z tego, co mi wiadomo, pod kątem lirycznym nawiązuje do historii opętanej Polki, a co ciekawe sam teledysk był kręcony na Dolnym Śląsku. Następnie pojawia się kolejny singiel Demons Are a Girl’s Best Friend, który jest luźnym nawiązaniem do piosenki Marylin Monroe Diamonds are a Girl’s Best Friend. W moich uszach ten kawałek wypada mocno przeciętnie. Muszę przyznać, że kiedy oczekiwałem na ukazanie się albumu w całości, po pierwszym zetknięciu z tą kompozycją byłem i nadal jestem mocno rozczarowany. Może to wynika też z samej kolejności, bo ten utwór pojawił się jako pierwszy singiel, jednak efekt pierwszego wrażenia pozostał.

Na szczęście inna sprawa jest z Killers with the Cross, mroczny szept Attili na samym początku idealnie zbudował napięcie, poprzedzając mocne muzyczne wejście całego zespołu. Riffy w połączeniu z blastami perkusji, wraz z genialną solówką, to po prostu mistrzostwo, co sprawia, że to jeden z trzech moich ulubionych utworów z tej płyty. Oprócz tego teledysk do niego też wyszedł im świetny. W Incense & Iron zespół eksperymentalnie postawił na elementy folkowe na samym początku, co dało bardzo dobry rezultat. Jest dzięki temu na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o kompozycje z tego krążka. Na żywo zresztą miałem okazję oglądać go na Masters of Rock w tym roku.



Ciekawe jest, że pierwszą w historii zespołu balladą okazał się kawałek Where the Wild Wolves Have Gone. Czemu Powerwolf aż tyle zwlekał? Może kiedyś się tego dowiemy … W każdym razie utwór ma to, co potrzebne w balladzie, czyli przede wszystkim nastrój, który sprawia, że uwalniają się emocje. Jak na pierwszy raz było bardzo dobrze, partie pianina zrobiły swoje. Zbudowany nastrój podtrzymuje skutecznie Stossgebet, na którym moim deklamacje Attili są najlepsze. Więcej w tym utworze symfonii niż metalu, co akurat wychodzi na dobre, ponieważ dodaje epickości. O ile mnie pamięć nie zawodzi, od czasu albumu „Preachers of the Night”, zespół nie nagrał nic, co zawierałoby nawet po części język niemiecki, ale ten utwór pokazuje, że wiedzą, kiedy to zrobić. Na początku Nightside of Siberia, trzeciego i ostatniego z moich muzycznych ulubieńców, występuje element operowej grozy. Taki nastrój genialnie zbudował napięcie, potem weszły riffy z perkusją, natomiast prawdziwą magią są momenty zmian tempa oraz sam refren, który można nucić bez końca.

Tytułowy The Sacrament of Sin też daje radę, choć mnie jakoś na kolana nie powala, nawet pomimo krótkiego folkowego fragmentu i deklamacji Attili. Tytułowa kompozycja albumu jest po prostu dobra, teledysk do niej robi jednak większe wrażenie. Venom of Venus to znowu inna sprawa: pojawia się tam operowy śpiew, udane chóry, bardzo dobra solówka, świetna perkusja. Dzięki tym wszystkim elementom do kompozycji chce się wracać (zresztą z tego, co wiem, znalazł się na koncertowej setliście zespołu). Nighttime Rebel nie jest zły, ale też nie jest wspaniały, jest jednym z tak zwanych powerwolfowych średniaków, tak samo, jak utwór zamykający Fist by Fist (Sacralize or Strike).

Zespół zdecydowanie się rozwinął, gdyż zastosował po raz pierwszy elementy folkowe w dwóch utworach. Cechy powerwolfowej przebojowości oraz wypracowanego stylu zostały zachowane w stu procentach. Dużym plusem jest też rozszerzenie symfonicznych partii oraz chórków przy jednoczesnym zachowaniu genialnych deklamacji Atilli. Jak dla mnie jest to bardzo dobry album, oczekiwania tak naprawdę pokryły się z rzeczywistością. Sama okładka (której autorką jest Zsofia Dankova – chapeau bas) jest odzwierciedleniem przekazu zawartego w tekstach. Zło i dobro to pojęcia względne i to nie tylko dobro leży po stronie kościoła. Tak ja zrozumiałem ten przekaz, zespół nie stosuje ślepego antyklerykalizmu opartego na nienawiści, tylko na zdrowym rozsądku. Jak dla mnie ta spójność muzyczna oraz liryczna, sprawia, że jako wieloletni fan z jednej strony jestem zadowolony, lecz z drugiej czuję pewien nie dosyt. Chętnie poznam też Wasze opinie.

9/10