Kategorie
Bez kategorii

Tides of Nebula – From Voodoo to Zen (2019)

Ostatnio wiele polskich zespołów zwróciło moją uwagę. Dziś jest nie inaczej. Dawno bowiem nic progresywnego nie słuchałem, posiadającego do tego wiele rockowych elementów. Dlatego sięgnąłem po najnowszy album warszawskiego Tides from Nebula, wydany 20 września 2019 roku przez Mistic Producions, zatytułowany From Vodooo to Zen. Sam nie wiem czego się spodziewać, gdyż bardzo dawno Tides from Nebula nie słuchałem. Sam jestem ciekaw czy od 2013 roku, kiedy miałem z nimi ostatni muzyczny kontakt, czy dokonali postępów. Zobaczymy.

Otwierający płytę Ghost Horses, zaczyna się bardzo tajemniczo, budując jednocześnie napięcie. Ten fakt jest akurat na plus, natomiast inną sprawą jest, iż, to oczekiwanie wydłuża się w nieskończoność, powodując u mnie irytację. Do tego brak wokalu jest bardzo rozczarowujący. Inną sprawą jest kwestia instrumentalna. Zastosowanie specyficznego riffu gitarowego, lekko przytłumionej, rodem trochę z lat 60/70 tych jest innowacyjnym rozwiązaniem, niepozostającym bez echa z mojej strony.

Na drugim The New Delta tego gitarowego brzmienia jest więcej, a do tego efekt ogólny jest taki, iż więcej tu noisu, który może sprawiać wrażenie odgłosów, zbliżonych do wycia wilków. Oczywiście odpowiednio dobrane partie perkusyjne nadają odpowiednie tempo owej kompozycji, dochodzi też dużo elektroniki. Lecz jakoś wpada i wypada mi to jednym uchem.

Dopamine też jest od samego początku elektroniczna, lecz wreszcie bardziej dynamiczna dzięki dobrym, nieudziwnionym riffom oraz partiom perkusyjnym. Jest odrobinę lepiej, do tego gustowne krótkie gitarowe solo. Oprócz tego sama elektroniczna końcówka przypomniała mi kilka utworów niemieckiej grupy Rammstein. Tytułowej dopaminy jednak nie doświadczyłem.

Czwarty Radionoize jest znowu spokojniejszy, bardziej ambientowy. Nawet kumulujące się riffy gitarowe oraz partie perkusyjne tego spokoju nie burzą. Lecz jak dla mnie jest zbyt pasywne. Pomimo braku monotonii ze strony instrumentalnej. Nie moja bajka. Tytułowy From Voodoo to Zen jest kolejnym spokojnym utworem, jedyne co może przykuć uwagę to dziwne przejścia perkusji, do tego jeszcze partie orkiestrowe. Dziwna kombinacja. W Nothing to Fear and Nothing to Doubt tylko fragment dynamiczniejszych riffów gitarowych jest coś wart. Zamykający krążek Eve White, Eve Black,Jane niczym się znowu nie wyróżnia, czego we wcześniejszych utworach nie usłyszałem. No może poza fortepianem. Samo w sobie zamknięcie jest dobre, bo nie odbiega od konwencji płyty, ale na mnie szczególnego wrażenia nie zrobiło.

Krótko mówiąc. Cała płyta jest dla mnie dużym rozczarowaniem. Po pierwsze brak jakiegokolwiek wokalu. Zróżnicowanie instrumentalno-elektroniczne może i jest, ale utwory, jak dla mnie zbyt ciągną się w nieskończoność, w tym przypadku to nie jest komplement. Tak naprawdę, jak raz na trzy lub cztery miesiące, najdzie mnie ochota na posłuchanie spokojniejszej, zupełnie delikatniejszej, bo bardziej rockowej muzyki, to ta płyta zupełnie do mnie nie przemawia. Zapewne musiałbym nałykać się jakiś dziwnych substancji psychoaktywnych, aby poczuć klimat From Vodooo to Zen. Znacznie lepszy poziom prezentuje polski Riverside czy popularny amerykański Dream Theater, a znajdą się w dyskografiach tych zespołów albumy bardziej rockowe czy strike instrumentalne. Tak jak lubię progresywne brzmienia, to krążek From Vodooo to Zen jest najgorszym, z tych które było mi dane przesłuchać w tym roku, choć po cichu chciałem zostać pozytywnie zaskoczonym. Niestety nie udało się warszawskiemu Tides of Nebula tego dokonać. Nawet mój znajomy Szymek, który lubi właśnie tego typu muzykę, był również rozczarowany. Widać czy bardziej słychać, że nawet polskim artystom, zdarza się nie zawsze wydawać udane płyty, wtedy jak w tym konkretnym przypadku, co jest to dla mnie dodatkowo bolesne.

Korekta Paulina Wawrzusiak

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Myrath – Shehili (2019)

Koncerty mają to do siebie, iż, wybierając się na występ doskonale znanego zespółu, można odkryć zupełnie nieznany. Tak było w przypadku tunezyjskiego Myrath, który okazał się doskonałym supportem przed Beast in Black 13 listopada we Wrocławiu. Stwierdziłem, iż, zagłębię się w ich twórczość. Tym bardziej iż 3 maja tego roku wydali swój najnowszy album Shehili. Okaże się, czy dobre wrażenie na żywo wystarczy, aby przykuli moją uwagę na dłuższy czas. Podzielę się swoimi wrażeniami co do ich najnowszego krążka.

Asl jako intro spisuje się świetnie. Duży atut stanowi tradycyjny wokal, prawdopodobnie w języku arabskim, oraz wykluczam, iż jest to strike tunezyjski, tego tak naprawdę nie wiem, ale nastrój został odpowiednio zbudowany. Pierwszy utwór Born to Survive już, chociażby przez swój początek, czyli klaskanie w dłonie, bębny arabskie oraz chórki zyskuje na przebojowości. Jeszcze do tego dochodzą bardzo corowe riffy oraz wspaniała solówka gitarowa. You’ve Lost Yourself wyróżnia jeszcze dynamiczniejsze riffy, podchodzące nawet pod thrashowe. Kolejna dobra solówka. Dance jako singiel, ma w aranżacji trochę więcej instrumentów smyczkowych niż poprzednik. Ciekawym zastosowaniem było przy zmianie tempa podkreślenie partii basu. Choć jednak tutaj wokal jest dla mnie trochę lekko przekombinowany, zwłaszcza jeśli chodzi o górne partie. Poza tym solówka niby jest, ale nie jest najlepsza z płyty.

Wicked Dice zaczyna się wichrową ciszą, którą przerywają znowu corowe riffy. Oprócz tego to nic co wcześniej pod kątem muzycznym no może poza trochę większą ilością dźwięków czystego piania, nie powaliło mnie na kolana. Nawet umieszczone dwie solówki nie uratowały tej kompozycji. Na Monster in My Closet poza bębnami, moją uwagę bardzo przykuł, podrasowany corowy riff oraz spójność z arabsko-symfonicznymi aranżacją. W pewnym momencie to gitary są tłem dla solowych partii symfonicznych, co akurat mi się podoba. Solówka gitarowa natomiast jest tu jedną z lepszych.

Krótki początek Lili Twil wykonany na zurnie, brzmiał tak nieziemsko, iż ten dźwięk utkwi mi w pamięci na długi czas. Potem dalszych popisów instrumentalnych nie ma końca. Partie basowe oraz perkusyjne, dziwne solo gitarowe, wokal w języku arabskim (tunezyjskim). Jednak nie będąc bezkrytycznym, język angielski, którego wokalista potem zaczął używać, zepsuł efekt, który mozolnie zbudowali sami muzycy, nawet z nim gdy śpiewał w rodzimym języku. Serio. Poza ten utwór okazuje się coverem. Orginalną wersje wykonuje Les Frères Mégri.

No Holding Back ewidentnie jednym uchem wpada, a drugim wypada. Nie ma tam nic, co przykułoby znowu moją uwagę na dłużej. Podobnie mam z Stardust. Z Mersal jest, pewnie przez chórki oraz więcej blasów. No i wraca arabski wokal. Solo na miznarze (arabskim instrumencie ludowym) też trochę przywraca tego ducha Bliskiego Wschodu. Niestety wokalista, który w pewnych momentach brzmi jakby, audiotunu używał, co nie jest komplementem, oj nie.

Darkness Arise jest powrotem do dobrego corowego brzmienia, połączonego z blastami oraz arabskimi aranżacjami. Oprócz tego pojawia się gitarowe oraz keybordowe solo warte mej uwagi. Tytułowy Shehili zamyka ten krążek. Na koniec słyszymy cały ten wachlarz arabskich instrumentów od trąbek po fleciane. Każde miało swój czas. Jak i na koniec słyszymy arabski język. Na sam koniec gitarę elektryczną. Istnie wirtuozersko-epicki koniec.

Podsumowując, sam muzyczny pomysł na połączenie folkowych brzmień Bliskiego Wschodu jest dobry. Muzycznie, a przede wszystkim instrumentalnie jest bardzo bogato. Przebojowe wręcz utwory takie jak Born to Survive, You’ve Lost Yourself czy Dance brzmią bardzo dobrze. Co ciekawe na nich najmniej przeszkadza mi wokal. Nie jest on zły ani też dobry. Po prostu może być. Moim zdanie większy problem pojawia się, kiedy zostły zastosowane półśrodki, polegające na połączeniu języka angielskiego z arabskim. . Miało to miejsce w utworach Lili Twil, Mersal i Shehili. . Krótko mówiąc, typ wokalu, jaki serwuje mi Zaher, działa tylko w przypadku kiedy słucham bardziej przebojowych utworów. Pod kątem muzycznym jest bardzo wirtuozersko, a nawet eksperymentalnie co doceniam. Choć autorski Shehili lepiej wypadł od coveruLili Twil. Pojawiasię więc lekki dysonans jeśli chodzi o finalną ocenę. Jako instrumentalne dokonanie, pomimo braku uniknięcia powtórzeń oraz zastosowania progresji, przy wielu ludowych instrumentach byłaby bardzo wysoka. Jednak dodając do tego wokal, który tylko w przypadku połowy utworów , wraz jednak z intrem (Asl) z albumu, brzmi poprawnie, a mimo to nie rzuca na kolana, a na reszcie jest tylko gorzej, sprowadza ocenę na poziom ciekawostki muzycznej. Ogólnie stwierdzę, iż, paru tych przebojowych utworów posłucham pewnie za jakiś czas, trudno powiedzieć kiedy. Na żywo jako support dali jednak radę, lecz na ich solowy występ się nie wybiorę. Wokal, mnie trochę rozczarował, za bardzo heavy/power metalowy a do tego w tej kategorii mocno przeciętny, jak dla mnie, do brzmień oprócz orientu bardziej jednak progresywno-corowych.

7/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Borknagar – True North (2019)

Nareszcie! Po ponad trzech latach oczekiwania, norweski Broknagar wydaje swój kolejny krążek zatytułowany True North. Wydany został oczywiście przez Century Media Records, dokładnie 27 września tego roku. Kiedyś na łamach pewnego portalu miałem okazję wyrazić swoją opinię na temat ich poprzedniej płyty Winter Thrice, która bardzo mi przypadła do gustu. Chociażby z tego powodu najnowszy album nie ma łatwego zadania, gdyż poprzeczkę u mnie, ma zawieszoną bardzo wysoko. Czy True North mnie rozczaruje? Czy też może okaże się, iż, znowu Borkangar pozytywnie mnie zaskoczył. Tego dowiecie się w odpowiednim czasie. Tak czy inaczej, dziś podzielę się z Wami, swoimi wrażeniami odnośnie do najnowszego albumu Norwegów True North.

Otwierający płytę Thunderous spełnia swoje zadanie w pełni. Cieszy fakt, iż, nie tylko czyste wokale Vortexa wiodą tutaj prym. Mam tu na myśli nadal ten sam surowy scream. Sama struktura jest intrygująca i bardziej progresywna. Perkusja stanowi tu wyznacznik zmian temp, które w przypadku tego utworu występują czterokrotnie. Słuchając do tego dłuższego fragmentu spokojniejszych gitar, ma się wrażenie zatracenia w jakiejś nieokreślonej przestrzeni. Nie jest może genialnie, ale też nie jest źle.

W Up North pod względem brzmienia bardzo spodobały mi się gospelowe klawisze. Do tego ta narastająca dynamika perkusji, jak i gitar. Później znowu przejście na większą intensywność. Kunsztu nadaje śpiew Vortexa o śmierci, w dość o dziwo przyjemny dla ucha sposób. Do tego jeszcze filozoficzne nawiązanie do cyklu życia, związanego z czterema porami roku. Oprócz tego mam nieodparte wrażenie, iż, właśnie na tej kompozycji ,,Lazare” dał największy popis swoich muzycznych umiejętności. Może dlatego też jako singiel odniósł sukces? Pewnie tak.

Drugim singlem a trzecim utworem na płycie jest The Fire that Burns. Tutaj znowu zupełnie inne spokojne fragmenty dają ten sam efekt. Uwagę przykuwa jednak dość intrygująca gitarowa solówka. Co oprócz tego? No cóż. Może jednak za dużo czystego śpiewu Vortexa, ale końcowe chórki wyszły dobrze, wraz ze screamem, którego jednak było za mało.

W Lights podoba mi się początkowa partia perkusji. Do tego jeszcze wejście z czystym śpiewem Vortexa, jak i Larsa ,,Lazare”, a jeszcze później jeden screamuje a drugi śpiewa. Duet idealny. Z instrumentalnych kwestii, tutaj też solówka gitarowa zasługuje na uznanie.

Wild Father’s Heart rozpoczyna się bardzo nastrojowo. Nie tylko za sprawą akustycznych gitar, ale także instrumentów smyczkowych. Dopełnia to marszówka wraz z bardzo dobrą gitarową solówką. Powiem jedno. Jeśli to miała być refleksyjna a do tego relaksująca ballada, to Borknagar spisał się na szóstkę.

Mount Rapture z kolei sprowadza na początku trochę dobrych blackowych riffów. Prawdziwym screamem zaczyna się wokal. Choć jak zwykle następuje zamiana. Co interesujące tu też jest odrobinę tych gospelowych partii klawiszy, lecz zaraz potem całkiem niezła solówka gitarowa.

Tidal. Ten z pozoru znowu spokojnie się zaczynający utwór, wcale taki nie jest. Choć gitary oraz subtelna perkusja, a zwłaszcza brzmienie talerzy, wprowadza mnie na zupełnie inny wymiar. Tutaj Vortex poza klasycznym czystym śpiewem, wysila się jeszcze na coś innego. Natomiast po pierwszych partiach screamu Larsa miałem wreszcie gęsią skórkę. Potem jak Ich głosy łączą się w jeden. Istna bajka, mój blackowy głód zostaje w pełni zaspokojony. Potem znowu przejście, wraz z wyraźnie brzmiącymi chyba wszystkimi elementami perkusji. Od intensywnego do spokojnego. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż tutaj Bjørn Dugstad Rønnow miał swoje ,,pięć minut”, tak samo było też z gitarzystami. Moje uszy otrzymały dwie genialne solówki pod rząd. Do tego jeszcze wiele delikatnych riffów na koniec. Bardzo dobra muzyczna uczta oraz jak dla mnie nowa muzyczna wizytówka wszystkich umiejętności Borknagara.

Zamykający płytę Voices znowu przenosi mnie do innego wymiaru. Nastrojowe klawisze oraz spokojna perkusja, to wszystko skutecznie zbudowało napięcie. Potem potężnie brzmiące gitary. Wokal Larsa Nedlanda, nowego gitarzysty, istnie magiczny. Idealnie też odzwierciedlający dość bardzo znowu refleksyjną tematykę wolności oraz czym są te słyszane ,,głosy w głowie”. Sumienia przy czynieniu zła? Wezwaniem przodków albo objawem szaleństwa? Czy wszystkim naraz? Tak czy inaczej, lirycznie jest to drugi najlepszy utwór.

Podsumowując, True North jest bardzo przemyślanym albumem, zwłaszcza pod kątem struktury muzycznej. Jednak to nie zawsze idzie w parze ze spójnością. Tidal i utwór zamykający krążek, Voices, brzmią trochę, jakby je ktoś z zupełnie innego krążka dokleił. Tutaj więc w porównaniu do poprzedniej płyty jest troszkę słabiej. Oprócz tego instrumentalnie nie zawiedli, a wręcz zaskoczyli trochę nowym brzmieniem klawiszy, w tym trochę bardziej gospelowym brzmieniem. Z wokalistami tutaj mam lekki problem. Gdyż z jednej strony są momenty, kiedy tego czystego śpiewu ich obu jest dużo, scream Larsa to uzupełnia. Jednak jeśli chodzi o mnie, to całkowicie zostałem zaspokojony screamem, gdy usłyszałem Tidal. Moim zdaniem True North pod kątem lirycznym jest kontynuacją Winter Thrice. Lirycznie Up North, Tidal oraz Voices są najlepsze. Natomiast muzycznie rządzi despotycznie u mnie Tidal, potem Up North, a na końcu Lights. Czy się rozczarowałem? Wcale nie. Czy Borknagar mnie pozytywnie zaskoczył? Owszem. Czy jest to album równie dobry, jak poprzedni? Tak a do tego jest jego dobrą kontynuacją. No i tak jak w przypadku Winter Thrice z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywam go na nowo. True North jest płytą genialną. Polecam go każdemu fanowi progresji, a jeśli ktoś zna wcześniejszy Winter Thrice to tym bardziej. Nie zawiedziecie się! Jak jestem oczarowany i na kolejny ich krążek poprzeczka jest jeszcze wyżej zawieszona. Chociażby z powodu, że Tidal to istne arcydzieło. Nie mogę się doczekać informacji o ich europejskiej trasie koncertowej, która oby nie ominęła Polski.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Amorphis – Qeen of Time (2018)

Znowu Finladia nie zawodzi, zresztą jestem ciekaw czy kiedykolwiek tak się stanie i zespół z tego kraju, będzie dla moich uszu zły. Wspominam o tym, gdyż z tego właśnie kraju, pochodzi zespół Amorphis. Zabawne jest to, że, nie słuchając ich albumów wcześniej, tylko parę utworów, od czasu usłyszenia ich na żywo podczas zeszłorocznej edycji Masters of Rock, nie mogłem przestać o nich myśleć oraz wyrzucić z mojej setlisty. Miłość od pierwszego usłyszenia na żywo po prostu. Dziś podzielę się z Wami na chłodno, swoimi odczuciami, jeśli chodzi o ich najnowszy album Qeen of Time, wydany 16 maja zeszłego roku oczywiście przez Nuclear Blast. Czy mnie rozczarował? Czy okazał się inny lub lepszy od ostatniego Under the Red Cloud? Przekonacie się. Dodam, iż jest to wersja z bonusami.

The Bee , czyli kompozycja otwierająca i będąca jednocześnie jednym z singli promujących płytę jest po prostu świetna. Elektroniczne intro jest dobre, do tego głos kobiecy dobrany idealnie. Mocne gardłowe, a potem growlowe wejście, wraz z odpowiednimi riffami oraz perkusją. Zmiana wokalu na czysty, przy elektronicznych partiach to po prostu magia. Dodajmy fakt, iż wokal Tomiego został wzmocniony gardłowym śpiewem, w wykonaniu pierwszego z gości na albumie, czyli Alberta Kuvezina. Do tego jeszcze kwestia liryczna, no po prostu kompozycja idealna, a na żywo jeszcze lepsza niż na płycie

Na Message in the Amber słychać nawiązania do poprzedniej kompozycji, lecz później rozpoczyna się inna historia. Jest bardzo dobry a do tego nastrojowy jazzowo-progresywny fragment. Deklamacja oraz rozległość od growlu do czystego śpiewu udowadnia z kim mamy do czynienia. Jednym z najzdolniejszych wokalistów. Oprócz tego solowa partia klawiszy wraz z intensywną perkusją. Partie wzmacniające wokal Tomiego też zostały bardzo przemyślanie zaaranżowane. Od męskiego do strike kobiecego.

Początek Daughter of Hate to kościelne organy, lecz potem już wchodzi trochę thrashowy riff. Sam utwór jest dość łagodny do czasu growlu pomieszanego ze scremem od Tomiego. Potem nie wiadomo skąd gościnnie Jørgen Munkeby, gra bajecznie jazzowe solo na saksofonie. Za każdym razem jest to niespodziewany dla mnie muzyczny twist. Do tego te chórki wraz z kolejną deklamacją. Kolejne gitarowe solo, wraz z fińsko języczną narracją wykonaną przez Pekka Kainulainena. Samych zmian temp wraz z nastojem było bardzo wiele.

Pierwsze dźwięki The Golden Elk brzmią znowu intrygująco niby znany kobiety głos, ale w zupełnie innej intonacji. Potem gitary wraz z perkusją robią swoje. Zastanawia mnie, zastosowanie innego, lecz znowu thrashowego riffu jako dominującego. Jednak chwytliwość sprawia, iż, przykuwa on uwagę słuchacza, nawet po wielu odtworzeniach. Potem zmiana tempa na spokojniejsze z doskonałym wejściem partii smyczkowych wraz z odpowiednią perkusją. Smaczkiem oraz kolejnym twistem jest wirtuozerskie solo instrumentu Ud, wykonany przez kolejnego gościa na płycie, czyli Affifa Merheja.

Wrong Direction to kolejny singiel, co zresztą słychać. Czy to źle? No tak i nie. Przez prawie cały utwór mamy do czynienia z czystym śpiewem. Instrumentalnie zrobiło się przeciętnie, jeśli chodzi o wcześniejsze kompozycje, szkoda trochę, potencjał nie do końca wykorzystany.

Heart of the Giant zaczyna się wręcz bardzo zmysłowo-balladowo gitarą. Potem następuje dołączenie pozostałych instrumentów, co sprawia, że się myliłem. Bo to było i jest, orientalne brzmienie po prostu. Wokalnie Tomi zaskoczył mnie fragmentami, gdzie przy pomocy growlu prawie rapował, jak przynajmniej za każdym razem miałem takie wrażenie. Oprócz tego pod sam koniec partie chóru oraz kolejne keybordowe solo, a potem gitarowe, wszystko to z zachowaniem, wcześniej wspomnianego orientalnego brzmienia. Epickim zakończeniem jest fuzja chóru ze wspomnianym wcześniej wokalem Tomiego.


We Accursed zaczyna się folkowo. Kto odpowiada za to? Jeszcze jeden gość tym razem znany przede wszystkim z Eluveite, Christian „Chrigel” Glanzmann. Oprócz folkowego klimatu jest to dla mnie może nie przeciętny, ale dobry utwór. Nie zaprzeczę, iż, wirtuozerskie przejścia perkusji i gitar są ciekawe, oprócz tego znajdzie się też całkiem niezła solówka gitarowa, lecz żeby mnie zachwycić to odrobinę za mało, choć brakowało nie wiele.

Grain of Sand to znowu orientalne otwarcie. Riffy gitar jednak są tu bardziej hardrockowe, przynajmniej dla mnie. Warta uznania jest oczywiście gitarowa solówka. Większe ożywienie czy motoryka ze strony gitar, a przez to całego utworu, następuje bardzo późno jak dla mnie. Lepiej późno niż wcale w sumie.

Ostatnim singlem jest Amongst Stars, gdzie w roli ostatniego gościa albumu występuje holenderska wokalistka Anna Maria van Giersbergen. Muszę przyznać, iż wraz z Tomim we dwoje stworzyli duet idealny. Pomimo iż jest to singiel, zaczarował mnie swoim klimatem. Do tego jeszcze odrobina folku i partii fortepianu oraz bardzo dobre gitarowe solo. Tu dla mnie ma się do czego przyczepić, takie utwory to niech stacje radiowe puszczają, choć wiem, że tak się niestety nie stanie.

W normalnej wersji płyty, ostatni Pyres on the Coast zaczyna się, bez żadnych ,,udziwnień” , co mnie akurat paradoksalnie zdziwiło. Wszystkie instrumenty są utrzymane na odpowiednim poziomie, lecz znowu szału brak, choć tu zaraz wchodzą elektroniczne popisy Kallio, a potem spokojny fortepian, aż wreszcie znowu gitarzysty. Na sam koniec kościelne organy to przysłowiowa wisienka na torcie. Tak jak początek płyty był idealny, tu też jest idealnie.

As Mountains Crumble już na wstępie dostajemy gitarowe solo. Potem Tomi zaczyna śpiewać czysto, balladowo wręcz, do tego ta gitara akustyczna. Zmiana na growl, a potem scream, jest chwilowa. Co ciekawe, jest to dla mnie jedyny utwór, gdzie można usłyszeć aż dwie gitarowe solówki, tylko ta druga jest dłuższa i jazzowa. Potem wkracza keybordzista ze swoim solo. Miłośnicy solówek mają na czym zamiesić uszy.

Brother and Sister to nastrojowe partie fortepianu, wraz z potem dołączonymi partiami instrumentów smyczkowych. Tu akurat gitary są przynajmniej dla mnie tłem. Oczywiście zmienia się to gdy na pożegnanie, dostajemy jednakowo, gitarowe oraz keybordowe solo. Co mnie bardzo cieszy owa kompozycja też, okazuje się również idealnym utworem zamykającym.

Podsumowując. Amorphis to zespół, który udowodnia, że, można połączyć prawie wszystkie nurty metalu. Bardzo rozbudowane partie poszczególnych instrumentów, mam tu na myśli solówki Kallio oraz Holopainena, wraz z perkusją Rechbergera, która je łączyła w całość. Wszechstronny wokal Tomiego też jest istony, gdyż jak dotąd, może jeszcze się to zmieni, kto wie, moje uszy nie spotkały się z tak wybitnym wokalistą, jakim jest, jeszcze kwestia chóru oraz bogata paleta gości na albumie. Dwa twisty muzyczne, których moje uszy się kompletnie nie spodziewały. To wszystko sprawia, iż , określę ten album progresywnym w 100%, oprócz tego przenoszącym słuchacza przez wiele wymiarów doznań. Ja przynajmniej za każdym razem mam takie odczucia. Co ciekawe, zwlekałem z recenzją, gdyż ten krążek, równał się dla mnie z wielokrotnym muzycznym K.O, co akurat również jest komplementem z mojej strony. Dodam jeszcze od siebie, iż od czasu mojej pierwszej styczności z metalem progresywnym, nie miałem okazji słuchać aż tak doskonałego arcydzieła, pod każdym względem. Czy Qeen of Time mnie rozczarował? Wręcz przeciwnie. Totalnie zachwycił. Czy okazał się lepszy od ostatniego albumu Under the Red Cloud? Na pewno okazał się inny. Dla mnie jest to wszechstronny album ubiegłego 2018 roku, w kategorii instrumentalnej oraz progresywnej najlepszy. Wątpię, aby jakakolwiek płyta z 2018 roku, sprawiła, abym po tylu przesłuchaniach, leżał na deskach”, jednak pomimo siniaków, szczęśliwy z uśmiechem na twarzy.

10/10