Kategorie
Bez kategorii

Primal Fear – Rulebreaker (2016)

Jakiś czas temu wyraziłem opinię o najnowszym albumie niemieckiej grupy Primal Fear. Uznałem, że, warto jednak spróbować nie poprzestać tylko na jednym ich krążku. Tak też uczyniłem. Dziś opiszę swoje wrażenia dotyczące ich płyty z 2016 roku zatytułowanej „Rulebreaker”. Czy okazała się lepsza od najnowszej? Zobaczymy.

Już od samego początku nudno nie jest. Mocnym otwarciem jest Angels of Mercy, riffy gitarowe wraz z dobrą perkusją robią swoje. Wokal Ralfa jest, jak trzeba oraz do tego te wspaniałe chórki. No nie mogę uwierzyć, otwarcie idealne po prostu. Jego integralną a przez to doskonałą kontynuacją jest End is Near. Solówka zawarta na końcu tego utworu to istny majstersztyk. Bullets & Tears jest podobnie dynamicznym numerem. Do tego napisane bardziej pod lekko rock’ n’rollowy klimat solo jest dobre. Natomiast tytułowy Rulebreaker posiada inne atuty w postaci swobodnych przejść temp z wolnych w szybkie, czego nie usłyszałem we wcześniejszych kompozycjach. Riffy też trochę inne, ale równie dobre. In Metal we Trust to znowu przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach.

Podczas słuchania In Metal we Trust to znowu czułem przypływ energii. Teraz już wiem, dlaczego grają ten numer na koncertach. W We Walk Without Fear występuje u mnie paradoks doznań. Początek otwiera dźwięk pozytywki. Symfoniczno/elektroniczne intro skutecznie buduje napięcie. Potem wchodzą gitary, ale elektronika pozostaje. Następuje zwolnienie tempa. Śpiew i zmiany wokali Ralfa dodają nastroju, lecz nie wiedząc czemu, lekko zaczynam się nudzić. Znowu z drugiej strony chce się tego słuchać, bo konstrukcja tego utworu jest intrygująca, szkoda, że nie jest to ballada. Jednak mimo wszystko za długa jak dla mnie.

At War With The World posiada jedną z najlepszych solówek na całej płycie. The Devil In Me też jest dobre. Nawet wiem, co mi przypomina, klimat Black Sabbath z czasów DIO, a może nawet Tony’ego Martina. Constant Heart to wokalne wejście Ralfa z buta, jego charakterystycznym falsetem. Tu uświadczymy go najwięcej, co akurat mnie bardzo cieszy. Potem następuje ballada The Sky Is Burning-1, która znowu o dziwo, jest bardziej nastrojowa od tej, której dane mi było słuchać wcześniej. Utwór Raving Mad to znowu Ralf, falset, dobre riffy, wspaniałe zamknięcie płyty. Jak dotąd ta kompozycja jest najlepszą, zamykającą heavy metalowy album. Serio. Moment. Nie ma się do czego doczepić. Nawet jakbym chciał. Czy ja śnię? Jeśli tak to mnie nie budźcie. Tak serio jednak, mamy tutaj do czynienia, z wieloma bardzo dobrymi utworami. Jednak dwie pierwsze petardy, czyli Angels of Mercy” oraz End is Near wskakują u mnie na pierwsze miejsce. Na drugim, przez co zamykającą najlepszą trójkę jest jednak Constant Heart. Wielkie słowa uznania kieruję w stronę gitarzystów, czyli Toma Naumanna, Alexa Beyrodta i Magnusa Karlssona. To dzięki wam ten album jest przepełniony heavy metalową energią, wiadomo, z momentami oddechu, ale jednak. Ja za to powiem jedno: ,,Od złego albumu zacząłem, jeśli chodzi o Primal Fear. Nie popełnijcie mojego błędu”. Ten bowiem uważam za najlepszy.

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Primal Fear-Apocalypse(2018)

Naprawdę nie wiem, jak to możliwe, ale tak znany zespół, jak niemiecki Primal Fear poznałem dość niespodziewanie, dopiero w tym roku. Do rzeczy, 10 sierpnia dzięki włoskiej Frontiers Records dwunasty album tejże grupy, Apocalypse, został wydany. Tak gwoli ścisłości za ten krążek odpowiadają: Ralf Scheepers za mikrofonem, Mat Sinner na gitarze basowej oraz panowie Tom Naumann, Magnus Karlsson oraz Alex Beyrodt na gitarach. Za perkusją zaś zasiada Francesco Jovino. Jeśli jesteście ciekawi, jaką ja mam opinię na temat tej płyty, zapraszam serdecznie do lektury.

Paradoksalnie zwykle jest tak, że, jak piszę o jakimś zespole, to znam go na tyle dobrze, żeby być pewnym osądu. Wiadomo, że wyjątkiem są debiuty. W tym wypadku jednak jest inaczej. Szczerze się do tego przyznaję — także, żeby nie było, że nie uprzedzałem.

Samo intro jest w porządku, pompatyczność i epickość sama w sobie. Potem od samego „New Rise”, kiedy to Ralf Scheepers zaczyna odpowiednio mocno, trzy gitary dobrze ze sobą współgrają, ale jeśli o dublowanie wokalu chodzi, mam co do tego zabiegu mieszane uczucia. W samej kompozycji jest słyszalny pewnego rodzaju chaos.

The Ritual” też jest konkretny. Zarówno muzycznie, jak i wokalnie, a do tego niezła solówka. Spokojnie rozpoczyna się „King of Madness”. Wokal w tle, wraz z marszówką, gitary są już lepsze, choć nie wiem czemu, z grupą Accept mi się kojarzą. Tak samo dobry wokal, ale to nadal jakoś dla mnie za mało.

Na szczęście „Blood, Sweat & Fear” pozamiatał, jak trzeba, szybszy riff, a Ralf tu nie tylko daje radę, ale wręcz błyszczy, dzięki niezwykłym górkom Scheepersa wraz z doskonałą wymianą zdań gitar. Bardzo dobry wstęp otwiera kolejną kompozycję o tytule „Supernova”. W tym utworze pojawia się też bardzo dobra solówka – jakby sam DIO ją komponował. Kolejny mój ulubieniec. „Hail to the Fear” to też jest to, czego oczekiwałem, bardzo proste riffy, idealny wyważony dublet wokali. Czemu tak nie zaczęliście? No cóż, szkoda.

Singlowy „Hounds of Justice” też jest dobry, choć przez niecałą połowę utworu to przytłumiona gitara jest jego środkiem napędowym. Przynajmniej ja tak to odebrałem. Kolejna dobra solówka, nieprzekombinowana. „The Beast” to znowu inna sprawa, znowu wstęp i niby chaos, ale mnie ten kawałek przeciwieństwie do „The Ritual”, mniej przekonał. Zdecydował o tym drugi wokalista w refrenie, przy uwypukleniu słowa ,,Beast”.

Przedostatni „Eye of the Storm” to nie moja bajka, tu już słychać chaos i przekombinowanie w jednym. Pojadę skojarzeniami z Black Sabbath, wstawkami znanymi już z Epiki, Nightwisha, no i klawisze (skrzypce) z jednego z ostatnich singli Dimmu Borgir. Lepiej by jednak było, gdyby się nie ukazał na albumie. Ostatnia kompozycja jest dobra ale jako kompozycja zamykająca – niekoniecznie.

Podsumowując: dobrze, że recenzji nie pisałem na gorąco, tylko rozsądnie po opadnięciu ze mnie emocji i zapoznaniem się z, chociaż dwoma ostatnimi albumami Primal Fear. Nasunęły mi się po tym pewne wnioski. Najnowsze dzieło tego zespołu nie jest tak zwanym Painkillerem dla fanów Judas Priest. Nawet co do spójności muzycznej albumu mam mocne wątpliwości. Wokal Ralfa jest dobry, ale moim zdaniem nie pokazał swoich pełnych możliwości. Co do kwestii instrumentalnej, cóż … tak jak średnio przepadam za zespołami, które mają trzy gitary elektryczne, basową, perkusję i klawisze, ten mi się podoba. Jednak ten chaos, a zwłaszcza bubel w postaci „Eye of the Storm”, lekko narusza pierwsze odniesione przeze mnie wrażenie. Co do kwestii ulubionych kawałków, które mi zapadną w pamięć na dłuższy czas to w sumie teraz mam w głowie „Blood, Sweat & Fear” , ale czy w niej zostanie-czas pokaże. Dla osoby, która wchodzi, w świat heavy metalu na poważnie nie będzie to tak złe, jak w moim przypadku, ale dla osoby obytej — już niekoniecznie. Mogło być znacznie lepiej. Jestem też ciekaw waszych opinii na temat tego albumu. Moja jest jednoznaczna.

7,5/10